— O, przyszedłeś — stwierdziła królowa z zadziwionym ukontentowaniem.

Nie spała, chociaż dzisiaj leżała w absolutnej ciemności.

— O, nie śpisz — westchnął ciężko Iorweth.

— Nie. Możemy się pobać razem. Pobać? Polękać? — rzuciła mu pytające spojrzenie.

— Poprawnie utworzone nowe formy czasowników — mruknął, przysiadając na łóżku. — Ale ty się nie boisz, tylko smucisz.

Klnąc w duchu, że nie może uciec w wygodne „ja się nie boję". Aczkolwiek lęk jakby przycichł, kiedy szedł do dziewczynki. Wczoraj przesiedział przecież przy niej najgorsze dwie godziny. Przesiedział w całkiem dobrym stanie, bez napadów niepokoju, bez zapachu dymu w nozdrzach. Lepiej niż zwykle.

— Boję się — zapewniła. — Boję się o Arjana, że zginie, o wujka Vernona, że się nam nie uda odzyskać kraju, że mnie zabiją, że mnie zabiorą do Nilfgaardu, że mnie znowu zamkną, że... Różne głupie myśli przychodzą w nocy — westchnęła. — Możemy się razem bać i smucić.

— A skąd wiesz, czy się smucę? — zapytał odruchowo elf, siadając na łóżku.

— Mówiłeś wczoraj, ze Aen Seidhe jest zawsze trochę smutno — wypomniała mała.

W ten sposób. No tak, wspomniał.

— Tristh esselánna.

— Smutek byciowania — przetłumaczyła sobie królowa.

Nie miał specjalnie ochoty na rozmowę, przyszedł bardziej z jakiegoś niejasnego poczucia zobowiązania. I może na złość Roche'owi. Wciąż był na niego wściekły, po trosze o tamtą elfkę, po trosze o wszystko, co przypominała, zarżniętych cywilów, spalone wioski. Po trosze wreszcie, przyznawał, o własne wyrzuty sumienia. Nie zabił drania. Powinien.

— Czemu mnie nie poprawiłeś?

— W sensie?

— Powiedziałam „byciowania". Nie ma takiego słowa. Jest „bycie". Albo „istnienie". Albo „byt". Myślałam, że cię rozbawię. Zwykle cię rozbawia, jak poprawiasz ludzi.

— Jest jeszcze „bytowanie" — stwierdził odruchowo.

— Naprawdę? — Anais sprawiała wrażenie nieco zaskoczonej, niedowierzającej.

— Nie kłamię nigdy.

— Ale możesz żartować — zauważyła dziewczynka.

— Nie jestem Dh'oine, żeby szukać kruczków prawno-logicznych do oszukiwania dzieci i ratowania tej kapinki honoru, którą...

Znowu zachowujesz się rasistowsko, upomniał sam siebie, głos w głowie naśladował Saskię. Mamy tolerancję. Wielorasowość. Rzeczpospolita. Wspólna. Nasza. Nasza, nie „twoja i ich", tylko „nasza".

— Pobawimy się?

— A nie powinnaś spać?

— Wyspałam się jakoś — oznajmiła królowa z nieźle ukrywaną ekscytacją w tonie.

Czekała mnie, pomyślał z zaskoczeniem watażka, czekała i się naprawdę cieszy. A przez to faktycznie do snu jej daleko.

— Jest ciemno. I nie chcemy budzić dworu.

Mała go popisowo zignorowała:

— Możemy zrobić z kołder i stolika, i szafki zamek. Albo jaskinię. Albo namiot. I się bawić w oblężenie albo wojnę, albo uwięzioną księżniczkę. Będziesz mnie ratował. Jak wujek Vernon.

No tak. To już tylko irytowało, przestało wywoływać chęć mordu, co elf postanowił uznać za dowód na swoje wielkie postępy w kwestii tolerancji.

— Rumor przesuwanych mebli na pewno kogoś obudzi, fáloirnna. Możemy się pobawić za dnia — zaproponował; za dnia będzie przy niej Roche albo ktokolwiek inny.

Westchnęła. Światło księżyca wpadała przez okna, pełnia była.

