Wybywamy sobie na weekend i z góry zapowiadamy, że wobec tego nasza... responsywność zmniejszoną być może. ;)

Varia: a tak poza tym, zapomnieliśmy, że przecież poprzedni rozdział, a także wiele poprzednich i następnych (w sumie również ten), całego fika nawet, należałoby dedykować zespołowi redakcyjnemu Polityki, ostatniemu szańcowi obrony przed katolickim fundamentalizmem, który to sobie łapek researchem vel sprawdzeniem faktów nie skala. Ech, pomyśleć, że były czas, gdzieś koło podstawówki, że się GW i Politykę czytało bez facepalma co minutę, bez uczucia bezbrzeżnej żenady... Sic transit gloria mundi.

Właściwie, mój chaosie, całą następną część fika można by dedykować filistrom. Muszę pamiętać.


Jako początek okresu najsilniejszego wypaczenia instytucji amnestii zwykło się wskazywać pokój cintryjski i wprost wyrażone w szczegółowych, częściowo tajnych dodatkach żądanie amnestii dla wydawanych dowódców. Stwierdzenie, że żąda się dla nich również „sprawiedliwego sądu" zakrawa więc na kpinę i ukazuje dogłębne skorumpowanie tudzież zdegenerowanie systemu sprawiedliwości, typowe dla tamtej epoki – najwyraźniej nawet władcy czy dyplomaci, prawnicy, elity, nie rozumieli sedna słów „sprawiedliwy, bezstronny proces".

Lena Maeryńska, Amnestia w okresie wojen północnych: narzędzie prawa czy polityki?

'

'

Lucienne, zaraza, w ogóle nie pamiętała, a żeby ją pokręciło, że kiedykolwiek miała wspólne interesy z Wiewiórkami. Chociaż Jarre twierdził, że parę lat temu, zaraz po wojnie, jak się poznali, jakimś jedzenie dawała.

Aha. No, to tak, to pewno, to kojarzyła. Mało to ona żebraków i łachuder ratowała po gościńcach? Na czele z tym tutaj, Jarre'em, Jareczkiem, któremu, mówili, piękna kariera się szykuje, wielebnym może zostanie, a proszę, przyszły elfy, zaraza sakramencka, w noc zimową, a wiadomo, elfy to Nilfgaard, a wiadomo, Nilfgaard zboże i żywność od paru tygodni rekwirował, ani patrząc, czy to na przednówek pochowane, czy siewne, ani patrząc na błagania, przekonywania, czy nawet próby przekupstwa.

I proszę, te elfy, miast zboża, chciały nie kogo innego, a Lucienne i Jarre'a, i Derkacza, który się jakoś do nich przyplątał i na przygranicznej prowincji z nimi został.

Cóż było robić. Lucienne wcisnęła córkę sąsiadce, sama z mężem wyszła zaś przed chatę. Nie ma powodów, by tamci pół wsi wyrezali, szukając właściwych osób.

Elfy, jak elfy. Albo raczej – jak te dawniejsze elfy, te, które kobieta pamiętała sprzed poprzedniej wojny, sprzed bitwy pod Brenną. Znów czyste, piękne, dumne, nie widmowo wychudzone. Jedna z nich, ciemnowłosa, ze srebrnymi bransoletami na rękach, grzechoczącymi przy każdym ruchu, wpatrywała się teraz w parę ludzi.

— Wy nas nie poznajecie — westchnęła wreszcie. — Nie dziwota, gorzej wtedy wyglądaliśmy. Ale to nic, nic. My nie zapominamy.

'

'

Konstanty z Frynbergu, hrabia Metiny, generał Cesarstwa, obecnie zarządca południowej Temerii, rozłożył szeroko ręce. Gościnnie, bo w jednej miał kieliszek wina, w drugiej malutką kanapeczkę ze szprotką, cebulką i kiszonym ogórkiem. Połączenie wina oraz wódczanej zakąski było w oczywisty sposób niezgodne z etykietą. Hrabia miał to, jak wszyscy, co do wyższych sfer nigdy nie musieli aspirować, kompletnie w dupie.

