Ciii, powiedziała Śmierć, nie wezmę ciebie dzisiaj jeszcze, ale nie wolno ci płakać. Ja nie lubię bardzo płaczących. Smucą mnie. Idź do pokoju obok, a ciebie nie wezmę, ale pamiętaj: nie płacz, tylko śpiewaj. Wesołego coś. Chcę, żeby wesoło było, kiedy pracuję.

A Śmierć była śliczna bardzo. Najśliczniejsza pani, jaką w życiu widziałam.

(Anuszka, wg medyków w chwili spisywania zeznań wiek: 4-6 lat)

Niedorżnięci. Raporty ocalałych z ataków Wiewiórek, zebrał po archiwach i opublikował Krystek Maciejoszka

'

'

— Co z wami robi ludzka kobieta? — warknął suchy, kościsty kapral, całkiem przystojny nawet.

Ves westchnęła w duchu. Z posterunkami oraz patrolami radzono sobie łapówkami, radzono sobie rutynowo i nieźle, ale nadal były to nieprzyjemne momenty. Rzeczy przeszukiwano, po odpowiedniej zapłacie, w miarę pobieżnie, mieszkańców, po kolejnym dodatku pieniężnym, nie dotykano wcale, papiery po prostu przestemplowywano – żadne jednak pieniądze nie zapewniały uprzejmości. Najwyraźniej pewne rzeczy były poza zasięgiem żołnierzy Kaedwen.

Civean objął ją opiekuńczo ramieniem. Może ciut zbyt wyzywająco.

— Nosi moje dziecko. Kira albo Liév'th będzie miało na imię.

Kapral zacisnął wargi, wyraźnie obrzydzony. Jeden z żołnierzy splunął im pod nogi. Ves ścisnęła dłoń Civeana, bardziej uspokajając jego niż szukając otuchy. On był w końcu smarkaczem, ona przeżywała już gorsze rzeczy, to na niego trzeba było uważać, choćby cały obóz sądził inaczej.

Porucznik, dowódca oddziału, chłopiec jeszcze, z bladym, prawie białym meszkiem nad wargami – bo wąsem się tego nie dało nazwać – i równie jasnym, młodzieńczym, błękitniutkim jak niebo wiosenne wzrokiem, rzucił żołnierzom ostre spojrzenia, ale nic nie powiedział. Najwyraźniej oburzało go raczej plebejskie zachowanie podwładnych niż ich szowinizm, co jakoś dziewczyny w ogóle nie zaskakiwało. Z wiosny w takich oczętach się szybko robi zima, myślała, szybciutko, po pierwszej prawdziwej walce zwykle.

Oddał jednemu z krasnoludów podpisane papiery, ten przekazał je Sh'aenid, ledwie rzuciwszy okiem. I elfka się naraz rozpromieniła.

— Och, pan porucznik z rodu Reriterów? Zna pan może Martina Reritera? Albo jego matkę, Elsę, albo...

— Mój dziadek — mruczy naraz chłopię, nieco zdziwione, teraz unosząc wzrok, teraz dopiero patrzące na nich, na zielarkę naprawdę. — Martin to mój dziadek. Elsa to była moja prababka. A pani jest...?

Sh'aenid teraz po prostu jaśniała, naprawdę chyba ucieszona.

— Przyjmowałam poród Elsy, ojciec jej męża, Rychter, mnie poprosił, bo była słaba fizycznie, już kilka razy roniła, więc mnie sprowadzili na moment na dwór, żebym pomogła, bo Rychter mi ufał – tak się cieszę, że w pańskiej rodzinie wszystko się układa, to ród z pięknymi tradycjami oficerskimi jest, prawda? Godnie pan kontynuuje...

Chłopak się cały napuszył, potwierdził, powspominał te swoje piękne rycerskie korzenie. O elfiej akuszerce, która uratowała jego prababkę nawet słyszał, jego dziadek wspominał, że wysyłał czasem kartki – o, pani jeszcze je ma? Zadziwiające to zawsze, jak elfy szanują historię...

I tak sobie pogawędzili trochę. Żołnierze, przetrzepujący juki i wozy, w słusznym odruchu samozachowawczym nagle odstąpili od urzędowych czynności. Żadnych więcej splunięć pod nogi. Ba, nagle wszyscy na „pan" ze wszystkimi przeszli. Grupa się rozpierzchła, tylko Ves została przy rozmawiających, siadła sobie na pieńku. Sh'aenid, musiała przyznać, bardzo sprytnie wydobywała z chłopaka zgoła wszystkie możliwe informacje, od mody w stolicy, po miejsca kolejnych patroli, politykę, ruchy wojsk.

— Ale — porucznik spłoszył się nagle, po dobrych kilkunastu minutach wymieniania plotek, już pod koniec formalności, gdy właściwie mogli na koń wsiadać — pani chce wyjeżdżać? Bo może... moglibyśmy pomóc, moja rodzina dużo znaczy w Ard Carraigh, jeszcze więcej niż dawniej, na pewno moglibyśmy pani coś znaleźć, mieszkanie, choćby u nas w pałacu, pani jest przyjaciółką mojego rodu, na pewno dałoby się załatwić... — motał się, policzki mu nagle zapłonęły. — To... zbyt ostre niekiedy zarządzenie przecież jest, urzędnicy popełniają omyłki — dorzucił z taką bardzo młodą desperacją. — Wszyscy wiemy.

Ach. Teraz to nagle zarządzenie się stało zbyt ostre, teraz nagle urzędnicy i pomyłki. Teraz nagle, gdy śmie dotykać przyjaciół rodu, choćby na wpół zapomnianych, to nagle uderza w dumę szlachciątka, nagle mu otwiera te błękitniutkie, jeszcze wiosenne oczęta. Ves była ubawiona. Sh'aenid się tylko uśmiechnęła, słodko, naprawdę słodko. I dzielnie. Jakby tamtemu dodawała otuchy.

— To chlubę przynosi pańskiemu honorowi, że pan się martwi. I wychowaniu, i rodowi – ale niech pan sobie wyobrazi konsekwencje, panie poruczniku — szepnęła łagodnie, ciepło. — Teraz mnie pan przechowa, owszem, ale cóż potem? Będzie wojna, zarządzenia coraz ostrzejsze, Wiewiórki coś spalą, zaczną się pogromy – jak mnie pan wtedy obroni? Wyśle pan oddział, by kroczył przy mnie po ulicach stolicy? Wiewiórki wyrżną jakieś miasteczko – i nie będzie pan mógł już nawet ufać najemnym oddziałom, by ochroniły elfkę. Dziękuję panu bardzo, ale nie trzeba. Mnie nie przeszkadza, że wyjadę, to nie pierwszy raz... Ale miałabym prośbę — rzuciła naraz, nadal uroczo uśmiechnięta.

Porucznik oczywiście obiecał, że spełni. Sprytne, myślała Ves, dzięki temu panicz nie poczuje się urażony w pysze, urażony tym, że ktoś śmiał mu wytknąć granice jego władzy, że ktoś śmiał odrzucić jego łaskę.

Sh'aenid podała mu pieniądze. Sporo. I to nieco dziewczynę zaskoczyło. Prośba nawet bardziej.

— Nie zburzyli państwo tego pięknego grobowca rodzinnego, prawda? Oczywiście, że nie, tak tylko pytam – oczywiście, tradycja rzecz święta. Mógłby pan, proszę, kupić za to kwiatów i nabożeństw, i świec, i wszystkiego dla... tam są takie trzy nisze, groby, raczej stare – generała Aleksego, grafa, prawie dwieście trzydzieści lat temu urodzonego, ze sto pięćdziesiąt lat temu umarł... I obok powinny być takie dwa imiona, tuż przy nim, same imiona, nic więcej. Gdyby pan dla całej trójki postarał się o... godne upamiętnienie, to byłabym wdzięczna. Proszę — mówiła bardzo, bardzo lekko.