— To zrobimy jaskinię na łóżku. Chodź — podała mu rękę, ciepłą – zawsze go to zaskakiwało. — Będziemy się bawili w rozbójników, którzy sobie opowiadają historie przy ognisku.

Znaczy, ja będę opowiadał, odgadł, ale jego protesty utonęły w działaniach dziewczynki, zaciąganiu zasłon, zawieszaniu narzuty na oparciach łóżka, formowaniu koców i kołder w skomplikowaną fortyfikację, a potem włażeniu pod nią, zakrywanie się tak, że widać było tylko cieniutki paseczek granatu, poza tym nieskończenie głęboką ciemność.

— Będziesz hersztem? — zapytał.

Anais wbijała mu łokieć w żebra, ale tam. W gorszych warunkach sypiał.

— Mogę być — zgodziła się pogodnie dziewczynka. — Wyobrazisz sobie ognisko? — dodała szeptem.

I to mu przywołało z głębin pamięci – jego matka, jej ciemne włosy, długie palce, nigdy potem nie widział takich dłoni, nawet u swego ludu, może tylko ta dziwka z Dol Blathanny miałaby podobne, matka otoczona rozwrzeszczaną wiejską dzieciarnią, ale i chłopami, a potem nagle błyski, huki, kolory, świsty, wielobarwne cienie i dymy, gra świateł między rękoma. Dzieciarnia piszczała, dorośli otwierali usta ze zdumienia. W każde święto.

Albo wtedy, kiedy któregoś z chorych nie udawało się uratować. Wtedy matka rozpościerała kolorową komnatę, mały przestwór nieba przed zapłakanymi twarzyczkami. Czasem mówiła, że dusze ich bliskich są teraz czymś podobnym takiemu światłu, takim kolorom, że są tam daleko, z dobrymi duchami, tak ślicznymi, jak to wszystko.

Światełka, dymy i błyski, twierdziła, były wyjątkowo proste, każde elfie dziecko by umiało. Nie kosztuje nawet dużo energii, jeśli się już umie – bo daje mało prawdziwego światła, a nic ciepła. Nauczyła go nawet, kiedy był naprawdę mały, pokazywał potem kolegom...

I nie korzystał z tego przez dekady. Może błędnie, światło zwodziłoby Dh'oinne. Tylko matka byłaby raczej niezadowolona, gdyby wykorzystywał jej drobną sztuczkę do mordowania.

Bez znaczenia teraz. Teraz przypomniał sobie – i stworzył. Niechcący, bez podejmowania decyzji, bardziej w ramach mimowolnego odgrywania wspomnień niż jakiegoś konkretnego zamiaru. Sam się nieco zaskoczył, gdy między palcami zagrały mu barwy.

Twarz dziewczynki w tym słabiutkim poblasku wyglądała, jak przepuszczona przez witraże. Zachwycona tak samo, jak tamte wiejskie maluchy, oczy i usta szeroko otwarte. Zatchnęło ją z zauroczenia.

— Mamy ognisko — powiedział, miękko i bezsensownie, bo sama widziała. — Ale tylko na chwilę, długo tego nie utrzymam.

— To nie parzy? — spytała królowa.

— Nie. Dotknij, jeśli chcesz.

Najpierw spróbowała koniuszkiem palca, wycofała go odruchowo, po ułamku sekundy. Potem zanurzyła śmielej, całą dłoń. A potem podsunęła nos, na moment zanurzyła twarz, umknęła znowu.

— Nie pachną. I ich ani trochę nie czuć, nawet nie tak, jak wiatr — stwierdziła.

— Nie sprawdzałem — przyznał, rozbawiony. — Ale to tylko wizualne iluzje, więc tak, raczej nie powinny.

Utrzymał je jeszcze dobre parę minut. Ładnie, uznał, jak na pierwszy raz od tylu lat. Oczywiście, kiedyś dał radę ponad pół godziny, tylko wówczas był dzieckiem i był zakochany, a ona wpatrywała się wielkimi, błyszczącymi od zachwytu oczami, siedząc blisko, bliziutko, bliżej niż jakikolwiek zadurzony szczeniak mógłby marzyć.

