Jedną z najpierwszych potyczek powstania temerskiego – choć nie sprzysiężenia rojalistów – tak wczesną, że przez wielu do niego niezaliczaną, było starcie w okolicy Głogówki, na ziemiach należących do Istvana d'Orczy, barona Witebski, dziś pamiętanego raczej ze swych przerażających, głębię grozy egzystencji oddających obrazów niźli działalności wojskowej. Nie ulega jednak wątpliwości, że w owej potyczce baron uczestniczył, makabryczne obrazki propagandowe, przedstawiające rzeczoną, rozprowadzane później przez rojalistyczne sprzysiężenie, noszą bowiem wyraźne piętno jego frenetycznego geniuszu.

Sama walka nie była wielką czy ważną, pamiętamy ją raczej ze względu na ów błyskotliwy manewr propagandowy (pomysł zwykle przypisuje się Talarowi, aczkolwiek niektórzy, nie ustając w swoich dążeniach do zmiany historiografii w pisanie tanich chanson d'geste, chętniej widzieliby tutaj Roche'a lub nawet samą królową; są to wizje nonsensowne, królowa nie miała wówczas dziesięciu lat, Roche przebywał zaś w Vergen, którego, ze względu na trwający proces o zbrodnie wojenne, nie mógł opuszczać).

Miłosz Czerkiewski, Historia. Wykłady zebrane

'

'

Samuel Mittke był dzieckiem pułku, sierotą, przygarniętą przez jeden z nilfgaardzkich oddziałów, wycofujących się po pierwszej wojnie z ziem cintryjskich. Pewnikiem inny oddział rodziców mu zabił, tego jednak, podobnie jak większości dzieciństwa, Samuel nie pamiętał. Pamiętał pułk, trochę, a potem jednego starego oficera, który się nim zajął po tym, jak pułk, w drugiej bitwie pod Brenną poniósłszy ciężkie straty, został rozwiązany. Zajął i zapisał od razu do innego pułku, który Mittkego, ledwie ten spełnił minimalne wymagania – piętnaście lat – chętnie przyjął.

Samuel awansował szybko i teraz, jako dumny sierżant, pełnił wartę przed magazynami w Chociebużu. Pełnił, nudząc się nieco, bo magazyny pełne były nie pieniędzy, nie broni, a zboża. Towar też strategiczny, jak najbardziej, niemniej nieco mniej ekscytujący.

Tiviel aep Ulliaen, półelf, nigdy specjalnie o owej elfiej połówce w sobie nie myślący, chyba, że akurat ułatwiała mu zdobywanie serc niewieścich, birbant i hulajdusza, syn jednego z bogatszych szlachciców, do wojska trafił karnie. W pojedynku o uśmiech kobiet – pięknej, ech, pięknej, Luizy Ferriczanki, która naprawdę marnowała się w jakimś prowincjonalnym, wyzimskiej teatrze, powinna już dawno podbijać sceny Nilfgaardu – zabił oficera. Drobiazg, rzec można, pojedynek w końcu honorowa rzecz. No, ale trwała wojna, sądy, za radą Cesarza, ostrzejsze w tych sprawach były. I Tiviel, ulubieniec matki, faworyt ojca, znalazł się, karnie, na pół roku w armii. W roli zwykłego podoficera, chociaż za samo pochodzenie się mu oficer należał!

A zwykli podoficerowie pełnili zwykle warty. Dobrze chociaż, dumał sobie półelf, że dzięki pieniądzom, hojnie przysyłanym przez rodzinę i równie hojnym przegrywanym w karty, koledzy z oddziału są do mnie właściwie usposobieni.

Filip, syn Jana, zwany Pałką dla odróżnienia od innego Filipa, syna Jana, prosty chłop z Aedirn, miał w swojej wsi dwie młodsze siostry i zniedołężniałych rodziców. Nie dość zniedołężniałych jednak, by komisja zwolniła go z obowiązku służby wojskowej, do której wybrał go bezwzględny przypadek – przypadek oraz fakt, że najbogatszy gospodarz w okolicy miał siedmiu zdrowych synów. Żaden z nich oczywiście nie mógł pójść do wojska, zwłaszcza, gdy mieli ginąć za Nilfgaard, jako pomoc wasala. Poza tym jednym gospodarzem jeszcze kilku bogatych a w synów obfitujących włościan w okręgu mieszkało. Co trochę wpłynęło na szanse Filipa.

Nie było póki co tak źle. Towarzysze broni nie tłukli go za mocno, oficerowie nie dręczyli, chociaż pokorny był i raczej słabiutki. Kocówę zrobiono mu może z dwa razy, może z trzy razy trafił do karceru, bo akurat dowódca się na smutno spił i za ojczyzną, położoną gdzieś w Cesarstwie, płakał. Nie jest tak źle, pocieszał się, stojąc na warcie w tę zimową noc.

Maria de la Ignnes, właściwie Maria Igna, najpierw mieszczka, potem córka zbankrutowanego rodu, zesłana do zakonu, potem, po ucieczce, dziewka, potem akrobatka, potem najemniczka, a teraz żołnierz zaciężny w służbie Nilfgaardu, nie pocieszała się rzeczami tak płochymi, jak myśli. Myślenie, sądziła, należy zostawić impotentom i filozofom, jeśli to nie to samo. Do niej należało działanie – i teraz, czuwając na warcie, jeśli czemuś się pozwalała pocieszać, to tylko wizji ryżego chłopaczka z łapkami i językiem bardzo sprawnemi, grzejącemu, potajemnie, jej wyrko w koszarach.

To była pocieszająca wizja. Maria przeciągnęła się, aż jej w kościach łupnęło.

Marian Pirkoen, bandyta, sławny w całym księstwie Mithean, napadający na bogatych kupców, a pieniądze przeputujący wśród ludu, co zapewniało mu rzeczonego ślepe wręcz oddanie, wpadł był przez zdradę. Najlepszego kamrata zresztą, takiego, co to się z nim jeszcze z wioski rodzinnej znali, razem bandę zakładali. I cóż, wszystko to poszło się chędożyć, gdy Marianowi wpadła w oko dziewczyna, do której i kamrat smalił cholewki. Ona wybrała dowódcę, jakżeby inaczej, a towarzysz, zirytowan wielce, poszedł, niemal z marszu, na najbliższy posterunek.

