Hasz miała urodziny wczoraj, więc rozdział z Ves, który powinien być następny i tak będzie dzisiaj. Podwójnie, znaczy. W ramach świętowania (i ja coś oczywiście piszę specjalnego, tylko cyrkumstancje...).
Partia z narodem, naród z partią!
Jedno z haseł temerskiego sprzysiężenia rojalistów
Kto mnie kocha, pójdzie ze mną. Kto mnie nie kocha, skończy na szubienicy.
przypisywane Radowidowi Srogiemu
'
'
Sheala de Tancarville robiła wszystko, co w jej mocy, by wyglądać dostojnie, pięknie i władczo. Nawet przebywając w wyżebranym azylu. Oficjalnie nazywanym gościną w Dol Blathannie.
Czarodziejka kupowała więc, za nie swoje właściwie pieniądze, czernidła do rzęs i powiek, pomady na policzki i usta, cienie do oczu. Upinała włosy w wysokie fryzury, z każdym tygodniem pobytu coraz bardziej skomplikowane. Popisywała się biżuterią oraz strojem – częściowo zresztą podrasowanymi iluzją. Aż tak wysokiej zapomogi, z grzeczności zwanej „pożyczką", nie dostawała.
Sheala była bankrutką, po raz pierwszym w swoim życiu. Kovir ze swymi bankierami uległ namowom Radowida i przyłączył się do polowania na czarodziejów, wszelkich czarodziejów – tłumaczeń nikt nie chciał słuchać. Zeznania Letha wystarczyły. Do tego Bank Vivaldich, kolejna instytucja, gdzie składowała pieniądze, wywłaszczył ją oraz Filippę z udziałów. Pod pretekstem „zdrady żywotnych interesów firmy oraz państwa". Bez odszkodowania. Za krasnoludami poszło kilkanaście innych przedsiębiorstw. Nawet szefowie rynku narkotykowego, dotąd chętnie korzystający z usług alchemicznych i magicznych, teraz patrzyli na panią de Tancarville z nieufnością. Odrazą niemal. Interesów robić nie chcieli.
„Skończą się dla nas, jak dla Demawenda i Foltesta", oznajmili krótko. Nawet nie osobiście, a przez wysłanych chłopców. Uśmiechniętych drwiąco, napastliwie wpatrzonych w dekolt Sheali, pozwalających sobie – w zasięgu jej słuchu! – na wielce niewybredne komentarze.
— Są rzeczy, których kupić nie można — zaszemrał obok niej głos Franceski; teraz Enid, tylko Enid. — Zaufanie, na przykład. A bez niego, cóż, trudno o układy. Zwłaszcza potajemne.
O, już ty coś o tym wiesz, pomyślała Sheala, ironią przykrywając niepokój.
— Tym bardziej jestem ci zobowiązana za twoją pomoc. I zaufanie. I gotowość do układów ze mną. Przechowam to we wdzięcznej pamięci. Do końca życia.
Stały w ogrodzie, odbudowanym, znów pięknym. Na popiołach wszystko dobrze rośnie. Elfka umoczyła koniuszki palców w marmurowej sadzawce. Złote i czerwone rybki, zamiast uciec, podpłynęły do jej dłoni.
— Tak długo? Nie sądzę — powiedziała po prostu. — I nie potrzebuję.
Druga kobieta zmilczała.
'
'
W pierwszych tygodniach nie milczała. W pierwszych tygodniach próbowała działać. Zbyt spiesznie, zbyt pochopnie, zbyt gwałtownie, powtarzała melodyjnym głosem Enid – wtedy jeszcze niekiedy Francesca.
— Mogłybyśmy sprowadzić tutaj Filippę. Ona potrzebuje dobrej opieki. Redania czy Kaedwen nie są dla niej bezpieczne — przekonywała na przykład Sheala przy popołudniowej herbacie. — Jej umiejętnością są nie do przecenienia...
— Tak, to wszystko prawda — odpowiadała elfka, podnosząc czarkę do ust. — Absolutna prawda.
I piła w ciszy. A ludzka magiczka, w końcu znużona lekceważeniem, odwykła od niego, spytała:
— Czemu więc tego nie zrobisz?
— Przecież wiesz. Polityka, Shealo.
— W polityce Filippa może tylko pomóc.
W szerokich, cichych korytarzach, pełnych poruszających się bezszelestnie elfów, obecność jeszcze jednej ludzkiej kobiety pomogłaby też może pani de Tancarville, o tym jednak rzeczona nie chciała myśleć.
— Nilfgaard stawia żądania? Odnośnie Filippy? — spróbowała ostrożnie.
— Nie Nilfgaard. — Francesca umieściła czarkę na talerzyku, bez jednego stuknięcia, bez najmniejszego dźwięku, choćby grzechotu biżuterii, choćby szelestu szaty. — Dolina Pontaru. Iorweth. A za nim Scoia'tael, bo on twierdzi, że Filippa ich zdradziła, że planowała zamordować Saskię i urządzić rzeź komandom oraz nieludziom z Vergen. By przejąć władzę nad bankiem. Wiesz przecież. Z tego powodu wasze udziały anulowano, a środki zgromadzone na kontach przejęto.
— Iorweth nie ma władzy nad całym Scoia'tael — prychnęła Sheala, czując przypływ irytacji.
Żeby byle włóczęga, którym się jej nawet nie chciało w tym Flotsam porządnie zająć, bo miała wiedźmina i Triss, i ciekawy okaz kejrana na głowie, robił jej teraz trudności i anulował udziały oraz środki – okradał z całych oszczędności! Skandal. Nonsens.
— Ta wolta z ludzkimi republikami mu sporo niechęci przysporzyła — przypomniała teraz.
— To są wewnętrzne sprawy Scoia'tael — stwierdziła miękko elfka. — Dla tej kwestii bez znaczenia. Shealo, Iorweth nie twierdzi, że Filippa spiskowała politycznie przeciw niemu. Nie twierdzi nawet, że chciała go zabić, czemu może niektórzy by radośnie przytaknęli. Głosi, a Dolina Pontaru oficjalnie oskarżenia potwierdza, że Filippa chciała wyrżnąć komanda i zgotować pogrom. Przy takich zarzutach Scoia'tael musi społem szukać zemsty. Ja nie mogę zaś pozwolić Filippie przekroczyć granic Dol Blathanny. Są granice wiarygodności.