Może powinien pokazać sztuczkę Saskii. Smoki co prawda nie reagowały na czary tak entuzjastycznie, jak dzieci czy Dh'oinne, lecz jeśli przedstawi rzecz jako dowód swojego nawrócenia, tolerancji, oddania Rzeczpospolitej – jeśli zrobi przedstawienie w sierocińcu, na przykład – to na pewno kobietę ucieszy.

— Wszyscy Aen Seidhe tak umieją? — spytała Jej Wysokość.

— Nie. Ale chyba wszyscy mogliby się nauczyć — odparł po namyśle. — Nie powinnaś czegoś opowiedzieć, mała rozbójniczko? Hersztowie zaczynają. Co robiłaś, jak byłaś z Roche'em, na przykład?

Temat był najwyraźniej dobry, bo dziewczynka zaczęła mieszać anegdotki i jej małe zdumienia, jak to ciekawie i ciężko żyją chłopi, jacy oni są dobrzy, zupełnie nie tak, jak mówił Arjan, że prosty lud to podły lud, nieprawda...

— ...wujek Vernon zawsze mówił, że jestem jego siostrzenicą, sierotą, a lud się mną zajmował z wielką tkliwością i rozczuleniem wielkim, lud nam bardzo pomagał, przynosił jedzenie, w domu robił porządki, panie sąsiadki wszystko nam prały, żeby wujek nie musiał, bardo się wzruszały mną i nim, że taki dobry i nie zostawił rodziny swojej na poniewierkę, nie oddał, że to rzadkie w tych naszych czasach, robiły mi słodkiego placka ze śmietaną i insze słodycze, a co kto jechał na targ, to mi coś przywoził. Wstążkę, ptaszka drewnianego albo koralików. Złapali mi szpaczka, żebym miała do zabawki, królików nam dali, żebyśmy na zimę co jeść mieli, lud się mną zajmował, jakbym ich własnym dzieckiem była, a przecież nawet nie wiedzieli, że jestem ich królową.

I dzięki bogom.

— Jak już będę rządzić — dodała poważnie Anais — to będę bardzo dbać o lud, żeby nie cierpiał. Bo lud dbały był o mnie, jak szlachta zdradziła. I zrobię ludzi z tamtego okręgu wolnymi włościanami, żeby panowie ich nie uciskali, będą płacić podatek wprost dynastii, jak szlachta czy mieszczanie, i nikt im nie będzie rozkazywał. Poza królem i prawem.

— Możesz spróbować — bąknął sceptycznie elf.

Pod namiotem z poduch oraz kołder robiło się gorąco i duszno.

— Ja wiem, ja wiem, najpierw trzeba wygrać wojnę — westchnęło dziecko. — Trzy wojny. Ja wiem, że to trudne. Próbuję pomóc. Rozmawiam dużo z ambasadorem Nilfgaardu i jestem dla niego całkiem... bardzo miła, prawda? I dla ambasadora Kaedwen. I dla wszystkich szlachciców z innych krajów, żeby...

— Dyplomacja ci idzie najlepiej, jak w tej sytuacji może, sofliari.

Co zresztą było prawdą, aczkolwiek większa część zasługi za ową prawdę przypadała Armandowi La Fayatte; dziecko wszakże raczej pomagało niż przeszkadzało. Nie, żeby to wymagało od niego jakichś wysiłków, po prostu: żyło i było sierotą po przejściach. Dyplomaci się wzruszali, księstewka po kuluarach szeptały, że co prawda nic nie mogą zrobić, ale jeśli się sytuacja zmieni, to nie będą jakoś szczególnie wspierali Redanii ani Kaedwen w obecnych granicach. Graf Cyd traktował królową z szacunkiem, który powstrzymywał wojskowych Nilfgaardu przed złośliwością lub próbami porwania.

— Zasługa markiza — potwierdziła trzeźwo i uprzejmie Jej Wysokość, po czym wróciła do głównego tematu: — Jak się wygrywa wojny, wujku?

Zastygł.

— Słucham?

— Wygraliście Rzeczpospolitą. I Dolinę Kwiatów. Markiz mi opowiadał. Jak się wygrywa wojny?

— Fortuną i męstwem — odparł, trochę zdumiony, trochę zagniewany faktem, że ktokolwiek Dol Blathannę uważa za zwycięstwo Scoia'tael.