— Częstujcie się! — zawołał z uśmiechem. — No, nuże, częstuj się, Yaevinn, stary druhu!

Elf posłał mu skryty, ale raczej ciepły uśmiech. Sięgnął po faszerowane jajko.

— Dobrze ci się na tej wojnie wiedzie, widzę? — rzucił.

Zza okna garnizonu doleciał ich nagle straszny, gardłowy wrzask, zaraz przechodzący w jęk. Pokojowy zamknął okiennice, zaciągnął grube, wiśniowe zasłony. Generał się skrzywił.

— Doprawdy, myślałby kto, że im niemowlęta zarzynacie... Posłać kogoś, żeby oćwiczył babę? — Spojrzał pytająco na elfa.

— Nie trzeba. Dzieci to zawsze dzieci dla rodziców — stwierdził sentencjonalnie Yaevinn. — Dziękuję, że na tę naszą małą... wycieczkę... oko przymykasz.

— Nie ja pierwszy, nie ja ostatni. Słyszałem, że Maverick tak samo zrobi, jestem pewien, że i Jonavis wasz poprze. Cesarz to wielki wódz i doskonały polityk, a polityka, to dziwka, ja wiem, ja wiem, wszyscy wiemy, ale jednak ten... ten numer po pokoju – to niehonorowe było. Ponad połowa kadry za wami murem stała, ale wiesz, rozumiesz, co myśmy mogli zrobić, bitwa przegrana była, Cesarz wściekły...

— Rozumiem.

— Ale naprawdę, nie było w armii oficera, który by się nie oburzył. Hańbą, mówiliśmy, to nasze mundury okrywa, hańbą, mówiliśmy, większą niż jedna przegrana kampania, a oni się z nami zgadzali, ale cóż, mówili, życzenie Cesarza, polityka, doradcy i czarodzieje nakazują, cóż my zrobić możemy, mówili? No i właśnie, no i nic nie mogliśmy. Ale teraz, Yaevinn, jeśli czegoś potrzebujesz, powiedz tylko słowo...

— Niczego ponad twoją życzliwość — zapewnił szybko elf. — I przymykanie oczu. I żeby tamtym kilku wiochom nic nie brakowało. To ledwie mała gmina, z innych sobie ściągnięcie. A tamci ludzie nam pomogli, kiedy wy nic nie mogliście. Nie chcę, by ich teraz krzywda z rąk moich... towarzyszy spotkała.

Generał potaknął solennie.

— Nie ma problemu, osobiście moich podwładnych pouczę, że tamte wioski dla nich święte. A przymykanie oczu na waszą zemstę na tych prymitywach z Północy to, drogi druhu, sama przyjemność. Należy się tej swołoczy, tej ciemnej masie, cuchnącej, wyjącej w tym swoim podłym języku, krnąbrnej, rozzuchwalonej i złej! Cesarstwu się przysłużycie, jeśli ją trochę nauczycie moresu. Tylko...

— Tylko?

— Tylko ostatnio, słyszałem, chłopów od trzynastego roku wzwyż zabijaliście. U mnie, Yeavinn, bierz od piętnastego albo i szesnastego nawet. Sytuacja się zmieniła, zboże nam na gwałt potrzebne, a oni uciekają, chamy jedne, mrą dziesiątkami, swołocz – rąk do pracy na roli braknie, rozumiesz? Jak mi jeszcze od trzynastego zlikwidujesz, to problem się pogłębi, nie będzie komu żąć.

Teraz przyszła kolej elfa na potaknięcie.

— Od szesnastego w górę. Oczywiście. Przekażę moim braciom.

— No, to się rozumiemy! To toast, toast! Za miłe spotkanie, za nową wojnę, za wielką wygraną!

Uniósł posłusznie kieliszek, rozciągnął wargi w uśmiechu. Szerokim i szczerym, i wilczym. Bo Yaevinn w głębi duszy nie wierzył w zwycięstwo, ani wielkie, ani małe, czekał kolejnego pokoju cintryjskiego, represji, zdrady, śmierci. Swojej, wszystkich innych. Czekał, obiecując sobie, Toruviel oraz komandom, że nim zginą, zabijają tyle Dh'oinne, ilu się tylko da. Że będą rżnąć, aż nie zawisną.

