Scoia'tael się pojawiło trzeciego dnia. Ostatniego. Następnego ranka miały wyjść i podjechać do rozstajów przed Litką, elfka już odprawiła modły – Ves nie widziała, jakie, za co zresztą została przeproszona. Ale jednak obrządki były podobno święte, zamknięte, zbyt święte, by nawet Sh'aenid pozwoliła je sobie naruszyć.

Scoia'tael, jak to Scoia'tael, było wyniszczone, wychudłe i zbyt zdesperowane, by okazywać zrozumienie dla „Dh'oine profanującego ich grobowce". Jakby oni, nocując tutaj, cokolwiek mnie profanowali albo cokolwiek więcej na temat tych katakumb wiedzieli, co im zresztą zielarka wytknęła. Bardzo spokojnie, ot, tak, jakby oczywistość stwierdzała. Nawet nie wstając, zajęta popalaniem fisstechu.

Ves czuła, że to się źle skończy. I oczywiście, urażeni śmiertelnie partyzanci natychmiast sklęli je obie, po czym podskoczyli do niej, z imieniem Aelirenn na ustach oraz wyciągniętymi ostrzami, jakim kto tam miał. Dziewczyna zdążyła się po trosze przestraszyć, po trosze pożałować tak głupio traconego życia – no doprawdy, tutaj? tyle człowiek przeszedł, by zginąć akurat tutaj? – po trosze odruchowo zacząć szukać broni. I nic więcej.

Bo oto w sali grzmotnęło, fala powietrza uderzyła w Ves, zapierając na sekundę dech. Jej zaparło dech, elfy odrzuciło na ściany, a tego, który stał najbliżej dziewczyny, chyba dowódcę, Sh'aenid trzymała w bardzo fachowym uścisku obezwładniającym, obie ręce skrzyżowawszy mu z tyłu i przyłożywszy sztylet – Ves dotąd nie zauważyła, że ona ma jakikolwiek sztylet – do gardła.

— Essea — oznajmiła tonem tak wyniośle dumnym, że sam Emhyr by się nie powstydził — Irilláinne aep Finnédh'air e'n Liannén, luned aep Saevherne, ardwedd aep Es Mithánne e'n aile tellaé, caersidh aen Aelirenn tedd. N'te'en dice a me, weddin, quis me ghat'issev aép carnaé aep me yann'ach. N'te'en dice a me que Aelirenn daermenn. Dá?

Oczy tamtego rozszerzyły się, zbladł jak ściana, wargi mu przez chwilę drżały. Bardzo dziecinnie, faktycznie.

— Neén... ne'erre saevherid a me. N'te me dochaire, beágh, ard...

Sh'aenid – znaczy, najwyraźniej nie Sh'aenid tylko Irilláinne – puściła go, odepchnęła. Nie bardzo mocno raczej.

— W porządku — oznajmiła, teraz cieplej, ale nadal dostojnie. — Wyjaśniliśmy małe nieporozumienie. Tak? I po sprawie. Nie żywię żalu. A ty, Veska?

Dziewczyna powoli pokręciła głową. Opanowało ją jakieś nieracjonalne wrażenie zdrady. Nieracjonalne, bo sama też sporo ze swojej przeszłości ukryła, a to, że Sh'aenid ma przeszłość bogatą i najpewniej wyboistą, było do wywnioskowania od dłuższego czasu, właściwie przecież Ves na to wpadła wieki temu.

— Sh'aenid — powiedziała z przekąsem. — Też ładnie.

Elfka wzruszyła ramionami.

— Teraz jestem Sh'aenid, w Temerii byłam Tinnithel... Dla własnego syna byłam i jestem Tinnithel — dorzuciła, trochę jakby przepraszająco.

— Też ładnie — powtórzyła dziewczyna. — Ale po co?

Oczekiwała uniku. I się doczekała uniku.

— To długa historia. Nawet nie pouczająca. Pouczające, panowie, skoro o profanowaniu grobowców mowa, jest za to, że gdzieś tak w połowie powstania deliberowaliśmy, czy nie zdjąć złota i kamieni ze ścian pałaców, katakumb. Sprzedać. Mieć na broń, ucieczkę albo wykupienie z niewoli. Uznaliśmy ostatecznie, że to będzie niehonorowe. Po powstaniu, jak widzicie, ludzie i tak wszystko rozkradli, wszyściutko. To jest pouczająca, acz krótka historia. Moja przeciwnie.