Ludzi Pirkoena w pień wycięto, jego rozwłóczono końmi, zdradzieckiemu koledze dano zaś, w dowód zasług, wybór – albo zostanie powieszony, albo przystąpi do armii cesarskiej, akurat do przejścia przez Jarugę się szykującej. I cóż, towarzysz, Vincent Kirthwen, wybrał to drugie, pożegnał się ze zdobyczną dziewoją, którą mu, w ramach wdzięczności, komendant posterunku przyprowadził (że się opierała, to i pożegnanie nieco brutalnie namiętne było – nic to, myślał, stojąc na warcie, kobiety tak lubią, wrócę, to mnie już ze łzami radości albo i jak losy dały, bachorem czekać będzie), po czym ruszył, w kompanii karnej, na Temerię. I całkiem daleko zawędrował, szczęście mu sprzyjało, aż do jej północnych ziem.

'

'

Luiza Ferriczanka grała dzisiaj, znowu, główną rolę. W dziele raczej miernym, za to ideowo słusznym, popełnionym przez wschodzącą gwiazdę nilfgaardzkiej literatury. Kobieta była zdania, że dla literatury nilfgaardzkiej byłoby lepiej, gdyby krytycy oraz publiczność skupili się nieco bardziej na formie, mniej na treści. Nie, żeby jej bardzo zależało na dobru literatury nilfgaardzkiej, ale, u diabła, była aktorką. Chciała grać. Musiała grać. I wolałaby dobre role.

Na sali, skoro to premiera, będzie pełno nilfgaardzkich oficjeli. Oraz tej temerskiej szlachty, która, najpierw zamerdawszy ogonkiem do Redanii oraz Kaedwen, teraz równie gorliwie dawała dupy Cesarstwu.

Znaczy, westchnęła w duchu kobieta, kładąc puder na policzki, ja też będę musiała po przedstawieniu dać dupy. Sporej liczbie osób. Kolejkę trzeba będzie ustawić. Po hierarchii. Pytanie, czy najpierw wojskowi, czy szlachcice. Czy może członkowie Gildii Kupieckiej?

Co się, do diaska, deliberowała, starannie szminkując usta, najbardziej może przydać Talarowi?

'

'

Luiza Ferriczanka, imię i nazwisko do bólu prawdziwe, nie była córką byle ubogiego rzemieślnika, tylko całkiem majętnego kupca. Którego wizja córki-aktorki przyprawiała niemal o zawał, wobec czego dziewczę umknęło pewnej nocy, niemal jak stało, zapakowawszy kilka sukien i całą swą biżuterię, z wędrowną trupą aktorską. Trupa w sezonie, jak się okazało, grywała w Wyzimie, a Luiza faktycznie miała talent.

Ojciec jej nie wybaczył i się nie odzywał. Matka z rodzeństwem czasem przesyłała, za jego plecami, krótkie listy. A potem przyszła druga wojna z Nilfgaardem.

Luiza Ferriczanka pochodziła z Aedirn. I kiedy wojska się przewaliły, nie miała tam już nikogo.

'

'

Samuel zginął siedem minut po północy. Tiviel dwanaście, ze spodniami spuszczonymi, bo akurat, machnąwszy ręką na kolegę, by za niego popatrzył, udał się potrzebą. Filip zginął minut po północy czternaście, jako ostatni ze swojej warty, zasmarkany, stojąc pod ścianą, ze strachu głosu z siebie wydobyć nie mogąc, nawet prostego „gar'ean, morvudd!" lub „ja swój, pomiłujta". Vincentowi gardło poderżnięto garotą kwadrans po północy. Maria skonała dopiero minutę przed pierwszą – nasłanym żołnierzom zachciało się zabawić.

Spichlerze i magazyny stanęły w ogniu, podlane hojnie oliwą, nawet nieco prochem i magią. Do rana zostały z nich tylko szczątki. Ale przecież, komentowali drwiąco marszałkowie Cesarstwa, nie wstrzyma to inwazji, nie gdy pod bokiem jest podbita, rolnicza Temeria.

'

'

— Prawda? — spytał graf Cyd markiza Armanda, cichym tonem.

Głos miał jedwabisty. Tylko stal pod nim była. La Fayatte, niespeszony, pokręcił głową.

— Pewnie prawda. Nie sądzę, żeby cokolwiek waszą inwazję wstrzymać mogło, tak szczerze mówiąc. A ci, co w chwili rozpaczy te magazyny podpalili, cóż... Rozumiem ich ból, ale tylko ludność cywilną na cierpienia i głód skazali. Bardzo okrutny krok.

— Z którym wy nic wspólnego nie macie?

— Absolutnie nie. Wracacie do domu na urodziny matki? Mam dla niej prezent, prosiłbym was o przekazanie, jeśli to nie zbyt wielki kłopot... Zaprosiła mnie, ale cóż, obowiązki nakazują mi pozostanie w Vergen. Żałuję, bardzo żałuję, wasza matka słynie z doskonałych przyjęć, nadziewane truflami pawie dwa lata temu niezrównane były...

— Kusicie los — szepnął łagodnie graf. — Całe wasze sprzysiężenie. Cesarz zabawy lubi, kodeks rycerski i honor go wzruszają... Ale los państwa najbliższy jego sercu. Baczcie, byście, licytując swoją cenę, nie zirytowali jedynego prawdziwego nabywcy.

'

'

Ciaran z bardzo wystudiowaną obojętnością opierał się o ścianę wąwozu. Trochę obserwował te smętne łyse drzewa na przedmieściach, którym nawet czapy śniegu niewiele dodawały uroku, trochę błądził myślami. Vergen tętniło, słyszał zamęt, podniesione głosy, śmiechy, kłótnie. Nawoływania przekupniów nade wszystko. Główny dzień targowy. Jak na zimę bardzo żywy – pewnie dlatego, że jeden z ostatnich przed Midinvaerne. Zeszłoroczne obchody były bardzo huczne. I miłe, w sumie, bo pierwsze od dekad, które spędził całkowicie bezpiecznie, pod dachem, z suto zastawionym stołem, bez broni pod ręką, chociaż nadal zaniepokojeni, bo Dolina Pontaru liczyła sobie wówczas niecałe pół roku...

Iorweth nigdy nie nauczył się świetnie skradać, a skradanie się w sobolach, paradnych zimowych butach ze srebrnymi sprzączkami i po plaskającym śniegu mogłoby zostać uznane za ciche tylko przez Dh'oinne, więc major nawet nie udawał, odwrócił głowę, przybrał wyczekujący wyraz twarzy.

— Nic, nic — mruknął pułkownik, podchodząc, opierając się tuż obok. — Po prostu.

Ciaran skinął głową, wrócił do patrzenia na drzewa. W Vergen był jeszcze park, ale te strzępki żywej zieleni bardziej im wszystkim odpowiadały. Zdawały się mniej wymuszone. W parkach, zwłaszcza w obecnej atmosferze miasta, było coś z jałmużny albo łapówki, chociaż, oczywiście, korzystali z nich wszyscy, więc może Scoia'tael przesadza. Jak to zawsze wy, elfy, syknęła stara wściekłość.