Porucznik się zgodził, oczywiście, chwilę jeszcze rozmawiali, nim odjechał. Ves za to, chociaż zielarka zaraz się wokół niej zakrzątnęła w taki zwykły, czuły sposób, dopytując, czy przypadkiem nie za zimno jej, nie za bardzo się tymi posterunkami stresuje, czy na pewno wszystko dobrze, Ves za to nagle zmroziło.

Bo jednak te lata w Pasach trochę jej wiedzy wbiły do głowy, wiedzy, której najwyraźniej jaśnie pan szlachcic nie miał czy nie skojarzył. Nie mogła się nie zastanawiać, a nie znając odpowiedzi, tylko przeczuwając, nie mogła się nie niepokoić; bo czemu elfka, jakakolwiek elfka, prosiła, by złożyć kwiaty na grobie człowieka, który, jak mówiła twarda matematyka, był żołnierzem w trakcie powstania Aelirenn – i skończył jako generał?

'

'

Dziewczynka mogłaby się nazywać Sh'aenid, dumała Ves, siedząc wieczorem przy ognisku, słuchając śmiechów i pogawędek. Tylko wtedy mała może mieć problemy, bo to elfie imię, ludzie niekoniecznie takie dziwa dobrze znoszą. Już słyszała złośliwe uwagi „a ludzkich ładnych imion to niby nie ma?", „pretensjonalność ludu granic nie zna", „biedota, typowe, nie mają nic, to sobie egzotyczne imiona nadają", „to z jakiegoś romansu, moda jakaś była?". Może to niedobrze, żeby bachorowi na wstępie życie utrudniać. Zielarka by na pewno nie chciała, na pewno znalazłaby setki argumentów przeciwko, na pewno sama wymyśliłaby setki lepszych imion, ludzkich imion.

— Jak nazwalibyście chłopca? — spytała głośno.

Zapadła cisza.

— No — burknął Brend — a to przypadkiem nie jest niedobrze takie rzeczy mówić?

Właściwie, to było. Kusiło licho. Tylko Ves była chwilowo pewna, że bachor jest dziewczynką.

— Pytam teoretycznie — zastrzegła szybko dziewczyna. — Czysto teoretycznie.

— Po jakimś elfim partyzanckim bohaterze pewnie — mruknął Civean; rzucono mu surowe spojrzenia, więc zastrzegł się prędko. — Ale to tylko ja.

— Jak ja swoje maluchy nazwałem, to wiadomo, Mirka, Fela, Gorkij, Petra — oznajmił Brend. — Tradycyjnie dla mojego rodu. Kolejnego bym pewnie nazwała Frank, po ojcu Lotty.

— Velé'mir — mruknął Yeywidd. — Po moim drogim ojcu.

Rzeczony ojciec uśmiechnął się lekko.

— Mało wyobraźni coś ma to wasze pokolenie... Chociaż słyszałem, że ludzie czasem nazywają swoje dzieci po prostu numerycznie, zwłaszcza na południu...

— Nie tylko na południu. Miałam kolegę, który się nazywał Pierwszykiem. Nienawidził za to rodziców — przyznała Ves. — Ale to akurat dziwni ludzie byli, ta jego rodzina.

— Jak byłam mała, to chciałam nazwać syna Emhyr. Wydawało się mi takie słodkie, akurat idealne dla chłopczyka — wyznała Firilla, razem z chłopcami stanowiąca całą elfią młodzież grupy, najmłodsza zresztą, niespełna trzydziestoletnia, dziecko całkiem. — No, teraz to ono jest oczywiście zajęte. Najzabawniejsze jest to, żeś mi, mamé, powtarzała, że to jest okropnie plebejskie imię...

— Bo jest — oznajmiła poważnie jej matka. — Brzmi prawie, jak „jeż". Chciałaś nazwać syna jeżem? Jeszcze z seplenieniem i błędem? Jakoś tak... Jerzy. Okropne.

— No właśnie dlatego, bo to urocze zwierzątka! — tłumaczyła Firilla żarliwie. — Trzymaliśmy w domu jednego, pamiętacie? Uwielbiałam patrzeć, jak rusza noskiem...

Jej matka pokręciła tylko głową. Ktoś obok chichotał cicho. Imiona posypały się zewsząd, kaedweńskie, ludzkie, elfie, na przemian dziwaczne i pospolite, wymyślane z coraz większym entuzjazmem. Dzieci zawsze, we wszystkich rasach, wyzwalały to, co najlepsze, a elfom oczekiwać porodów zdarzało się rzadko i jakoś tak dzieci, niemowlęta oraz ciąże, nawet cudze, traktowali z radosną atencją. No, oczywiście poza Iorwethem, który sobie zajmował szkoły. Czy Scoia'tael w ogóle, w ciężarnych kobietach widzących strategiczną broń ludzi.

— A ty, jak ty byś nazwała, Sh'aenid? — wtrąciła Ves.

— Jak bym nazwała? — powtórzyła lekarka. — Ja wiem... Już nie mogę mieć dzieci, więc nie myślałam ostatnio... Może Aleanith. Albo Carnwedd czy Avallac'h, tak prosto. Trudno wybrać. Ale w starszej mowie, na pewno. Chociaż kiedyś myślałam... Nieważne, zresztą.

Urwanie było nagłe, dziwaczne, zielarka siedziała jednak w cieniu i dziewczyna za nic nie mogła dojrzeć jej twarzy, odczytać sensu.

'

'

— Nie myślisz, że jestem głupia, skoro chcę zachować – skoro uciekłam z burdelu, skoro prawie umarłam ze względu na małego bękarta?

Elfka zamrugała. Powoli. Jej niesamowicie długie, gęste rzęsy, opadały i się podnosiły, dostojnie, jak skrzydła motyla.

— Aen Seidhe rzadko miewają dzieci, wiesz przecież. Zrobiłabym to samo.

— Ale my rodzimy dzieci łatwo — wypomniała Ves. — Co roku, jeśli chcemy. Nie uważasz, że to mnie czyni idiotką? Gdybym na was nie wpadła, zginęłabym. I ja, i to. A tak mogłam przeżyć.

Nie z Wiewiórkami. Tego wszakże zielarka nie wiedziała, a i dziewczyna przecież wcześniej planowała ucieczkę, planowała całkiem na ślepo, tylko z lęku o bachora.

Sh'aenid wyglądała na zdziwioną.

— Walczyłaś o życie dziecka.

— Kobiety spędzają płody — przypomniała dziewczyna z maniackim uporem. — W burdelu miałam opiekę. Ciepło. Jedzenie.

— Byłaś niewolnicą, znaczy — stwierdziła kategorycznie zielarka, energicznie ucierając korzonki i kiełki w moździerzu. — Której chciano zabić dziecko, bo czyniłoby ją nieprzydatną. Nie widzę nic złego w tym, że wolałaś schwycić każdą szansę albo chociaż umrzeć wolna. Wielu woli. — Podniosła wzrok znad pracy. — Nie miej wyrzutów, Veska. Nie zrobiłaś źle. Cokolwiek zrobiłaś po drodze, to nie zrobiłaś źle, uciekałaś, walczyłaś o swoje dziecko, o siebie, o swoją przyszłość, miałaś prawo. Miałaś prawo. Zresztą, znalazłaś nas, a my się tobą zajmiemy. Wszystko się skończyło dobrze.