Ves chętnie by posłuchała mimo wszystko. Miała wrażenie, że tamte dzieciaki ze Scoia'tael także. Jasne, w końcu... porucznik... kapitan, caersidh to będzie kapitan, powstania Aelirenn to dla nich żywy mit. Większość buntowników zginęła, niedobitków dorżnięto w procesach. I właściwie pytanie o to, czemu wyżyła akurat Irilláinne, córka Finnédh'aira, który, jak przed chwilą wyłożyła, był Wiedzącym, akurat Irilláinne, które tańczyła z Aelirenn na lodowisku i znała letnie pałacyki elfiej szlachty, to byłoby dobre pytanie. Ani chybi powiązane z grafem Aleksym, generałem Kaedwen.

Wobec czego dziewczyna zaczęła nalegać, powołując się na święte prawa ciężarnych. Ale zielarka stwierdziła tylko, że jeszcze pójdzie do grobów, skoro teraz już wszyscy wiedzą, że to jej ojciec i reszta rodu tu leży (nie wiedział o tym nikt, nikt też jednak nie zamierzał oznajmiać tego faktu), zgarnęła garść fisstechu, po czym zniknęła za wielkimi drzwiami. Ves, chcąc nie chcąc, jak przyciągnięta, podeszła bliżej. Elfiątka podeszły za nią.

Z płaskorzeźby patrzyła na nią grupa elfów. Twarze były raczej symboliczne niż realistyczne, rysy, choć dokładnie oddane, podobne jedne do drugich, szaty wszystkie te same, długie, lejące się. Ale marmur był piękny, delikatny, miejscami, na fałdach strojów, tak cienki, jak koronka, palce, jeśli je podłożyć, prześwitywały przezeń. Żyłki na kamieniu nadawały rzeźbionym dłoniom i twarzom wyraz życia, ciepła. Oczy posągi miały zresztą otwarte, dawniej pewnie wykładane szlachetnymi kamieniami. Wgłębienia zostały.

Napisy zajmowały prawie połowę drzwi, ciężkie, wyżłobione litery alfabetu, który trochę przypominał tamten w książkach, ale zdawał się jeszcze ozdobniejszy. Scoia'tael nie umiało go odczytać, oczywiście, i tak stali sobie, zbici w gromadkę, zjednoczeni w niezrozumieniu.

— Moja rodzina — szepnął wreszcie jeden z elfów, dowódca chyba — pochodzi z Gór Sinych, znam trochę opowieści... O Irilláinne też. Ale ty sobie z nią podróżujesz i nawet nie znasz jej imienia. Dh'oine — mruknął pogardliwie.

— Nie z nią, a z grupą elfów z wioski na północy. Tamci też nie znają. Jej własny syn nie zna — wytknęła z irytacją Ves.

Zmieszali się. Tyle dobrego. I złego, bo zamilkli, a dziewczyna jednak chciała poznać jakiekolwiek odpowiedzi.

— Ma swoją opowieść — podrzuciła po chwili. — Czyli?

Reszta komanda pokiwała głowami, zaszemrała ponaglającą ciekawością. Dowódca – Caellev, przedstawił się w końcu, aczkolwiek Ves nadal miała wrażenie, że ją traktuje jak ulubione zwierzątko Sh'aenid, kaprys wielkiej damy – rzucił niepewne spojrzenie na zamknięte wrota, odszedł w przeciwległy kąt, koło posłań i pochodni. Podążyli za nim, powoli.

— Ale to żadna składna historia. Strzępy raczej. Jest jakąś w miarę bliską krewną królowej Enid, ale cała nasza szlachta jest z sobą spokrewniona... Nie pamiętam wiele, to było w dzieciństwie... Słuchaliśmy tych partyzanckich opowieści z rozdziawionymi buziami, to się takie... heroiczne wydawało. Piękne. O Irilláinne mówili ci zwłaszcza, którzy byli dziećmi w trakcie powstania i pamiętali plotki — westchnął elf. — Jej ojciec faktycznie był Wiedzącym. Tą starszyzna, która mówiła, że trzeba zostawić miasta. I on... plotki... plotki mówiły, że nie chciał jej puścić. Była dziedziczką rodu w końcu. Podobno — zawahał się. — Mówiono o niej jako bohaterce, heroinie sprawy... Mówiono, że pchnęła ojca, że go zabiła, bo chciał ją zatrzymać, bo stał jej na drodze, kiedy Aelirenn zbierała młodzież.

— Zabiła ojca? — powtórzyła tępo Ves. — Bo próbował ją powstrzymać przed udziałem w zbiorowym samobójstwie?

Syknęli z gniewem.