— Roche powiedział, że powinienem z tobą porozmawiać — mruknął Iorweth.

Major stężał.

— A słuchasz go, bo? — spróbował brzmieć neutralnie i słyszał, że mu nie wychodzi.

Pułkownik, dostrzegł kątem oka, wzruszył lekko ramionami.

— Bo może mieć rację. Na tym się chyba zna. Brzmiał, jakby się troszczył.

Ciaran nie powstrzymał westchnienia.

— „Troska" jest jego, jak wszystkie raporty mówiły, ulubioną metodą przesłuchań.

Iorweth milczał długą chwilę, całkiem nieruchomy.

— Cenię twoje zdanie — padło wreszcie, głuche.

Ale się go nie posłucham, odczytał major.

— Powiedział, żebym porozmawiał z tobą. Albo Saskią. Nie z nim — dorzucił tamten, jakby w ramach uzasadnienia.

— Podstęp. Żebyś mu zaufał. I to nie jest tak, że nie próbowaliśmy wszyscy z tobą rozmawiać. Setki razy.

Pułkownik skinął głową. Ciarana ogarnęło dławiące, straszne przeczucie – nieszczęścia? Konieczności? Bezsensu i daremności trudów? Mordu albo fatum, które jest tym wszystkim? Spojrzał na rozmówcę, obiecał sobie, ze ściśniętym sercem, nie spuszczać wzroku z jego profilu, przynajmniej teraz.

— Przepraszam — mruknął Iorweth.

— Za to, że nie rozmawiałeś?

Wygiął wargi w brzydkim, drwiącym grymasie, szybko jednak spoważniał.

— Że go nie zabiłem, chociaż on twoich rodziców – i naszych towarzyszy...

— Wojenna rzecz. Też zabijaliśmy rodziny. Tym się nie turbuj — poprosił, naprawdę poprosił, major. — Na dobre w końcu wszystko się obróciło.

— Ale gdyby nie...

— Po decyzjach nie ma gdyby. Nie na wojnie. Sam nam mówiłeś — przypomniał.

— Litheac'h tak mówił, pamiętasz? A wojna chwilowo zawieszona.

— Z powodzeniem dla nas. Tym bardziej nie pora na gdybanie. Widzisz? To właśnie cuach miał na celu. Zasianie niepewności — zakończył z przekonaniem. — Osłabienie cię. Żeby potem urobić. Jak to śledczy.

Iorweth przygryzł usta, bardzo dziecinnie. Ciaranowi wspomnienie ich wioski, rodziców, nadpłynęło przed oczy, wesołe, więc napełniające smutkiem. Położył rękę na ramieniu przyjaciela. Nawet przez grubą rękawicę i futro tamtego czuł kości.

— Chyba nie — mruknął tymczasem tamten, ani drgnąwszy, niczym nie pokazując, że w ogóle zauważył gest. — Ale może tracę wyczucie.

Potem zapadła cisza. Major bał się zacząć, żeby rozmówcy nie spłoszyć albo przypadkiem nie podrzucić uniku. Zacisnął wspierająco palce. Kiedy wreszcie pułkownik przemówił, w jego głosie było zagubienie, jakiego nigdy nie było dane im słyszeć w środku bitew, wojen, trudów. Może tylko zaraz po Drakenborgu, może tylko po tym, jak ten chędożony drań wyrżnął tamten oddział.

— To wszystko... — Pułkownik wykonał nieokreślony gest dłonią. — Roche mówi, że to mi przypomina więzienie. Vergen.

Ciaran czekał.

— Mówią — dodał Iorweth, szybko, ironicznie — że i horyzont jest więzieniem, dla tego, kto ma kraty w duszy.

Myślisz o nim czy osobie?, przemknęło przez głowę majorowi. Zawahał się przed powiedzeniem, sekunda odpowiednia minęła.

— Słusznie mówią. Ale nie ma takich krat, których nie można złamać. Nie ma niemożliwych celów. Nie ma tyranów, którzy nie upadną. Wierzyliśmy w to, umieraliśmy z tą wiarą i to się sprawdziło — odparł za to ostrożnie.

Iorweth skinął głową. Potem powoli, niepewnie położył swoją rękę na jego, tej na ramieniu. Uścisnął.

— Ostatnio znów się mi śni do... Cieprza — oznajmił wreszcie, bardzo, bardzo cicho.

Ciaran zastygł. Owszem, jemu też się śniła, czy w Vergen częściej, chyba nie – ale tamto, dawniej, chociaż zrobione razem, nie było dla niego, nie było jego awansem, jego decyzją. Od początku męczyło mniej.

— Złe sny? — spytał teraz tylko, też zniżając głos do szeptu.

— Nie koszmary. Wspomnienia albo... jakby na kanwie wspomnień, wiesz, wszyscy mieszkańcy, dożynki, zabawy pod koniec tygodnia, praca. Życie tam się mi śni.

— Nie zabiliśmy ich — przypomniał szybko major. — Puściliśmy. Ostrzegliśmy. Przenieśli się pewnie do swoich rodzin. Do miast albo innych wsi. Nic się im nie stało. Bardzo wielkiego. Mniej niż wielu innym.

— Nie sprawdziliśmy. Równie dobrze mogli zginąć zaraz potem na drodze. Albo przy pladze...

— Na plagę równie dobrze mogli zginąć w domu. Nie mieliśmy dalej wpływu na ich losy. A sprawdzać, to byłoby... — szukał słowa — okrutne. Bez sensu. Zupełnie przeciwne do naszego powodu. Zmarnowałbyś nasze poświecenie. I ich stratę zresztą też.

— Tak, wiem. Wiem.

Pułkownik nie wyglądał na przekonanego.

— Pewnie siedzą z hrabianką... hrabiną... księżną... kimkolwiek ona teraz jest... ech, z Elizą — przypomniał wreszcie Ciaran, trochę desperacko. — A jej jest dobrze, nawet my słyszeliśmy.

— Nadchodzi bardzo zły czas dla hrabin — mruknął Iorweth.

— Cokolwiek zrobiliśmy, to przeszłość. Nie zmienimy jej. Nie ma sensu się zadręczać. Litheac'h radził również i to.

Pułkownik znów skinął głową. I cofnął rękę.

— Wiem. Mówię ci, bo – sam wspomniałeś, że prosiliście, żebym mówił.

— Cieszę się z zaufania — bąknął odruchowo major, zupełnie nie wiedząc, co powiedzieć.

Zrozumiał, że popełnił błąd, gdy pułkownik zamilkł, odwrócił głowę, zaczął gwizdać partyzancką melodię przez zęby.

