Mówią, że Aelirenn przepraszała i skamlała o wybaczenie przed śmiercią. Nie będę zaprzeczał, czemu miałbym? Tak mogło być. Tak pewnie było. Ale mogę przysiąc, że wolę, po tysiąckroć wolę umierać z błaganiem o przebaczenie na ustach, niż żyć i nie robić nic, niż żyć bezczynnie i nie spróbować zmienić świata. Taka egzystencja nigdy się nie znajdzie na stosie ani na szafocie, nigdy nie będzie prosić publicznie o przebaczenie – bo nikogo dość obchodzić nie będzie – lecz jest godna naszej litości, winna o ową łaskę wybaczenia błagać znacznie bardziej, niż dusze tych, których próbowali, działali i pobłądzili. Oni przynajmniej nie godzili się na zło świata; a zgodzić się na zło, zamknąć oczy i zgodzić się na wieczne królestwo zła, czyż może być coś gorszego?
(Fragment przemówienia jednego z elfickich watażków, przypisywany wszystkim po kolei, który był w danym roku najmodniejszy)
Damin Hauntent, Historyja. Źródła
'
'
Tuż przed Blafenid się rozdzielili. Brend nie był z tego powodu szczęśliwy, reszta grupy też niespecjalnie. Ale słowa zielarki miały moc najwyraźniej niemal świętą, bo kręcąc nosami, marudząc, lecz je puścili. Dali ciepłe ubrania, jedzenie, napoje, pieniądze. I błagali, by na siebie uważały, co zresztą Sh'aenid wielce rozbawiło. Jeszcze parę następnych kilometrów spędziła na roztrząsaniu tego, jak to wszyscy niby kwoki nad nią stoją, a ona przecież najstarsza.
— To oni na siebie uważać powinni, nie wiem, czy z byle katarem sobie beze mnie radę dadzą — marudziła, na co Ves nieodmiennie przypominała, że tamta zostawiła im długi spis leków na wszelakie choroby.
Wytrzymają te trzy dni bez ciebie, myślała. Zupełnie bez złości, przeciwnie, wzajemne przywiązanie grupy przypominało jej Pasy. I rozrzewniało, już nawet nie aż tak bardzo smutno.
Starała się zapamiętywać drogę, idąc – co wszakże okazało się trudne, bo elfka faktycznie znała skróty, jary i pozornie niewidoczne przejścia, jakieś podziemne, na wpół zawalone jaskinie, teraz już zarośnięte, lecz zbudowane, nie naturalne; pod mchem można było dostrzec ślady kamienia. I po południu, kiedy powoli należałoby już szukać schronienia, bo najwyżej godzina-dwie słońca została, gdy Ves była pewna, że zaraz wejdą do kolejnej sztucznej jaskini, ruinki, lekarka zapytała:
— Jeśli chcesz, to możemy iść na miejsce, trochę na południe... Ale ty nigdy pewnie nie byłaś w Shaerrawedd? Chciałabyś zobaczyć? Jeszcze nam dnia starczy...
Takim tonem, jakby jej proponowała wycieczkę krajobrazową. Zważywszy na to, jak sakralnym Wiewiórki – nawet inne elfy – mówiły o Aelirenn i pałacu, to ta nonszalancja na moment odjęła dziewczynie mowę.
— Nie byłam — wydukała wreszcie, bo i co miała powiedzieć.
— Pewnie, że nie, mało kto z ludzi tu zachodzi... Poza komendantem Drakenborgu i dowódcą kaedweńskich oddziałów specjalnych, panowie się lubią, ponad granicami, więc pięknie kosmopolityczne imprezy tutaj urządzają, w ramach tryumfu albo nagrody. Zwykle coś zdewastują. Że też odczuwają potrzebę — prychnęła. — Ona od dwustu lat z okładem w grobie przecież...
Roche nawet był na którejś z tych imprez. Albo i na kilku, uprzytomniła sobie Ves. W ramach wyjazdów integracyjnych, współpracy międzynarodowej, szkolenia, czegoś w ten deseń, generalnie pretekstu do chlania. Relacja powrotna, choć przesłonięta pomrocznością jasną, brzmiała, zaiste, jakby coś porządnie zdewastowali.
— Wandale chędożeni — mruknęła dziewczyna z jakąś głupią, przyznawała, dziecinną, przyznawała, ale jednak wielką satysfakcją.
Sh'aenid wzruszyła ramionami.
— Ale oni też nie ruszają różyczek. Ani chybi zabobon, bo nie sądzę, żeby szacunek. Chodź, podjedziemy, to tylko kawałek, a nadal ładne miejsce, chociaż zniszczone i w zimie mniej urokliwe niż latem.