Tak, chyba tak. Akurat o czyny po drodze sumienie Ves się nie martwiło. O inne, swoją drogą, też jakoś nie, uświadomiła sobie. Może to niedobrze, skoro Brend – i pewnie wszyscy inni – tak wiele z nich by potępiał. W końcu oni byli przyzwoitymi istotami, modelowymi przykładami przyzwoitych istot. Sh'aenid pewnie nawet podpadała pod „dobrą".

W kwestiach moralnych należało, znaczy, zaufać jej osądowi. „Nie zrobiłaś źle", powiedziała. Dobrze, dobrze, odtąd tego się trzymamy, uznała dziewczyna, bierzemy za talizman.

— Wiesz, ja dwa razy poroniłam — oznajmiła nagle elfka, zupełnie bez emocji. — Obie dziewczynki. Może dlatego rozumiem.

Ves na moment odebrało dech.

— Przepraszam — wyszeptała suchymi nagle wargami. — Nie chciałam...

— Nic, nic to. Przecież nie wiedziałaś, a to było... dawno. — Uśmiech tamtej był bardzo, bardzo dzielny, bardzo czuły. — Poza tym, potem się mi udało. Za trzecim razem. Byłam już stara i nikt nie wierzył, że się mi uda, że donoszę... — parsknęła, nozdrza się jej rozszerzyły, chyba w gniewie, potem nagle wszystko zmyła fala radości, tak realnej, jakby to nie wspomnienie, a chwila bieżąca ją wywołały. — Ale chłopiec się urodził całkiem zdrowy. Nawet poród nie był bardzo ciężki. Wiesz, jaka ja byłam szczęśliwa? Jakby świat śpiewał, jakby ziemia tańczyła.

Może wiem, pomyślała Ves, albo może rozumiem. Jakby świat śpiewał, jakby ziemia tańczyła, jakby się świeżej wody napić, jakby życie dostać – o, to tak.

— Płakałam, jak się urodził, jak go wreszcie opatrzyłam i wiedziałam, że jest zdrowy, że już dobrze — wyznała cicho Sh'aenid; teraz tylko bawiła się moździerzem, zawartość już dawno była starta na proszek. — Płakałam, kiedy mój syn się urodził — powtórzyła uroczyście, a potem, jakby się ocknąwszy, dorzuciła z bolesną, gryzącą ironią, chociaż lekko, chociaż wesoło. — Mój... mąż powiedział, że się zachowuję, jak Dh'oine. Niespecjalnie w tonie komplementu.

— Chuj pierdolony — wyrwało się dziewczynie.

Elfka parsknęła nagle śmiechem, rzeczywiście, bardzo ludzkim. Może nie do końca odegranym.

— Złamałam mu wtedy nos. Nie mam pojęcia, jakim cudem, bo byłam zupełnie wycieńczona po porodzie, ale uderzyłam go tak mocno, że złamałam mu nos. Nastawiałam potem, nawet nie było za bardzo widać – chociaż się upierał, że nie, żeby zostawić, że miałam rację, głupio powiedział, że to niech mu na pamiątkę jego durnoty zostanie. Kazałam się mu zamknąć, bo ja w końcu nie chcę mieć brzydkiego męża, a już na pewno nie brzydkiego z powodu jakiegoś tępego uporu. On mnie kocha i kochał, Vesanna, naprawdę, a syna to już w ogóle. Przepadał za nim, siedział z nim, bawił, pieścił, świetnym był ojcem. Nie myśl o nim źle — dodała, poważniejąc.

On cię kocha, przecedziła w myślach dziewczyna, ale jego tutaj nie ma. Twojego dziecka też nie. Pytanie wyrwało się więc samo, aczkolwiek Ves żałowała go już w chwili, gdy sylaby kształtowały się na języku, a ona widziała, jak już w połowie zdania wszelkie światło znika z twarzy zielarki, zastąpione uprzejmym ciepłem. Nie bólem, nie żalem, żadną wyraźną emocją – ale samo zmycie wesołości wystarczyłoby za odpowiedź.

Lekarka udzieliła jednak dłuższej.

— My inaczej sobie związki układamy, Veska. Mój mąż odszedł w Góry Sine, do swojego rodu, uprawiać politykę, jak nasz syn był jeszcze bardzo mały – dla niego, przecież, żeby miał lepiej, łatwiej. Żyje tam, wysyłamy sobie listy — uśmiechnęła się czule. — Bardzo piękne listy. A nasz syn... cóż. Nasz syn poszedł do lasu.

Ves jakieś straszne, straszne przeczucie ścisnęło piersi. Ironii losu. Złośliwej, podłej ironii losu.

— Zginął? — prawie jęknęła, prawie modląc się, by ta konkretna Wiewiórka żyła sobie i napadała na ludzkie wioski.

Sh'aenid miała teraz tak uprzejmy, tak idealnie uprzejmy wyraz twarzy, jej uśmiech unosił kości policzkowe, z tym cieniutkim, ostrym podbródkiem wyglądała, jak bełt kuszy, jak końcówka sztyletu, jak chędożona szubienica, stryczek...

— Nie, nie. Nie zginął. Nie martw się. Chociaż — dodała po sekundzie, z nagłą goryczą — mój ród jest, oczywiście, martwy od dnia, gdy on poszedł do lasu. U nas się to tak traktuje. Jakby się już pogrzeb urządziło. Coś się kończy, coś zaczyna, trzeba się godzić. Mój syn jest więc martwy, a mój ród skończony – ale jeszcze nie umarł w waszym... w fizycznym sensie. Jeszcze nie.

'

'

— Posterunek w Blafenid nas sprawdzi dokładnie, przejście przez Likselę jest pod tym względem zabójcze. Jeśli Kaedwen cię szuka, to tutaj znajdzie, to jest chędożona Dolna Marchia, przeszukają każdy nas mieszek, każdą kieszeń piętnaście razy, rasiści przeklęci. Pieniądze nie pomogą, tu wszyscy żołnierze pamiętają Leydę. Jeśli cię szukają, to przy przejściu znajdą – ale cokolwiek zrobiłaś, wątpię, by wieści aż tutaj doszły — tłumaczył Brend. — W końcu bez przesady, króla im nie ubiłaś.

Nie, ale król uważa, że próbowaliśmy, pomyślała z jakimś wisielczym humorem Ves. Roche zresztą pewnie i próbował, tylko coś nas zapomniał poinformować, drań chędożony.

Niziołek ciągnął, przekonując:

— A gdzie przez Likselę musimy przejść, skoro chcemy do Aedirn – czy tam tej waszej Rzeczpospolitej — mruknął w kierunku młodszych nieludzi. — Tutaj lepiej niż koło Ban Glean, to punkt węzłowy, niby prościej się zgubić, ale teraz, koło wojny, to trzepią każdego wyjątkowo metodycznie. Tam w końcu się kończy stare Kaedwen, zaczyna dawna Temeria, tereny, gdzie i tak rządzi zbuntowane baroniątko La Valette, oddziały Nilfgaardu stoją tuż, Dolina Pontaru leży o rzut kamieniem, a z tego, co nam po drodze mówiono, Dolina Pontaru to beczka dyplomatycznego prochu jest. Ban Glean to na pewno teraz świetne miejsce dla najemników i poszukiwaczy sławy, ale nie dla nas.

Dziewczynie byłoby zdecydowanie bardziej po drodze na południowy wschód, do Temerii, czy tam raczej Redanii obecnie, czy właściwie niemal-a-Nilfgaardu; przechodzenie obok czy wręcz przez jakąś dziką republiczkę Wiewiórek jej ani trochę nie odpowiadało, ale odłączyć się od obozu z powodu głupich sentymentów byłoby, cóż, wyjątkowo durnym sposobem na samobójstwo. Zima trzymała.

