Przysięgamy, przed Bogami, Siłami, ludźmi i historią, a nade wszystko przed własnym naszym sumieniem tudzież własnym naszym honorem, iż w trakcie przyszłych wojen, oby nie nadeszły, będziemy dokładać wszelkich starań, aby zmniejszać cierpienia niewinnej ludności, chłopów, kobiet i dzieci, wojaczką się nieparających. Że dla tych, którzy ani miecza nie dzierżą w dłoni, ani podstępu w sercu, wojska nasze mieć będą mieć jedynie litość i uszanowanie najwyższe. Nie wolno bowiem rycerzowi krzywdzić niewiast, sierot, wdów, ubogich ani ludu, do rycerzy właśnie ufnie ręce wznoszącego.

Oświadczenie królów Północy i Cesarstwa, społem w trakcie wojen cintryjskich podpisane


Takie to nagłe było. Aelliada stała na ulicy, rozmawiała ze znajomą. Jakieś codzienne głupoty. Vergen tętniło naokoło nich, dumne swoim targiem, osłoniętym dachem i z ciepłym nawiewem, cudem krasnoludzkiej techniki, który sprawiał, że nawet teraz, zimą, sprzedawcy i kupujący mogli prezentować najnowsze kreacje, nie bojąc się ani mrozu, ani utknięcia w błocie; chodniki starannie sprzątano.

Aelliada sama się sobie później dziwiła. Że ni z gruszki, ni z pietruszki, zobaczywszy kątem oka, nawet w tamtej sekundzie nie doszło do jej świadomości, kogo, co – Vernona Roche'a, idącego ulicą z paroma osobami z komand, straciła dech. I wzrok, przez chwilę naprawdę nie widziała. To, że nie ustałaby, że ktoś ją podtrzymał, że się zaczęła wyrywać, a potem zastygła, łkająca, przestraszona, to wszystko odtwarzała już z cudzych opisów. Dla niej w tamtym momencie czas się zawinął.

Znów miała piętnaście lat, znów było niecały tydzień po tym, jak Wiewiórki zastrzeliły oraz okradły oddział poborcy podatkowego jednego z północnych okręgów Temerii. Wieści właśnie dotarły do Wyzimy szybko, wywiad Foltesta się spisał, partyzanci nie zdążyli ostrzec nieludzi – oddziały specjalne wpadły nad ranem do pełnego, nieprzygotowanego, choćby psychicznie, getta.

Miała piętnaście lat. Stała pod ścianą. Czwartą godzinę. W pełnym słońcu. Znaczy, najpierw musiała grzecznie kucać cały dzień, z zawiązanymi oczami i rękami, bo przecież mogłaby utrudniać przeszukanie, mogłaby informować choćby mruganiem powieki, jak wszyscy, więc trzeba było siedzieć bez ruchu pod ścianą izby, bez jedzenia czy picia, a potem trzeba było stać na placu, bo skoro nikt nie wydał Wiewiórek, a jakieś pieniądze mieli w domach – nie powinni, oczywiście, pieniądze u nieludzi to podejrzane, poszlaka – skoro mieli „pieniądze z napadu poukrywane po domach", to znaczy, że się kontaktowali, znaczy, że współpracowali... Co bez znaczenia, wszyscy byliby w jurysdykcji Roche'a, niezależnie od pretekstu.

Ale pamiętała ten pretekst, przeżywała go na nowo, słowo po słowie, myślała, na nowo, tak po dziecinnemu, że to przez nią, bo miała trochę odłożonych drobnych pieniędzy, bo się uczyła oszczędzać, stała na placu i patrzyła, jak jej wieszają wuja i paru dalszych krewnych, bo skoro getto współpracowało, tak ogólnie, bez konkretów, to praktyka nakazywała zdziesiątkować z dwa kwartały ulic. To wszystko na nowo, obraz po obrazie: palące słońce, zdrętwiałe ręce, że chciała płakać, ale nie płakała - żadne tam „elfom nie uchodzi", co jej do elfów, całe życie w getcie: była zbyt odwodniona, nie miała nawet śliny w ustach, by splunąć – a spróbowała, wszystkie dzieciaki próbowały, rodzice rzucili się przepraszać, zimnym, dumnym głosem, ale jednak prosić „pana oficera", bo to dzieci, elfy wolniej rosną, wie pan, piętnaście, jak dziesięć, dwadzieścia, jak dwanaście; „pan oficer" się tylko zaśmiał, długo, pogardliwie, lekceważąco machnął dłonią – oni go błagali, myślała wtedy Aelliada, zdumiona do stuporu, a on się po prostu zaśmiał.

Obraz dalej: tak bardzo bolały nogi, ale nie było wolno usiąść, skądże, skoro wieszali wuja, to musiała stać w pierwszym rzędzie, więc teraz na nowo czuła dłoń matki, która trzymała za ręce ją i brata, ciężar najmłodszej siostry, dziecka jeszcze, na swoich rękach, udeptany piasek pod palcami – przecież nie mogli być w butach, w butach można przemycać – rzeczy ze wszystkich domów wywalone na ulice, pocięte i zniszczone, od mebli po ubrania i zabawki.

Wieszano szybko, trzeba oddać, bez tortur, gest ręką, trzask, szarpnięcie, kolejny gest, wszystko w parę sekund.

Jej mała siostra, ta trzymana na rękach, płakała, darła się przeraźliwie, jak to dzieci, straszny, świdrujący dźwięk, ale nie można jej było przecież dać komuś innemu. Mała mogła być na rękach, to już była łaska, rzucona, jak psom padlina. Aelliada myślała, że rozsadzi jej uszy, a Roche zawołał, na nowo, teraz, rynek w Vergen, pełen istot, się nakładał na tamto wymuszone zbiegowisko, że skoro jest już tak dobry, tak pełen tolerancji i zrozumienia dla chędożonej elfiej kultury, by brać za dobrą monetę zapewnienia, że piętnaście czy dwanaście lat u elfów to mniej niż u ludzi, że to należy traktować jak nieletnich, niepodlegających przynajmniej karze śmierci, skoro on w to wierzy, choć prawo mu wcale nie każe, a elfy umieją się też kląć na wszystko, że ich trzydziestolatki to przecież dzieci, podczas gdy kilku jego znajomych skończyło ze strzałą od trzydziestolatków w gardle, skoro jest tak światłym i humanitarnym, jak ta owieczka niemal, by mimo wszystko nie liczyć do dziesiątkowania niczego poniżej dwudziestki, wbrew prawu, tak właściwie, tylko przez wzgląd na swoje serce, skoro nawet pominął fakt, że na połowę tych dzieciaków podobno poniżej dwudziestki nie ma dokumentów, z pewnością nie znaleźliby ich teraz, nie po przeszukaniu, więc mógłby je równie dobrze uznać za dorosłe, skoro tego też nie uczynił, to czy mogliby z kolei wyświadczyć przysługę jemu i jakoś uciszyć tego bachora? Obchodził z oddziałem urodziny kolegi kilkadziesiąt godzin wcześniej. A ja, parsknął Roche, bardzo delikatny jestem na kacu.