— Przecież to brednie! — mruknęła bojowo kobieta. — Filippa nie zamierzała urządzać pogromu. Doskonale wiesz, jakie miałyśmy plany. Saskia, wprowadzając Iorwetha, nas zaskoczyła, ale cokolwiek mogła planować Filippa na pewno nie wykraczało poza ewentualne pozbycie się jego, nie wszystkich nieludzi, nie uwierzę, że naprawdę...
— Prawdą jest to, co użyteczne. Prawdą jest to, do czego możemy przekonać innych. Scoia'tael nawykły do zdrady, droga konfraterko — szepnęła Francesca, bardzo, bardzo cicho. — To są dzieci, które, by użyć twych słów, wzięto za karczek. I zapamiętały to sobie. Zapamiętały doskonale. Nawet wysnuły wnioski. Łatwo, bardzo łatwo, wierzą w zdradę.
Skinęła ręką, jeden ze służących podał świeżą, ciepłą wodę do rozcieńczania esencji. Królowa podziękowała mu formalną starszą mową, delikatnie, z matczyną niemal troskliwością. Sheala milczała.
— Nie wmawiaj mi, że naprawdę sądzisz — podjęła elfka — iż oddziały Scoia'tael uwierzą nie Iorwethowi, a mnie. Albo komukolwiek na świecie, swoją drogą, choćby i Cesarzowi — głos jej nie drgnął, wargi z niezmiennym wdziękiem formowały słowa. — Wewnętrznie, masz rację, gryzą się, kąsają, ambicje pojedynczych dowódców kolidują, o sporze między Yeavinnem a Iorwethem o dochody z przemytu nawet ja słyszałam... Jeśli jednak jakakolwiek siła z zewnątrz dotknie Scoia'tael, to staną za sobą. Murem. — Teraz się uśmiechnęła. — Scoia'tael ufają tylko sobie. I mają teraz poparcie jeśli nie oficjalnie Emhyra, to nieoficjalne jego wojsk... Nie mogę przyjąć Filippy.
Kłamiesz, myślała czarodziejka, ukrywasz przede mną powody, grasz we własną grę, jak zawsze, stara lisico. Bo nie uwierzę, odmawiam uwierzenia, że jakiś dziki, wygłodzony prymityw z lasu nas, mnie, pobił, choćby chwilowo, na polu polityki. Kłamstwami, egzageracją i wpływem. Naszą własną bronią.
'
'
Na przedzimiu Sheala nie milczał nadal.
— Ostatnie posunięcia ekonomiczne Vergen godzą w dobro Dol Blathanny — wypomniała na głos.
Tuż po tym, jak się okazało, że znakomita większość ludzkich majątków, które zamierzali przejąć po wygnaniu, oficjalnie należy do Banku Vivaldich. Bank płacił przepisane podatki od gruntów, ale większość pieniędzy i tak szła do Vergen.
Francesca dopiła wino. Powoli, płynnymi łykami, grdyka, o ile kobieta widziała, nawet jej przy tym nie drgała.
— Tak — przyznała wreszcie królowa. — Straciliśmy sporo. Stracimy więcej. Ale nie chcesz chyba, żebym wygnała teraz krasnoludy? Trudno byłoby to uzasadnić...
— Zawsze pozostaje obmowa. Bank bez zaufania traci wszystko, a oni w końcu właśnie de facto okradli jedyne królestwo nieludzi. Pod samym nosem tego waszego Scoia'teal. Oskarż ich...
Elfka się zaśmiała. Cicho, krótko, ale jednak. Czarodziejka umilkła, zaskoczona.
— Oskarżyć Dolinę Pontaru? Scoia'tael? Ja? — spytała tamta powoli, przechylając kieliszek z cieniutkiego, drogiego szkła pod światło. — O co? O wbicie noża w plecy? Jeśli ja powiem choć słowo o zdradzie, to Scoia'tael, Shealo, skonają ze śmiechu. A razem z nimi reszta starszych ras. Ludzie zresztą też. I ja się im nie dziwię.
Kobieta złożyła ręce na stole, zirytowana. Tęskniła za możliwościami Koviru, za władzą oraz wygodami starego świata. Za wygodami może nawet bardziej. Potencjami: podróży, działania, zmian. Poczucie uwięzienia w pięknych ogrodach Dol Blathanny doskwierało coraz mocniej.
Po cóż przyjęły, głupie, ofertę tego wiedźmina? Dla władzy, odpowiedziała sama sobie, dla jeszcze większej władzy. Dla rozkoszy kształtowania świata, dla wolności i możliwości, i dróg, i dobra, jakie płynie z takiego zakulisowego rządzenia. Wszystko dla dobra, koniec końców, dla większego dobra. Świat potrzebuje ręki na karku, potrzebuje kierunku i planu, a że nie jest dość rozsądny, by słuchać mądrości, cóż, mądrość musiała się skryć za biczem, za purpurą i złotem królów.
Tak przynajmniej myślały. Nie, nadal tak myślę, poprawiła się pani de Tancarville, to teraz – to nic, przejściowe trudności. Nauka zwycięży. Mądrość zwycięży. W ostatecznym rozrachunku. Trzeba przeczekać.
— Planowałyśmy Dolinę Pontaru jako silne państwo. Dobrze położone. Z wieloma atutami — stwierdziła spokojnie Francesca. — I takim jest. Do tego bogatym. Intensywnie się zbrojącym. W podobnej, jak my, sytuacji, jeśli chodzi o inwazję Cesarstwa. To nasi sojusznicy, Sheala. Nie słabsi od nas. Może nawet nieco silniejsi. A wasze wpływy znacznie spadły.
Wasze, nie nasze, zauważyła z irytacją czarodziejka.