— Chciała walczyć za sprawę, była dorosła, nie miał prawa jej powstrzymywać — mówili jeden przez drugiego. — Stchórzył, jak reszta naszej starszyzny...

— Dh'oine nie zrozumie — podsumował Caellev. — Sławiono ją przy ogniskach, ponad półtora wieku po powstaniu... Rozumiesz? Jak wielka jest pamięć?

Ves miała już na ustach bardzo niecenzuralne słowa, zwłaszcza, że widziała, że całej reszcie zapłonęły oczy, że patos ich wzruszył. Obłąkane, zwiedzione dzieci. Zabiła ojca, członka ichniej elity, elity, do diabła, jednego z nielicznych, którzy mogliby im pomoc tworzyć społeczeństwo, odbudowywać się po powstaniach – szlag, Roche miał rację, smarkaczy w ogóle nie trzeba zwalczać, wystarczy odejść na trzy kroki i patrzeć, jak sami się wykańczają. Na szańcach. Honornie.

— Mówiono, że pisała rewolucyjne pieśni, wiersze, że była wielką poetką powstania. Że była z oddziałami, gdy broniono brodów na Likseli – kilka razy dłużej niż było planowane! – przed siedmiokrotnie silniejszymi oddziałami ludzi! Złapano ją już po końcu powstania, ukrywała się jeszcze w lasach... I mówią, że nikogo nie wydała na śledztwie.

— Ale przeżyła — zauważyła bezwzględnie Ves.

Zapadła głucha cisza. A potem coś skrzypnęło i nagle Sh'aenid weszła w krąg światła. Kompletnie obojętna.

— Nie pisałam żadnych pieśni, nigdy nie miałam dość talentu ani słuchu, nawet śpiewam przeciętnie — oznajmiła uprzejmie. — Pieśni pisał Avicéan.

Oczy dowódcy rozszerzyły się trochę.

— An'givare — szepnął półgłosem. — Mój stryj był w grupie, która go zabiła...

— Zdrajca, tak. Vesanna, ty przecież niezorientowana w naszych wewnętrznych sprawach. — Machnęła lekceważąco dłonią. — Złapali go razem ze mną. Złamał się. Pułkownik Kaedwen potem, zrobili go pułkownikiem, dali medale, podpisywał każdą możliwą samokrytykę, wspierał każdą antyelfią ustawę, przesłuchiwał, podobno był wyjątkowo okrutny... Zabito go tak z pięćdziesiąt lat temu – stryj? jestem wdzięczna – w ramach zemsty. To on pisał te pieśni, ale rozumiem, że potem nie chciano tego pamiętać, źle by wyglądało...

— To czemu je przypisali tobie? — spytała brutalnie dziewczyna.

— Bo byliśmy razem w oddziale. I w związku — dorzuciła mimochodem. — Dedykacje, moje imię w jego romantycznych wierszach, pasowało. W końcu to się po prostu zaczynało śpiewać. Nikt tego w edycjach krytycznych nie wydawał... Ale, ale, to raz. Dwa, owszem, broniliśmy Likseli, ale siły wroga miały przewagę najwyżej czterokrotną. Trzy, nie było żadnego planowanego czasu – myśmy ich mieli zatrzymać, nie spowolnić. Skrewiliśmy — dawny gniew odbił się w jej głosie.

Tym razem Caellev się prawie zakrztusił. W pierwszej chwili Ves sądziła, że to z powodu wulgaryzmu.

— To niemożliwe! Słyszałem o tamtym – od starszych – rzeki się nie dało utrzymać w tamtej sytuacji, w ogóle, nie mogli oczekiwać...

— Tak, owszem — w głosie lekarki zabrzmiała jakaś ostrzejsza nuta — dziękuję, że mi uświadamiacie, panowie, że nasze powstanie było nieco... nieprzemyślane, o waszym może zmilczę. Ileż to rzeczy się zauważa dwieście lat po fakcie! Aczkolwiek mój ojciec – którego, cztery, nie zabiłam, owszem, pokłóciliśmy się, pchnęłam na ścianę, ale tylko sobie rozciął czoło, zmarł miesiące później – zauważył te drobne braki w naszym planie trochę wcześniej. Takim był tchórzem. Jeśli są jakieś zaświaty, to nie będę mogła spojrzeć mu w oczy, ale tam. Drobiazg. Przywykłam do tej myśli.

Wiewiórki po prostu zatkało. Ves zresztą też. Sh'aenid, okręciwszy się naokoło własnej osi, ruszyła znów do drzwi grobowca – stanęła, zawróciła, naraz jakby zdeterminowana.