— Dla zbiegów Ban Glean też niezłe — odezwała się spokojnie. — Ale rozumiem, że wy tam wejść nie możecie. Nie będę – nie będę was obciążała. Zróbcie, jak uważacie.

— Veska, ty nas już obciążasz, a takim gadaniem nie ułatwiasz decyzji — zauważyła Sh'aenid, dziwnie poważnie jak na nią, bez cienia wesołości. — Obciążasz nas tak samo, jak ja czy Brend, czy Civean, jak każdy z nas tutaj. Jeśli sądzisz, że przez ciebie wpadniemy przy przejściu, to powiedz, coś innego się wymyśli. Choćby to Ban Glean.

— W Ban Glean też mogę wpaść. I nie chcę. — Skrzywiła się lekko, zawahała. — Nie chcę iść do kraju Wiewiórek.

Spojrzano na nią ze zrozumieniem. Czułością. Poczuła się dziwnie nieuczciwie. Nie pierwszy raz.

— Politycznie patrząc, to tam ci raczej nic nie grozi, migracja ludzkiej ludności podobno jest oszałamiająca, bo wiadomo, wojna – i nic. Scoia'tael znosi — stwierdził łagodnie niziołek. — Wiesz, oni tam przecież nawet szefa temerskich oddziałów antywiewiórczych, jak mu tam, Roche'a, na dworze trzymają – symbolicznie pewnie, żeby się ludność ludzka nie stresowała – i nic, i Scoia'tael znosi. Chociaż wolę sobie nie wyobrażać, jaka tam sielska-anielska atmosfera przy posiłkach panuje — parsknął śmiechem, kilka osób mu zawtórowało.

Ves prawie zemdlała. Przez ciążę, oczywiście, tłumaczyła sobie, kiedy już jej mroczki zniknęły sprzed oczu, przez ciążę i przez to, że głupia, kazała sobie nie mówić o polityce, nic o polityce. Ani słowa. Zachcianka kobiety przy nadziei, czyli święta. Nawet plotek smakowitych jej oszczędzono. I proszę, przegapiła informację, że jej drogi dowódca sobie gdzieś żyje – z Wiewiórkami pod jednym dachem, konkretniej, z Iorwethem na jednym dworze, polityk chędożony – całkiem wygodnie sobie żyje pewnie.

Nagle nabrała bardzo wyraźnej, bardzo fizycznej ochoty, by mu dać w twarz. Kopnąć w jaja. Zabić, do cholery, rozszarpać na kawałki.

— Veska? Dobrze się czujesz? — rozległy się naokoło zaniepokojone pytania.

Och, w sumie tak. W sumie nagły przypływ złości dodał jej werwy i się poczuła, po pierwszej chwili słabości, świetnie – tylko nie za bardzo miała to jak wytłumaczyć czy użyć. Jeszcze nie teraz.

— Nie mówmy o Wiewiórkach — poprosiła więc, zasłaniając się tym mniemaniem, tą tajemnicą poliszynela.

Wykorzystując ich współczucie, troskę i czułość, znaczy. Trudno. Trudno. Skoro Roche może siedzieć z Iorwethem przy jednym stole – och, też wolała nie wyobrażać sobie nastroju, jakoś tak wątpiła, by kapitan był w stanie się opanować i bawić w dyplomację, w politykę ostatnio coś nie był – to trudno, wszystko trudno i wszystko furda, i kwitowanie wzruszeniem ramion.

— Słusznie, nie mówmy — mocnym głosem zarządził Brend. — Veska, możemy przejść obrzeżami Doliny Pontaru, ale to będzie trudne. I niebezpieczne dla nas, bo będziemy musieli przez okolice fortu Leyda przejść, ludność tam gotowa każdego „nieludzia" zabić, ot, byle iskra starczy. A przy wojnie łatwo o iskrę. A i tak to bieżącego problemu nie załatwia.

— Możemy po prostu ominąć posterunek w Blafenid, ja i Vesanna — powoli, z namysłem powiedziała Sh'aenid. — Przejścia nie, ale przejście jest przecież w Lithea... w Litce, nie w Blafenid, tylko Litka to dziura, więc posterunek główny jest wcześniej. Jeśli na posterunku w mieście was przetrzepią, to na przejściu już słabiej sprawdzą, tylko rzucą okiem na dokumenty. Listy podróżne weźmiemy z sobą, więc na posterunku nie znajdą, powiecie, że jedna osoba z grupy umarła, ucieszą się nawet. Podrobić pieczęć, by urzędnik w Litce nie rozpoznał, nie jest aż tak trudno, damy radę.

— Podrobić pieczęć to betka, owszem, ale jak wy chcecie niby Blafenid ominąć? — spytał ze zdumieniem Brend.

— Dwie osoby przez lasy dadzą radę. Grupa nie, grupę znajdą, ale we dwie? Nawet nie zauważą.

— Przez las zimą? — powtórzył niziołek z niedowierzaniem. — Lasy koło Blafenid są gęste, stare, wszyscy wiemy...

Elfka milczała chwilę, a potem, naraz całkiem, rasowo, obojętna i dostojna, oznajmiła:

— Znam te lasy. Znam brody, znam jaskinie, jeżeli trzeba będzie, to mogę siebie i Vesannę przez rzekę nawet przeprowadzić, tylko będziecie musieli z dwa dni drogi za Litką poczekać. Na południe. Tam jest takie miejsce, rozlewisko, jedna większa rzeczka wpada, ludziom tam ciężko, bo wiry i bagna, mówią, nie umieją uregulować, osobny kanał dla statków w końcu wybili... — Cień uśmiechu przeleciał jej przez wargi. — Tam można przejść. Pusto. Bezludnie.

Brend wyglądał teraz na wstrząśniętego.

— Sh'aenid, tam się nie da przejść. To jest piekło, nie rzeka w tamtym miejscu. Nikogo żywym nie puszcza. Co legend krąży o tym odcinku, to się nawet zliczyć nie da. Naprawdę, nie bez powodu ten kanał ludzie wybili. Nie bez powodu wcześniejsze, północne przejście jest zwykle bardziej oblegane. Przecież to same elfy — dorzucił, zmarszczywszy brwi, kręcąc kółka kciukami — przy powstaniu zrobiły. Nie wiadomo, co, ale woda się po tamtym znarowiła, rozlewisko powstało, wiry, bagna – elfia magia...

— Nie sądzę, żeby była potrzeba unikać przejścia w Litce — oznajmiła spokojnie lekarka — ale mogę tu i teraz przysiąc, Brend, że nie tylko dwie kobiety, lecz nas wszystkich od biedy przeprowadzić mogę. Tylko nie wozy. Niemniej, nie zamierzam iść tamtędy. Zamierzam do was dojść przed Litką. Na rozstajach, tam, gdzie się droga do Ban Glean i Es Ireth krzyżuje, tam się możemy spotkać.

— Musiałybyście — wtrącił ostrożnie Civean — z trzy dni spędzić w lesie. Obejść Blafenid to jedno, ale tam podobno teraz kolejki, w Litce podobnie. Nim sami przejdziemy kontrolę z dwie noce upłyną. Albo dłużej.

— Nie zamierzam zmuszać ciężarnej kobiety do spędzenia nawet jednej nocy bez czegoś solidniejszego nad głową niż niebo — prychnęła lekarka. — Obiecuję, że nam nic nie będzie. Znam te tereny. Stara jestem i trochę dzięki temu wiem — zadeklarowała. — Ja na pewno jestem w stanie nas przeprowadzić lasem ten kawałek. Pytanie, czy ty, Vesanna, chcesz, czy wolisz inaczej.