— Musimy się liczyć z Doliną Pontaru. Nieważne, jak głupie i nieżyciowe pomysły wprowadza – rzeczpospolita, też coś! rządy tłuszczy, anarchia i swawola! – rozumiem to — westchnęła uprzejmie. — Ale musimy też stawiać granice. Przejęcie udziałów oraz oszczędności, moich czy Filippy, to rzecz bez precedensu. Niedopuszczalna w żadnej procedurze prawnej. Własność prywatna jest święta...
— Tam był wyrok sądu i rozporządzenie Rady. Lud – tłuszcza, jak mówisz – oznajmił swą wolę. — Francesca dolała sobie wina. — Nie smakuje ci rocznik? To przecież z Koviru...
Sheala uświadomiła sobie, że własnego dotąd nie tknęła. Teraz umoczyła usta. Tak, kovirskie. Jedne z najlepszych.
— Samo to uleganie podszeptom gminu – i plwanie na najświętsze, fundamentalne zasady porządku prawnego, zasady, gwarantem sprawiedliwości będące – samo to stawia ich w pozycji dzikiego księstewka. Czy tam republiczki. Podważają własną suwerenność takimi decyzjami, legalność własnego istnienia. Im traktat bankowy i umowy furda, innym, większym graczom postanowienia z Loc Muinne niczem będą. Skoro to nasi sojusznicy, tym bardziej im to uświadom. Nie chcemy przecież, by przez własne błędy osłabli... zbytnio.
Królowa się uśmiechnęła, jakby z uznaniem. Magiczne lampy, oświetlające pomieszczenie w długie zimowe noce, rozbłysły mocniej.
— Chwilowo byt im Cesarz gwarantuje. Jeśli on wygra, to suwerenności żadnemu z krajów Północy nie zagwarantuje nikt — przypomniała. — Ale Dolina Pontaru jakąś niezależność raczej obroni. Cesarstwu wyda tę małą królową Temerii, na hołd lenny namówi. Cesarz w tym się już teraz dowodu lojalności upatruje, że to dziecko mu, członków spisku przekonawszy do traktatów, znaleźli, Temerczycy ją wcześniej tak ukryli, że ani wróżbici, ani oddziały specjalne ni cienia śladu złapać nie mogli...
— A jeśli Nilfgaard przegra, to Temeria pewnie się z osłabionej Redanii i Kaedwen odrodzi. Z długiem wdzięczności wobec Rzeczpospolitej. I długiem Natalisa w Banku Vivaldich — kobieta fuknęła, jak rozzłoszczona kotka. — Tyle, to widzi dzisiaj każde dziecko.
— Każde dziecko widzi też, że wojska Rzeczpospolitej wzrosły kilkukrotnie. Stały garnizon mają imponujący.
— Najemniczy — prychnęła czarodziejka. — Najemnicy mają to siebie, że idą do tego, kto lepiej zapłaci. I drenują budżet. Paranoja Scoia'tael na dłuższą metę ich osłabi. Pieniądze z Mahakamu ani neutralności nie będą płynąć wiecznie. A im by znacznie mniejsze wojska wystarczyły. Przecież ze względu na to właśnie, na wąwóz, tak sprawę planowałyśmy...
Elfka skinęła głową.
— Najemnicy, rozpuszczeni, lubią zaś zdradzać byłych panów. Czasem nawet wcześniej, czasem nawet porządna łapówka wystarczy, by honor kondotiera złamać... A królowie nie będą spokojnie patrzeć, jak im republika z wolnym chłopstwem w pobliżu w potęgę rośnie, jak im poddani uciekają. Ludzie i nieludzie niekoniecznie szczęśliwi ze swojej koegzystencji będą. Nie wiadomo, jak długo pokój Scoia'tael wytrzyma, jak długo ludzcy sąsiedzi wzrastanie w potęgę kraju wolnych nieludzi zniosą. Dolina Pontaru jest beczką prochu. Niebezpieczną dla wszystkich graczy. Wiele rzeczy się z nią stać może, jeśli nie zauważą, kiedy im trzeba zgiąć karku. Wiele rzeczy się stać może. Za kilka lat. Za rok czy dwa nawet. Ale nie tej zimy jeszcze.
Kupujmy czas, odczytała kobieta. Czekajmy. Pochylmy kornie głowy, niech się przewali nad nami nawałnica. Potem, jak sępy, pożywimy się na trupach. Kolejne napomnienie, znaczy. Jak do dziecka wręcz; wielce denerwujące. Niemniej, raczej słuszne, więc pani de Tarcanville spięła wargi i milczała. Piła wino.
— Mówisz o granicach — rzuciła po chwili Francesca. — Nie zawsze jest wszakże czas na stawienie granic, bywa taki, w którym wypada raczej mówić o poświęceniach. Znoszeniu.
'
'
— Nie chcę widzieć tej dziwki na oczy! — dobiegało zza drzwi. — Jej posłów też nie. Niech się, bloede cuache, chędożą. Ona też niech się chędoży. Z Emhyrem najlepiej...
Drzwi były grube. Obłożone magią. Dźwiękoszczelne. I ostentacyjnie niedomknięte.
— No, no, spokojnie, Cesarstwa i Białego Płomienia Szczając... Tańczącego na Kurhanach Wrogów w to nie mieszajmy — nadpłynęło basem.
Sądząc z charakterystycznej, wznoszącej intonacji zdania – oraz nie mniej charakterystycznego przejęzyczenia – krasnoludzkim.
— Nie mówcie mi o tej kurwie, a będę spokojny. Jak rzeka lodem skuta. I oddziały też.
Chwila ciszy. Długa. Szmer przyciszonych głosów. I głuchy odgłos zatrzaskiwanych drzwi.
— Panowie. — Drzwi, te na korytarz, otworzono szerzej. — Saskia i przedstawiciele Rady was przyjmą. Z wielką radością. Przepraszają za zwłokę.
Posłom z Dol Blathanny nie drgnął ani muskuł na twarzy, gdy wprowadzano ich do sali obrad. Nie drgnął im też wcześniej, gdy przechodzili przez bramę i ulice, a dawni partyzanci śpiewali nową, poprawioną wersję Pierwszej brygady. Tę z dobrym zakończeniem. Oraz długą listą wyzwisk skierowanych do wiadomych onych, tych, co to mówili, że stumanieni. Z wyzwisk „jebał was pies" było najłagodniejsze.