— Zawsze je masz — rzucił wreszcie, ciepło, ale jednak zbywająco. — Przecież wiesz.

Ciaran spróbował jeszcze naprawić.

— Elizę przecież przyjmiemy, gdyby chciała do Vergen uciec. Ją i innych. Zresztą, teraz się o nią martwić, jak sobie tyle dekad świetnie dawała radę? To nie o nią w snach chodzi. I sny nie muszą być wieszcze. Nawet pewnie nie są. Nie wierzyłeś przecież we wróżby — przypomniał żarliwie.

— Nadal nie wierzę — zapewnił Iorweth. — Nie widzę w tym przepowiedni.

Major tym razem poczekał. Słusznie zrobił, bo przyjaciel dopowiedział po chwili, z ciężkim westchnieniem, nie odwracając głowy, jakby miał nadzieję, że rozmówca nie usłyszy, nie zrozumie.

— Raczej napomnienie — znów długa cisza. — Poświęciłem tyle, obaj poświęciliśmy... Nie okazałem litości własnemu domowi, nie okazaliśmy... A Roche jest pies i morderca, i zasłużył na śmierć znacznie bardziej niż większość z tych Dh'oinne, z tych ludzi. Przecież bardziej niż te dzieci...

— Politycznie lepiej, że żyje. Królowa go lubi. I przydatny w skrytobójstwach. A bo to pierwszy raz, gdy specjalni i bojownicy ręce sobie podają? Mało to w historii było takich sojuszy? To tylko kolejny. Żadna wielka rzecz. A już na pewno nie zdrada. Chociaż, jeśli go zabić każesz, to nie będę cię odwodził...

— Ale ja nie myślałem o polityce. O niczym nie myślałem — pułkownik wyrzucał z siebie słowa szybko, rwanie. — O niczym. Może o tym, że mam dosyć, czy nie mogę raz puścić, honorowy w końcu przeciwnik z niego, godny... A jeszcze Letho zdradził, ty byłeś... nie wiedziałem, czy żyjesz, przez chwilę sądziłem, że komanda na śmierć wiodę i siebie, i myślałem chyba tylko o tym, że skoro już ginąć, to czemu nie zrobić wcześniej tego, na co mam ochotę, chociaż raz, a miałem ochotę chociaż raz komuś życie oszczędzić, pal sześć Gwynbleidda już. Czy to jest taki wielki grzech? — spytał nagle. — Taka wielka wina?

Ciaran miał gardło ściśnięte i suche na wiór. Przełknął ślinę, nadal jednak nic ponad szept nie mógł z siebie wydobyć.

— Nie chcieć zabijać? Nie. Żadna wina.

— Ale zabijać było trzeba, prawda? Tak mówiliśmy. Litheac'h, skoro go tak wspominamy... I jak może nie być winy w niezrobieniu, co trzeba?

A w tym tonie nie rozmawiali od dobrych czterech lat, nie, pięciu już teraz. Od tego wybitego oddziału. Od wieczora, gdy Iorweth tłumaczył, żeby go zostawili, że on się podda, bo był ranny, musieli się ukrywać wśród swojego ludu, a Roche szedł za nimi i rżnął rzeczony lud, jak chłop zboże kosi. Tylko wtedy dowódca majaczył, przynajmniej mogli sobie powiedzieć, że majaczy.

— Zrobiłeś, co trzeba — szeptał teraz Ciaran, odwracając mu twarz ku sobie, szarpnięciem. — Wszystko, co było trzeba.

— Nie będę miał dzieci.

— Bloede Dh'oinne esste aép car'ia...

— Im bardziej mówię, tym dalej się od prawdy oddalam. Od własnych uczuć, tak jakby. Tylko zamazuję — rzucił z rezygnacją pułkownik.

To akurat zrozumiałe było, mechanizm znany i opisywany z bólem przez setki poetów. Tylko jakoś major wątpił, by kolejna chłodna, analityczna odpowiedź pomogła. Mógł jedynie poprzestać na przyciągnięciu czoła tamtego do siebie, do obojczyków, przytrzymaniu chwilę czule. Działałoby lepiej, przemknęło mu przez głowę, gdybyśmy w te wszystkie mundury, sobole i rękawice odziani nie byli.

— Wiem — dodał w końcu, czując, że Iorweth wyślizguje się powoli z uścisku. — Wiem. Też tak miałem. Po tym na barce... Mówić się nie zawsze da, trzeba przeżyć — zakończył banalnie. — I ja przecież rozumiem, myślisz, że się czasem nie budzę tutaj z... z wrażeniem, że to ta barka, że służący to żołnierze i zaraz mnie bić zaczną? Jednej prawie krzywdę zrobiłem, a tylko, biedna, chciała w piecu napalić, ja się zerwałem i... Dobrze, że ogień właśnie był mały, poparzyłbym biedactwo.

Coś na kształt nadziei czy uspokojenia raczej zaświtało w spojrzeniu przyjaciela.

— My wszyscy tak czasem mamy, jedni mniej, drudzy bardziej, zależy, co i jak długo przeżyli... To przejdzie z czasem. Albo złagodnieje. Albo nawykniemy. My i wszyscy inni — zapewnił z naciskiem Ciaran. — Zwyczajna wojenna rzecz.

Przez sekundę pułkownik wyglądał, jakby chciał coś dodać. Potem to znikło, zastąpione łagodnym, spokojnym uśmiechem. Maską.

— Gdzieżbym śmiał myśleć, żem jest wyjątkowym! Mnie zresztą nie o zabijanie chodziło, tam, przed chwilą. — Iorweth mówił teraz starannie, bez emocji, może z lekką autoironią. — Pytałem o zachciankę. To taka wielka wina, mieć zachcianki? Kaprysy? Ja go przecież dla kaprysu puściłem, dla kaprysu i przyjemności władzy, żeby on też cierpiał, jak ja z komandem, żeby też żyć musiał z tym, że swoich nie ochronił... Ale dla przyjemności najwięcej.

Major odetchnął głęboko.

— Nie ma winy w kaprysach. Przestalibyśmy być istotami rozumnymi, jakbyśmy je stracili. Wodą byśmy się stali, rzeką, co gna z prądem, bezwolną cząstką. Nie ma nic złego, że miałeś po dekadach walki zachciankę i ją spełniłeś. Nie ma. Jasne? Gdybyś zwątpił, to sobie mój głos dzisiaj przypomnij — wyrecytował z przekonaniem silniejszym, niż to, które czuł.