Aelliada prawie zadusiła wtedy siostrę. To też wróciło, małe, suche wargi niemal miażdżone pod jej dłonią. To, jak dziecko było ciężkie, za ciężkie, by je utrzymać jedną ręką, ledwo dawała radę, cały czas się bała, że dziewczynkę upuści. Ale zrobiło się ciszej i Roche rzucił, całkiem uprzejmym tonem, „dziękuję państwu bardzo". Po czym machnął ręką, żeby wieszali dalej.

Nim kark wuja został przetrącony, w przestrzeń egzekucji wdał się zapach cynamonu, jej ulubiony. Jego nie powinno być, zdecydowanie nie – tam cuchnęło tylko potem, strachem, zmęczeniem – i to powoli, powoli zaczęło uświadamiać elfce, że coś wygląda inaczej, bo tamto... tamto było. Było. Nie jest. Wspomnienia, nie rzeczywistość. Rzeczywistość wyglądała inaczej, przedzierała się do niej, pomału. W rzeczywistości była przy niej znajoma, podkłada jej ten cynamon pod nos, oficerowie Doliny Pontaru trzymali ją za ręce, mówili niskim głosem, ciche, spokojne słowa, których sens jej jeszcze umykał. Ale nie były groźne.

Po paru kolejnych chwilach doszła do tego, że ma mokre policzki, że tamci się pytają, co jej jest, że siedzi skulona na ziemi. Potem nawet znalazła słowa wyjaśnienia, niepewne, jąkające się, teraz dodatkowo przejęta tym, że tyle ważnych osób się nią zajmuje, że robi kłopot.

Scoia'tael i jacyś naprędce sprowadzeni medycy przerzucali się mądrze, obco brzmiącymi terminami. Od słów lekarzy cuchnęło chorobą; te partyzantów brzmiały normalniej, zmęczenie głębokie, ale codzienne z nich biło.

— Cofka — szepnął hetman, wstając powoli, nadal trzymając dłoń na ramieniu Aelliady.

— Dysocjacja z omamami, nawrót przeżytego urazu. Typowe objawy posttraumatyczne — rzucił jedne z uzdrowicieli, niziołek.

— Cofka — powtórzył hetman tonem ostatecznego wyjaśnienia. — Prawie każdego czasem trafia. Nie przejmuj się — dodał do elfki. — Wiesz, gdzie jesteś? Gdzie masz dom? Dojdziesz tam?

Wiedziała, zresztą, znajoma już się wtrącała, że odprowadzi, że się zajmie. Scoia'tael rzuciło między sobą jeszcze kilka terminów, anegdotek. I powarczało na Roche'a. Który teraz sprawiał całkiem normalne, trochę nawet żałosne wrażenie. Z tą swoją sztuczną nonszalancją, obojętnością, która nie miała szansy być szczera, nie w sytuacji, gdy cała ulica patrzy na ciebie z pogardą.

A potem coś powiedział, coś, czego Aelliada nie zrozumiała, nie dosłyszała. Pewnikiem na szczęście, bo hetman dał tamtemu w twarz, pięścią. I porządnie skopał.

.

'

Vernon, zmęczony cyrkiem, uniesiony gniewem – czy nie starał się być w miarę w porządku, nie przesadzać? nie z ludnością cywilną? czy to niby on rozpętał piekło pacyfikacji, czy może jednak Wiewiórki i ich głupie rezanie po gościńcach? – syknął w odpowiedzi na któreś kolejne zdanie w stylu „ciuś-ciuś, wstydź się, mały Vernusiu":

— Ale wy wiecie, że dla niej to może była trauma – swoją drogą, strasznie to histeryczne, skoro jej ani nie zabiłem, ani najwyraźniej nie dałem tknąć chłopakom, to o jakiej krzywdzie w ogóle mowa – więc ta jej urojona wielka krzywda to był dla mnie pewnie zwykły wtorek w robocie?

Spodziewał się wyzwisk, może nawet szarpnięcia. Nie tego, że dostanie lewym sierpowym. Zaskoczenie najlepszą bronią, pomyślał sardonicznie, uderzając głową o ulicę, jak na złość nawet luksusowo brukowaną.

Nie zdążył się podnieść, bo Iorweth kopnął go w podbrzusze. Porządnie. Poprawił zaraz niżej, i Roche zgiął się w pół, z bólu, nudności, instynktu ochrony. Lepiej tutaj, spróbował sięgnąć w myśli po ironię, przynajmniej zębów ci nie naruszy, zakładałeś się z Mirkiem, pamiętasz? kto z was do czterdziestki uśmiech pełniejszy zachowa...

Kolejnemu kopnięciu, mocnemu, idealnie wymierzonemu, towarzyszyły już słowa.

— Bloede pest! My nie po to umieraliśmy po lasach, nie po to zmarnowałem życie, żeby mojemu ludowi nasz oprawca mówił, co mają prawo przeżywać, co mają prawo czuć, żebyście sobie kpili z naszego cierpienia, bloede cuach, nie po to... To wszystko było nie po to! Nie po to, nie po to...

W ostatnich słowach zabrzmiały niepokojąco wysokie, wysyczane nuty. Watażkę ktoś odciągnął, ktoś przytrzymał, przypomniał o rasowej godności, koniecznym spokoju. Tamta elfka podeszła, wyraźnie speszona zamieszaniem, słabością, tym, że poleciały jej łzy. Iorweth przeniósł na nią uwagę, nagle nie wściekły, tylko przejęty, prawie opiekuńczy.

— Chcesz go kopnąć? Pobić? Odpłacić?

Potrząsnęła głową. Trzymała w ręce torebkę cynamonu. Właściwie: ściskała kurczowo, jak linę ratunkową.

— Nie umiem — powiedziała cicho.

— Nie musisz umieć. — Partyzant wcieloną łagodnością się zdawał. — Mogę ci pokazać, jak i gdzie uderzać, żeby bolało.

Znów odmówiła, brzmiąc przepraszająco.

— Ja... to nic nie da. To nic nie da. On... on się... Cokolwiek bym mu zrobiła, to go wcale nie zaboli. On się nie będzie bał. Teraz też się nie boi. A ja się bałam — szepnęła, zawstydzona. — Ja się tak bardzo, bardzo bałam.

'

'

— Roche!

Do psa. Pominąć. Vernon dalej spokojnie jadł kolację, chart zaczął wstawać, jak źrebię. W pośpiechu, więc nogi się mu nieco rozjeżdżały.

— Do ciebie mówiłem. — Usłyszał za sobą agent; zimne, zagniewane.

Intonacja była na pewno taka, jak na psa; zresztą, Iorweth od czasu bójki używał raczej oficjalnego imienia charta. Oho, pomyślał mężczyzna, ktoś jest nie w humorze. Saskia w antyszambry wyrzuciła?