— Pułkownik Iorweth nie mógł niestety uczestniczyć — stwierdził teraz imć Zigrin, jeszcze przed ceremonialnymi ukłonami. — Obowiązki go wezwały. Ale żałuje, bardzo.
'
'
Sheala zaczęła więc znosić. Czekać. Liczyć na rozsądek władców: czy teraz, zagrożeni Nilfgaardem, nie powinni wrócić do ich czarodziejskich stóp, błagając o pomóc? O udzielenie im łaskawie swojej mocy, która już nie raz ocaliła Północ?
Mijały jednak miesiące, przedzimie, zaczęła się zima, zatrzymanie działań wojennych, oni nie wracali. Chociaż ta pauza to tak idealny czas.
— Może się boją zdrady bardziej niż słabości — mówiła Enid, niepytana, teraz już tylko Enid, teraz już tyko w starszej mowie, „Vaelghávs th'essene a tearth aep brathádh ardun var laivsenn". Prawie z rozbawieniem.
Nigdy nie zdradziłyśmy interesów magii. A to, co dobre dla magii, byłoby dobre dla świata. Nigdy nie zdradziłyśmy mądrości, myślała Sheala, jestem tego pewna i w to wierzę. Świat to coś więcej niż interesy małych królestw. Świat to wielka jedność i jej broniłam.
Kiedy wkładała ręce do fontanny albo stawu, rybki umykały, spłoszone. Żabki nie chciały same skakać jej w dłonie. Najpierw czekała, aż się oswoją, potem, zirytowana, jęła je przyzywać magią, potem nagle wymuszone przywiązanie – nie wiedziała, skąd w ogóle taka fraza przyszła jej do głowy, ale skoro przyszła – przestało ją bawić. I teraz czekała tylko końca zimy, wielkiego wybuchu wojny, krwi, która zaleje pola Północy, wiosny, wiosny, która udowodni, jak bardzo tym wszystkim koronowanym baranom potrzebna jest czarodziejska ręka nad karkiem.
'
'
— Sheala ci bardzo nie ufa — mruknęła Ida z rozbawieniem.
Haftowała. Ida w ogóle lubiła typowo kobiece zajęcia, kojarzone z łagodnością. Haft, szydełkowanie, robienie na drutach. Twierdziła, że monotonia tych czynności ją uspokaja, pozwala widzieć jaśniej.
Enid uśmiechnęła się w odpowiedzi. Ona z kolei miała swoje rybki i swoje ogrody, sprawy pozornie jeszcze zwyklejsze.
— Tylko bardzo? To nie dość.
Moment ciszy.
— Góry Sine kogoś tam poślą, prawda?
— Do Vergen? Tak. — Enid westchnęła lekko. — Będą nas informowali. Trochę.
— Ktoś musi czuwać nad tymi dziećmi, prawda? — szepnęła miękko Ida; królowa nie miała pewności, czy naprawdę w głosie nie było ni cienia ironii.
— Ktoś musi czuwać nad naszą przyszłością. Naszą rasą... Są przecież sprawy, dla których nie tyle warto, ile trzeba wiele poświęcić. Kiedyś zrozumieją. Może już nawet zaczynają rozumieć.
Ida skinęła głową, nie podnosząc oczu znad robótki. Wyszywała jaskółki.
'
'
Feniror Istherin Yeytedd aep Ceardwen Briss Tryll'aen, ktoś pomiędzy posłem Gór Sinych, a agentem wpływu starych elfów, wyglądał tak niepozornie, że w pierwszej chwili, ujrzawszy go z mostu wśród pięknych, rosłych koni, szerokich, malowanych wozów, ekwipaży z wypolerowanej na błysk skóry, Roche wziął za służącego.
Feniror włosy miał wyraziście rude, jak raczej przystałoby niziołkom lub krasnoludom, był wysoki, nawet jak na elfa, i zasuszony, nawet jak na starego elfa. Na chudej, zapadłej twarzy kości policzkowe wyglądały, jak wały nad fosą, podbródek, jak sztylet, nos, długi i już z natury wąski nawet nie, jak dziób, lecz po prostu patyk. Elf wszakże mógłby uchodzić za przystojnego – rysy były harmonijne, postawa bez zarzutu – gdyby przytył. To raczej jego strój, czarna, szeroka, prosta peleryna bez kołnierza, zmylił Vernona.
— To Aen Saevherne — mruknął Jaskier. — Bardzo wiekowy. Doktor i uczony, i mag ichni jakby...
— Wiem, co to Wiedzący — przerwał mu major. — Ten jeszcze, rozumiem, wymrażać członki lubi?
— Roche — westchnął poeta — to ichnie... cechowe. Dowód umiejętności. Że jesteś w stanie się ogrzewać magią, nie potrzebujesz mordować innych istot. Jeśli mordujesz, to z wyboru albo idei, nie dla komfortu.
— Czyli takie popisywanie się — podsumował agent.
Feniror, te kilkanaście metrów niżej, na głównym placu, wyglądał jak uosobienie skromności. Które to właśnie, rozumiał Roche, było najważniejszym popisem. Jak u nilfgaardzkich dostojników.
Dyplomata kornie chylił głowę przed władzami republiki. Przekazywał prezenty: blask szkatuł wykładanych klejnotami docierał nawet na mostek. Lud, zgromadzony naokoło Vernona, szemrał z ukontentowaniem, mile połechtany w swym poczuciu ważności.
Anais stała na dole, z markizem La Fayatte'em. Im również wręczono podarki, stosownie mniejsze, bo przecież teoretycznie Dolina Pontaru królową jedynie gościła. Podarki przekazano zresztą na ręce Rady Vergen oraz Saskii, potem dopiero korowód służących, już po stronie Rzeczpospolitej, oddał je przedstawicielom Temerii. Co było zgodne z protokołem, z jednym z możliwych wariantów protokołu, Vernona jednak jakoś nieprzyjemnie ubodło. Zaniepokoiło. Wydało się znaczącym.