Iorweth potrząsnął głową, niedowierzajaco. Nie powiedział nic, w końcu się odwrócił, mruknął, że przeprasza, że przeszkodził, zaczął wracać w kierunku kasztelu. Ciaran, klnąc w duchu, zawołał za nimi:

— A miałeś chociaż tę przyjemność? Wtedy, jakeś go puszczał?

Pułkownik zawahał się, drgnęły mu ramiona, potem obrócił głowę. Uśmiech miał nadal na ustach. Tylko zupełnie, zupełnie inny.

— Niesamowitą.

'

'

Roche, co zaskakiwało arystokrację, a tu, w Vergen, Wiewiórki, uwielbiał czytać. Analfabetyzm pokonał stosunkowo późno, głównie dzięki filantropijnym programom edukacyjnym, bo szkółki dla biednych, opłacane przez państwo, oferowały poziom więcej niż mizerny. I skoro już pokonał, to rzucił się zachłannie na całą tę dotąd niedostępną wiedzę, całą tę magię – dobrze, okazała się raczej prosta oraz prozaiczna, kiedy już ją opanował, lecz gdzieś tam, w głębi umysłu, pamiętał zachwyt dzieciaka nad faktem, że te znaczki mają moc, że mówią.

Wobec powyższego spędzał większą część wolnego czasu w bibliotece Kasztelu, całkiem nieźle wyposażonej w klasykę, ludzką i nieludzką, dzieła Jaskra oraz współczesnych nieludzkich autorów – oczywiście – czy podręczniki, książki kucharskie, bajki dla dzieci. Nowszej literatury rybałtowskiej ludzkiej brakło, lecz ów brak wynagradzały satyry kranoludów, pamflety niziołków i anonimowe złośliwe dziełka, przypisywane elfom. Zresztą, księgozbiór cały czas się, staraniami dworu, powiększał. Dolina Pontaru, głoszono, zamierza wspierać kulturę nieludzi, ocalać od zapomnienia.

Teraz na przykład dokupili luksusową, krytyczną edycję przepowiedni Ithlinne. Czy raczej entej rekonstrukcji owej przepowiedni, przeprowadzanej na podstawie wydań poprzednich i ludowych bajań, bo oryginał zaginął w pomroce dziejów.

Przepowiednia, jak to przepowiednia, była mętna, patetyczna, ot, napisana tak, by każdy megaloman mógł dopasować do niej swoje dumne ja. Czyli zwykła zagrywka wróżbity, łaknącego nadejścia dni pełnych chwały tudzież pełnej kiesy. Przynajmniej zdaniem Roche'a. Elfy traktowały rzecz nieco poważniej, choć niekoniecznie przychylnie. Taki Iorweth, na przykład, stał nad Vernonem i perorował mu właśnie, jak to najchętniej całe nakłady przepowiedni by spalił.

— Nie wierzę w przeznaczenie, to bzdura dla tchórzy, którzy się przed czynem i odpowiedzialnością wzdrygają. To wymówka słabych, którzy nie chcą być silnymi. To wreszcie siedzenie i czekanie, aż świat nas zbawi. Bez sensu. Taka bierność zabije naszą rasę. A już na pewno ją zabiją te nawoływania do śmierci i męczeństwa, i rzek krwi oraz cierpienia, z których się mesyjasz wykluje. Zamiast myśleć o tym, jak walczyć, by wygrać, jak użyć śmierci męczenników do zwycięstwa, przepowiednia nam każe ginąć na darmo, czekając, aż nas łaskawie wybraniec ocali. A ocalić może tylko polityka, może tylko działanie tu i teraz, nasza własna wola, nie liczenie na moce nadprzyrodzone...

Mężczyzna z trudem wstrzymał ziewnięcie.

— W sumie może i prawda, ale po co mi to mówisz? Czytam rzecz tylko jako zabytek piśmiennictwa — wyrecytował, podkreślając ostatnie słowa. — Nie wierzę w żadne wieszczby. Nie sądzę, żeby ktokolwiek ważny wierzył.

— A co innego, jak nie wieszczba, pomogło pogromowi w Wyzimie? Co innego, jak nie ludowe bajania, z ambon recytował Zakon Płonącej Róży? — Hetman wzruszył ramionami.

W sumie fakt. Nie pierwszy byłby to raz, gdy Roche ekstrapolował swoje myślenie na innych, a jak tak chwilę pomyśleć, to i ten wariat u Loreda coś tam w stylu przepowiedni bełkotał. Bardzo podobnego w stylu właściwie. A złapane Wiewiórki były na barce, podobno wcale nie do Drakenborga, mówili niektórzy, podobno ich mieli zabić, zatopić... Krwią spłynęłaby rzeka.

I była u komendanta jakaś więziona, gwałcona elfka, Vernon ją uwolnił przy okazji skrytobójstwa na rzeczonym, jednej z pierwszych akcji temerskiej partyzantki. Elfka nawet bachora miała, została potem chyba w Bindudze, jakiś znajomy się nią zajął. Roche'a z wdzięczności opatrzył. Oraz poinformował najwyraźniej Iorwetha, bo parę dni później agent wpadł na Wiewiórki.

Może więc proroctwo wariatki faktycznie pewien wpływ na bieżące wydarzenia miało. Mężczyźnie na samą myśl zrobiło się nieswojo – politykę, choćby podłą, rozumiał i w nią wierzył, śmierć, gwałty, mordy za kraj, idee, suwerena, czy nawet pieniądze były rzeczą jakoś uczciwą. Nie była uczciwą zbrodnia w imię bełkotu.

Iorweth wszedł mu w myśli:

— Matka tak zawsze mówiła. Nienawidziła tej przepowiedni — szepnął. — Każę zabrać z biblioteki, to szkodliwe jest.

— Wprowadzasz cenzurę prewencyjną?

— Z rozkoszą. — Wzruszenie ramion.

No w sumie, pomyślał Roche, przecież on mordował dla sprawy, przed cenzurą miałby się wstrzymać? Chociaż dziwniejsze kombinacje się już zdarzały.

— A co lubiła czytać albo słuchać? Twoja matka — zmienił temat.

Elf obrzucił go zaskoczonym spojrzeniem.

— Traktaty lingwistyczne — odparł i to nie dało się odgadnąć z tonu, czy żartuje; ale potem rozwinął, starannie, jakby przypominając sobie, jasnym było, że na poważnie. — A poza tym klasyki i poezję starszej krwi, nie tylko elfiej, krasnoludzkiej też, niziołków, miała nawet jakiś kompletnie zaczytany egzemplarz sag gnomów... I czytała dużo bieżącej, hrabia wszystko ze stolicy w dwóch egzemplarzach zamawiał. I ludowe opowieści ludzi, lubiła wasz folklor...

— To uczona — gwizdnął z odruchowym podziwem Vernon.