— Nie moja wina, że zwierzę się myli. Nie ja je wprowadzam w błąd, nazywając...

— Zwierzęta, jak już. Bo nie sądzę, żeby twój status pozwał ci nie odpowiadać celowo.

Roche skorygował obserwację: pułkownik był bardzo nie w humorze. Instynkt samozachowawczy kazał przeprosić. Gniew: ostentacyjnie nie odwracać głowy, wzruszyć ramionami. Agent bez wahania usłuchał drugiego.

Kielich przewrócił się z trzaskiem. Nóż wbił się w blat może dwa centymetry od dłoni mężczyzny. Ludzie i nieludzie zamarli, poza Wiewiórkami i markizem; te pierwsze były obojętne, ten drugi uprzejmie udawał, że nie widzi. Chart zamachał ogonem i sięgnął pyskiem do rozlanego na stole wina.

— Każesz mi obrażać kucharza wstawaniem od kolacji — westchnął Vernon. — A jedzenie przygotował doskonałe...

— Chcesz jadać z psami? Albo w koszarach? — syknął Iorweth. — I prosić o audiencje na dworze swojej królowej z dwutygodniowym wyprzedzeniem? Dh'oine?

Roche przewrócił oczami, zmełł przekleństwo w ustach, ale wstał, burknął przeprosiny. Spojrzenie pułkownika złagodniało, ledwie wyszli z sali, milczał jednak.

Zeszli niżej, przeszli przez ciasne uliczki dworskich zabudowań. Deith za nimi podążył, pazurki uderzały o kamienie, śmieszny dźwięk, jakby upadały szpilki. Przeszli przez koszary. W kierunku lochów. Chart dalej dreptał z tyłu, długi, cienki cień.

— To za wczoraj? — spytał Vernon, kiedy już schodzili w dół, do więzienia.

Za tamtą elfkę. Za wszystkie inne. Za pacyfikacje, za powywieszanych chłopów, za rajdy po Wyzimie, przeszukania, przesłuchania, za branie rodzin na zakładników, za szantaże...

Uśmiech przeciął twarz watażki.

— To nie dla ciebie loch szykujemy. Pamiętasz tego Kapłana Wiecznego Ognia, Kristofa? Głupie pytanie, oczywiście, że pamiętasz, w końcu on z temerskiego dworu... Kapłan, tak się składa, postanowił zdradzić pokładane w nim zaufanie. Bardzo nas to boli. Bardzo. Że już nawet od sług bytów wyższych oczekiwać lojalności nie można, że już nawet ci, co o czystość serc dziecinnych dbać powinni, własne mają zepsute, dowód to upadku świata oczywisty...

— A co zrobił? — spytał agent, nie zamierzając czekać, aż tamten dojdzie do kwestii rasowych.

Uśmiech się poszerzył.

— Tego jeszcze nie wiemy. I to twoja rzecz, by sprawę wybadać i przedstawić opis... całej sytuacji Radzie. Chcemy wiedzieć, czy zmuszeni będziemy, z ciężkim sercem, bo to jednak kapłan, skazać na łamanie kołem, czy może zwykłe powieszenie wystarczy.

Znaczy, kapłan nie zrobił nic, Rada albo sam Iorweth chcą wydobyć z niego torturami wyznanie winy, dowolnej, by móc stracić.

— Jesteś wybitnym specjalistą w tej materii — przypomniał pułkownik. — Sposobów Scoia'tael nie chcemy stosować, by nie burzyć ludzkiej ludności. Rada traktuje powierzenie tak delikatnej sprawy twoim umiejętnościom jako dowód najwyższego zaufania. I liczymy, że ty nas z kolei nie zawiedziesz. Majorze.

Znaczy, żadnych miłosiernych zgonów w trakcie śledztwa. Pięknie. I to za wczoraj, wiedział teraz na pewno, za wczoraj będzie musiał posłać na stryczek człowieka, którego trochę, owszem, kojarzył, znał. Drobiazg, nie raz już to robił, upomniał sam siebie. Tylko dotąd zwykle przynajmniej tamci byli winni. Co najmniej wplątania się w afery polityczne skromne ich zdolności przekraczające. Albo zirytowania dowódcy oddziałów specjalnych, czyli głupoty. Dotąd ich śmierć nie była sposobem tresury Vernona.

Tak póki co zabił tylko chłopaków. Szlag by to, chędożony, trafił.

— Nie moglibyście — warknął, przechodząc do rzeczy, jak zwykle w chwilach irytacji — po prostu mnie wrzucić do ciupy? Nawet karceru?

Henselt nie mógł po prostu mnie powiesić, mnie jednego? Prawy powód miał.

— Jesteś wysoce... wyspecjalizowaną rasą zwierzątka. Szkoda cię marnować. Poza tym ciebie, jak słusznie wczoraj panna zauważyła, nawet karcer specjalnie nie zaboli. I są jeszcze kwestie polityczne. Jej Wysokość niepocieszona by była.

— Jak jej ubijecie opiekuna duchowego to niby rada będzie? — syknął agent, nagle przytomniejąc, przypominając sobie o implikacjach dyplomatycznych.

Temerska obstawa Anais zostanie uszczuplona o jedną osobę. Mała i bez tego niespecjalnie dbała o swoje dwórki, szlachetnie lub przynajmniej nieźle urodzone panienki, woląc spędzać czas z Wiewiórkami. Z otoczenia królowej zniknie kapłan – co prawda pozostaną druidzi, kilkoro wyznawców proroka Lebiody, uzdrowicielki powiązane z kultem Melitele – ale kapłan porządnego, silnego, hierarchicznego Kościoła zostanie obwołany zdrajcą.

Fakt, że Kościół wsparł rozbiór Temerii, więc ojciec Kristof i tak był renegatem. Poświęcił wszystko dla dynastii, znaczy. W imię wierności Foltestowi i jego dzieciom. No, ślicznie mu teraz tę wierność Vernon odpłaci, nie ma co.

— Macie innych.

— Nie z tej religii.

— Jakby ludzie się swoim zabobonem przejmowali. Zmieniacie wiarę, jak potrzebujecie rozwodu albo nowych ulg podatkowych. Ale jeśli to istotne, to Rada jest gotowa sprowadzić nowego... opiekuna duchowego dla Jej Wysokości. Z najstaranniej sprawdzonymi referencjami.

Ani chybi co najmniej półelfa.

— To jest rozkaz, Roche — podsumował Iorweth łagodnym tonem, pchając ciężkie drzwi do pokoju przesłuchań; Deith wsunął swój wąski pysk w szparę, zaciekawiony. — Pora już chyba, żebyś się nauczył szczekać, kiedy nowy pan każe. Foltest nie żyje, majorze. W przeciwieństwie do niego ja twoim niesubordynacjom w nieskończoność pobłażać nie będę.