Powitanie trwało ponad godzinę pełną wielce wykwintnych przemów w ceremonialnych wersjach starszej mowy, pobrzękującej wśród sopli zwisających z dachów i mostków, ginącej łagodnie wśród zasp śniegu, zgarniętego z placu na boku, zadeptywanej, jak rzeczony śnieg na wszystkich pozostałych ulicach, przez pohukiwania i postukiwania obcasów ludu. Ludowi, w tym majorowi, było bowiem zimno. Feniror stał z gołą głową, rękawiczki trzymał w dłoni, wierzchnią pelerynę miał nonszalancko – znaczy, grzecznie, przecież stał przy władczyni – odrzuconą, ukazując wszystkim, iż ubiór pod nią jest nie mniej letni: szeroka, długa czerkieska. Ciemnozielona. Niczym poza jedwabiem niepodbita. Z jasnym, szerokim pasem, na pewno bogato tkanym.
„Pomogliby tak swojemu ludowi w miastach, zamiast wydawać na luksusy", pomyślał zgryźliwie agent. Jaskier, stojący tuż obok, się zachwycał, robił w duszy notatki, by potem rzecz odpowiednio oddać – proponowano mu miejsca bliżej, ale wolał widok z góry, podobno taka panorama dla wielkiej, podniosłej epiki jest lepsza.
— No, wreszcie — mruknął po owej godzinie z hakiem Roche, bardzo mało godnie przytupując. — Idą. Kończą już chyba? Czy jeszcze jakieś przemarsze planowali? — spytał zaniepokojony barda.
Nie planowali. Tylko do kasztelu. Orszak jednak poruszał się dostojnie, to znaczy: powoli. Tłum, mimo mrozu, stał wzdłuż całej trasy, podekscytowany. Napierające istoty wszelkiej maści oraz rozgorączkowany poeta, całkiem niezły w przepychaniu się („pardon, ale temat wzywa", mruczał, taranując starców, kobiety i dzieci), sprawiły, iż Vernon znalazł się nagle w pierwszym rzędzie. Miał świetny widok na końskie zady oraz wyniosłe elfie gęby. Szczęśliw był z tego tytułu wprost niebotycznie.
— Zaraza, znów chędożenie, a tutaj obywatele zamarzają — warknął pod nosem, na przekór ogólnemu nastrojowi, gdy przed wejściem do kasztelu rozpoczął się kolejny taniec uprzejmości.
Do zgromadzonych dostojników owa buńczuczna uwaga musiała dojść, bo pewne drgnienie, jak skrzywienie ust, przeszło przez wszystkich, markiz przymknął zaś na sekundę oczy. Wargi mu też zadrżały, jak do bolesnego, już w ruchu tłumionego uśmiechu.
Feniror się za to zawstydził. Bardzo teatralnie, z ukłonami i przeprosinami. Nie sądził, że przetrzymuje, nie zauważył, że innym jest zimno...
— An erc'h luionné, ardim — „śnieg leży" wytknął naraz milczący dotąd Iorweth z jakąś szczególną, na poły ironiczną, na poły pokorną nutą w głosie.
Reszta pospieszyła zapewniać, że to nic, że są przecież ciepło odziani. Dyplomata przeprosił raz jeszcze, jak najwytworniej, a potem, ciężko westchnąwszy, spojrzał na hetmana i mruknął, w dziwnej, zjadającej z połowę głosek wersji starszej mowy:
— Creas'te'nn dice a me'sseath'nn, gwedd.
Że do pułkownika właśnie się odezwano per pacholę i zganiono za milczenie, tyle major zrozumiał. A potem Wiedzący wykonał lekki, niemal niezauważalny gest ręką. I oto majora zalała fala przyjemnego ciepła. Nie tylko jego zresztą, sądząc z zachwyconego pomruku, zaraz przechodzącego w zdumione okrzyki, wśród zebranej gawiedzi. Najwyraźniej elfi mag, upomniany, że inni się turbują z powodu jego uprzejmości, grzecznie rozszerzył swój parasol termiczny. Na istoty żywe jedynie, z wielką precyzją – śnieg na dachach nadal pozostał na swoim miejscu.
Feniror się uśmiechnął, pięknym, szczerym, absolutnie nie pobłażliwym czy dumnym uśmiechem, uśmiechem pełnym raczej współdzielonej radości, który to grymas jest właśnie tym sposobem, w jaki ludzie pokroju markiza La Fayatte demonstrują swą wyższość światu. Poprzez ukazywanie, tłumaczył Roche'owi Armand, że okazywać jej właśnie nie muszą, że wręcz nie są jej świadomi, bo jest im przyrodzona, naturalna, nie zapoznana; jak słońce, które zsyła swoje blaski szczodrobliwie na wszystkich...
Lud klaskał. Jaskier niemal piał z zachwytu, próbując w locie metafory za metaforą. Iorweth patrzył na Vernona wzrokiem ciężkim od wyrzutu czy tylko irytacji. Vernon klął w duchu.
I zaraz, w nagłym błysku, myśląc o tych obdartych, głodnych, przemarzniętych Wiewiórkach, które zabijał, którym odmrożenia czasem pożerały kończyny, o skulonych, szczękających zębami rodzinach w przysypanym śniegiem getcie, zrozumiał, dlaczego Iorweth i Scoia'tael zdawali się niekiedy nienawidzić własnej starszyzny bardziej niż ludzkich oddziałów.
'
'
Hetman zaraz po oficjalnych powitaniach wymknął się z sali. Najwyraźniej, bo Roche wpadł na niego na środku koszar, gdzie sam z kolei przyszedł na spotkanie z Yeylią. Już miał zapytać, czy to ładnie, gdy władza rzeczpospolitej zaniedbuje swe obowiązki, gdy okazało się, że nie on jeden wpadł na Iorwetha. Chociaż Feniror, wychodzący właśnie zza załomu korytarza, zrobił to raczej bardziej planowo.
— Powiedziano mi, że tutaj cię najprędzej znajdę — powiedział cicho, znów w jakieś pokrętnej, ledwo dla agenta zrozumiałej wersji starszej mowy.