— Żałuję, że nie napisaliśmy pieśni o tym, jak wymiotowaliśmy po pierwszych wyczyszczonych wsiach, obok parujących trupów. O tym, jak próbowaliśmy obronić Likselę, bo owszem, tego od siebie oczekiwaliśmy, o tym, jak cuchnęło krwią, moczem, tanim alkoholem, gnijącymi ranami – lekarstwa się skończyły, nie mogliśmy marnować magii na leczenie... O tym, jak wymordowaliśmy ludzi z okolicy, kobiety, dzieci, jak krzyczeli i jak myśmy drwili, żeby się nie bać, ale to sami wiecie, sami to robicie... O tym powinniśmy byli pisać. Poezję — parsknęła śmiechem — realistyczną. Nowy prąd w kulturze tworzyć.

Urwała, zapatrzyła się w przestrzeń. Ves miała niejasne wrażenie, że dzieciaki ze Scoia'tael rozumiały to milczenie. Znacznie lepiej niż ona, co wywołało w dziewczynie nieprzyjemne wrażenie obcości. I zaraz wyrzut sumienia, bo czy też nie powinna wiedzieć? Znać wspólnotę zbrodni?

Elfka złagodniała po chwili.

— Ostatniego dnia, jak już wiadomo było, że nie damy rady — zaczęła cichym, ciepłym tonem — w ostatniej godzinie, po tygodniach rzucania zaklęcia za zaklęciem – magia spaliła mi paznokcie, naruszyła żebra, każdy oddech musiał boleć, ale tego nie pamiętam... W ostatniej godzinie przesadziłam z magią – osłaniałam odwrót, czarowaliśmy, burzyliśmy rzekę – poszły mi płuca. Nie mogłam oddychać, plułam krwią, poślizgnęłam się, poszłam pod wodę, pod krę — prychnęła śmiechem, znowu. — Avicéan, tak, ten sam, po mnie skoczył, wyciągnął. Doleczył. I walczyliśmy dalej, dzień za dniem, tydzień za tygodniem. Do samego końca, nawet dłużej. Żywcem nas wzięli, bo to już był ten czas, że brali koniecznie żywcem. Ale wtedy o tym nie wiedziałam, nie wpadłam na to – wtedy tylko...

Tym razem lekarka była cicho dobre trzy minuty, paląc fisstech. Ogień trzaskał. Scoia'tael wpatrywało się w nią wielkimi, zaciekawionymi oczami.

— Cóż, wtedy mnie złamali — podsumowała wreszcie. — W tej sekundzie, w której się ocknęłam w więzieniu. Rozumiecie, mówiłam sobie, że musimy, że oni nam robią to samo albo gorzej, że się bronimy, że Loc Muinne, że nasze dzieci... A oni mnie nie zabili. Ja zabijałam ich dzieci, a oni nie mnie zabili. — Uśmiechnęła się do oddzialiku. — Obyście nigdy nie wyli w celi, drapiąc w drzwi, zdzierając palce – nie paznokcie, nie do żywego mięsa, do kości – prosząc, żeby wam pozwolono umrzeć. — Usiadła powoli, oparła się wygodnie o ścianę, drobinki fisstechu miała na palcach, w ręku skręconą lufkę. — Bo wtedy będą przesłuchania, procesy, wtedy poczujecie krew na swoich rękach – i nikt was za nią nie zabije, nikt wam nie da tego honoru. Za to będziecie patrzyli na wściekłych, płaczących, zrozpaczonych, pogardliwych ludzi, których bliskich zabiliście. Śliczne piekiełko. — Wzruszyła lekko ramionami. — Moje trwało dwa lata. I nawet potem nikt mi nie dał umrzeć.

— Polityka — powiedział głucho Caellev. — Opowiadali mi. Jak przy pokoju cintryjskim...

— Czemu? — spytała dziewczyna, zirytowana, że brak wiedzy odstawia ją na boczny tor rozmowy. — Na co niby byliście im potrzebni?

Lekarka przeszła w tryb akademicki, mówiła sucho, wyraźnie, obojętnie:

— Opinia międzynarodowa, Veska. Nie mogli jednak zabić wszystkich elfów, coraz więcej było protestów, ludność znużona wojną. Do tego czarodzieje uświadomili sobie, że przecież mamy jeszcze jakieś sekrety, że jak zginiemy, to ta ich ukochana wiedza przepadnie. No i propaganda: królowie potrzebowali przykładu. Potrzebowali nawróconych partyzantów, którzy będą łkali nad popełnionymi zbrodniami, potępią siebie i powstanie, będą błagali o wybaczenie, to lepiej wygląda niż heroiczna śmierć milczących buntowników...