Watażka się zawahał. Palce na wpół bezwiednie przesuwał wzdłuż grzbietów kolejnych tomów.

— Tak, raczej tak — przyznał wreszcie. — Leczyła.

O, proszę. Teraz major się nieco zdumiał.

— Co? Co leczyła? — spytał odruchowo.

— Wszystko. Elfy, krasnoludy, niziołki, zwierzęta nawet. My długo żyjemy, a ona była chyba... — Pułkownik bardzo ostrożnie dobierał teraz słowa, każde zbywał manierycznym ruchem dłoni już wypowiadając — ...raczej starsza, kiedy się urodziłem. Długo żyjemy, dużo wiemy — podkreślił.

Agent się zastanowił, czy przez „zwierzęta" hetman miał na myśli naprawdę weterynarię, czy po prostu leczenie Dh'oinne. Może oba. Nie chciał wywoływać awantury, a coś przeczuwał, że jak poprosi o doprecyzowanie, to pewnie odpowiedzi nie zdzierży.

— Ale się specjalizowała też na waszych uniwersytetach dawniej. Akuszerką była z zawodu. Reszta to tak – sama wyszła...

Roche'owi opadła szczęka.

— Byłeś synem akuszerki? Pewnie jedynej w okolicy? — upewnił się.

— Najlepszej w okolicy — prychnął Iorweth.

Vernon jego arogancję puścił mimo uszu. Wściekłość w nim narastała. Chyżo.

— Byłeś chędożonym synem akuszerki? Jedynakiem? No, oczywiście. Byłeś jedynym synem najbardziej wpływowej kobiety w okręgu. Zaraz po hrabinie – nie, szlag, przecież hrabina też chciała przeżyć poród. Byłeś malutkim syneczkiem kobiety, dla której hrabia pamiętał, żeby zamawiać drugi egzemplarz książki – i ty się niby spotkałeś z opresją? Toż najprawdopodobniej, gdybyś rzucił kamieniem w okno, to ludzie roztkliwiliby się, jak doskonałego masz cela!

Elf patrzył, zdumiony wybuchem. Nie zaprzeczył. Potaknął nawet, z jakąś szczególną, melancholijną nutą.

— Tak, chyba... chyba byłem dość rozpieszczanym dzieckiem. Chronionym.

— Chyba? Ty byłeś na pewno rozpuszczony, jak dziadowski bicz. Znam trochę życie. I ty śmiesz, skurwysynie, zabijać ludzi? Nie te biedne dzieciaki ze slumsów, nie te wszystkie elfie dziw... prostytutki, nie, oczywiście nie, tylko w dupę chędożone wiejskie książątka, wy to mordować musicie, bo jak wam w dupę nie włażą, to już dyskryminacja i powód do rzezi...

Watażkę chyba tak żywiołowa – tak bezmyślnie wyzywająca – odpowiedź zamurowała, bo aż do tego momentu milczał, potem dopiero warknął swoje „dość" i „jak śmiesz", i „bloede Dh'oine". Tonem wielce urażonem. Ani chybi oczekując przeprosin. Pewnie jeszcze na klęczkach. A niech się chędoży, uznał mężczyzna, niech się chędoży długo i głęboko. Sztyletem. Niechęć klasowa, ostatnio jakoś przygasła, a przy Wiewiórkach nie występująca dotąd prawie nigdy, wróciła pożogą.

— Że niby nie mam pojęcia? Mam doskonałe pojęcie, życie w nędzy dla wszystkich podobne. Wiem, jak żyją nieludzie. W pracy mi przydatne było — zakończył zjadliwie. – Większość z nich by dużo dała za warunki syneczka akuszerki. Większość Dh'oinne zresztą też.

Pułkownik, o dziwo, jakby się opanował. Dąsy mu przeszły, mierzył teraz Roche'a spokojnym, badawczym spojrzeniem.

— Twoja matka — oznajmił wreszcie domyślnie, tryumfalnie prawie. — Wiem przecież, Scoia'tael ma dobry wywiad, nasz lud długo żyje. O twoją, nie moją, matkę chodzi. Twoje dzieciństwo. Twoje ulubione usprawiedliwienie wszystkiego, co nam zrobiłeś, co zrobiłeś komukolwiek...

Vernon zacisnął zęby.

— Odpierdol się od mojej matki — syknął; chłodno, czyli w gniewie już niekontrolowanym.

— A co ja niby mówię? Tyle tylko, że wiem, kim była. Świadczyła usługi erotyczne w zamian za gratyfikację finansową...

— Słucham? — wyjąkał agent, blady z gniewu. — Świadczyła... Ty w dupę trzy razy z przekręceniem stalową szyszką chędożony... Świadczyć usługi erotyczne w zamian za gratyfikację finansową to może jakaś niedodupczona hrabianka, jak się z markizem za kolię diamentową puści albo ta wasza chędożona królowa, jak z Emhyrem wasze jebane życia wycenia. Moja. matka — podkreślał każde słowo — się. kurwiła. z. nędzy. Z pierdolonego głodu. Z powodu mojego pierdolonego płaczu, jak miałem trzy lata i mnie ssało w chędożonym brzuszku, bo nie jadłem kilka pierdolonych dni. A ty kiedykolwiek — cedził słowa, bolały go mięśnie szczęki, prawie pluł tamtemu w twarz i miał to gdzieś — byłeś chociaż trochę głodny? Nim poszedłeś do lasu? W tym rzekomym koszmarze, który ci zapewnili Dh'oinne, czegokolwiek ci choć raz brakowało?I nie mów mi o pierdolonej wolności.

Hetman tylko patrzył. Przez całą tę tyradę.

— Chciałem — spróbował wreszcie, gdy major przerwał, by nabrać oddechu — być delikatny...

— Jasne, kurwa. Wy, rozpuszczone książątka, zawsze próbujecie być delikatne. Zwłaszcza, jak chłopów chłoszczecie. Jak strzelałeś po traktach, to pewnie też delikatnie?

Iorweth zmilczał, znowu. Wściekłość w Roche'u płowiała. Jak to u niego zwykle, wybuch, szybkie rozładowanie, potem cisza.

— Nie chciałem cię urazić — bąknął po chwili elf z odcieniem szczerego namysłu w głosie. — Ale nie trzeba było...

Vernon, nadal nie całkiem uspokojony, lecz już nie zły na tyle, by nie myśleć o konsekwencjach kolejnej kłótni z dowódcą Scoia'tael, po prostu go wyminął i wyszedł, nawet nie słuchając.