Pułkownik się spiął, zgiął w ceremonialnym ukłonie, w tych wszystkich „panie", „wielce szanowny"... Dziwne, pomyślał Roche, toż o większości oficjeli Dol Blathanny czy Gór Sinych Scoia'tael, łącznie z dowódcami, wyrażało się per „skurwysyny", „chuje" i „dziwki". W ich przytomności, a juści.
— Ostatnio — mruknął dyplomata, jakby zamyślony — kiedy rozmawialiśmy, mówiłeś mi po prostu „wujku".
O, proszę. No, to przynajmniej poprzednią zagwozdkę rozwiązuje. Iorweth się za to wyraźnie spłoszył.
— Oczywiście, jak sobie pan... jak sobie życzysz, gwythr. Ale możemy o tym porozmawiać w bardziej prywatnych okolicznościach?
Poseł wzruszył ramionami. Minimalnie, dystyngowanie.
— Jesteśmy sami — zauważył miękko. — A ściany są grube, koszary prawie puste. Nikt nie podsłucha.
Vernon przez chwilę chciał poudawać sam przed sobą, że się łudzi, iż elf po prostu niedowidzi, nie: traktuje ludzi jak zwierzęta. Poudawał jakieś trzy sekundy, potem się mu znudziło. Gniew w sumie też coś z tym wspólnego mieć mógł. Jednak błysk irytacji w oczach pułkownika wystarczył, by poprawić humor agenta.
— Ale ja wolałbym porozmawiać w bardziej intymnych okolicznościach. W moim salonie? W gabinecie? — watażka jakoś tam zachowywał spokój, na wyczucie majora z trudem.
Feniror skinął arystokratycznie głową.
— Poproszę pokojowe, odprowadzą cię, mam coś do załatwienia — tłumaczył hetman; Wiedzący przerwał mu gestem ręki, raczej łagodnym.
— Trafię. Sądzisz, że zgubiłbym się w Vergen? Salonik dla gości i gabinet, ładnie... — nuta pobłażania brzmiała w głosie dyplomaty.
Iorweth cały się spiął.
— To dobre, bogate miasto. I Rzeczpospolita dba, by mi nic nie brakowało — prychnął.
— Domyślam się. Musi — zauważył trzeźwo poseł. — W Górach Sinych twój ojciec...
— Cuach — warknął nagle watażka, zjeżony, tą partyzancką, twardą starszą mową, akcentująca każdą zgłoskę — caen me a'baeth aép arse. N'aen me a dicette aef ene. A ty idź precz, Roche.
Vernon, który oglądał rozgrywającą się przed jego oczyma scenę z coraz większym zainteresowaniem, spróbował zaprotestować, że się umówił z Yeylią. Nic z tego, hetman oznajmił, że z kapitan sam porozmawia, a Dh'oine ma mu zejść z oczu i wrócić do siebie, już. Z wielkim naciskiem owo „już" było wypowiedziane, więc agent posłusznie ruszył ku drzwiom
Zatrzymał go obojętny, odległy jakby głos Fenirora.
— Jeśli przeszkadzam ci w zabawie ze zwierzątkiem, to po prostu powiedz. Nie będę ci więcej zabierał czasu, poczekam w gabinecie. Ostatnio coś uczulenia na sierść nabieram...
Major przygryzł od wewnątrz wargę. Stary chwyt, jeszcze z dzieciństwa, pozwalał opanować emocje, nie skakać na wielokrotnie silniejszego przeciwnika, ocalić życie. Wiedzący przeszedł mimo, jakby płynął, szata unosiła się milimetry nad podłogą, podłoga, zwykle skrzypiąca, milczała.
— Iorweth, gwedd — rzucił na odchodnym, spokojnie — Gar'te aen aiceánn vienn aen anivalle te igrie. En'ss gwaréll.
I opuścił pomieszczenie, zostawiając dwuosobową resztę w stanie, delikatnie ujmując, zaskoczenia. Roche pozbierał się pierwszy.
— Akcent ci się przeze mnie pogarsza. No, no, no — zaintonował, parodiując zwykłą manierę watażki. — Ależ mnie, marne zwierzę, zaszczyt kopnął.
— Idź stąd — odparł tamten, bardzo zmęczonym tonem.
— Feniror sprawy twojego ojca, rozumiem, nie zostawi?
— Nie powinieneś był tego słyszeć.
— Ja? Zwierzątko? A co ja z tym zrobić mogę...
Iorweth westchnął ciężko. Zaczął unosić rękę, pewnie, by oprzeć czoło, w połowie gestu przerwał, spróbował ukryć słabość, poprawiając kołnierz.
— Nie przejmuj się — mruknął wreszcie pułkownik. — Feniror to rasista.
Vernon parsknął śmiechem. Przez dobrą minutę się nie mógł opanować.
— Dobre sobie — wystękał wreszcie. — To w kalendarzu trzeba zapisać. Wiewiórka potępiła elfi rasizm, zaraz, zaraz, którego dzisiaj mamy?
— Zawsze potępiałem rasizm, który kazał nam nie doceniać przeciwników. To nas wiele kosztowało i wiele nas kosztować będzie, jeśli nie zwalczymy tej plagi...
— A przemowy to zostaw swoim oddziałom. — Agent machnął ręką. — O co chodzi z twoim ojcem?
— O nic. Zamknij się.
Major się nie zamknął. Skądże.
— W tej akurat kwestii cię rozumiem. I też mam doświadczenie. Chociaż mój rodziciel nawet uznać mnie nie raczył, doceniłbyś u swojego chociaż tyle...
— To, że muszę go porównywać z Dh'oine, by wypadł dobrze, jest chyba samo w sobie widomym symbolem nędzy i rozpaczy? I upadku naszej rasy.
— Do którego my doprowadziliśmy. Oczywiście. To jest ten twój rasizm, ten, który za zdrowy uważasz, ta? — prychnął Roche. — W przeciwieństwie do Fenirora, który w nas zabawki niegroźne widzi...