'

'

— To dla was — mówiła ciemnowłosa elfka, wskazując na wozy dostawcze ze strasznym nilfgaardzkim słońcem. — Jedzenie. Ubrania. Zboże. To wszystko dla was, a gdybyście potrzebowali więcej, tylko się zgłoście do komendanta najbliższego garnizonu. Poinformowany jest, że ma waszym życzeniom uczynić zadość.

Coś żałośliwego niemal było w sposobie, w jaki próbowała oniemiałym, nadal przerażonym chłopom przedstawić, że nie mają powodów do obaw, w ruchach, którymi próbowała ich zachęcić, by spokojnie sięgali po dobra. I wtedy, dopiero wtedy, gdy spojrzała na nich niepewna i taka właśnie – zagubiona – Jarre naprawdę rozpoznał w niej tamtą elfkę, którą kiedyś z Lucienne oraz resztą inwalidów nakarmili.

A skoro rozpoznał, to pociągnął żonę, podeszli do wozów pierwsi, sięgnęli po jedzenie. Zaczęli spokojnie ściągać kolejne pakunki i toboły, komenderować ludźmi, by zanosili, gdzie trzeba. Przerwali stupor – i po chwili cała wioska rozjarzyła się radosnym rozgardiaszem, podekscytowaniem.

Elfka też się rozpromieniła.

— Mam na imię Toruviel. Mówili mi, że państwo mają dziecko? Ja bym bardzo chciała... Zabawki przywiozłam.

Gdy wyciągała do nich rękę, bransolety brzęczały na przegubach.

'

'

— Narysowałem to, Talar. W dziesiątkach ujęć. Ale nadal mi... nadal mi spać nie daje. A przecież już niejedno takie starcie za nami, kraj, mówisz, powoli w ogniu staje, mnie po wsiach, jak boga witają, nie dziwota, przednówek niedługo przyjdzie przecie, a przednówek to czas i bez głodnych wojsk Czarnych straszny... Ale narysowałem. Będę rysował, aż mi nie przejdzie, jak inni pić mogą, to ja szkicować chyba tym bardziej. Och, Talar, nie patrz tak na mnie, nie zamierzam wariować ani waszego spisku zdradzać, toż beze mnie te wszystkie ofiary na marne pójdą, myślisz, że ja was nie znam? Narysowałem i umyśliłem, że to się wam może przyda. Wiesz, wydrukujecie i zaczniecie kolportować po kraju. Naszym doda ducha, a Nilfgaard i zaborców... cóż, przestraszy, myślę. Bo chłopi zapewniają straszną śmierć, Talar. I te obrazki są właśnie takie, straszne. Duch od nich mdleje, ziąb człowieka ogarnia, włos się jeży. Czysta groza z tych obrazków bije...

Talar, który chwilę temu sięgał po rysunki barona d'Orczego pewną ręką i ze sceptycznym wzrokiem, teraz, gdy je otworzył, musiał mu przyznać rację. Biła.

— Propagandowo to broń potężna w ch... wielce, wasza miłość. Rzeczywiście. Ale muszę przede wszystkim złożyć wam gratulacje jako artyście. I wyznać swą ludzką omylność: nie doceniłem geniuszu waszej miłości. Istvan, te dzieła na wieki twe imię przechowają. To wyżyny ludzkiego talentu — oznajmił; całkowicie szczerze.

Baron uśmiechnął się blado.

— To miłe, dziękuję, dla artysty to szczęście, umrę spełniony — słowa się mu trochę plątały, jak rzadko, zauważył szpieg — ale jako człowiek chyba wolałbym go nie zaznać. Nie widzieć.

'

'

Baron d'Orczy odgarnął jasne włosy sprzed oczu Nilfgaardczyka. Prawie delikatnie. Za nim, półkolem, stali chłopi, na poły strwożeni, na poły zaciekawieni.