— Aelirenn — jęknęła dziewczyna, nagle tknięta jakim przeczuciem. — Oni ją...

— Och, ona była szczera. Wszyscy byliśmy. To było chyba jedyne niewymuszone słowa, jakie padły w trakcie tych procesów. Robiliśmy okropne rzeczy dla zwycięstwa – a przegraliśmy. I zobaczyć własne zbrodnie, że one na próżno... Te legendarne błagania o wybaczenie przed śmiercią naprawdę się zdarzyły. Widziałam większość egzekucji – wiecie, panowie, dumne elfy załamywały się jedne po drugich — mruknęła do Wiewiórek. — Teraz się tego nie pamięta, ale prawie każdy podpisał jakiś list, jakąś samokrytykę, prawie każdy się złamał na tych śledztwach.

— Mówią, że pani nie — przypomniał dowódca.

— Nie podałam nazwisk ani punktów zbiorczych, ani map. Nie podpisywałam potem, po wyjściu, listów potępiających każdy głośniejszy oddech nieludzi. Nienawidziłam nas, nienawidziłam naszej głupoty i okrucieństwa i zgadzałam się z każdym słowem tych listów, ale ich nie podpisywałam, nie chciałam dłużej polityki, nie miałam siły. Podpisałam samokrytykę, podpisałam krytykę Aelirenn, całego powstania, publicznie przyznałam się do win swoich i paru cudzych, prosiłam o śmierć w ostatnim słowie procesu, o śmierć dla przykładu, żeby nikt już nie szedł moją – naszą – drogą, ale nie wydałam tych, o których wiedziałam, że ją będą propagowali. To by się mi... jakieś podlejsze jeszcze wydało. Aleksy nie przekonał mnie na śledztwie, że to jest droga zbawiania, sypać.

Uśmiechnęła się z ironią, którą chyba tylko Ves zrozumiała („robisz zawsze to samo: uświadamiasz tym dzieciakom, przemocą", Roche parskający winem ze śmiechu, reszta Pasów wtórująca, ciepło karczmy w Wyzimie, niektórzy z gości też chichotali, cokolwiek nerwowo, „że są bandą zbrodniarzy, potem dajesz im szansę uratowania duszyczki – wódka dla wszystkich – a plan ratowania duszyczki przez stryczek to te smarkate skurwysyny już mają wbity do głowy – dzięki, jeszcze raz to samo – i za to chciałbym wznieść toast, bo mi ułatwia robotę!", śmiech całej sali, nawet nieludzie z obsługi się śmieli, tak, oni zdecydowanie cokolwiek nerwowo, ale bardzo słusznie, niekiedy, jak byli z chłopakami bardzo pijani, bili – albo i więcej – za takie rzeczy jak śmiech czy jego brak, no bo to przecież praktycznie wspieranie i propaganda, „a bardowie dorabiają do tego taką ideologię! zupełnie jak z chędożeniem: prosta sprawa, wielkie poemata – więc za bardów... i nie zapominajmy o chędożeniu, wódka raz jeszcze!"; później tamtej nocy musieli pójść w miasto i przesadzić, bo Foltest ich zaraz wysłał na prowincję).

— Jeśli to według was jest wytrzymanie, to owszem — Sh'aenid się prawie śmiała, opowiadając, światło pochodni tańczyło jej na kościach policzkowych, wyglądała jak kot. — Wytrzymałam. Ale w takim razie mamy inne definicje. Bo, widzicie, ja po prostu nie miałam siły, żeby zdradzić. Byłam zbyt zmęczona, by siedzieć w grupach śledczych, zbyt zmęczona na politykę. We mnie wszystko zgasło i wszystko umarło, zobojętniało, mogliby mnie po uniewinnieniu na ulicę wystawić, to bym stała i zdechła z głodu, bezwolnie zupełnie. A zdrada... A praca dla wroga też wymaga siły. Zaangażowania, woli. Nadziei.

Ves, znając nieskazitelne, niesamowicie wysokie wymagania Wiewiórek, oczekiwała głosów oburzenia. Najwyraźniej jednak ten oddzialik miał za sobą dość lat prawdziwej walki, bo tamci tylko pokiwali głową z czymś między zrozumieniem, a goryczą. Niemniej, dziewczynie nadal czegoś brakowało w tej historii, czegoś, co dla elfów najwyraźniej było oczywiste.