Chociaż, może, właściwie... To było jakieś państwo starszych ras w końcu. Stworzyliśmy wartość, pomyślał, nami już można było handlować. Krew jest tania, owszem...

— To wiem. Ale coś, na co się ma wpływ? Strategią, doradcami, wojskiem, wiem, ale czym jeszcze? Bo to, to mają wszyscy i...

— Działaniem. Poświęceniem — wtrącił grobowym tonem; cała radość poprzednich chwil z niego uleciała. — Poświęceniem siebie i innych, dla celu i na darmo. Krwią. Najlepiej cudzą. Ale jak trzeba, to i własną.

...lecz naprawdę bezwartościowa jest tylko bezczynność.

'

'

Egzekucja się miała odbyć w trybie pilnym. Jej Wysokość sprawiała wrażenie smutnej, ale nie załamanej. Zaraz zresztą kupiono zabawek, słodyczy, zarządzono dodatkowe lekcje strzelania w miejsce godzinek rozwoju duchowego – i zwłaszcza to ostatnie ucieszyło małą.

Roche'owi nikt zabawek nie kupował, nikt nie pocieszał ani nie organizował zajęć. Markiz La Fayatte, powiadomiony o całej sytuacji, zachował twarz kamienną, lecz kazał Vernonowi obiecać sobie, jako przedstawicielowi Talara, że na przyszłość jednak będzie, chędożony kretyn, myśleć, nim celowo kogokolwiek z władz Rzeczpospolitej urazi. Po czym, przyrzeczenie dostawszy, spytał agenta, czy chce na noc dziewczynę, brońcie losy dziwkę, wie, że major nie lubi, normalną dziewczynę, chętną do zabawy po prostu.

Roche odmówił. Wrócił do normalności. Pił z krasnoludami, słuchał z musu Jaskra, ćwiczył. Ćwiczył nawet więcej niż dotąd, chociaż nie powinien, kopniaki Iorwetha naruszyły mu żebra. Ćwiczył do upadłego prawie, z Yeylią, Ciaranem, nawet hetmanem. Tematu kapłana nie poruszał.

Bard widział w tym przejaw wielkiego poczucia winy. Vernon wolał myśleć, że już o całej sprawie zapomniał. Obaj się, oczywiście, mylili, jak na przedstawicieli swych zawodów wręcz haniebnie.

'

'

Po kilku kolejnych razach Yeylia najwyraźniej poczuła się pewna siebie, co paradoksalnie dodało całej sytuacji gwałtowności. Ból nie był odmierzany metodycznie i uważnie kontrowany maleńkimi dawkami obojętnej przyjemności. Nie, teraz był intensywny, długi, szarpiący, improwizowany – i wobec tego wycofywany dopiero, gdy Roche był na skraju, gdy syczał, tłumił krzyk poduszką, przygryzał do krwi wargi, gdy ciemność spływała mu na oczy.

Przyjemność wszakże też była dozowana mniej oszczędnie. Bez może szczególnej dbałości o człowieka – chociaż Vernon, rzucany między cierpieniem a ekstazą, w jakichś jaśniejszych chwilach uświadamiał sobie, że skoro nie traci przytomności, skoro wszystkie obrażenia są tak naprawdę niewielkie, to elfka musi uważać – ale jednak hojnie, bez poprzedniego chłodu. Nie, nie, teraz kipiało w tym od uczuć, od nienawiści, ledwie wstrzymywanej chęci zemsty, przetykanej wszystkimi emocjami pobocznymi, tą ciemną, głęboką, podobną wirowi namiętnością.

Za to po wszystkim kapitan sprawiała wrażenie spłoszonej, jakby pokazała czy zrobiła za dużo. Dopytała się nawet mężczyzny, czy mu na pewno nic nie jest, przyniosła z szafki wina i owoców kandyzowanych, wielkiego rarytasu zimą, okryła kołdrą w jedwabnej poszewce, nie bacząc na krew i pot, i spermę. W stałym półmroku vergeńskich pomieszczeń major nie mógł zobaczyć twarzy elfki.

— Iorweth mi nigdy nie wybaczy, jeśli mu zwierzątko popsuję — mruknęła tamta.