Nadal mi ufają, myślał Istvan, nadal mi ufają na tyle, by nie tylko przechować, narażając się na gniew tego skurwiela, Vouche'ego, nie tylko karmić, chociaż Czarni najmniejszą garsteczkę zboża teraz ściągają, ale też zastawić pułapkę, złapać oficera Cesarstwa, za co przecież gardło można podać.

Ufają tobie, szepnął ironiczny głos w głowie, doprawdy, raczej głodowej desperacji. Cesarz stracił zapasy, przednówek już, wiosna blisko, czymś wojsko żywić musi. Groźba śmierci głodowej nawet chłopom każe lemiesze na miecze przekuwać.

— Cesarstwo mnie pomści — oznajmił w starszej pojmany żołnierz. — A na was hańba spadnie, żeby zabijać oficera, zamiast okup wziąć... Złoto mam...

Młody był, pod brawurą tonu słychać było dziecięce drżenie i cień nadziei. Jaka szkoda, pomyślał baron, jaka szkoda, że padło na ciebie, dziecko.

— Posłuchaj — szepnął miękko, też w starszej mowie; nie sądził, by tamten rozumiał wspólny. — Ci ludzie tutaj łakną zemsty za czyny twojego cesarza. Ciebie czeka straszna, straszna śmierć – złoto, owszem, z twojego żołądka wydobędziem. To są chłopi, ciało twoje rozwłóczą i ukryją, słuch zaginie. Przykro mi. Twój senior nas do tego doprowadził.

Oczy tamtego się rozszerzyły, chciał coś mówić, lecz Istvan położył mu dłoń na ustach.

— Ale ja też jestem szlachcicem i głęboko żałuję tego, co musi być uczynione. Jeśli mi podasz swoje imię i nazwisko, i ród, to zrobię wszystko, co w mojej mocy, by do twojej rodziny doszły wieści, że zginąłeś, jak żołnierz. Że nie zdezerterowałeś, by nie plwano na ich honor. Że zginąłeś, by nie katowali się próżną nadzieją.

Chłopak oblizał wargi, oddychał teraz szybko, szybciutko. Baron odczekał chwilę, nim zabrał palce, pozwolił mu mówić.

— Arien Famir aep Gwynmuirre — szepnął tamten.

Głos mu drżał teraz, łzy powoli wypełniały błękitne oczy. Szkoda dzieciaka, pomyślał raz jeszcze Istvan, ech, przeklęty los. Zanim jednak myśl rozwinął w temat artystyczny – rzecz zdała się mu dobra na obraz alegoryii – Gniewko Kiepsz, nieformalny przywódca wsi, stary i posiwiały, i jak to chłop, sprytny, spytał:

— A o czym wy, waszmość, z tym chędożeńcem w tym diabelskim języku mówicie?

Baron wstał natychmiast. Żołnierz zaczął coś mówić, szybko, z błagalną nutą; postarał się nie słuchać.

— Lżę jego matkę, siostrę i wszystkie babki do siedmiu pokoleń wstecz i opisuję, co jego ojcu w dupę wsadzę, kiedy już go, w imię Jej Wysokości i pamięci jej ojca, dopadniemy. Właśnie byłem na żywym jeżu. Przełożyć całość?

Zgromadzeni parsknęli stłumionym śmiechem. Uśmiech Gniewka nieco za chytry nadal był, by szlachcic czuł się naprawdę pewnie – o, d'Orczy znał lud, znał lud dobrze i choć rozumiał, jakie mechanizmy opresji uczyniły go tak niekiedy okrutnym, to zrozumienie nie zmniejszało lęku ani odrazy do czynu. Pozwalało mu się jednak nie brzydzić samych włościan.

— To dołóżcie mu ode mnie — zakrzyknął jeden z chłopów; Mieciu zwany Wiśnią, rozpoznał Istvan, zawsze pierwszy do bitki — kosę na sztorc ustawioną. I płonący snop zboża!

— Oczywiście — potaknął baron, przyklękając znowu. — Ess'te creasa a mavineth, gwedd. Creas'te va'en ys aép timors, veloë.