— Ale skoro nic nie mówiłaś, skoro chciałaś umrzeć, to – to do czego im byłaś tak potrzebna?

— Córka Wiedzącego? Z drygiem do magii? Czarodzieje myśleli, że coś ze mnie wyciągną. Wtedy tego nie widziałam, ale popatrz, co dwieście lat nam daje. Wgląd w istotę rzeczy.

— Nie wyciągnęli?

— Aleksy się przydał. Czarodzieje byli wtedy akurat słabsi, jego wpływów wystarczyło... Złagodzili mi karę, wyszłam zaraz po procesach, całą grupą wyszliśmy. Poszłam na uniwersytet, na medycynę, tak w ramach odmiany po całym tym mordowaniu. To ładnie wyglądało w raportach. Wszystkich nas poprzyjmowali, gdzie chcieliśmy, pokazali, jacy są miłosierni. Oczywiście, co o tym myślało otoczenie, to inna kwestia, zresztą, jakaś kara się mi należała, nie przesadzajmy, nie zabili mnie... Skończyłam uniwersytet, wyjechałam leczyć na prowincję, żyłam od tamtej pory w kilku wioskach. Żyłam szczęśliwie. Bardzo dobrze z ludźmi. Weszłam w związek z innym elfem, młodszym. Przenieśliśmy się do Temerii. Urodziłam syna. Złapałam trochę dobrych wspomnień.

— Jak na niepouczającą opowieść, to ta brzmi całkiem... pogodnie — mruknął Caellev. — Większość tych, które słyszałem przy ognisku, kończyła się gorzej. Nawet jeśli pani... nawet jeśli panią wykorzystali, to przecież myśmy skończyli tak samo, Isengrim tak skończył. A pani chociaż była potem szczęśliwa. Oby on też.

— Byłam szczęśliwa — potaknęła Sh'aenid, zaciągając się powoli fisstechem. — Syn mój latał po ludzkiej wiosce z ludzkimi dziećmi, mówił we wspólnym, kiedy musiałam wyjść, zajmowały się nim ludzkie sąsiadki. Ja mu opowiadałam elfie bajki, one temerskie, ja mu śpiewałam nasze kołysanki, one ludzkie. O jednym chłopczyku, jak jeszcze był mały, to nawet „braciszek" mówił, tak byli zżyci, bo matka tamtego słabowała i jakiś czas u nas mieszkał. I nigdy nie wspominałam o powstaniu, nawet synowi, zwłaszcza jemu, bo nie chciałam... Chciałam budować mosty, wspominanie rzezi nie zdawało się najlepszym sposobem. Wszystko idealnie. Wielorasowość, wielokulturowość. Asystowałam przy kolejnych porodach, od chłopskich po dworskie, hrabiowska rodzina mnie ceniła. Myślałam, że to... nie, nie wybaczenie, nie, że te dzieci, które zabiłam, że to się jakoś wyrówna, tylko że to miłe, tym razem pomagać. Tak, tak, tak, straszliwie naiwnie, ale potrzebowałam czegoś... czegoś do wiary.

— Dobrze zrobiłaś — spróbowała łagodnie Ves; i u licha, przecież nie kłamała, nawet Wiewiórki zamerdały głowami, poważnie, surowo.

Zamęczone dzieciaki. Bachor – Livia – sprawił najwyraźniej, że takowe ją wzruszały.

— Dobrze zrobiłam, mówicie. Na pewno. Dobrze zrobiłam — powtórzyła ceremonialnie akuszerka, przeciągając głoski. — Tylko mój syn poszedł do lasu. Ja się wyprowadziłam, po paru latach mój drogi syn spalił nasz... tamtą wioskę. Ale puścił ludzi. I to byli, jeśli wierzyć plotkom, pierwsi i ostatni Dh'oinne, którym darował życie. A w tym wszystkim najzabawniejsze jest, że przez te dekady napisał do mnie raz. Po pokoju cintryjskim... Swoją drogą, przez te parę dni, kiedy czekałam na wieści, czy mój syn żyje, czy go powiesili, dopiero wtedy zrozumiałam, jak mój ojciec mnie... Dopiero wtedy wybaczyłam ojcu, że powiedział, że nienawidzi Aelirenn, po dwustu latach... Ale, wikłam się w dygresje: ponieważ czekali do założenia stryczków, by ogłosić, kto wyżyje – inaczej nie ma efektu – to pozwolili skazanym napisać listy do rodzin. Jedna, jedyna wiadomość przez te wszystkie lata. Trzy bite kartki z kaligraficznym nagłówkiem „Droga mamo", jak dziecko, a potem tylko jedno słowo: „Przepraszam". Przez trzy strony. Komiczne. Arcykomiczne.