'

'

— Oni was zabiją, tak czy siak. Koło albo stryczek. Polityka. Przykro mi, ojcze. Mogę jedynie sugerować, byście od razu podpisali wszystko, przyznali się do zdrady, kontaktów z Redanią, sączenia jadu w królewskie uszy, czegokolwiek i wszystkiego. To wam oszczędzi cierpień. Nic, poza oszczędzeniem bicia i tortur nie mogę, niestety, ojcze, zaoferować. Z bólem to mówię, bo doceniam waszą służbę dla Temerii.

— Zawsze takiś szczery i chętny do pomocy, Vernonie. To twoja popisowa sztuczka, mówią. Ale nie, nie, zarób na swoją pensję. Może jestem kapłanem miłosierdzia, niemniej aż tak ci roboty ułatwiać nie będę. Wybacz mi — stwierdził ojciec z irytująco sarkastycznym uśmiechem — bracie.

'

'

Iorweth był pewien, że zrobił dobrze. Albo raczej – nie analizował specjalnie tego, co zrobił. Zrobił, jak chciał. W tym było wszystko. Roche sobie zasłużył.

Skoro jednak Roche sobie zasłużył na tłuczenie znajomego klechy w lochach Vergen, a Yeylia dzisiaj miała wartę, to watażka, zauważywszy w trakcie swojej okołorannej marszruty poblask światła w pokojach Jej Wysokości, nie miał kogo posłać do dziecka. Saskii budzić nie chciał, dwórek dziewczynka aż tak bardzo nie lubiła. Z pewnością mniej niż jego. Wobec czego z ciężkim westchnieniem skierował kroki do sypialni królowej.

Co było na pewno bardzo niestosowne. Ale zrobił, co uważał za słuszne. W tym też było wszystko. Zresztą, lęk, zawsze dławiący o tej porze, jakby nieco zelżał, gdy pułkownik uznał, że dziecko, ktośkolwiek, czegoś, jego, potrzebuje.

— Sofliari... — zaczął, wchodząc do pokoju.

Anais siedziała na wielkim łożu, w białym giezłeczku oraz rudej, futrzanej lizesce, otoczona wpółotwartymi złotymi, ciężkimi kotarami, purpurowym, jedwabnym przestworem narzuty, złotymi, białymi oraz czerwonymi poduszkami, prawie w nich tonąca. I płakała. Bardzo cicho, praktycznie bezgłośnie, z piąstką włożoną do ust, drugą ręką nieustannie trącą oczy.

— Przepióreczko? — Siadając na łóżku, elf przeszedł na wspólny, pal tam sześć lekcje, pal tam sześć rasę, dziewczynce teraz żadne kłopoty lingwistyczne niepotrzebne. — Czemu płaczesz?

Przestraszyła się, gdy wszedł, a jeszcze bardziej, gdy go rozpoznała.

— Nie płaczę — zapewniła, próbując brzmieć dzielnie. — Nie płaczę. I byłam cicho, i nie zapaliłam światła – tylko to jedno, żeby cokolwiek widzieć – i... I próbowałam być cicho, i nikogo nie obudzić. Nie chciałam przeszkadzać. Przepraszam, że przeze mnie się fatygowałeś.

— I tak nigdy nie śpię o tej porze — odparł szybko, odruchowo. — Miałaś zły sen?

— Nie. Nie bardziej niż zawsze. — Dzieci ładnie płakały, bez śladu, bez czerwonych czy opuchnięty powiek; królowa też, skoro starła wilgoć z twarzy, skoro się uśmiechnęła, schowała niesforne włosy pod siateczkę, wyglądała dobrze. — Czemu nie śpisz o tej porze? Nie trzymasz warty.

Sam nie wiedział. Może miał mgliste przeczucia, domysły, opinie lekarzy, którymi gardził, oraz zdanie Fenirora, które szanował, lecz się z nim nie zgadzał – ale nie wiedział. Nie był pewien, czy naprawdę się próbuje ze wszystkich sił dowiedzieć.

— Nawyk. Z lasu. — Bo takie były fakty, czyż nie? — Obudziłaś się i przestraszyłaś? Że jesteś sama? — dodał wyrozumiale. — Mogę poprosić dwórki.

— Wujek Vernon nadal jest zajęty? — spytała mała.

Wujka Vernona się nadal tresuje. Trzeba byłoby powiadomić królową, że jej kapłan już wkrótce zawiśnie, uświadomił sobie Iorweth. Pewnie wypadałoby w miarę delikatnie. Kompletnie nie miał pomysłu, jak – ale dzieciom nie wolno kłamać, więc, nabrawszy tchu, spróbował po prostu.

— Mirrienn... Z pewnością wiesz, że religijne organizacje, przez swój profil działające ponad granicami, są wymarzonym miejscem dla szpiegów i pewnym problemem dyplomatycznym, i... Ojciec Kristof, obawiamy się, nadużył pokładanego w nim zaufania. Oczywiście spotka go kara, prawdopodobnie śmierć, to zależy od skali jego przewiń. Jeśli chcesz, sprowadzimy ci nowego kapłana — dodał spiesznie. — Lepszego.

Nie, żeby wiedział, po czym się sprawdza jakość ludzkich klechów, dla niego zawsze stanowili raczej poduszki na szpilki, ale przecież Anais coś się należało za stratę. Najwyraźniej coś, co zaoferował, nie było dość duże, bo Jej Wysokość wyglądała na – nie, nie bliską płaczu. Zbyt nawykłą, by się żalić czy choćby awanturować.

— Przeznaczymy czas jego zajęć na naukę strzelania z łuku. Albo starszej mowy — dodał, próbując znaleźć cokolwiek, co stanowiłoby wystarczająco interesujący zamiennik.

Dziecko najwyraźniej wyczuło, że istnieje pewne pole do targowania, bo spytało kalkulująco:

— Ty będziesz ze mną? Zamiast niego? Wolałabym ciebie niż kolejnego kapłana — stwierdziło, prawie przymilnie, prawie prosząco.

Znalazłeś godzinkę, żeby jej ubić ojca, to znajdź teraz godzinkę żeby się zająć sierotą, sarknęło ironicznie Iorwethowi w głowie, nikt nie mówił, że będzie prosto. Gdyby było, to opieka nad potomstwem tych, których się zabiło, nie uchodziłaby za sposób na uniknięcie wendetty. Sposób tchórzy, prychnął.

— Jeśli chcesz. Poćwiczymy starszą mowę.

— Wolę strzelanie.

Sytuacja nie pozwalała mu się kłócić. W końcu właśnie wykańczał królowej niewinnego sługę. A Jej Wysokość płakała w sypialni, bo w imię gniewu zabrał jej Roche'a. Trzeba było pomyśleć, ganił się teraz, wysłać drania rano, kiedy królowa ma zajęcia...

— To strzelanie. Czemu płakałaś?

— Nie płakałam.