Trzeba ci umrzeć, dziecko. Postaraj się zemdleć szybko.

Chłopi, skoro dał znak ręką, rzucili się szukać pomsty. I złota, które im obiecał. Z nożami, kłonicami, kosami. Chłopak skamlał, wił się, krzyczał – dość krótko. Najwyraźniej posłuchał rady, nie próbował zatrzymać przytomności. Całe szczęście, odetchnął Istvan.

— Jest złoto! — zawył nagle Mieciu, niemal nieludzkim głosem, pierwszy dopadłszy parujących jeszcze jelit i żołądka.

Lud zamarł na moment, potem skoczył ku ciału – czy jeszcze żywemu, trudno powiedzieć – niemal rozerwał na strzępy, szukając monet. Znaleźli z dwadzieścia. Zdaniem szlachcica nieco mało, gminowi to jednak wystarczyło. Aż nadto. Okrzykom radosnego podniecenia, ekscytacji na równi mordem, zemstą, ja zdobytymi środkami – głód już okolicy, jak całej Temerii, nie tyle zaglądał w, ile wyłupił oczy – nie było końca.

Krew i podroby leżały na śniegu. Twarzy tamtego oficera się już by rozpoznać nie dało. Baron słabował nieco, trzymał jednak fason. Próbował myśleć o obrazach, o sztuce, o honorze. O konieczności. O swojej biednej, małej królowej, siedzącej gdzieś w dalekim Vergen, za towarzystwo mającej z jednej strony tych zbrodniarzy od Iorwetha, z drugiej – tego zbrodniarza, Roche'a.

Jeśli dziecku się miała przestać dziać krzywda, to ta wojna się musiała skończyć, jak najszybciej. Wszelkimi dostępnymi środkami skończyć ją więc należało. Lud cierpiał przy przedłużającej się okupacji. Królowa, kiedy wejdzie na tron, z pewnością, po swoich doświadczeniach, położy kres wszystkim plagom Temerii, w tym strukturalnemu rasizmowi, na pewno ulży niedoli włościan. To poświecenie, teraz, ta straszliwa ofiara, którą chciwymi pazurami Nilfgaardu złożyli i której skutki same w sobie będą ofiarami – to ofiara, która zakończy wszelkie ofiary. Przynajmniej na jakiś czas.

Tak się zapamiętał w myślach, że nie usłyszał, iż ktoś się zbliża, póki nie poczuł gorącego oddechu na swej dłoni. A zaraz potem łzami zmoczonego pocałunku.

— Baronie, wasza miłość, jaśnie panie...

Otworzył gwałtownie oczy. Gniewko, stary Gniewko, z brodą, która dowód dawała latom, latami, które same w sobie stanowiłyby powód szacunku, Gniewko całował jego ręce. Klęcząc na śniegu. Reszta chłopów zdjęła czapki, stali naokoło, jasnym było, że czekają tylko, by też się „jaśnie panu" do kolan rzucić.

Straszne to poniekąd było. Istvan nigdy klękania w końcu nie żądał, czy on był bóstwem, by przed nim jego lud klękał? Jego lud, który on celowo wydał, rękami Cesarstwa, na pastwę głodu?

— Prawieście mówili, panie nasz, dobry nasz ojcze, opiekunie nasz, że Czarne diabły złoto w sobie mają, złotem krwawią — szeptał tymczasem Gniewko, oczu podnieść nie śmiejąc. — Żeśmy mieli wątpić, wybaczcie. Zawszeście dla nas ojcem byli, łagodnym i dobrym, żeśmy tego nie doceniali, póki na nas inny przyszedł, znacznie twardszy, wybaczcie. Wybaczcie nam wszystko, jaśnie panie. My za wami w ogień pójdziemy, jaśnie panie, boście nas nie zostawili, wróciliście po nas, znaleźliście nam złoto, którym krwawią Nilfgaardczycy, pokazaliście nam... My was nie opuścimy, baronie, nigdy, boście wy nas, panie, nie opuścili.

Zebrani kiwali głowami, solennie. Baron odzyskał wreszcie język. Podniósł starca.