'
'
Shaerrawedd było – cóż, nadal było. To prawdopodobnie winno starczyć za słowa, bo Ves niespecjalnie mogła znaleźć w języku określenia na całe to majestatyczne, zburzone piękno, może nawet wznioślejsze dzięki swojemu stanowi. Coś w ruinach przywodzi od razu myśl o wieczności – i dodaje patosu. Czyli tak, pałac nadal był, czy raczej już nie pałac, tylko szczątki czegoś, w czym znać było rozumną rękę, migotliwe jak wspomnienie, jak wizja, coś między „trwać" a „jeszcze". Miejscami, jeśli zetrzeć ręką śnieg, zupełnie jak nowe, świeże, błyszczące kolorem, idealną gładkością marmuru i wtedy było, naprawdę było, a potem nagle człowiekowi się napatoczyły pod wzrok zamarznięte strumyczki, rozsadzające kamień, odłupany kawał czegoś, co musiało być rzeźbą, ptasie gniazdo na szczycie muru – i wtedy „jeszcze" uderzało.
Jak oni w ogóle mogli tu pić i rzygać, i sikać pod tymi kolumnami, do szczątków tej fontanny, przy tym wszystkim, myślała dziewczyna z jakimś przesądnym lękiem, jakimś obruszeniem, jak oni tu mogli, tak po prostu? Przecież to – przecież to dławi w gardle.
Nadal, nadal, skrzypiało pod stopami. Sh'aenid głównie milczała, chociaż próbowała czasem rozproszyć nastrój, szukała czegoś, ścierała zlodowaciały śnieg, pokazywała co lepiej zachowane płaskorzeźby, opowiadała, nawet wesoło czy przynajmniej ciepło. „Tam był staw", machnęła w którymś momencie ręką na wschód, wchodząc na kawał obalonego marmuru, by lepiej widzieć, „zimą robili z niego lodowisko. Tańczyliśmy, latarnie płonęły, furkotały ozdobne chorągiewki, grzane wino smakowało, jak nigdzie indziej...", a potem ucichła i po prostu patrzyła, oparta o fragment muru, wciąż na tym marmurze, z którego rozszabrowano mozaiki, wciąż uprzejmie uśmiechnięta, jakby jej ten grymas zamarzł na wargach.
I nagle machnęła lekko, dostojnie głową, jak gdyby się opędzała, znudzona, od męczącego adoratora, zeskoczyła na ziemię, poleciała na mniej więcej środek ruin. I pokaleczyła sobie ręce, rozdarła rękawice – nim dziewczyna zdążyła ją zatrzymać, nim zdążyła powiedzieć, że to nie jest ważne – zdzierając, przez wyjątkowo kolczaste krzaczysko, ciężki, stwardniały w lód śnieg z jakiejś płaskorzeźby.
— Aelirenn — powiedziała lekarka, odchodząc na kilka kroków.
I dopiero wówczas Ves pojęła, że to nie żadne złośliwe krzaczory, tylko słynne białe róże.
Wyrzeźbiona twarz też była nadal piękna. Delikatna, dostojna, pełna smutku zaświatów. Żaden szaber nie zdołał tego zmienić.
— Aelirenn — powtórzyła po chwili ciszy Sh'aenid, ściągając rękawice, przyglądając się uważnie rozdarciom. — Ale nie wierz temu do końca. Ona nigdy nie była taka... melancholijna. Nigdy. Nikt z nas nie był, to akurat moda artystyczna się trafiła, prąd taki, że niby się poważniej wygląda, bardziej godnie, piękniej, jak spojrzenie i rysy artysta mgiełką acedii otoczy. Ona taka nie była. Tańczyłyśmy na tamtym lodowisku, ja, ona, inne dziewczęta, światło tańczyło z nami, łyżwy śmigały z wizgiem, uśmiechałyśmy się do chłopców... — Coś zapłonęło w jej dłoni, słabiutkim, pełgającym, białym płomykiem. — No, teraz lepiej widać, chodź.
Podstawiła dłoń tuż pod rzeźbę, przez kolce. Tym razem bez skaleczenia, ale krew z poprzednich ranek i tak pobrudziła kamień. Wargi zielarki drgnęły, jakby do skrzywienia, zaczęła czyścić posąg rękawiczką.
— Oczywiście, Scoia'tael nie mają pojęcia, że tańczyłyśmy na lodowisku i dwornie żartowałyśmy z paniczami. Moda ma melancholijne przedstawienia w zły czas przyszła. Albo właśnie doskonały. Zależy, jak patrzeć.