Głos był obojętny, automatyczny. Niemal taki, jakiego używali na przesłuchaniach, „nie wiem", „nie znam", „nie mam pojęcia", „chędoż się", „cuach'te aép arse".

— To nic, jeśli... Nic się stało. Każde... każdy człowiek czasem płacze. A mnie nie obudziłaś, nikogo nie obudziłaś. Nie robisz kłopotu.

— Nie płakałam.

Zaczął się zastanawiać, jak poza torturami, z opornymi więźniami radzili sobie śledczy: w końcu co łamało partyzantów, kilkulatkę tym bardziej powinno. Zaczął. Po paru sekundach wróciło mu jakieś opamiętanie, jakieś zasady moralne przywoływane z otchłani pamięci.

— A czemu byłoby źle, gdybyś płakała? — spróbował.

— Bo byłabym tchórzem. I niedobrym królem — odparła bez namysłu mała. — Królowie nie powinni płakać. Poddani takich nie szanują. Wasale się buntują. Chłopi nie wierzą, że taki król ich ochroni. Jego Wysokość, papa, zawsze powtarzał.

— I krzyczał na ciebie, jeśli płakałaś?

Miło byłoby sobie wyobrazić Foltesta jako szuję. Którą zresztą był. Wszyscy ludzcy królowie – wszyscy władcy Północy – byli tacy sami. Gotowi sprzedać własne dzieci, matki, własną krew za...

— Nigdy na mnie nie krzyczał! — głos małej drżał z oburzenia, pokręciła głową tak mocno, że włosy wymknęły się spod ochronnej siateczki. — A już na pewno nie o płacz. Papa mnie przytulał, mnie albo Bussy'ego, nawet wtedy, wtedy... jak zdobył zamek mamy — urwała na moment, zacisnęła usta, mrugała szybko powiekami. — Wtedy Bussy trochę beczał, a papa powiedział... powiedział tylko... przytulił nas i powiedział...

Teraz dziewczynce bezsprzecznie się zbierało na płacz. Właściwie łzy poleciały jej po policzkach, ale natychmiast je starła, przygryzła wyginające się w podkówkę wargi. To było niedobre, bo ludzkie dzieci powinny płakać, Iorweth pamiętał z domu, wstrzymywanie płaczu, opowiadały chłopki, prowadzi do bólu głowy i problemów żołądka. Hrabianki z dworu mówiły raczej o braku apetytu, palpitacjach serca, globusach histerycznych i bezsenności. Nawet jeśli połowa przypadłości była durnym przesądem Dh'oinne, to z samego ich rozpowszechnienia należało wnosić, iż hamowanie łez źle wpływa na ich młode. Tak czysto naukowo rzecz ujmując, deliberował watażka, równocześnie niezręcznie przytulając Anais. W skomplikowany sposób, sztywno, kładąc jej rękę na ramionach, ale nie przyciągając do siebie.

Królowa się zaraz ułożyła wygodniej, wtulając twarz w podomkę elfa, przyciskając się cała, jakby próbowała zniknąć. Co przynajmniej pozwoliło mu delikatnie przytrzymać jej dłonie, nim znów zaczęła trzeć oczy.

— Widzisz? — stwierdził prawie z tryumfem, chociaż naprawdę, w tym, że doprowadził kilkulatkę do płaczu nie widział nic z tryumfu, nawet on. — Nic się złego nie dzieje, jak płaczesz. Nie złoszczę się. — O, to był popis jego tolerancji, bo bywało, że jęki, wrzaski i błagalne prośby chłopów go bardzo irytowały; trzeba było nie wchodzić do jego lasów, a jak się już weszło, to czekać końca, prawda? — Jesteś dzieckiem. Przeżyłaś... różne niedobre rzeczy. To normalne, że ci smutno. Płacz pomaga.

— Nie płaczę — zełgała mu Jej Wysokość; bardzo brawurowo, na chwilę nawet bez drżenia głosu.

— Tylko ci się oczy pocą? — spytał zgryźliwie.

Ku jego zdumieniu mała zaczęła chichotać. Może przez łzy, lecz niewątpliwie chichotać.

— Tak! — stwierdziła dumnie; za chwilę jednak posmutniała. — Tatę by to bardzo rozbawiło, gdyby... — zawahała się, zrobiła głęboki wdech, po czym wyrzuciła z siebie, na jednym wydechu, błyskawicznie, co jakiś czas nabierając gwałtownymi haustami powietrza, prawie natychmiast kontynuując — ...gdyby żył, gdyby go nie zabili tam, a wcześniej powiedział Bussy'emu, że on będzie królem, więc rycerstwo nie powinno go widzieć zapłakanego, ale w ogóle nie krzyczał, nie był zły, nigdy nie był zły na nas, powiedział, że się pokłócił z mamą, ale będzie dobrze, że znowu będziemy razem, żebyśmy poszli do pokoju obok umyć twarze, papa był najlepszy na świecie, zajmował się nami, lepiej niż nianie nawet, kochał nas najbardziej ze wszystkich, ja jego też, Bussy też, chociaż marudził, ale bo on był chłopcem, chłopcy zawsze marudzą, papę by to bardzo rozbawiło, to o oczach, papa też nas rozbawiał, jak coś szło nie tak, papa zawsze...

Gdzieś w połowie przemowy zaczęła jawnie płakać. Iorweth spróbował ją przytulić trochę mocniej, okrył kołdrą, bo to pomagało Dh'oinne. Wiedział. W końcu ktoś się musiał zajmować dzieciarnią, której jego matka leczyła rodziców, w końcu się napatrzył, jak pociesza malców po stracie bliskich. Napatrzył, a jednak teraz nie byłby w stanie odtworzyć tamtego głosu, gestów, kojącego, współczującego nastroju.

Co było straszne, naprawdę straszne. Jakby się w nim przepaść otworzyła – źle, jakby ta przepaść tkwiła od dawna, tylko teraz w nią spojrzał.

— ...papa zawsze był dla nas dobry. I nas kochał. I za nim — dziewczynka westchnęła — tęsknię. Strasznie za nim tęsknię. I chciałabym, żeby żył. Żebyśmy mieszkali w Wyzimie i wszystko było, jak dawniej. Bussy byłby wtedy kiedyś królem, ale mi to przecież obojętne. Wolałabym mieszkać sobie tak, jak kiedy się ukrywaliśmy z wujkiem Vernonem, na wsi i w chacie albo w lesie, tylko żeby papa żył. Wiesz, wujku? — spytała, podnosząc oczy.