'

'

W trakcie pojedynku Roche nazwał ją „Panienką Śmierć". Żeby zirytować, wiedziała, zmusić do błędu, żeby przypomnieć – może i ze względu na jakąś niedawną awanturę z pułkownikiem. Tak czy siak, niemądre Dh'oine.

Chociaż wygrało pojedynek. Ale bez jej błędu, po prostu nadal było lepsze. A skoro jej w sumie pomagało ćwiczyć, to należało mu uświadomić omyłkę, dać kawałek prawdy. Śledczy lubią prawdę.

— Nie przeszkadzało mi moje przezwisko — stwierdziła Yeylia, rozpuszczając złote włosy, okręcając się w poszukiwaniu ręcznika do wytarcia twarzy. — Lubiłam, jak mnie nim nazywali.

Roche zastygł, chyba zaskoczony tematem. Zaraz jednak skinął głową, słuchał.

— Bo wtedy do mnie mówili „panienko". Nikt tak wcześniej do mnie nie mówił. To miłe było.

'

'

— Czemu nie lubisz wujka Vernona, ciociu?

Yeylia zastygła. Tylko na sekundę.

— Powiesił mi brata — oznajmiła obojętnie; dziecku krzywda się nie stanie od odrobinki prawdy. — Ale nie przesadzaj, ostatnio się nawet dogadujemy.

Mała pokiwała głową i wróciła do szkicowania wąwozów. Rzut z głównej bramy. Całkiem znośnie jej szło, chociaż zdecydowanie mieszała proporcje, nawet patrząc. Nie wspominając o perspektywie. I nadal za mało w ogóle patrzyła, a za dużo wiedziała, próbowała odtwarzać symbole, zamiast rozbierać widok na podstawowe części, spajać na kartce ponownie.

Elfka wzięła ołówek do ręki, spróbowała, kolejny raz, wytłumaczyć. Skorygować. Perspektywę przynajmniej. Tutaj, widzisz, ten najbliższy kamień się wydaje, jak ćwierć ołówka. A tamten dalej – jak sam rysik. A przecież wiesz, kochanie, że to tamten jest większy, byliśmy przy nim na wycieczce – tak, perspektywa, wiem, że pamiętasz, jesteś najsprytniejszym Dh'oine świata (tak, oczywiście przesadzała, ale co to komu szkodzi? ona sama się nigdy dobrego słowa nie doczekała, a czekała bardzo, czemu dziecku ma to fundować?). Ale czemu na kartce są takie same?

— Nie uważałam, rysując — przyznała Anais z leciutkim westchnieniem.

— Tak czasem bywa — mruknęła łagodnie kapitan. — Czasem nas zmartwienia rozpraszają. Ale wtedy właśnie rysunek nie przynosi ukojenia, minnyn. Żeby pomogło, to musisz wszystko zostawić za sobą, myśleć tylko o działaniu. Stać się działaniem. Wybierać widok, kard, perspektywę, potem przenosić, poprawiać, rysować, jakby nic innego nie było na świecie. Z pustą głową. Tylko wtedy to uspokaja.

Dziewczynka potaknęła i wróciła do szkicu. Spróbowała poprawić kamienie, w efekcie wszystko zamazała bardziej, Yeylia, podając gumkę chlebową, tłumaczyła znów, jak poprawiać, by nie popsuć...

— Twój brat zabijał Dh'oinne? — spytała nagle mała.

— Ja zabijałam Dh'oinne — przypomniała kapitan, prawie wyzywająco.

Nie zrobią z tego grzechu. Nie zmuszą jej do poczucia winy.

— Wiem, wiem. — Mała skinęła solennie głową, ale jej głos był spieszny, niepewny, prawie przepraszający. — Wszyscy żołnierze zabijają. Wujek Vernon zabijał, wujek Natalis, wszyscy. Taką macie pracę.

Właśnie, podsumowała w duchu Yeylia. Tak było trzeba. Wszyscy zrobili, co do nich należało. A potem wyżyli. Nic więcej. Nic więcej.

— Chcę narysować portret papy. Bo nie mam żadnego. A już zapominam — rzuciła mała, zmieniając temat. — W snach nigdy. Ale jak się obudzę, to czasem... nie jestem pewna. Jak wyglądał. Niby wiem, ale jak się chcę skupić na jakimś szczególe, to się rozpada. I widzę wyraźnie tylko, jak go mordują. I tamtego wiedźmina.

— Gwynbleidd go zabił — przypomniała cicho elfka.

— To za mało. Ktoś tym zabójcom pomagał, chronił, karmił...

— Może nie wiedział.

Dziecko spojrzało na nią sceptycznie.

— Nie zapytali, po co mu się do mojego ojca dostać? Czemu ucieka z zamku po królobójstwie?

Fakt. Żałosne były te próby odwrócenia uwagi dziewczynki od zemsty. Zresztą, miała prawo do sprawiedliwości, pełnej sprawiedliwości. Iorweth nie negował, przeciwnie wręcz. Czemu Yeylia miałaby? Jego życie w końcu, jego honor...

'

'

Roche w sumie rzadko wychodził na targ w Vergen. Syki „zbrodniarz wojenny", splunięcia pod nogi, matki nerwowo zagarniające na sam jego widok dzieci, to wszystko by zniósł, koniec końców było nawet zabawne, chroniło przed kieszonkowcami i dawało przyjemny zapas przestrzeni osobistej na zwykle zatłoczonych uliczkach miasta. Problem raczej leżał w tym, że nie za bardzo miał po co na ów targ przychodzić, bo nieludzie – a pod ich wpływem ludzcy sąsiedzi – niczego mu sprzedawać nie zamierzali. Hańbę by w tym widzieli.

Co właściwie znajdował jeszcze komiczniejszym, nikt nie miał bowiem nic przeciwko handlowaniu z dworem, który Vernona karmił, lub Jaskrem, Zoltanem czy nawet Armandem La Fayatte, choćby ewidentnie służyli oni za pośredników majora.

Dzisiaj jednak sprawa była honorowa. Anais, doniesiono mu, postanowiła pójść na targ, a że była zbyt politycznie cenna, by chodzić bez obstawy, to namówiła Iorwetha. Roche'a trafił szlag i to solidne wkurzenie zaprowadziło go prosto na główną kupiecką aleję, gdzie znalazł inkryminowaną dwójkę już bez trudu. Do królowej wszyscy doskakiwali, licząc, że w dziecięcym kaprysie coś kupi, watażki unikali niewiele mniej niż Vernona, masy inteligentnych istot falowały więc wokół nich, na przemian przyciągane i odpychane, tworząc korki, zatory, różnorakie nieprzyjemne sytuacje w ruchu, doskonale widoczne z każdej zgoła odległości.