— Bogowie, Gniewko, wstawaj, ja przecież u twoich kolan się uczyłem, twoja żona mi mamką była, bogowie, Gniewko, ja jestem bratem mlecznym twoich synów — początkowo szeptał, teraz mówił z większą mocą. — Jakim ja byłbym bratem, gdybym swoich w potrzebie, w chłodzie i głodzie zostawił? Gdybym uciekł? Jak ja bym tobie i twojej żonie, Ance, mojej matce mlecznej, w zaświatach w oczy spojrzał? I nie klęcz przede mną, wujaszku, nie uchodzi, ażeby ojciec moich braci przede mną klęczał. Nie uchodzi, ażeby ktokolwiek z was przede mną klęczał. Bo to ja zawiniłem, skoro nie zdołałem was od klęski w postaci hrabiego uchronić. Ja zawiniłem, skoro mój senior, dobry król Foltest, który mnie opiekę nad wami poruczył, wiedząc dobrze, że ani jego, ani was nade wszystko nie zawiodę — słowa potężniały z każdą chwilą — leży w grobie, zabity, a córka jego, nasza jedyna prawdziwa królowa, miłościwa pani, musi się aż poza krajem ukrywać. Jam wobec was zawinił i wobec mych opiekunów obowiązków nie dopełnił. I zrobię wszystko byśmy, razem, dalszemu złemu zapobiegli, a co się stało, jak możliwe naprawili. I o waszą zgodę, wujaszku, ojcze moich braci, was proszę — zakończył żarliwie, samemu pochylając głowę przed Gniewkiem.

Który to niemal natychmiast porwał go w objęcia. Tłumek jął wiwatować.

— Co on właściwie powiedział? — dopytał się Mieciu sąsiada po pierwszej chwili szalonego entuzjazmu na widok pana proszącego o coś chłopa. — Bo nic nie zrozumiałem.

— Ja też — odparł pogodnie zagadnięty, klaskaniem mając obrzękłe prawice. — Ale wielce krasne to być musiało.

— Niby tobie, Mieciu, widok panów baronów głowy schylający się nie podoba? — wtrąciła Jadwisia, błyskając w uśmiechu zębami.

Mieciowi, fakt, to akurat się podobało. Bardzo. Zresztą, sam Istvan zdał sobie sprawę, że się w przemowie nieco zagalopował, rzucił więc, tonem wyjaśnienia:

— Oto, co rzekę: oddzialik Nilfgaardu za trzy dni niedaleko przechodzić będzie! Naostrzmy kosy i noże, i co nasze, to im z żołądków wyrwijmy! Złoto zdobądźmy, byśmy z głodu na przednówku nie pomarli! Oto, co rzekę: hrabiemu Vouche i Czarnym, i wszystkim, którzy dręczą lud oraz dobrą i świętą dynastię nasza i królową słodką, w rzycie tak kosy wsadzimy, aż im nosem wyjdą! Gniewko! Ludzie! Bracia moi – złoto czeka! Na pohybel skurwysynom!

'

'

Bitwa trzy dni później przyprawiła barona o ciężkie mdłości. Głównie dlatego, że to wcale nie bitwa, nie rycerska walka, a rzeź była. Kilkunastu chłopów, wprowadziwszy oddział Nilfgaardu w zasadzkę, przemieniło się w chłopów kilkudziesięciu, niemal setkę, przyzbrojonych w to, co się ze wszystkich okolicznych wsi ściągnąć dało. Do tego zasadzka, wymyślona przez Istvana, zawierała w sobie wilcze doły, bagnisko i sieci.

Chłopi, krzyczący, poza zwyczajowymi wulgaryzmami, także wpojone im przez d'Orczego hasełka rojalistyczne, odnieśli miażdżące zwycięstwo. Jak to chłopi, nie brali jeńców. Jak to chłopi, cięli na oślep, swoją zemstę – swój gniew na za strukturę społeczną, która przecież nie ich winą była, poprawił się — wyrażali, masakrując tak trupy, jak dogorywających żołnierzy.