No i co właściwie, syknął w duchu pułkownik, ja mam ci powiedzieć, luned? Że wiem, a to wszystko, co mówisz, co przeżywasz, cały twój płacz i tułaczka to są dopuszczalne straty? Przypadkowe zniszczenia? Że wliczyłem to sobie w koszta? Że było tak nieważne, że nawet się nie zająłem wliczaniem, bo gdybym miał myśleć przed każdym strzałem, każdym ciosem, każdą spaloną wioską o emocjonalnych konsekwencjach u ofiar, to przecież bym nie poszedł do lasu, tylko jak moja matka, warzył ziółka, gotował maści i podawał Dh'oinne syropki na kaszel? Ty przecież nie oczekujesz potwierdzenia, tylko pocieszenia. Ale ja nie kłamię dzieciom w imię chwilowych uśmiechów. Bo one potem zawsze są spłacane, z nawiązką.

— To są — stwierdził na głos, możliwie neutralnym tonem — jak najbardziej zrozumiałe uczucia, sofliarien. W twojej sytuacji zwłaszcza. Nie ma w nich wstydu. Nie ma istoty tak podłej, by miała do dziecka pretensje, że kochało rodzica.

Nawet on nie miał przecież. Chociaż dziecko uparcie twierdziło, że Foltest był rodzicem co najmniej porządnym, nieco zbyt uparcie i zbyt obficie cytując materiał dowodowy, by mógł mu nie wierzyć. Ale to był drobiazg, nie za bycie wyrodnym ojcem drania zabito.

Za interesy Nilfgaardu, nadpłynęło z myśli, ewidentnie złośliwe. Znowu za Nilfgaard, jak zawsze za Nilfgaard. Nawet ta wasza Rzeczpospolita w końcu Cesarstwu służy.

— Tęsknię za nim. Za nimi — powtórzyła Anais z jakimś dziwnym uporem oraz zaskoczeniem w głosie; nie mogła się najwyraźniej nadziwić brzmieniu słów, gdy je wreszcie z siebie wyrzuciła.

— I dlatego ci smutno. Dlatego płaczesz. To jest zrozumiałe i normalne.

Bardzo to głupie było, uświadomił sobie, nim słowa ostatecznie opuściły jego usta, bardzo to głupie, zakładać, że statystyka pomoże kilkulatce oswoić fakt zamordowania na jej oczach rodziny.

— Znaczy, możesz płakać. Widzisz. Zupełnie możesz. Nikomu nie to nie przeszkadza.

— Królowie nie płaczą — upierała się mała. — Nie, kiedy ich widzą poddani.

— Tutaj nie ma twoich poddanych — zauważył, trochę tylko sardonicznie.

— Ale są dyplomaci i wojskowi innych krajów. To nawet gorzej — odparła trzeźwo dziewczynka.

— Że niby ja? — prychnął drwiąco.

Zastanawiając się mimochodem, czy sypialnia królowej i w ogóle skrzydło zajmowane przez dwór temerski są oficjalnie wydzieloną strefą dyplomatyczną, terytorium Temerii, czy to już przegłosowali w jakimś pakiecie pomniejszych ustaw i zarządzeń, czy jeszcze czeka – bo jeśli czeka, to czas najwyższy sprawę urzędowo przepchnąć. W ogóle zacząć cesję obowiązków na urzędy poza Radą, bo niedługo ugrzęzną w sprawach administracyjnych, niech te sejmiki się wreszcie zaczną zbierać...

— Ty — potwierdziła dziewczynka, wyrywając go z zamyślenia. — I jesteś elfem.

— A co to ma do rzeczy? — spytał.

— Elfy nigdy nie płaczą.

— Chędożone rasistowskie brednie — warknął, krzyknął prawie.

Anais drgnęła, spróbowała się odsunąć. Pięknie. Przytulił ją mocniej. Nie protestowała, ale siedziała całkiem sztywno.

— To jest... to jest przesąd, po prostu. Zupełnie głupi. Zresztą — spróbował skierować rozmowę na inne tory — sama pomyśl. Czy Aen Seidhe ci przypominają węże?

Królowa patrzyła na niego podejrzliwie.

— Nie — odpowiedziała ostrożnie. — O ci chodzi, wujku?

— A jakie są cechy węży, które je odróżniają od psów, świń, Dh'oinne — zdał sobie sprawę, że brzmi rasistowsko — i większości ssaków?

Niepokój w małej tylko wzrósł. Co zupełnie nie było celem, więc sklął sam siebie...

— Węże składają jaja — odparła z namysłem Anais. — Mają łuski. I są zmiennocieplne! — stwierdziła z nagłą dumą.

— A co to niby znaczy?

— Że mają taką tempereturę... temperaturę ciała, jak otoczenie. Dlatego się lubią i muszą wygrzewać na słońcu.

— Bardzo dobrze. Markiz ci powiedział?

Dziewczynka potrząsnęła głową, chyba znów odprężona.

— Nie. Arjan. W zamku mamy było dużo jaszczurek, wygrzewały się na murach...

— ...ale węże mają jeszcze jedną cechę. Która jest akurat ważna dla płaczu — wtrącił szybko. — Coś z oczami.

— Aaa! — Mała cała się rozpromieniła. — Nie mrugają, bo mają jedną przezroczystą powiekę na całym oku. Osłonkę.

— Właśnie. Ta osłonka im służy do tego, żeby chronić oko przed zanieczyszczeniami i uszkodzeniami. A co robią Dh'oinne i... i inne ssaki, jak im coś wpadnie do oka?

— Mrugają. Płaczą! — odkryła tryumfalnie. — No tak. Aen Seidhe też muszą płakać, jak im wpadają paprochy do oka. Muszą?

— A mamy jakieś przezroczyste błony? — prychnął lekko, próbując przesycić głos raczej żartem niż złośliwością.

Królowa pokręciła głową.

— Ale to nie to samo — westchnęła — co płakać, jak jest smutno.

— Aen Seidhe też mogą płakać z emocji. Tylko rzadziej to robimy. I nie publicznie.

— Rzadziej jest wam smutno?

Dobre sobie. Czy ludzkie młode muszą wszystkich torturować, każąc tłumaczyć słowo po słowie intymne stany emocjonalne?

— Przeciwnie, fáloirnna. Zawsze trochę jest. Po prostu rzadziej płaczemy. Dh'oinne też nie łkają przy każdym drobiazgu, który was smętkiem napełnia. Chociaż jesteście bliscy — wypomniał cierpko.

Jej Wysokość puściła ową cierpkość mimo uszu, zwinęła się w kłębek, jak jeżyk, na jego kolanach, opatuliła kołdrą, wystawiała tylko sam środek twarzy, nos i oczy. Iorwetha zalała fala tkliwości – po czym aż mu dech zaparło ze zdumienia sobą. Pokój jednak straszliwie rozmiękcza. Tak bardzo nieprzydatna rzecz.

— To co robicie? Jak wam przykro, smutno, niedobrze na świecie?

— Śpiewamy. Gramy. Patrzymy na las. Rozmyślamy. Działamy, żeby zmienić sytuację.

— To samo, co ludzie — stwierdziło dziecko z rodzajem rozczarowania.

Nie miał siły się kłócić o potencjalny wydźwięk rasistowski. Maluchy są jakieś wyczerpujące. Albo może to pora.