— Bardzo piękna — powiedziała w końcu Ves; nie umiała wydusić z siebie nic mądrzejszego.
Najwyraźniej ton i jej zmieszanie wystarczyło, bo jej towarzyszce uśmiech głębokiego, prawdziwego szczęścia, dumy, przemknął przez twarz.
— Prawda? Ona była piękna. We krwi, swojej i cudzej, w pocie i znoju, sina ze zmęczenia, z cieniami od tygodni niedospania pod oczami, prawie martwa z wyczerpania magicznego, wychudła tak, że jej liczyliśmy nie kości, a stawy i ścięgna, i najmniejsze żyłki, ona była piękna, ona porywała. Jak ta jazda na łyżwach właśnie, obracasz się, wiesz, Veska, zaczynasz się kręcić i nie możesz przestać, ślizg cię zabiera. I tak z lampionów przeszliśmy w w płomienie, z lodowiska w lód na brodach, z chorągiewek w chorągwie... — Światełko zamigotało, osłabło, zmarszczyła brwi, zamknęła je w dłoni, zgasiła. — I zginęliśmy. Chodź, zaraz noc.
Dziewczyna posłusznie podreptała za nią w gęstniejący mrok, do lasu. Miały pochodnie, ale elfka znów stworzyła w dłoni to bledziutkie światło – „nie palmy drzew", mruknęła – i przeszły przez coś, co musiało dawniej być bramą, jedna arkada stała obok jeszcze, na niej przegniła belka.
Belka, nie kamień. Niby przetrwała? Ves rzecz przypominała nagle charakterystyczny kształt – i zagryzła wargi...
— Tutaj — powiedziała Sh'aenid, dojrzawszy jej niepokój, znów obojętnie grzecznym tonem przewodnika wycieczki — graf Milan Leuev, godny swego imiennika, złapawszy kilkanaście elfów ze Scoia'tael, podobno odpowiedzialnych za rzeź w forcie Leyda, powiesił. Na tej belce. W ramach łaski. Żeby mieli widok na różyczki — ostatnie słowo zabarwił sarkazm, szorstki, nieprzyjemny, jak nóż po szkle; odetchnęła głęboko, a potem znów mówiła spokojnie, ciepło, miło. — Zważywszy na to, że większość z tych dzieci pewnie Shaerrawedd nigdy wcześniej nie widziała na oczy, to może i nie takie złe miejsce na śmierć. Chociaż nie o to jego miłości grafowi chodziło, oczywiście.
'
'
Dopiero po długiej, długiej chwili Ves odważyła się przerwać milczenie i zapytać, dokąd właściwie idą.
— Do katakumb, to bardzo wygodne miejsce na spędzenie paru nocy. Dach nad głową, na tyle głęboko w ziemi, że ciepło, marmurowe posadzki, same luksusy.
— Że grobowce? — wyjąkała zdumiona dziewczyna.
— Mhm. Shaerrawedd nie było jedynym pałacem w okolicy, stąd sporo rodów pochodziło, ale inne dwory jeszcze przed albo w trakcie powstania zniszczono... Tutaj są grobowce rodzinne. Większość z tych rodzin zresztą już wymarła, wejścia zawalono, pomniki rozłupano, ale da się nadal zejść w same katakumby. Korzystają z nich Scoia'tael, uciekinierzy, ludzkie bandy rozbójnicze, różni tam... Ostatnio, jak byłam, to sobie przemytnicy fisstechu kryjówkę zrobili. Majątek w narkotykach tam leżał. To może niegłupie — mówiła szybko, ciut za szybko, myślała Ves. — Może właśnie tak powinniśmy, znaczy, Wiewiórki, tutaj dobra ziemia, zamiast różyczek mogliby sobie ziele na fisstech sadzić, pomyśl, jakby to sprzedawać, to mogliby się z tego utrzymywać, broń kupować, przecież na używkach się majątek zbija... Ale nie, my wolimy różyczki.
— Czasem nie wiem — westchnęła cicho, poważnie dziewczyna — czy ty potępiasz Wiewiórki za to, że zabijają niewinnych ludzi, czy za to, że zabijają ich za mało efektywnie.
Elfka rzuciła przez ramię zdumione spojrzenie, ledwo widoczne w słabym świetle magicznego ognia.
— Przecież sama byłabym zupełnie kontrproduktywna, skoro ci właśnie ratuję życie i chcę pomóc przy porodzie. O, to już tutaj.