Lekkim tonem, bardzo dobrze skrywając fałsz frazy. Tylko zbyt zużyta ona już była, by mógł uwierzyć, zbyt wygodna. Pułkownik niewątpliwie cenił swoją „siostrę" znacznie bardziej niż Roche'a – zirytowałby się, owszem. Ale nie odtrącił.

No, ale zakochane kobiety, przypomniał sobie, zwykle widzą wszystko w wypaczonych proporcjach. Ją pewnie każdy grymas skurwysyna dosłownie boli.

— Wybaczy — westchnął pocieszająco. — Ale nie… psuj mnie z tego powodu.

Słowo „psuć" jemu także jakoś się wydawało łatwiejsze niż „krzywdzić" czy „zabijać". Yeylia opadła na łóżko, opatuliła go kołdrą szczelniej, przytuliła tym raczej jego, nie do niego, przeczesywała mu włosy, jak małemu dziecku, bardzo matczynym gestem. Przez chwilę Roche zastanawiał się, czy tak samo elfka pieściła dawniej brata: kiedy się bali, kiedy ojciec miał gorsze dni, kiedy się, znając życie, chowali pod łóżkami, stołami, w piecu, na dworze, gdziekolwiek.

— Dh'oine, Dh'oine, Dh'oine — śpiewała cichutko kapitan, melodia zataczała kręgi, raz wyżej, raz niżej.

Major ją rozpoznawał. Jedna z bardziej makabrycznych pieśni Wiewiórek. Potem następowała wyliczanka sposobów tortur i śmierci, jakie można zadać ludziom, coraz bardziej wymyślnych i okrutnych. Rzecz była na kanwie piosenki dziecięcej, jednej z tych absurdesek, gdzie najpierw ptaszki tracą piórka, potem dzióbki, nóżki, główki... Tutaj przeniesiono schemat. Prosta melodia, wielokrotne powtórzenia.

To nie była pieśń, którą chwaliłby Iorweth. To była sardoniczna piosneczka, śpiewana przez wymęczone, stojące pod ścianą strzępki istot, otumanione okrucieństwem każdej strony. Pioseneczka znad grobu. Albo i ze środka.

— Wolałbym już Pierwszą brygadę. Albo inną waszą, co wy tam macie – A czyjeż to imię rozlega się sławą, Ten, kto przeżyje, wolnym będzie

— …ten kto umiera, wolnym już. To z powstania Aelirenn. I to nie tytuł.

— A jak szedł tytuł? Hej, kto elf, ginąć na murach?

Palce zatrzymały się w jego włosach. Kapitan musiała się czuć jednak naprawdę winna, bo po chwili wróciła do czynności, teraz nucąc rzecz bardziej uniwersalną, Więc pijmy zdrowie

— …a gdy umrzemy, nikt się nie dowie, czy dobrze było nam, czy źle. Było ci dobrze, Dh'oine? — zapytała nagle, z wymuszonym śmiechem.

Dziecko. Rzuca bluźnierstwo i się go trochę boi, a trochę pijane jest własną odwagą, pomyślał Roche, mrucząc coś, co mogło uchodzić za potwierdzenie, zapadając w sen.

'

'

— Moglibyśmy adoptować Jej Wysokość — bąknął Iorweth, wpatrując się w brokatowy baldachim nad łożem Saskii; Anais była bezpiecznym tematem.

— Jej matka żyje, żyje jej brat, żyje regent, to sporo prawnych opiekunów — odparła odruchowo kobieta, z impetem rzucając się na pościel; po lewej. — Bogowie, jestem wykończona…

— Moglibyśmy wydać całą temerską partyzantkę któremuś z większych graczy. Matki Jej Wysokość nie chce widzieć na oczy. Problem sukcesji by to załatwiło, a w końcu będziesz musiała ustąpić — stwierdził z naciskiem, odwracając ku niej głowę. — Jeśli chcesz utrzymywać, że jesteś Dh'oine…

Wojowniczka posłała watażce trochę zaskoczone, trochę rozbawione spojrzenie.

— Potraktuję to jako dowód na twoje postępy w kwestii tolerancji i normalnych uczuć, nie przejaw partyzanckiej bezwzględności i rasistowskiej żądzy mordu.

Zacisnął wargi.