A to, westchnęło coś w Ves, coś dawnego, jest już bardzo konkretna informacja, bo nie tak znowu wielu złapano, a jeszcze mniej dostało amnestię po pokoju cintryjskim, czy to jako oficerowie Emhyra, czy to, w przypadku nieludzi z komand, na skutek dodatkowych porozumień z Dol Blathanną i wolnymi elfami. Paru z nich zdążyło zginąć do dzisiaj, co dodatkowo zawężało listę. Właściwie wystarczyło sprawdzić nazwiska w głowie... Nie. Nie, nie, nie, syknęła na samą siebie dziewczyna, nie będziesz do tego wracała ani tego robiła, Sh'aenid zasługuje na więcej.

Wiewiórki i zielarka zaczęli rozmawiać o ironii losu, partyzantce, krwi, mordach, wyrzutach sumieniach. W starszej mowie, zaraz też zresztą, na żądanie lekarki („Vesanna ma złe wspomnienia ze Scoia'tael"), wstali, przeszli w odległy kąt jaskini, życzyli ceremonialnie dobrej nocy.

— Dasz radę zasnąć sama? — spytała cicho elfka. — Jeśli nie, to zostanę, tylko – to są dzieciaki, niech się chociaż wygadają, nim zginą.

Pewnie, że dam, pomyślała dziewczyna. To coś dawnego w niej narzekało, że powinna jakoś ich zmusić do zostania bliżej, podsłuchać. Kopnęła rzeczone coś w rzyć, kazała stulić pysk, narzuciła sobie koc na głowę, żeby nie widzieć, nie słyszeć – Sh'aenid, Irilláinne, akuszerka, morderczyni, pal sześć, uratowała jej chędożone życie, a potem jeszcze uczyniła je mniej pochędożonym. Chce prywatności, dostanie prywatność.

'

'

Kiedy się obudziła, Wiewiórek już nie było. Elfka leżała za to obok niej, śpiąca spokojnie, bliziutko, tak jednak, by nie dotknąć. Okutana szmatami po sam czubek głowy, wystawały tylko spięte w wysoki kok włosy. I maleńki nos, przez zrobioną w materiałach szparę. Jakoś to takie roztkliwiające było, dziewczynie uśmiech sam wskoczył na wargi.

Ledwie drgnęła, przeciągając się, kupa szmatek drgnęła również, lekarka wystawiła głowę, jakby zupełnie przytomna, nie mrugając nawet.

— Pora nam iść — westchnęła z czymś, co Ves po chwili wahania zaliczałaby do „żalu", w głosie. — Groby ojców, ruiny, pamiątki tudzież fisstech porzucić.

'

'

— Jak ty właściwie wytrzymałaś? — spytała wreszcie dziewczyna.

Kiedy podejdą do traktu, nie będzie mowy, by dostała odpowiedź, nawet zadała pytanie. A ono była istotna, najistotniejsza. To, kogo i jak Sh'aenid mordowała w poprzednim życiu, pod poprzednim imieniem, o to mniejsza, nie Ves sądzić.

— Nie wytrzymałam. Ale jeśli ci chodzi tylko o sypanie – po prostu. Po prostu nie podałam im informacji, pytali, a ja milczałam albo mówiłam „nie", albo przeklinałam. To wszystko. Nie wiem... Nie wiem, czemu akurat ja, a inni nie. Chciałabym wiedzieć, uwierz.

— Ze względu na Avicéana?

Straszliwie obcesowe pytanie, dziewczynie się zrobiło głupio, ledwie je zadała. Ale elfka była już w swoim zwykłym zefirkowatym nastroju. Lekkim, ciepłym, miłym.

— Nie. Złamał się. Bardziej niż ja. Nasza wina przecież.

Ves to już słyszała. Przesłuchujący tylko wykonują swoją robotę, to ci, którzy pękli, są godnymi pogardy zdrajcami. Hierarchia szacunku była bezwzględna. I teraz, po raz pierwszy w tych wszystkich latach, to jakoś kobietę uderzyło.

— Wcale nie — oznajmiła z naciskiem. — Wcale nie wasza wina. Inne rzeczy tak, ale nie to, że was złamali na śledztwie. Nigdy nie mów, że to wina przesłuchiwanych, że kiedy ich bito, torturowano, gwałcono... że to ich wina, że tego nie znieśli.