— Chciałabyś, żebyśmy robili coś innego?

Kołdra podniosła się lekko, opuściła. Dziewczynka musiała wzruszyć ramionami.

— Chciałabym nie być smutna. Ale ludzkie sposoby nie działają, nie zawsze. Myślałam, że jeśli wy rzadziej płaczecie, to może...

— Ty jesteś Dh'oine — przypomniał jej, nawet bez odruchowej nienawiści. — Przecież i tak dobrze to wszystko znosisz. Mało płaczesz. Jesteś dzielna. Mogłabyś płakać znacznie częściej i nadal byłabyś dzielna — dorzucił spiesznie.

— Królowie nie mogą płakać — powtórzyła solennie.

— Czemu nie, właściwie? Współczucie jest cnotą władców — zauważył. — Łagodność serca sławiona jest w pieśniach. Podobnie jak tkliwe przywiązanie. Król, który płacze nad wrogiem lub cierpieniem ludu to wielki temat epicki lub liryczny. Spytaj Jaskra. Przecież twojego ojca propagand... bardowie też przedstawiali jako pana wielce czułego serca. Opiewano łzy, jakie ronił nad rannymi z bitwy pod Brenną. Jak ubolewał nad śmiercią nilfgaardzkich rycerzy...

Nad Scoia'tael to się nie ubolewało, dorzucił w duchu. Scoia'tael to się, jak psy, zabiło w Wąwozie Hydry. Pominięcie milczeniem to wszakże nie to samo, co kłamstwo.

— Ale to już po zwycięstwie. Ja się teraz muszę mścić — przypomniała Anais. — I odzyskać kraj. Jak już odzyskam, wyrzucę Czarnych za Jarugę, a zaborców za Pontar i użyźnię piękne temerskie pola ich krwią, to wtedy też powiem, że to straszna strata i mi przykro. Jego Wysokość, tata, miał takie powiedzenie... — Zmarszczyła brwi i nosek, po czym wyrecytowała, całkiem zręcznie naśladując głos nieboszczyka: — Uważałem zawsze coś tam, coś tam za tragedię, ale trudno, tragedia się powtórzy. Uważałem coś tam, coś tam za grzech, ale trudno, się zgrzeszy.

— Czarujące i pragmatyczne — stwierdził lodowatym tonem Iorweth. — Pod „coś tam, coś tam" nie było przypadkiem „rzezi nieludzi"?

— Nie rozmawialiśmy o wojennej polityce. Byłam za mała. — Dziecko spojrzało na niego z politowaniem. — Poza tym, ty też urządzałeś rzezie. Pisało na podobiznach.

— Było napisane — poprawił odruchowo.

Świt wstawał powoli, ciężki. Niebo poszarzało już na horyzoncie, ale nim słońce się zza niego wyczołga, dobre dwie godziny miną.

— Nie mów tego wujkowi Vernonowi, że się budzę. Będzie się martwił. Ani markizowi. Bo próbuję to ukrywać, żeby mogli się wysypiać i żeby im nie przysparzać zmartwień. Nie mów nikomu. To jest... nie mogę ci rozkazywać, prawda? To to jest prośba — rzuciła nagle dziewczynka z namysłem.

Uśmiechnął się, na wpół do siebie. Mała ziewnęła, przesunęła się z jego kolan trochę na bok, na pościel. Zaśnie, odgadł, zaczął wstawać. Natychmiast chwyciła go za rękę.

— Nie idź! Zostań trochę jeszcze, proszę?

Mógł. Protokół już i tak w końcu leżał w strzępach, a poza tym nic go nie obchodziły protokoły Dh'oinne. Skoro zaś mógł i został, to starannie okrył królową kołdrą, kocem, narzutą.

— Jeśli zawsze nie śpisz o tej porze — mruknęła Jej Wysokość, opatulona i zadowolona, z dziecięco chytrym wyrazem twarzy — to możesz przyjść też jutro.

— A jeśli będziesz spała?

— To się nie obudzę. Aen Seidhe się przecież umieją skradać najlepiej na świecie, Yeylia mi pokazywała... — Dziecko jęło się wygrzebywać spod kołder, by móc ani chybi coś zademonstrować, ledwo je powstrzymał, przekonał, by jednak spróbowało zasnąć, że na popisy będzie pora później, jak już wstaną.

— A ty czemu jutro nie będziesz spał? — Mała, spacyfikowana, wróciła do najpierwszego pytania.

— Mówiłem ci. Nawyk.

— Ja mówiłam, że nie płaczę — zauważyła dziewczynka.

— Ale ja ci powiedziałem prawdę. Nigdy ci nie kłamię — upomniał elf.

— To czemu masz taki nawyk? Trzymałeś wartę zawsze o tej porze?

— Nie.

— Ja w sumie też mam nawyk. Codziennie się budzę, jeśli nie piję ziół, to nawyk, prawda? Bo się mi śnią Bussy i papa, teraz rzadziej, ciocia Yeylia mnie nauczyła, ale nadal się budzę, jakby się śniło. To jest przecież nawyk?

— Owszem, to jest nawyk. Ale musisz spać mimo to. Bez snu podejmujemy błędne decyzje. Królowie sobie na nie pozwolić nie mogą — przypomniał, tłumiąc poczucie własnej hipokryzji.

— To co się tobie śni? Albo śniło? Czemu... się znawykowałeś?

— Nawykłeś. I bez „się", to nie czasownik zwrotny.

— Jest „przyzwyczaiłeś się". „Nawyk" powinno być tak samo, to jest praktycznie to samo, co „przyzwyczajenie"...

— Język tak nie działa. Język jest raczej tworem historycznym niż logicznym. A historia to przypadkowy proces. Zwłaszcza, gdy się patrzy na nią z samego środka, z bliska. Może z dystansu to nabiera sensu. Nie myśl o kolejnych pytaniach, bo nigdy nie zaśniesz.

— To mi odpowiedz na pierwsze.

Skoro o logice mowa, to ta królowej, trzeba oddać, była nieubłagana. Typowe dziecko, typowy władca, typowa kobieta. Potrójna klęska, prychnął w duchu watażka. Powinien może kazać małej pilnować własnego nosa, bo w końcu wyciąganie z innych informacji, którymi się dzielić nie chcą, jest bardzo niegrzeczne, markiz na pewno ją tego uczył, nieważne, co wcześniej nagadał jej wujek Vernon. Tylko Iorweth był zbyt zmęczony na gniew. Zresztą, pomyślał z raptowną mściwością, sam Roche mu kaza... radził, by rozmawiał o wspomnieniach, a prawda o majorze się chyba Jej Wysokości należy?