— Feniror tak wcale nie uważa — oznajmił hetman z jakąś wyzywającą brutalnością w tonie. — Feniror jest... stary, bardzo stary według waszych miar. Urodził się niedługo po waszym przybyciu. I pochodził z Loc Muinne. I był u dalszych krewnych wiadomego dnia, ale ani się waż wypominać mu rasizm. Albo cokolwiek.
Zaraza by to... Mężczyźnie się zrobiło prawie głupio. Co innego w dyskusjach rzucać „et, takie czasy", „et, wojna" i mieć rzeź Loc Muinne kompletnie w dupie, co innego powiedzieć to samo przy bezpośrednich ofiarach. I właśnie za to, myślał Vernon, poczucie winy chowając pod irytacją, nie znoszę elfów: żyje to to zdecydowanie za długo, normalne mechanizmy radzenia sobie z historia przy nich na nic. Umierałyby, jak ludzie, to nie byłoby problemu.
— Będziesz siedział przy nim grzecznie. Z podkulonym ogonkiem. Jasne? — zakończył watażka.
— Bo do twojego tatusia na skargę poleci? — sarknął Roche.
Że błąd, to wiedział, nim dokończył zdanie, a Iorweth pobladł jak ściana. Nie był tylko pewien, jak bardzo duży.
Elf odetchnął głęboko, rozluźnił zaciśnięte pięści.
— Mój ojciec — oznajmił bardzo starannie obojętną dykcją — nie ma nade mną żadnej władzy. Nie ma prawa sobie jej rościć. Nie dbam o niego i nie dbam o to, co Feniror mu przekaże. Gdyby był znajomym tylko ojca, w ogóle bym się nim nie przejmował, ale on jest bardziej od matki... — Pułkownik umilkł, najwyraźniej zdawszy sobie sprawę, że zaczyna mówić za dużo, że sztuczność dygresji jest widoczna, jak na dłoni.
Agent spokojnie przeżuł informacje. Wnioski akurat, jemu zwłaszcza, nasuwały się same.
— Ojciec porzucił ciebie i matkę? Też? — zaakcentował ostatnie słowo, spróbował szybko stworzyć wspólnotę.
Hetman tylko się zjeżył.
— Nie jest Dh'oine, by porzucać kobietę w ciąży — prychnął z teatralną wręcz wyższością. — Nie, był z nami. Trochę. A potem postanowił... licho wie, co, pewnie, że go prowincja nudzi, że jego wielkim ambicjom i zdolnościom nie odpowiada, że gdzie mu tam z ludem żyć. I poszedł robić politykę. Na miarę swoich as-pi-ra-cji — jad kapał z każdego słowa. — Oczywiście nie miał żadnych znajomych ani nic, matka musiała mu pomóc, jestem pewien, albo sobie wyżebrał jakąś posadkę w Kaedwen czy w Górach Sinych. Matka miała inne ideały, nie chciała zostawić Cie... wioski. A on sobie poszedł. Robić tę swoją karierkę. Kariereczkę. Karierunię.
— Feniror brzmiał, jakby się mu udało — podrzucił Roche; Iorweth ewidentnie był w nastroju na wygadywanie się.
Riposta padła natychmiast:
— Feniror uważa cię za zwierzę. Ja się z nim poniekąd nie zgadzam — nacisk „na poniekąd" był szalony. — A ojciec jakąś tam karieronkę może i zrobił. Pisał do nas listy, znaczy, do matki, przychodziły razem z pieniędzmi, na pewno w nich się chlubił, ale przestałem je po pewnym czasie czytać. Zabawek od niego też nie ruszałem. Ale on oczywiście uważa, że skoro przesyłał nam pieniądze, listy i zabawki, to jest idealnym ojcem i ma prawo ode mnie wymagać, krzyczeć, pouczać — teraz głos elfa przeszedł w syk.
Vernon obstawiał, że tamten tego nawet nie zauważył.
— Wiesz — zaczął agent; ton mu mimowolnie złagodniał — ja z moją matką pieniądze, choćby najmniejsze, przyjęlibyśmy z pocałowaniem du... ręki. A pieniądze, listy i zabawki do łez szczęśliwości by nas doprowadziły — teraz ironizował, ale niewiele, bardzo niewiele.
Właściwie spodziewał się irytacji, rzecz na nią była obliczona, jednak, o dziwo, spojrzenie watażki raczej zmiękło.
— Tak, oczywiście — mruknął. — Wiem. Nie wydziedziczył mnie. I ja też uznaję... — zawahał się. — Mam ojca, tak.
W sensie że się do niego przyznajesz? Ho, ho, ho, jakby to rodzicom wielce potrzebne było, parsknął w duchu major, raczej w drugą stronę. Chyba, że to jakaś wielka i tajemna tradycja starszej krwi. Bardzo tajemna, bo jakoś się z nią dotąd ni razu nie spotkałem.
— No, to bym nie histeryzował — zauważył na głos; histeryzowania nie znosił.
— A ja histeryzuję?
Mężczyzna powoli, solennie i ze sporą satysfakcją pokiwał głową. Hetman, o dziwo, nie wybuchnął gniewem, zamyślił się raczej.
— To Feniror mnie... wytrąca z równowagi — zdecydował wreszcie. — On i tak najznośniejszy z nich wszystkich, ale wiesz. Then'sste aen Saevherne. Denerwować mogą. Jak to ujął Zoltan, bez magii nawet oddychać nie umieją.
Roche uniósł sceptycznie brwi.
— Zoltan tak powiedział? — spytał, ironicznie przeciągając sylaby.
Pułkownik wydął wargi, prawie, jak urażone dziecko. W ogóle pod wpływem dyplomaty dziecinność wychodziła w jego zachowaniu.
— Zoltan — Iorweth mówił ostrożnie, niechętnie — ujął to inaczej. Ale sens był podobny.
— A jak to ujął Zoltan? — dopytywał Vernon, teraz już z czystej przekory; duch dziecięctwa był najwyraźniej zaraźliwy.
— W stylu krasnoludzkim — mruknął watażka, a widząc, że tym raczej majora nie zbędzie, rozwinął tonem męczeńsko-pogardliwym: — Że elfi magicy to bez pomocy czarów nawet z wychodka skorzystać nie potrafią.