— Znasz moje poglądy.

— I vice versa, jak mawiają ludzcy królowie. Cieszę się — dodała łagodniej, kładąc dłoń przy jego twarzy, prawie dotykając, stałym między nimi gestem — że ją lubisz. Jej zależało.

— Nie rozumiem, dlaczego — westchnął, najzupełniej szczerze.

Chwycił jej rękę, przyłożył do własnej skroni. Dziewczyna odprężyła się, przeczesała mu palcami włosy, raz, drugi, trzeci. Zastygł pod ruchem, odruchowo napięty – jak, po milionkroć przeklęte, zawsze; niby czemu, przecież to Saskia, przecież ją…

— Odebrałeś ją od Natalisa. Jesteś najwyższym rangą wojskowym, masz władzę – dzieci wyczuwają takie rzeczy, zależy im na bezpieczeństwie. No i Roche cię zna.

Nadal gładziła go po włosach, powoli, powolutku nawykał, za minutę może się nawet rozluźni. Zwykle tak bywało.

— Roche mnie zna, bo próbowaliśmy się nawzajem…

— Ale ci ją oddał. Powiedział, że przysięgałeś, że ją obronisz i nie skrzywdzisz, pamiętasz? I dodał, że nigdy nie złamałeś słowa. Dla małej to był jasny sygnał. Ostatnia kłótnia jej rodziców skończyła się w końcu wojną domową – przeszłość twoją i Roche'a traktuje podobnie. Polityka.

— Wiem — mruknął; mięśnie odpuściły.

Kobieta też poczuła, bo przeniosła palce na jego potylicę, przysunęła się bliżej, blisko, dzieliły ich dosłownie milimetry. Traktuje mnie, jakby był z porcelany, prychnął w duchu Iorweth, a potem sam się zganił, bo to przecież z troski. Wszystko u Saskii wynikało z troski. Łaknienia sprawiedliwości. Chęci ochrony. Światło, samo światło, rozmawiać z nią, to było, jak połykać słońce. Albo jak tonąc, patrzeć na refleksy światła w wodzie, podpowiedziała mu złośliwość, bo ty przecież toniesz i nigdy się nie wydobędziesz na powierzchnię, ty już utonąłeś, trup z wypukłym brzuszkiem, sinymi wargami, ziejącymi oczodołami, wypukłym brzuszkiem i zieloną skórą, utopiec, nekker…

Przyciągnął kobietę do siebie, ostrożnie, chociaż raptownym, skokowym ruchem. To też robił zawsze, przełamywał się, potem już było dobrze. Kochał ją przecież, tak bardzo, pragnął, tak bardzo. I była dobra dla niego, przytuliła się teraz mocniej, umościła przy nim wygodniej. Pachniała lawendowym olejkiem do kąpieli. I ogniem.

— Pomogłem zabić jej ojca — przypomniał, wyszeptał w czubek jej czoła; Anais była też wygodną kładką do... do reszty — i też mogę to wyjaśnić jedynie polityką. Będzie strasznie rozczarowana, kiedy zapyta…

— Czemu ma pytać? —nuta niepokoju pojawiła się w głosie dziewczyny. — Nikt jej nie powie. Popełniłeś błąd, ale nie ty zamordowałeś Foltesta.

A to było z kolei nieco irytujące, ta stała śpiewka. Słyszał ją od markiza i pewnie, gdyby przycisnąć Roche'a, ten uzasadniałby swoje działania tym samym. Jakby watażka był dzieckiem.

— Wiedziałem, że pomagam królobójcy, wiedziałem, kogo chce zabić następnie, wiedziałem potem, kogo chronię we Flotsam.

— Nie wiedziałeś — mruknęła Saskia, naraz bardzo trzeźwym tonem taktyka, chociaż jej dłoń ciągle tkwiła w jego włosach, teraz bliżej szyi, a druga opierała się o żebra. — Dałeś się podejść prowokacji. Raczej oczywistej, swoją drogą. Ale rozumiem, że byłeś pod ścianą, że chciałeś… że potrzebowałeś sukcesu dla utrzymania władzy, wiem, że wam było trudno. — Pocałowała go poniżej ust.