Ves nadal najbardziej się bała ludzi. Lasu jako lasu, nie synonimu Wiewiórek, zgoła wcale, zwłaszcza, że przy całej lekkości zachowania Sh'aenid nie naraziłaby dziewczyny ani siebie, więc skoro twierdziła, że zna te tereny, skoro miała dość lat, by je znać, skoro wreszcie nie zrobiła kobiecie cienia krzywdy przez ostatnie tygodnie, ba, miesiące już nawet – a musiała się domyślać wielu rzeczy, ciało nie kłamie – to Ves była jej gotowa zaufać jeszcze raz. Trochę.

'

'

— Wiesz, bardzo żałuję, że nie miałam więcej czasu dla syna. Jak już urodzisz swoje dziecko, to spróbujesz znaleźć, dobrze?— poprosiła w czasie jednej z rozmów o urokach macierzyństwa Sh'aenid.

Elfka o swoim synu mówiła zawsze ciepło, lecz ogólnikowo. Żadnych konkretnych anegdotek z dzieciństwa, żadnych konkretnych pomyłek czy zachowań. Może i zrozumiałe, może nie chciała budzić wspomnień.

— Myślisz, że by nie poszedł do lasu, gdybyś...? — spytała nieśmiało Ves.

Zielarka wybuchnęła śmiechem.

— Skądże. On poszedł walczyć za ideę, co w życiu, w świecie mogłoby go zatrzymać? Mój czas i uwaga niewiele by tutaj zmieniły – wasza rasa wygrała, Veska, i... korzysta chętnie z przywilejów zwycięzcy. Mój wpływ na to jest żaden. Najwyżej zostanę szczęśliwą i dumną matką męczennika. Jak mi wypada. — Uśmiechnęła się. — Mnie boli, że tyle odłożyłam na potem, że myślałam, że czas będziemy mieli. Że umiałam godzinami wysłuchiwać zwierzeń obcych kobiet, z samej tylko uprzejmości – a jego... on przecież miał zawsze być. — Zrobiła nieokreślony gest ręką. — Żałuję, bo pewnie mógł być szczęśliwszy. Mogliśmy.

'

'

Z rzeczy, z którymi Yeylia nie rozstawała się nigdy, ciemnoczerwony szal był jedyną niepraktyczną. I niebojową. Przynajmniej nie w swej prymarnej funkcji. Bo w swej sekundarnej czy enturnej funkcji, zaciśnięty na tchawicy, dusił więcej niż porządnie. Co Roche właśnie odkrywał. Z rodzajem irytacji albo znużenia, dyskomfortu w każdym razie, nie lęku. Za wcześnie było na uderzenie biologicznego instynktu, za dużo resztek tlenu we krwi – a niebiologiczna logika podpowiadała, że elfka mu nic nie zrobi. Jak zwykle.

Po pierwsze, Iorweth nie chciał, jak zwykle. Po drugie, dyplomacja vergeńska nie chciała, jak zwykle. Po trzecie, gdyby kapitan chciała, inaczej niż zwykle z kolei, dwa pierwsze podpunkty zlekceważyć, to wbiłaby majorowi ostrze pod żebra, nie bawiła się w duszenie. Po czwarte, Yeylia go przy okazji całowała.

Czy raczej zimno, badawczo przyłożyła usta do ust, czekając ruchu, tak gdzieś w chwili, gdy mgiełka niedotlenienia powoli już czyniła Vernonowi świat nieco wyrazistszym, bardziej precyzyjnym, wyostrzała zmysły, kiedy już naprawdę trudno było nie walczyć, nie rwać się. Ale walczyć nie należało, bo elfka miała też przygotowany sztylet.

Dłonie i ciało mógł jeszcze wstrzymać, języka nie, trzepotał się, jak ptaki albo zwierzęta w rękach niewprawnych rzeźników, albo lisy we wnykach, próbujące uwolnić łapy, albo skazańcy w tym momencie, gdy otwierała się zapadnia, jeden, gwałtowny rzut ciała, fikające nogi...

Szal Yeylii puścił, odeszła o krok, wyrzut dotlenionej krwi do mózgu przerwał Roche'owi majaczenia. Mężczyznę chwycił kaszel, zakręciło się mu w głowie, zamroczyło i zemdlał niemal – teraz – od powietrza. Typowe, myślał, chwytając się ściany i próbując ustabilizować oddech, typowe pierdolone...

— Byłam ciekawa — nadpłynęło z boku.

Podniósł powieki, chociaż światło piekło. Szlag, miał nadzieję, że mu żadna żyłka w oku nie poszła z wysiłku.

— Wiem — wykrztusił; naprawdę wiedział. — Ale przy wieszaniu tak... nie ma. Chyba, że przy... spartolonym. Wieszanie jest szybkie... bezbolesne.

Elfka potaknęła. Siedziała na rzeźbionej, białej poręczy szezlongu. Na majora patrzyła z naukową prawie ciekawością, zastygłą w neutralnym wyrazie twarzą. Pod takimi maskami, westchnął w duchu Vernon, coś zawsze kipi.

— Ale chciałam zobaczyć. Dotknąć. Było... bardzo interesujące. — Kilka sekund milczenia. — Nie bałeś się.

— Jeszcze trochę i bym zaczął. Odruchowa reakcja. — O, mówił już prawie normalnie, tylko ochrypłym głosem.

Kapitan zsunęła się z poręczy, podeszła znów bliżej, mnąc szarfę w dłoni.

— Nieroztropne słowa, Dh'oine — mruknęła z niemal czułym rozbawieniem.

Agent przewrócił oczami. Gest wywołał nudności, przykryte jednak euforią swobodnego oddychania.

— Nie należy tak dusić, jeśli się nie chce zabić. Można przypadkowo uszkodzić tchawicę albo krtań — poradził, siląc się na fachowy ton. — Najlepiej tylko blokować drogi oddechowe... tak, żeby bez problemu usunąć przeszkodę, jeśli coś nie pójdzie. Bez ryzyka popsucia drugiej strony.

W oczach Yeylii zabłysło zaskoczenie.

— Na przykład?

— Poduszki. Kneblowanie i po prostu zaciśnięcie nosa. Owinięcie materiałem też powinno zadziałać, przynajmniej utrudni oddychanie, a to... niekiedy wystarczy.

Uśmiechnęła się, szczerze, szeroko, głębokim, ciemnym uśmiechem, obnażającym zęby. W półmroku vergeńskich pokoi przez moment wyglądała strasznie. Ale pięknie, zawsze pięknie. Urok kobiecej urody.

— Pomogło ci? — spytał.

— Było ciekawe. Bardzo — powtórzyła. — Może nawet przyjemne. — Położyła majorowi palce na wargach; uświadomił sobie, że pewnie są jeszcze trochę sine. — Jeśli się zaczniesz bać, to mnie odepchniesz. Będziesz walczył. To normalne u zwierzątek.

Skinął głową.

— U starszych ras też, a ludzie nie są zwierzątkami — dodał w odruchu urażonej godności.

Siedzenie w Vergen nie pozwalało mu na wiele więcej niż spięcie warg w reakcji na rasistowskie odzywki. Teoretycznie; praktycznie pozwalał sobie na wiele więcej, ale to wszystko było, świetnie wiedział, z cudzej łaski. Czyli: mógł pyskować Iorwethowi, bo tego rzecz bawiła, jak niesforność pieska. Yeylii nie należało.