Sh'aenid rzuciła jej przez ramię zdumione spojrzenie, ale się wstrzymała od uwag. Szły następne minuty w milczeniu. Elfka tak wyraźnie biła się z myślami, że dziewczyna była nieomal pewna, iż tamta gra na jej potrzeby.

— Wiesz, to ładne, co powiedziałaś. Może trochę słuszne — zaczęła w końcu. — A co do wytrzymywania: chciałabym sądzić, że Aleksy był dla mnie lżejszy, tylko chyba już jestem za stara na takie złudzenia.

— Aleksy. Z rodu Reriterów. Graf Muusterin. Generał...

— Był majorem, jak nas złapał. Pułkownikiem pod koniec procesów.

Jakże absurdalne szczegóły nas czasem męczą, przemknęło dziewczynie przez głowę.

— Szybko — mruknęła dziewczyna. — No, ale wojna to świetny czas na awanse dla chłopców z dobrych rodzin. Generał przyszedł zaraz potem?

Nie zamierzała dopytywać o samą relację. W końcu to się wszystkim zdarzało, Roche'owi też. Nie korzystał, co z kolei dziwiło chłopaków, zawsze do zabaw chętnych („nie płacą mi, żebym je chędożył, tylko wieszał", tłumaczył kiedyś po paru wódkach, Trzynastka gruchnął śmiechem, „jakby jedno przeszkadzało drugiemu, kwestia prostego planowania, najpierw chędożysz, potem stryczek, no chyba, że wolisz...", a Roche jakoś zmienił temat). Nie należało pytać.

— Nie. — Dobre kilkadziesiąt metrów przeszły, nim lekarka dokończyła. — Skądże. Mieliby zrobić generałem grafa, który się prowadzał z elfią buntowniczką? To pewnikiem był wówczas największy skandal Ard Carraigh. Oczywiście, trwało dekadę, a po paru latach plotki trochę ucichły, znudziło się, ale nie uwierzyłabyś, jak fantastyczne opowieści umieją wymyślić członkowie arystokratycznej elity... A ich inwencja w wymyślaniu inwektyw!

Dziesięć lat. Całkiem długo, jak na... ten typ związku.

— I nim zapytasz, bo ludzie zawsze są tacy ciekawscy, rozstaliśmy się, bo: — zaczęła wymieniać na palcach — nie mógłby dostać awansu, był jedynym synem, a ja dwa razy poroniłam, trafiła się mu fantastyczna partia, szykowały się przetasowania na dworze, sugerowano, że może trafić wysoko, jeśli się wreszcie ustatkuje... Byłabym podła, gdybym zażądała, by zrezygnował z tego wszystkiego.

Pytanie brzmi, czy by zrezygnował, pomyślała sceptycznie Ves. Potem przypomniała sobie o tych dwóch imionach, które lekarka wspominała w rozmowie z porucznikiem. Nawet dzisiaj niewielu arystokratów pozwoliłoby kochance, choćby ludzkiej, na chowanie ich zmarłych przed narodzeniem dzieci w rodowym grobowcu. Może więc graf był naprawdę...

Dziewczyna wolała nie rozważać. Przywodziło na myśl („Nie byłem dla ciebie dobry? Nie byłem niby dla ciebie dobry, ty mała dziwko, ty chędożona kurwo, powinnaś zdychać w rowie razem z resztą twojej pierdolonej rasy, a ja ci pozwalam sypiać nie na podłodze, gdzie twoje miejsce, ja cię karmię, marnując jedzenie, chociaż właściwie resztki to byłoby za dużo – i niby nie jestem dla ciebie dobry?", setki razy, tysiące razy, nawet nie pamiętała kontekstu – chociaż zwykle bywał bolesny – wszystkie się zlały w jedno, tak samo, jak odpowiedzi „oczywiście, że jesteś dobry, jesteś dobry, najcudowniejszy, nie zasługuję, kocham cię, kocham cię, kocham", i niezależnie od tego, co mówiła potem Roche'owi i sobie, wcale, wcale nie była pewna, czy wtedy kłamała).

— Dziesięć lat to długo, jak na ludzi — bąknęła.

— Zapewne. Wysyłał mi listy. Też długie. Potem jego dzieci przysyłały kartki, odruchowo. Stąd Rychter mnie kojarzył i sądził, że mogę pomóc jego synowej. A stamtąd linia prowadzi już prosto do naszego młodego porucznika. Proste.

— Zapewne.

Wybuch dźwięcznego, jasnego, elfiego śmiechu spłoszył ptaki z drzew w promieniu ładnych kilkunastu metrów. A potem znów cisza.