Jej Wysokość na widok mężczyzny pokraśniała, elf za to nawet nie ukrywał niezadowolenia. A potem odwrócił uwagę małej, kupując jej watę cukrową.

— Nie wolałabyś kolorowej, przepióreczko? — spytał błyskawicznie agent; jeśli to dla królowej, to nawet nieludzie mu sprzedadzą.

'

'

W ciągu godziny Anais dostała chałwę, mamałygę, kilka tutek cukierków, porcję gorącej czekolady, dwa baloniki, kilka nowych drewnianych zabawek, pozytywkę, pluszaka, wiatraczek. Przy zestawie kukiełek, o który nawet nie prosiła, pokaz ją po prostu rozbawił, dziewczynka spojrzała na obu opiekunów, podejrzliwa i przestraszona.

— Coś się stanie? — spytała, sztucznie wesołym, dziarskim głosem. — Muszę wyjechać do nowego miejsca?

— Nie, skądże, Vergen jest bezpieczne. Bezpieczne na dłuższe stałe — zapewnił agent. — Co ci przyszło do...

— Wyjeżdżacie na wojnę? Obaj?

— Nie — wszedł jej w słowo pułkownik. — Absolutnie, co cię nagle...

— Arjan zginął? — teraz w głosie królowej pojawiła się rozpacz.

Tym razem zaprzeczyli unisono, Roche przykucnął, chwytając małą za ręce, dopytując, skąd te czarne myśli.

— Bo mi wszystko kupujecie — wyznała nieśmiało dziewczynka. — Zawsze, jak tak robią, jak tak robili, to znaczyło, że coś się stało. Jak musiałeś mnie ostatnio oddać Natalisowi, to też mi kupowałeś. Albo jak ojciec zginął...

— Dzisiaj — stwierdził Iorweth, wyrywając małą z dłoni Vernona, biorąc na ręce, okręcając wokół siebie — jest po prostu przepiękny dzień, fáloirnna. I cieszymy się, mogąc go spędzić z tobą. A móc obdarzać piękną, ukochaną kobietę prezentami to przecież sama przyjemność.

Jej Wysokość parsknęła króciutkim śmiechem, zaraz spoglądając niepewnie na agenta, czy on się aby też śmieje. Zmusił więc wargi do uniesienia.

— Nie ma innych powodów. Pouczymy się potem starszej mowy? — ciągnął elf.

— Anais powinna dzisiaj ćwiczyć ze mną — przypomniał zimno Roche. — Samoobronę. I sztuki walki.

— Tak, tak! — zawołała z entuzjazmem mała, podskakując lekko. — Wujek mnie uczy — wyjaśniała pobladłej i jąkającej pytanie przekupce z kramu obok, handlującej biżuterią — żebym mogła poderżnąć gardło zabójcom ojca. Jak obiecałam. Tylko tak bez ceremonii, a chyba powinna być ceremonia...

— Przyrzeczenia — oznajmił poważnie pułkownik — liczą się nawet bez uroczystości. Wystarczy, że je złożymy w sercu. I wypełnimy. Kiedy już wszyscy zamieszani w królobójstwo legną martwi, nikt nie śmie kwestionować wagi twojej obietnicy. To nasza konsekwencja, nasze działanie czyni przysięgi ważnymi, nie powierzchowne ozdoby. Ale jeśli pragniesz ceremonii, urządzimy ci ceremonię. Tylko podrośnij trochę, teraz to mogłoby źle wyglądać politycznie. Jakbyśmy dziecko do mordów zmuszali.

Dziewczynka potaknęła. Vernon się zastanawiał, z takim spokojem, jaki dotąd czuł tylko w bitwie – może to było to napięcie polityki, o którym wspominał markiz La Fayatte, polityki, która agenta zawsze jedynie nudziła – w co tak właściwie Iorweth gra, co tym razem knuje, na co liczy.

— Osiem dukatów nilfgaardzkich — rzucił przepraszającym tonem sprzedawca, wróciwszy z ładnie owiniętym wstążką, lśniącym od lakieru pudłem. — Ja wiem, że drogo, ale to pełen zestaw, z najlepszego gatunku dębu, na farby dajemy dwa lata gwarancji, na stawy figurek też jest gwarancja manufaktury...

— Dajcie spokój. Za dwa tygodnie zbieracie kramik i ruszacie dalej, czy myślicie, że będziemy was po całym kontynencie szukać, jak kolory zblakną? — prychnął Iorweth, sięgając do mieszka.

— Ja zapłacę — wtrącił Roche. — Ja powiedziałem, że to kupuję. Prawda?

Ostatnie słowo zwrócone było do handlarza. Ten pobladł nieco. Przełknął ślinę. Spojrzał na elfa. Na człowieka. Znów na elfa. Jeszcze raz na człowieka, który w tym momencie zaczynał już się niecierpliwić i jął naciskać. Potem nieszczęsny kupiec przeniósł wzrok na niebo, jakby oczekując obrony czy natchnienia. I najwyraźniej dostał.

— Będę zaszczycony, mogąc podarować ten drobiazg Jej Wysokości. Za darmo — podkreślił.

— Nie — stanowczo odparła Anais.

Łaska niebios na pstrym koniu jeździ. Łaskę pańską kupiec najchętniej by wyklął, ale się bał, że uczucie się mu odbije na twarzy.

— Nie, nie, nie. — Dziewczynka zmarszczyła brwi. — Tak nie może być. Król powinien być dobry i szczodry, i hojny dla poddanych, nie może ich wykorzystywać. Powinnam zapłacić. Hojnie.

Handlarz wypomniałby, że nie jest poddanym Temerii ani żebrakiem, ale w tej samej sekundzie pułkownik potaknął.

— Zaiste. I ponieważ Temeria chwilowo rozebrana, czyli podatki nie spływają, to ja zapłacę za hojność Waszej Wysokości. Oddasz mi, skarbie, jak ci major ojcowiznę przywróci. Albo przedstawię rachunek Mahakamowi. Mnie oddadzą.

— Mahakam — wypomniał z irytacją Vernon — to też hufce, które dzielnie stawały w boju za sprawę Temerii...

— Pięknieś im za to odpłacił. — Watażka zaklaskał.

Agent otwierał już usta, lecz przerwał mu radosny okrzyk małej.

— Mahakam! Wujek Zoltan mi dał kieszonkowe z mojego lenna przed wyjściem, żebym mogła sobie coś na targu kupić! — Wyciągnęła spory mieszek, zaczęła skrupulatnie liczyć monety, wyciągając po kilka. — Myślicie, że starczy?

— Na pewno, Wasza Wysokość — westchnął sprzedawca z ulgą.

Fortuna uśmiechała się do niego w złotych, czystych błyskach zimowego słońca.