Parę miesięcy tej wymuszonej ugodowości, pokory i proszę, Vernon powoli zaczynał rozumieć Scoia... Wiewiórki. Nieludzi w ogóle. Ich bunty, gorycz, rozżalenie. Niedobrze, znaczy, bardzo niedobrze, należałoby jak najszybciej wyrwać się spod wpływu Rzeczpospolitej. Tylko trwała zima, spisek, odcięty od kasy – Adda za tym stała, Roche był pewien – zaciskał pasa, a Dolina Pontaru utrzymywała calutki dwór Anais.

— Trzeba by cię było związać — kontynuowała tymczasem elfka, dając piękny przykład ignorowania cudzych uwag.

Przeciągnęła mężczyźnie dłonią po włosach, przytrzymała, gdy próbował odwrócić głowę.

— Zależy ci na strachu czy bólu? — westchnął.

Nie zamierzał protestować. Nie był głupi. Kapitan nie mogła go zabić, wszystko inne prawdopodobnie uszłoby jej na sucho. Kooperacja zwykle ułatwiała sprawę. No i był jednak synem kurwy, mówiono swego czasu, że ślicznym chłopcem.

Żona rzeźnika lubiła takich chłopców, a Roche bywał w dzieciństwie głodny czy przynajmniej nienajedzony, ale o tym nie należało myśleć. Należało myśleć o tym, że Yeylia jest naprawdę cudownie, cudownie piękna. Zastanawiała się teraz najwyraźniej, wodząc palcami po brzegu jego ucha, żuchwie, kościach policzkowych. Nie czule, raczej tak samo, jak chwile temu, z chłodną analityczną uwagą, jakby Roche leżał na stole sekcyjnym, a ona była czarodziejką. Medycy, chciał się łudzić, mają więcej delikatności.

— Czy na kontroli? — podrzucił, gdy elfka milczała. — Na władzy? Na upokorzeniu? Na zemście?

— Dużo wiesz — mruknęła z odcieniem irytacji.

— To ci psuje zabawę? Jestem synem dziwki, której nie było stać na grymaszenie co do klientów ani na wielopokojowe lokum, jeśli spodziewałaś się czegoś innego...

— Niczego się nie spodziewałam.

Wygięła mu końcówkę ucha, zagięła w ostry róg; dość mocno, by było trochę bolesne.

— Znałam kiedyś elfa, który chciał przyciąć swojej rodzinie uszy, żeby były bardziej, jak Dh'oinne, bo miał nadzieję, że dzięki temu jego dzieci unikną losu naszego ludu.

Twój ojciec, odgadł Roche. Czy nawet nie: odgadł, połączył fakty. Brat kapitan miał brzydką szramę, ciągnącą się od ciemienia do szyi, za uchem. Mógł odpowiedzieć „szaleniec", jeśli chciał Yeylię wytrącić z równowagi, mógł odpowiedzieć „kochał je, tylko błędnie", jeśli chciał zmiękczyć. Nie umiał wybrać dość szybko, zmilczał.

— Nie mogę cię okaleczyć — szepnęła, sztylet śmignął jej w dłoni, on jasny, jej zęby jasne, rozciągała wargi w uśmiechu. — Nie wolno mi.

— A chcesz?

— Różnie. Głupiutkie Dh'oine, świat nie jest prosty. — Sięgnęła do supła jego pasa, palce gładziły żebra; gest w innych warunkach byłby miły, teraz jedynie metodyczny.

— Nigdy nie twierdziłem, że bywa.

Zlekceważyła agenta, znowu. Zaczynał się przyzwyczajać. Zaczynał być rozbawiony i w swoim rozbawieniu nawet on czytał lęk, złość – coś jeszcze, co za bardzo bolało, by nazywać.

Rozsupłała tkaninę, przesunęła ostrze wzdłuż jego pleców, boków, na przód, przecięła pas, idealnie na środku.

— Wiązać to na pewno umiesz — westchnął mężczyzna męczeńsko — ale możemy chociaż przejść do sypialni? Jestem tylko marnym, jętkowatym Dh'oine, starzeję się, a od podłogi ciągnie, moje korzonki, rozumiesz...

Elfka spoliczkowała go mocno i płynnym ruchem przycisnęła szal do twarzy. Zgodnie ze wskazówkami, co dało Roche'owi kilka chwil satysfakcji, nim organizm skupił się na panikowaniu z powodu braku tlenu.

Yeylia, uniósłszy tkaninę, pocałowała go znowu, nim zdążył porządnie nabrać powietrza. Kąciki ust jej podskoczyły w uśmiechu, kiedy się odruchowo dławił, próbując złapać oddech, kiedy chwytał – piersi bolały już, trochę – tylko jej smak, wino z kolacji, jabłka, zapach jej skóry, jakieś kwiatowe, lekkie perfumy, krew, bo przegryzła mu wargę, to wszystko nagle takie wyraziste, każde doznanie takie mocne, gęsta, gorzka ślina, krew żelazista i słodka, jak zawsze, ten zapach jabłek, to sfermentowane wino, palce, wplątane we włosy, nie głaszczące, ale też nie zaciśnięte... Gdy po chwili ciało przestało mu wariować, to w uporządkowanych, badawczych ruchach cudzego języka znalazł nawet drobinki tej wielkiej euforii przeżycia.

'

'

Przeszli do sypialni, koniec końców. W pokoju dziennym rzeczy były, uznała Yeylia, zdecydowanie zbyt drogie. I gdzieś między podduszaniem, cięciami, wykręcanymi stawami, przypalaniem, gryzieniem tudzież podobnymi atrakcjami – wszystkimi przeprowadzanymi zresztą tak metodycznie, jakby elfka sobie w głowie odhaczała kolejne punkty eksperymentu „o, po tylu sekundach Dh'oine sinieje, a oparzenie pierwszego stopnia wygląda tak" – Vernon nawet znalazł... dostał, z wielkiej łaski oczywiście, sporo przyjemności. Dostatecznie dużo, by nad ranem, gdy go rozwiązano, odpływać prawie tym charakterystycznym, miękkim, ogłuszającym na wszystko wyczerpaniem rozkoszy.

Niemniej, akurat dla Roche'a spanie przy wysokich rangą Wiewiórkach nie wchodziło w rachubę. Bardziej nawet niż spanie z wysokimi rangą Wiewiórkami, to drugie miało jeszcze jakiś pozór sensu. A przynajmniej zamierzał go znaleźć. Później, w swoich kwaterach.

Elfka zatrzymała go machnięciem dłoni, ledwie się zaczął ubierać. Sama, owszem, narzuciła na siebie wiśniową koszulę nocną. Lśniła, jak jedwabna, była cienka, jak jedwabna, w dotyku...

— Nie dotykaj mnie, Dh'oine.

...zdecydowanie była jedwabna. Ktoś sobie odbija lata w lesie, pomyślał mężczyzna, leniwie, zbyt zmęczony nawet na zgryźliwość.

— Zostań, nie ma sensu, żebyś przemykał o tej porze.

Jeszcze plotkować zaczną, odczytał, posłusznie zostając i kładąc się niemal na ramie, na boku, zajmując możliwie mało miejsca. Kapitan opadła na łóżko, wyciągnęła się, mrucząc cicho. Jak miło, polecam się na przyszłość, zawsze do usług pięknych kobiet, zwłaszcza, gdy życie mojej senior trzymają w swoich rękach – jak wszystkie myśli pomału się obracały, jak bardzo pomału, Roche niemal widział, jak chrzęszczą i trybią, i stają, zablokowane, przechylając się z lewej, na prawą, o milimetry, w żadną stronę ostatecznie.

Yeylia zaczęła gładzić Vernona po plecach, żebrach, włosach. Tym razem chłodną ciekawość ruchu zabarwiła czułość – czy przynajmniej delikatność, rodzaj oswojenia. Niewiele znaczący, przynajmniej wedle doświadczenia agenta. Domowego doświadczenia.