Musiały rozbić lód, a potem weszły nie w jaskinię, a w szparę w ziemi, tuż przy gruncie właściwie. Nie trzeba się było czołgać, ale iść wyprostowanym też nie dało. Ves ze względu na ciążę ledwie się mieściła. Po kilkudziesięciu krokach na drodze pojawiła się dziura. W którą elfka zeskoczyła lekko, po czym podała dziewczynie rękę, żeby ta miała wygodniej.
— Hopla — rzuciła wesoło, przechodząc dalej, czymś, co z każdym krokiem mniej przypominało jaskinię, a bardziej korytarz. — To już zaraz. Katakumby arystokracji Aen Seidhe, potężnych i możnych rodów, Wiedzących i vay... i czegoś na kształt waszych książąt i doradców. Starszyzny. Grobowce dumnej szlachty, co do jednego martwej i w pył obróconej.
Sh'aenid po kilkunastu metrach tego raczej prowizorycznie wykutego – ale niewątpliwie wykutego, nawet gdzieniegdzie podstemplowanego, żeby się nie zawaliło – przejścia stanęła, wskazała Ves na coś, co wyglądało na byle jak wybity otwór w ścianie, przebicie. Prześlizgnęła się przez nie, znów podała dziewczynie rękę, po czym, otrzepawszy je obie z piasku, kurzu, pajęczyn i licho wie, czego jeszcze, dygnęła. Ślicznym, arystokratycznym dygiem.
— Witamy w skromnych progach.
Światło w jej dłoni zabłysło nagle setki razy silniej niż poprzednio, ukazując całe pomieszczenie.
Pierwszą myślą Ves było pełne ulgi stwierdzenie, że tym razem przemytników fisstechu ani innych potencjalnie chcących je zabić grup nie ma, że grobowiec, wielki jak ludzkie zamczyska, jest pusty. Drugą i każdą kolejną – głęboki, przeszywający zachwyt.
Marmury, tutaj tylko zakurzone, ale niespękane, delikatne, w bieli i głębokiej czerni, przecinane żyłeczkami, gdzieniegdzie nakrapiane. Na ciemnych kamieniach, z których zrobione było wszystko, poza zimnymi, jaśniutkimi reliefami nagrobnymi, te wzory wyglądały, jak gwiazdy. Rozgwieżdżona ciemność od stóp do wysokie sklepienie. Jakby się w nocne niebo weszło. Albo między niebo a jezioro, sufit zdawał się obijać w podłodze. Kiedy to wszystko jeszcze było wypolerowane musiało wywołać poczucie zagubienia, wejścia w kosmiczną nicość. Na ścianie widniała mozaika; znaczy, dawniej widniała i najwyraźniej była ze szlachetnych kamieni, bo teraz pozostał po niej tylko ślad, wyraźny jednak. Wąż gryzący własny ogon.
— Koniec i początek. Grobowiec i łono. Ciemność wszechrzeczy, ta, którą widzimy na nocnym niebie, kiedy dzień nas nie mami, ta, z której przychodzimy i do której wracamy, w której życie nasze jest jeno błyskiem, iskrą, chwilką. Ale czymże innym będzie wieczność, ta wielka ciemność, gdy wszystkie światy, wszech rzeczy miną? — zaintonowała elfka, echo nadawało zdaniem niesamowitej mocy. — W straszliwym uproszczeniu. Nie ma słów we wspólnym, by oddać sprawiedliwość.
Płyty nagrobne były bieluchne, jaśniutkie, światło czyniło je zimnymi. Lód. Trup. Kość. Księżyc. Zjawy. Skojarzenia Ves wirowały.
— To są drzwi do komnat rodowych — powiedziała cicho Sh'aenid. — Nie same sarkofagi.
Słowa i tak odbiły się echem, nim wsiąkły w mrok, kryjący się po kątach.
— Białe — bąknęła głucho dziewczyna; echo poniosło i ten drobny wyraz.
Lekarka posłała jej uśmiech.
— Bo dusza jest nieśmiertelna. To, czy chodzi o wasze rozumienie duszy, czy tylko o pamięć, czy nawet o mniej, ślad, jaki zostawiamy w świecie, czy może w ogóle o idee, myśli, życie samo w sobie, to było przedmiotem sporu — dodała z przekąsem. — Ale tak, białe – światło się powinno odbijać od nich, rozumiesz? W ciemności tylko one powinno być widoczne. Żebyśmy wiedzieli... — Szukała słów — ...że się tylko odbijamy. Że nikt nie jest pojedynczy, że w ogóle nie ma nic pojedynczego. Spirala luster, księżyców, światów. Spirala. W haniebnym uproszczeniu.