Złota tym razem było sporo, bo wojskowi oczekiwali bitwy, wieści o opornych chłopach i wspierających ich partyzanckich grupach szlachcic już jakiś czas temu zaczął rozpuszczać. Lud dosłownie łkał radośnie, wyciągając monety z parujących wnętrzności. Po chwili, przypomniawszy sobie zaś o „panie dobrodzieju", podeszli do niego z wyrazami wdzięczności oraz oddania. Tudzież zakrwawionymi, ubrudzonymi wszelkimi możliwymi ludzkimi wydzielinami dłońmi.

Baron kochał wszakże gmin, co oznaczało, że nie raz, nie dwa miał do czynienia z gumnem i gównem. Zniósł więc to całkiem nieźle, blady tylko, jak śnieg. Aż się Gniewko z resztą o niego zatroskali.

— Nic to — mruknął heroicznie Istvan. — To tylko ze wzruszenia... z radości, że byt wasz i dolę poprawię. I z zamyślenia nad tym, ile nas jeszcze pracy czeka, ile... ile złota możemy zdobyć i na co je wydać potem.

Ta ostatnia myśl zwłaszcza pobudziła wyobraźnię tłumu. Płynnie z niej przeszedł więc szlachcic na krótką opowieść o małej, biednej, zdradzonej królowej – to ludzi wzruszyło. Gmin, wbrew słowom niektórych uprzedzonych arystokratów, bardzo był tkliwy na krzywdę i pełen litości wobec bezbronnych, zwłaszcza dzieci; ot, byle gminu nie krzywdzić, to on jako solą ziemi będzie, kochany i dobry, jak jagniątka. Jeśli się go skrzywdzi wszakże, cóż – konsekwencje baron właśnie miał przed oczyma.

Królowa w opowieści była mała, biedna, oddana ludziom i dręczona przez Czarnych oraz Henselta – zausznika hrabiego Vouche, jak to baron przedstawił, by słuchacze łatwiej pojęli grozę sytuacji – a także łaknąca dobra ludu. Jak tylko siądzie na tronie, zapewniał baron, to podatki obniży i złych panów, włościan dręczących, precz pogoni.

Lud słuchał. Lud kiwał głowami. Lud wierzył, bo baron d'Orczy dotąd ludu nie zawiódł. Trupy parowały w tle.

Istvan, któremu nadal coś słabo było, zakończywszy niezgrabnie historię, spróbował znaleźć w tym wszystkim kompozycję i piękno. Wieczór zapadający, błękitnoszary, jak to zimą. Czerwień wnętrzności. Biel śniegu. Kruki i reszta ptactwa, pożerające ciała. Coś podpowiadało d'Orczemu, że się do końca życia tego obrazu spod powiek nie pozbędzie. To „coś" było wyjątkowo przerażające, wobec czego szlachcic, w rozpaczliwym geście odgradzania się od rzeczywistości, wyciągnął szkicownik. Węgiel. Pospiesznie, bo zmierzchało przecież, nakreślił w nim główne punkty kompozycyjne. Obszedł trupy, by naszkicować zbliżenia – przetworzyć w materię sztuki, zapomnieć.

Poprawiał, rysował, zmieniał perspektywy, z pamięci, całą drogę powrotną do wsi. I całą noc, gdy chłopi pili i tańczyli. Pobawił się z nimi chwilę jeno, z grzeczności, zaraz wrócił do przyborów. Temat go pożerał. On albo poczucie winy, albo honor, który zdawał się mu, niczym parszała tkanina, rozpadać w palcach.

'

'

Teraz, tygodnie później, ostrożnie odkładając obrazki, Talar prychnął śmiechem, całkiem nawet ciepłym.

— Wasza miłość – Istvan – teraz tak może myślisz, w emocjach, ale jeszcze nie znałem artysty, który by ostatecznie był w stanie nie ulec geniuszowi, swojemu albo cudzemu. Przecież wy, artyści, po to tylko żyjecie, by zdać sprawę z jakiegoś geniuszu, chwili czy ludzi, czy własnej zdolności. Przejdzie ci, Istvan. Zobaczysz.