Takie roztkliwienie nigdy nie trwało długo, kończyło się zwykle przy płaceniu. Nie był jedynie pewien, co tym razem jest walutą.

— To z dzieciństwa, prawda? Rozeszło się już. — Palce Yeylii zatrzymały się nad blizną na lewej łopatce.

— Mhm. — Kłamstwo nie miałoby sensu.

Z pół minuty ciszy, w trakcie które elfka studiowała szramę, długą, brzydką, poszarpaną.

— Ojciec? — rzuciła wreszcie półgłosem.

Nie, nie ojciec, oczywiście. Nawet nie ojczym. Ale widział, jak kapitan próbuje stworzyć wspólnotę – albo jej gra z nim, albo jej słabość, konieczność wynikła z nowej intymności.

— Nie. Dziecięca bójka poszła trochę nie tak — mruknął.

W rzeczywistości jednego z klientów matki poniosło, a Vernon, przestraszony szczyl, rzucił się i go odciągnął, głównie dzięki pompowanej strachem sile. Odciągnął, potem skoczył, głupi szczeniak, ku matce, nie ku tamtemu, nie zneutralizował niebezpieczeństwa – niebezpieczeństwo chlasnęło go więc chwilę później nożem. Było całkiem pijane, na szczęście, tylko dzięki temu nie trafiło w kark, szyję, głowę, choć ewidentnie chciało. Roche został ranny w tę łopatkę, nawet nie bardzo głęboko, jakoś się odwinął, instynktownie, matka mu pomogła. Jedno silniejsze uderzenie talerzem wystarczyło.

Matka, opatrzywszy jako tako Vernona, dała mu solidne lanie. Więcej niż solidne, najcięższe, jakie od niej dostał. Nie po to marnuję sobie życie, kurwiąc się, krzyczała, dla ciebie, wszystko dla ciebie, żebyś teraz, mały zasrańcu, rzucał się i mnie bronił, wszystko dla ciebie poświęciłam, a ty próbujesz zginąć, dałabym sobie radę, za chwilę albo dwie, siniaki by się zakryło makijażem, czy ty nie rozumiesz, gówniarzu, że to wszystko dla ciebie, nie dla mnie, poświęciłam życie dla ciebie, to i umrzeć mogę, ale jak ty zdechniesz, to wszystko na darmo. I kazała mu przysiąc, że nigdy więcej tak nie zrobi, nie zbroi, że gdyby było bardzo źle, to niech się on jakoś wyślizgnie z domu.

O tym wszystkim bardzo nie należało mówić, więc rzucił to kłamstwo o bójce, nawet dodał, pod badawczym spojrzeniem Yeylii, kilka szczegółów, odpowiednio zamglonych, niepewnych, by móc udać wspomnienie.

— Jeśli nie chcesz — westchnęła tamta wreszcie, nadal trzymając palce na tej jednej bliźnie, ale drugą ręką zbierając agentowi włosy z czoła, nachylając się nad nim — to po nie mów. Nie kłam, ja zawsze widzę kłamstwo.

— To nie był ojciec — obronnie oznajmił mężczyzna. — Ojca w życiu nie widziałem na oczy.

Normalnie byłby zirytowany, że tak łatwo go odczytano. Teraz jednak miał wymówkę, swój błogostan, talent elfki. I był zbyt znużony, zbyt rozprężony, by się naprawdę irytować.

— Nie był — potaknęła kapitan, znów opadając na bok, podpierając głowę ramieniem. — Widzę.

Skoro znowu zapadła cisza, w której Vernon czuł, że odpływa – zagrożenie – to spróbował odwrócić sytuację, wykorzystać tę rzuconą na stół kartę. Teraz on stwierdził cicho, z tym szczególnym akcentem aluzji, zrozumienia, elitarnego klubu dla członków:

— Twój ojciec bywał... surowy?

Kilkanaście sekund milczenia. Z trudem powstrzymywał sen.

— Pił — odparła wreszcie Yeylia, tak, jakby to tłumaczyło wszystko.

Bo i tłumaczyło, bogami a prawdą.

— Po tym, że zapytałam, zgadłeś? — rzuciła teraz, chyba naprawdę zaciekawiona mechanizmem.

Wielu partyzantów w Vergen bywało. Jakby miało to ich nauczyć, pomóc w przyszłości. Agent mruknął potwierdzenie, chociaż w rzeczywistości nie zgadywał. Brat elfki na śledztwie rzucił przez zęby, ze śmiechem, oczyma błyszczącymi gorączką, zarzucając do tyłu głowę: „Wielki śledczy, a nie umie bić nawet w połowie tak mocno, jak ten skurwiel, mój ojciec, chędożony skurwiel, żałuję... że nigdy już nie zabiję drania". Roche kazał go wówczas zabrać i przyszykować do powieszenia, bo bicie w takim razie tamten by zniósł, a był pionkiem, nikim, nie opłacało się bawić w przesłuchania subtelniejsze.

— On nie był zły. Kochał nas, bardzo. To nie była jego wina — wyszeptała kapitan; pod tonem Vernon czytał desperację.

Gdyby ją pytał, wybuchnąłby teraz śmiechem, krok po kroku, słowo po słowie obnażyłby absurdalność stwierdzenia. Yeylia była ważna, trzecia po Iorwecie, dla niej znalazłby czas i cierpliwość, robiłby to powoli, przez dni, starannie, mieszając współczucie i drwinę, i bicie, dużo bicia, aż w miejscu figury ojca ziałaby pusta nisza, aż spod pozłotki i ojca, i Iorwetha przebijałby kamień faktów. Byli oprawcami, którzy cię, dziecko, pozbawili przyszłości, dzieciństwa, niewinności i szansy, którzy cię praktycznie wydali w moje ręce. Twojego ojca nikt nie powstrzymał, a ty nie mogłaś przecież, nikt ci nie pomógł... Iorwetha możesz. Możesz sprawić, że więcej żadnego dziecka, żadnej dziewczyny nie skrzywdzi.

Nie leżał tu jednak w roli śledczego. Pozwolił więc sobie na czystą, satysfakcjonującą emocjonalnie ironię.

— Nie, to oczywiście Dh'oinne go zmusili do picia.

Nie zareagowała gniewem. Przyciągnęła go do siebie, obróciła na plecy. Znów milczała, tym razem skupiona na badaniu sińców, które pojawiły się już na szyi, przegryzionych warg, krwi, która poszła mu z nosa. Jak przedmiotu, znowu, choć tym razem jak przedmiotu związanego ze wspomnieniami, droższego sercu. Ostrożnie.

— Nasza... moja matka zmarła — mruknęła w końcu. — Przy zarazie. Dh'oinne nic nie zrobiły w tej akurat sprawie. Musisz być zaskoczony.

— Nie ja winię ludzi za wszystko.

— Dh'oinne zepchnęli nas do gett, zabrali ziemię i domy, zabrali pracę, majątki, godność, traktują nas jak dziwki albo zwierzęta, gorzej niż zwierzęta – jesteście winni wszystkiemu. Wszystkiemu raczej niż konkretom. — Przechyliła głowę. — Ale ojciec się po prostu załamał. Kochał nas, kochał matkę, ale nie umiał... miał poczucie, że nas zawodzi, to go wykańczało. Był najlepszym ojcem na świecie w dobre dni. Starał się bardzo. Tata nas kochał — powtórzyła, prawie wyzywająco, prawie, jakby oczekiwała zaprzeczenia, udowadniała.