— Parę lat temu... — zaczął ostrożnie, dobierając słowa, zacinając się — ...Niebieskie Pasy otoczyły mi oddział. Z jednej strony były skały, nie szło uciekać, więc mieli nas idealnie. No i warty zawiodły. Nie pełniłem ich wtedy, ale to nie ma znaczenia. I w tej godzinie przed świtem, gdy się najmocniej śpi, najtrudniej skupić strażom uwagę, w tej godzinie nas zaatakowali. Podłożyli ogień, żeby zwiększyć chaos. I wyrżnięto mój oddział. Ale ja się uratowałem, ja, jeszcze paru. Mnie chcieli żywcem, a wiedzieli, gdzie śpię, więc jak się obudziłem, to byli o kilkanaście metrów od mojego posłania. Dwóch najbliżej dałem radę zarżnąć, część bełtów mnie cudem minęła, część ktoś wziął na siebie, nawet nie wiem, kto, nie dało się rozeznać, część trafiła, ale wyżyłem. Ogień huczał. Cienie szły po skałach, czerwonych od łuny, taki upiorny teatrzyk, a wiedzieliśmy, że trzeba iść przez skały i naokoło, do lasu wprost byśmy się nie przedarli, konie strasznie rżały, ktoś je uwolnił, może przypadkiem, może z miłosierdzia – i mi ocalił życie, bo oszalały z paniki, tratowały wszystko, wstrzymały też oddziały specjalne. — Bo Roche miał więcej instynktownej litości dla koni niż mojego ludu.

Królowa wpatrywała się w niego wielkimi, błyszczącymi oczami i zdał sobie sprawę, na poły z goryczą, na poły z miękkim, nasyconym spokojem, że dla niej to jak baśń, jak kolejna wojenna opowieść po prostu, że musiała na dworze i potem, z „wujkiem Vernonem" takich słyszeć dziesiątki, że skoro on żyje i opowiada, to dla Anais wszystko w porządku, nic się stało.

— Nie chciałem uciekać, sówko, przekonali mnie podwładni, prawie zmusili. Skała była lita, ale się przedarliśmy bokiem obozu, na południe, tam w niej była szczelina, kilka metrów na ziemią, przesmyk, można się było jakoś wspiąć, zabiliśmy po drodze trzech żołnierzy, któryś z nich mnie znowu ranił, ale to nic, ocaliło jednego z naszych... Doszliśmy do przesmyku, wdrapaliśmy się, część oddziału musiała nas osłaniać, poświęcili się, a myśmy – cztery osoby – dali radę, wyżyli. I... i to jest koniec. Potem też było ciężko, ale to już inna historia.

Dziewczynka pomilczała chwilę. Uprzejme stworzenie, parsknął w duchu, niemal naprawdę ubawiony.

— I odtąd nie śpisz nad ranem?

— I odtąd się budzę — potaknął. — I nie mogę przez parę godzin spać. Ale potem, kiedy już jest dobrze po świtaniu, mogę spokojnie wrócić do łóżka. Co bym i tobie zalecał.

— Mhm. Już śpię, prawie, zaraz. Mam zamknięte oczy! — oznajmiła tryumfalnie. — Tylko... tam był wujek Vernon?

Iorweth syknął.

— Był, był, zaiste. W pewnym momencie mnie od Roche'a oddzielała tylko ściana ognia, słup bił na ponad trzy metry w górę. Nie dało się przejść, próbować strzelać byłoby szaleństwem, podchodzić bliżej także, tylko po prostu – był taki moment, że spojrzeliśmy sobie w oczy. I ja uciekłem.

— To dobrze — podsumowało dziecko. — Że tam był ogień, znaczy. Mogliście inaczej sobie zrobić krzywdę.

Blizna się mi popsuje, jeśli tak będę chichotał, spróbował przemówić do własnego rozsądku i poczucia rasowej godności elf.

— To jest — wydusił, zębami przytrzymując wargi, by powstrzymać wybuch śmiechu — bardzo, bardzo dyplomatyczne ujęcie sprawy, Wasza Wysokość.

— To też dobrze — wymruczała mała — bo mam uprawiać politykę i dyplomację.

A potem się zwinęła jeszcze trochę, jak mały kotek, jeżyk, lisek, wiewiórka, przyłożyła czoło do dłoni watażki, leciuteńko, ledwo wyczuwalnie, oddychała głęboko, spokojnie, coraz spokojniej i głębiej.

'

'

Kapłani dzielili się na dwie grupy: cynicznych hochsztaplerów, których się łamało miło i szybko. Oraz napojonych chlebem wiary idealistów, których się łamało długo, znosząc śpiewane pobożne pieśni i wyrazy przebaczenia. Ojciec Kristof należał do rodzaju drugiego.

Przypominał troszeczkę Lydię. Jedyną przyjaciółkę z dzieciństwa, jaką miał Roche; uzdrowicielkę, wyrzuconą ze świątyni za podburzanie do buntu, którym nazwano próbę powrotu do zasad założycieli; kobietę w oczach agenta świętą, obecnie leczącą prywatnie wszystkich. Wiewiórki, chłopów, wojsko. Niezależnie od herbów i stron. Okoliczna ludność ją czciła, partyzanci szanowali, żołnierze woleli nie ruszać, Vernon, póki mógł, załatwiał jej forsę z przewałów. Żyła sobie spokojnie i na uboczu.

Ojciec Kristof pewnie również by się na takim uboczu świetnie czuł. Jakaż szkoda, że lojalność wobec Anais oraz nieboszczyka króla wplątała go w politykę. Lydia nigdy nie popełniła tego błędu – kochała Roche'a jak brata, podobno, ale ni razu nie odmówiła pomocy Wiewiórkom, ni razu nie powiadomiła Vernona, ni razu nie zezwoliła na przeszukanie czy areszt. Chociaż kiedyś Roche dosłownie wył z wściekłości, bo zastępca Aminna, podobno wiedzący, gdzie się ukrywają Yeavinn i Toruviel, ponad miesiąc kurował się w lecznicy Lydiusi. Postawionej w dużej mierze za dowódcy Pasów pieniądze. Do której wejście siłą, choćby machnął ręką na przyjaźń, wywołałoby w okolicy rabację.

Tak, Lydieczka, wychowana w slumsach, miała tę twardość i wyczucie życia, których ojcowi Kristofowi najwyraźniej zabrakło. Naiwny idiota, jeszcze większy ode mnie, podsumował w duchu Roche, sceptycznie oglądając podpis pod zeznaniami. Ojciec nie miał już wiele sił, stawy i mięśnie też nie te, co noc temu, rzecz wyglądała więc raczej na nieczytelny gryzmoł.

— Nie dałoby rady wyraźniej, ojcze?

Skrzek, który mu odpowiedział, noc temu byłby chichotem.

— Nie możesz sam poprawić? — spytał kapłan. — Fałszywsze się już te zeznania nie zrobią...

Doprawdy, niby taka oczytana kasta, ci wszyscy księża, niby tacy sprytni, tak dusze swych owieczek znający, a tak oczywista rzecz im umyka. Vernon zacmokał z pobłażaniem:

— Ależ! Duma zawodowa zabrania.