— A, czyli — przełożył domyślnie agent — że bez zaklęcia to taki sobie nawet obsranej dupy nie podetrze? Czy obszczanego chuja nie otrząśnie? Jest jeszcze możliwa wersja z...
— Trafiłeś — oznajmił przez zaciśnięte zęby pułkownik.
— Jak tak pomyśleć — ciągnął z manierycznym zaciąganiem niezrażony major — to to wcale niezła charakterystyka jest.
Hetman nagle się rozluźnił, w sekundę.
— A owszem — mruknął.
— Ciekawe — deliberował zachęcony ociepleniem Roche — czy jakby ich zakuć w dwimeryt, to by się udusili.
— Jakby z niego zrobić obrożę i odpowiednio mocno zacisnąć, to z pewnością. — Teraz Iorweth, jak na elfa, to zgoła chichotał, co próbował ukryć, zwiększając jedynie komizm sytuacyjny. — Ale nie życzę sobie mordowania znajomych mojej matki.
— To może podrzucimy bryłę dwimerytu do wychodka? Albo zaszyjemy panu dyplomacie w tym jego płaszczyku?
Watażka musiał porzucić starania o zachowanie kamiennej twarzy. Skulił się pod ścianą, prychając tym cichym, tłumionym – dlatego właśnie tak bardzo targającym ciałem – chichotem elfów, który przeciskał się mu przez zaciśnięte usta.
— Czasem się... nawet do czegoś... przydajesz — wydusił z siebie między kolejnymi paroksyzmami śmiechu.
Elfy rzadko pozwalały sobie na fizjologię emocji. Poza wadami duchowymi, jakie miała taka postawa, ów kulturowy chłód powodował też, że wielcy Aen Seidhe jeśli już płakali czy się śmiali, czy trzęśli, to całkiem nie wiedzieli, jak nad sobą zapanować. Ludzkie czy krasnoludowe dziecko znacznie szybciej umiało wstrzymać łzy albo chichot niż zupełnie dorosły elf. Elfów wychodzenia z takich stanów nie uczono, zakładając, że mają się do nich po prostu nigdy nie zniżać. Zakładano, jak to u nich, przesadnie idealistycznie, sarkał Vernon, w sumie całkiem rozbawiony i rozbrojony sytuacją. Tą teraz – elfie łzy też widywał, widywał ich nieopanowaną rozpacz lub lęk...
Ale teraz nie musiał, Temeria nie wymagała, więc nie potrzebował pamiętać.
— Co takiego niby powiedziałem? — westchnął wreszcie, oceniwszy, że pułkownik będzie już w stanie w miarę składnie mówić.
— Nic. Nic — hetman oddychał ciężko, nozdrza mu drgały, jak u koni, widać było, że śmiech tylko czeka, by powrócić. — Po prostu... wyobraziłem sobie Fenirora bez jego magii, jak w ogóle próbuje żyć... I to była tak śmieszna wizja... On by się przecież o ten swój płaszcz potknął! Na prostej drodze! — Iorweth znów wybuchnął śmiechem, opanowywał się dobrą minutę. — Jakby łódką próbował płynąć i musiałby wiosła wziąć w dłonie, chyba by wszystkich gapiów nimi niechcący pozabijał, jak sobie wyobrażę, jak by tymi wiosłami młócił na wszystkie strony...
— A jak pływają Wiedzący?
— Normalnie — w głosie watażki zabrzmiała ostentacyjnie drwiąca nuta. — Jak wszystko. Chcą czegoś i oczekują, że to się stanie. Ogień się rozpali, bo go chcą, woda zagotuje, bo mają kaprys, łódeczka pod prąd podpłynie, bo akurat potrzebują... I nawet, wystaw sobie, Roche — jakieś zmęczone westchnienie zabarwiło ostatnie zdanie — oni słusznie oczekują. To wszystko się dzieje. Feniror twierdzi, że cały mój lud, gdyby czas poświęcał zgłębianiu wiedzy, nie głupotom, takim jak życie albo polityka, albo wojna, to by mógł się tego nauczyć. Nawet najpodlejsze mieszańce, nawet zdegenerowane pokolenia.
Końcowe słowa wypowiedziano z tak wielką goryczą, nieprzyjemnie jeszcze kontrastującą z poprzednią wesołością, że agent trochę ścierpł. A trochę się jakby poniekąd prawie a przejął. W końcu chciał móc zameldować Saskii o sukcesie.
— To o mieszańcach i degeneratach... To nie o tobie i Wiewiórkach, prawda? — spytał miękko.
Iorweth potrząsnął głową, uciekł jednak wzrokiem w bok, w okno, w ten malutki skrawek nieba, przestrzeni.
— Nie o mnie. Feniror nigdy by tak nie powiedział, jest przywiązany do mojej matki. To, co widziałeś przed chwilą, to była jego wersja ciepłych uczuć. On był dla mnie... łagodny. Po prostu na swój sposób. — Sztuczny uśmiech, nie-swój, jakby pożyczony z repozytorium gestów znacznie starszych i bardziej melancholijnych postaci, przeciął twarz elfa. — Ale reszta tych z Gór Sinych, tej naszej elity, pewnie tak myśli. Za dużo już w nas jest z Dh'oinne. Gdyby traktowali nas jako pełnowartościowych, to by tak łatwo nie poświęcali. Sam wiesz, Roche, kto ma najlepsze miejsca na balach i na wojnie. Pozycja Scoia'tael w ostatniej pokazuje opinię dostojnej i czcigodnej starszyzny — pułkownik odetchnął głębiej. — Ale to naprawdę sam wiesz.
O, wspólnota się kroi, pomyślał sardonicznie Roche. Tylko wiedział. Tylko miał zadanie bojowe poprawić stan psychiczny tego tutaj dzieciaka. Znaczy, należało przybrać uniwersalną minę pełnego zrozumienia i skinąć głową.
— Feniror jest wszakże całkiem porządny — zastrzegł znowu watażka. — Sam zobaczysz. Tylko, mówiłem, trochę rasista.