Córeczki, myślał mężczyzna, córeczki, zawsze wybaczą tatusiowi. Fascynujące w pewien sposób, zwłaszcza, że wspomnienia podsuwały mu usłużnie syna tego kochającego, pijącego ojca, który miewał dobre dni. Rzeczony syn, w paru gorączkowych zwidach, nazywał ojca nie inaczej niż skurwielem, który prawie zabił jego i siostrę. Do tego blizny. Co sprawiało, że Roche miał już całkiem wyraźny, szczegółowy obraz dzieciństwa Yeylii, tego, jak broniła brata, jak odciągała „tatę", jak go ratowała na kacu, obsługiwała, pomagała, gdy się dławił własnymi rzygowinami.

— Skoro mówisz — rzucił neutralnie.

— Twoja matka się sprzedawała, sam wiesz, jak to jest — mruknęła elfka, prawie prosząco.

Jasne. I jedna była uniwersalnie dobra odpowiedź:

— Ciężko. Ciężko w chuj.

Kapitan półuśmiech przemknął przez twarz.

— Elle Dh'oine. Daerme — dorzuciła, sięgając po chustkę, nadal leżącą wśród pościeli. — N'ess a taerth.

Vernon patrzył, prawie obojętnie, jak zawiązuje mu tę chustę naokoło nadgarstka. Śmieszny, malutki gest, myślał, tak drobny w swojej posesywności, że niemal czuły, jakby dziecko z pietyzmem pisało inicjały na swoim drewnianym koniku. Normalnie powinno agenta doprowadzić do szału. Tylko w Vergen nie miał, tak naprawdę, prawa nawet do irytacji. Miał parę łask.

No i nie za bardzo znajdował siły na gniew. Milutka, mięciutka wata wypełniała mu umysł i ciało, myśli ani czyny nie chciały coś przebiegać normalnie.

Yeylia skończyła, ziewnęła, bardzo teatralnie, zwinęła się przy mężczyźnie, narzuciła kołdrę na oboje. I zasnęła, prawie natychmiast, zupełnie spokojna. Jej nos się mu wbijał w kręgosłup, trochę poniżej karku. To znaczy, właściwie nie wbijał, po prostu czuł jej oddech i to samo w sobie miało w sobie przeraźliwą absurdalność snu. Wrażenie innego, obcego świata.

Na sny jest tylko jeden sposób, obudzić się. Albo w przypadku, gdy snem jest akurat rzeczywistość, zasnąć. Wobec czego Roche przestał się opierać, pozwolił obrazom i słowom pod powiekami zlać się w nieczytelne błoto. Ostatnim w miarę koherentnym zdaniem, jakie się mu przebiło, był moment zastanowienia, przy którym napadzie – mordzie – elfka zdobyła tę apaszkę.

'

'

Mord był na baronecie Birkver. Baronet nie lubił nieludzi, nieludzie nie lubili jego, pewnego dnia Scoia'tael ukróciło pańskie wybryki. Spaliło się mu letni dworek razem z okolicznym wioskami, a że akurat baronet był na wakacjach z rodziną, zarżnęło się jego i rodzinę. Ot, tyle. Typowe.

Żonie, wywleczonej z jakiegoś kąta, gdzie się próbowała schronić, poderżnięto by gardło, jak reszcie – ale Yeylia dostrzegła chustkę i zachciała nagle. Taką podobną, tylko nie jedwabną, widziała, dzieckiem będąc, na targu, ojciec, który miał wówczas dobry dzień, obiecał kupić, byli tam razem z bratem, który żył wówczas jeszcze – jeszcze, bo teraz, od miesiąca, on już z szubienicą swaty odprawia...

Krzyknęła, żeby się wstrzymali, że chusta, że krew zrujnuje. Wszyscy zamarli, poza kobietą, która chlipała histerycznie, zbyt przerażona, by w ogóle zauważać rzeczywistość. Komando spojrzało na elfkę, zdziwione. Ktoś ze starszych zganił jej płochość, przypomniał, że sprawa wymaga poświęceń, że na co im, bojownikom, jedwabie i fatałaszki, że gdzie im do zabaw, że nie są pospolitymi bandytami, by rabować.

Iorweth spojrzał na nią przeciągle i ledwie tamten skończył, zapytał czy jej chodzi, ale tak szczerze, o Dh'oine czy o chustkę? Powiedziała, „O apaszkę tylko", „apaszkę", bo tak się jej wydało ładniej.

— Nie masz racji — oznajmił wówczas watażka, wycierając starannie dłoń o wiszącą na ścianie makatkę. — Nie masz racji, Verwen. Yeylia jest śliczna i dzielna, i warta milionkroć tyle, ile ta Dh'oine. Czemu jej więc bronisz ułomka bogactw, których te zwierzęta mają w nadmiarze? Jest warta więcej. Rzeczy piękne się jej słusznie należą. Jedna chusta, cóż to jedna chusta? To zaczątek ledwie, któregoś dnia odbierzemy Dh'oinne wszystkie luksusy, wszystkie bogactwa z naszej krwi i naszego cierpienia zdobyte. Niech im to przypomina, że nie jesteśmy bandą głodnych nędzarzy, ale bojownikami słusznej sprawy, niech im to przypomina, że nie mają nic, czego by nam nie ukradli, niech im to przypomina, że spadnie na nich pomsta i odbierzemy, co nasze. Dla siebie i wszystkich starszych ras. Weź, Yeylia, proszę. — Ściągnął chustkę z kredowobiałej, drżącej teraz, już nie krzyczącej, tylko pogrążonej w stuporze kobiety. — Nasza najśliczniejsza, nasza dzika różyczko.

Jeśliby go elfka nie kochała wcześniej, to pokochałaby w tamtym momencie. Sekundę potem dorzucił „ale skoro to twoje zdobyczne, to zdobądź" i się odsunął, a Yeylia, chowając spiesznie apaszkę, by nie powalać, poderżnęła jaśnie pani gardło, szybko, głęboko, bez męczenia, nawet dość czysto.

Chusta była odtąd jej najukochańszą rzeczą. Ale wyrzuciłaby bez wahania, gdyby Iorweth kazał.

'

'

Ciaran pojawił się nad ranem. Obojętny. Yeylia gdzieś zniknęła.

— Interesy? — mruknął Vernon, powoli wychodząc ze snu.

— Nie. Czy Yeylia cię zmusiła do... — Skrzywił się z obrzydzeniem elf. — Jeśli tak, to z nią porozmawiamy. Nie ma prawa, mimo wszystko.

Roche jęknął w duchu. Czy naprawdę upadł tak nisko, by dociekano, czy kobieta...

— Ludzcy mężczyźni nie muszą być zwykle zmuszani do prokreacji. Naprawdę. Wiem, że dla elfów to niewiarygodne, wykazywać chęci i zdolności reprodukcyjne, ale twarde fakty są takie, że ludzie – o, powiedziałem „twarde", pardon...

— Czyli w porządku — uznał Ciaran, przyjmując docinkę z rasową obojętnością. — Powinienem się domyślić, że przy waszej zwierzęcej rozwiązłości kwestie emocjonalne nie stanowią problemu. To dobrze. — Przechylił głowę w bok. — Ona zasługuje na trochę rozrywki.

Ach, no tak. Vernon sklął w duchu, bez specjalnej zajadłości, wstał powoli. Świat miał w sobie tę, oswojoną już przez agenta, obcość budzenia się w nowych miejscach. Poranek był późny, za późny, chociaż światło dopiero wstawało, szare, mdłe, jak to zimą.

— Kupcie jej lalkę.

— Utrzymujemy już ciebie i królową z jej dworem, po co jeszcze inne zabawki?

Roche, wstrzymując tym razem naprawdę ostre wulgaryzmy, poczuł zbliżający się ból głowy. Z przespania, przespania, oczywiście.