Haniebnym uproszczeniu, powtórzyła w duchu Ves. Haniebne uproszczenie wystarczyłoby, żebym dopisała nowy rozdział do kolejnego wydania Elfów i ludzi. Gdybym się kiedykolwiek zamierzała zająć karierą naukową.
— Nie mam już czterdziestu lat — westchnęła po długiej chwili milczenia zielarka. — Dawno nie ćwiczyłam. Nie utrzymam tak silnego zaklęcia dłużej. Także wybacz, Vesanna, ale muszę ci przerwać kontemplację. Zresztą, to tylko jeden cmentarz, inne bywają zupełnie odmienne, wszystko zależnie od tego, jaka filozofia albo estetyka akurat modna była...
Światło osłabło prawie w tej samej chwili, krąg jasności zmniejszył się do średnicy dwóch, może trzech metrów. I owszem, teraz te jasne grobowce przypominały latarnie, świetliki, srebrne lustra, wyraźnie odcinające się od ciemności. Elfka, nucąc cicho, zaczęła sprawnie przeszukiwać główną salę i po chwili radośnie oznajmiła, że zgodnie z niepisaną zasadą wszelkich wagabundów, pozostawiono tutaj krzesiwo, trochę oliwy, szmatki do spania, pochodnie.
— A nawet solone mięso, przetwory, alkohol – o, fisstech! — zakończyła entuzjastycznie. — Nie wiem, czy to Scoia'tael, czy to przemytnicy, czy po prostu bezdomni, ale niech losy mają w opiece te dobre istoty. Mamy swoje zapasy, ale to cudownie, że etos jeszcze nie umarł. I fisstech, od lat tego nie brałam!
— Czasami myślę — wymamrotała dziewczyna — że jesteś kompletnie szalona.
— Bardzo możliwe — pogodnie potaknęła Sh'aenid, krzątając się wokół znalezisk. — Mój drogi syn nieustannie mi to powtarzał. Pod koniec, jak się już głównie kłóciliśmy. Tuż przed tym, jak poszedł do lasu. Ja odpowiadałam w podobnym tonie: że jest idealistycznym, otumanionym szaleńcem i zginie przez te swoje straceńcze pomysły.
Ves nie za bardzo miała, co odpowiedzieć, wobec czego przeszła do układania szmat i wyściełanych, słomianych materacy w posłania. Lekarka zapalała tymczasem pochodnie, nadal nucąc. Wesołą melodię. W grobowcu. Albo obyczaje żałobne elfów dramatycznie się różniły od ludzkich – albo już zielarce po prostu rytuały były obojętne. Dziewczyna obstawiała tak jakoś to drugie.
— Jeśli przemytnicy albo Wiewiórki tu wrócą — szepnęła w przebłysku logiki, układając się na kocach; nawet nie cuchnęły bardzo stęchlizną — to przypadkiem nas nie zabiją?
Elfka potrząsnęła głową.
— Jak tu ostatnio wpadłam na przemytników i powiedziałam, że chciałabym oddać honory moim zmarłym, to wpuścili mnie, jeszcze dopytali, w którym kącie będę odprawiać ceremonie, żeby się przenieść w inny, nakarmili, zrobili całkiem porządne łóżko, zajęli się bardzo miło. Prawdziwi kawalerowie — dodała z leciutką nutką ironii. — Jeden był półelfem, więc mu pośpiewałam trochę piosenek w starszej mowie, bo sam nie pamiętał tego, co mu matka nuciła... Dziecko zupełne, spał mi prawie na kolanach. Bardzo dobrze sobie te parę dni razem żyliśmy. No, ale szaleńców podobno losy chronią, może to dlatego.
— Nie chciałam cię urazić... — zaczęła niepewnie Ves.
Sh'aenid weszła jej w słowo:
— Przecież nie uraziłaś. Tam kawałek dalej, pokażę ci, jest wybite przejście do podziemnego zbiornika, gdzie woda się naturalnie gromadzi, obmyć się można – a potem pora spać. Może mamy tu kilka dni tylko siedzieć, ale sen ci na pewno dobrze zrobi.
'
'
Ves śniła, że patrzy na smutną, smukłą dziewczynę z płaskorzeźby – Aelirenn, niby, ale to jakby nie była ona, może bardziej Sh'aenid – tańczącą na lodzie z masą innych istot, wszystkich pozbawionych twarzy. A potem pocięli sobie wszyscy, czy ona im pocięła, twarze, ręce, piersi łyżwami i zginęli, i ich trupy wisiały nad lodowiskiem.
To nie był koszmar, przespała noc spokojnie, smacznie, wstała wypoczęta, chociaż pamiętała obrazy. Krew, wisielcy, pożoga, nawykła.