— Potrzebowałem komand, żeby bronić Vergen — zauważył, na wpół ostro, na wpół z lękiem.

Nie był jej godny, oczywiście, nie śmiałby być, nie jej rasy ani honoru, ani szlachetności, nie śmiałby nawet pomyśleć, że jest. Ale...

Tamten błąd kosztował życie dwa oddziały. I niemal kosztował ich państwo. Błąd wynikał z zaufania Dh'oine, więc był nie tyle oczywisty, ile już niesamowicie głupi, bo naprawdę, po tych wszystkich latach, tych wszystkich zdradach, tych prowokacjach pułkownik powinien był wiedzieć lepiej. Powinien przemyśleć. Ale był spragniony zemsty, tak, potrzebował splendoru, tak, bo komanda, bo konflikt z Yaevinnem, tak, tak, Pasy i reszta ludzkich oddziałów ścigały go bez wytchnienia, tak, tak, tak, był pod ścianą – nie myślał jasno.

A powinien był. A skoro nie mógł, to należało oddać komendę Ciaranowi. Błąd, błąd, błąd, syczało w nim wszystko, zaraz potem: zdrada. W syku był lęk, który sprawiał, że nienawidził wspomnienia o tamtym jeszcze bardziej. Zwłaszcza, że teraz był znów na łasce Dh'oinne, że zgodzili się na sojusz z temerskim spiskiem, że Nilfgaard stał u bram, że Roche, bloede pest, mieszkał teraz parę komnat dalej.

Chociaż, doprawdy, Roche w tym wszystkim był najmniejszym problemem. Drań miał tyle decorum, by się trochę starać nie zawadzać.

— Wiem. Pomogliście nam, bardzo. Jesteśmy wdzięczni. I rozumiem, że to nie było łatwe, przełamać nieufność. Wiem, że… że w partyzantce było ciężko, niesamowicie ciężko.

Brzmiała, jakby chciała tym niezręcznym otwarciem zacząć dłuższą rozmowę. Na temat lasu, oczywiście, na temat lasu, tortur, głodu; na temat budzenia się nad ranem, reagowania wyrywaniem się na najmniejszy dotyk; na temat setek rytuałów, które wytworzyli w ciągu tych miesięcy, by uniknąć konfrontacji z faktem, że watażka nadal się zachowuje nie tak, jak najwyraźniej wszyscy, że może – że może jest w nim skaza nie do naprawienia.

Jeśli Saskia uważa, że tak właśnie jest, to niech po prostu powie, niech przejdzie do rzeczy, tak-nie, pozwala mu być albo wyrzuca, prosto do rzeczy, bez opłotków, bez kłamania, bez litości, bez polityki... Przecież zniosę, myślał, cokolwiek to będzie, zniosę, każdy los i każdy wyrok. Nawykłem.

Przejechała mu wierzchem dłoni po twarzy, drugą ręką gładziła po boku, po ramionach, żebrach, miednicy, spokojnym, stałym ruchem. Kojąco. Tego też – nie, nie „nie lubił", dotykała go, czule, w tym było szczęście – to tylko również naprężało mu mięśnie, kazało się zrywać, szukać ucieczki i obrony. W pierwszym odruchu.

Może i Yaevinn miał rację, gdy twierdził, że towarzyszka jest w partyzantce potrzebna, że to jedyne, co chroni przed utratą wszystkiego. Może to źle, że Iorweth nikogo nie miał, może powinien – Yeylia tak bardzo chciała, nawet teraz niekiedy czuł na sobie jej palące spojrzenie. Dh'oine jej najwyraźniej nie rozproszyło, nie starczało. Czy zresztą, zwierzątko, mogło? Nie liczył chyba, że może?

— Nie ma o czym mówić. Wytrzymaliśmy — skwitował, chwytając palce Saskii, całując wnętrze jej dłoni. — Tylko to się liczy. Udało się nam. — I zaraz potem: — Wszystko jest, jak chciałaś. Jesteś szczęśliwa? — Pytająca intonacja wkradła się w słowa wbrew jego woli.

Kobieta potaknęła.

— Ale będę też szczęśliwa — spróbowała po chwili milczenia, chwili, wystarczającej, by przywykł do dotyku — jeśli przestaniesz się martwić. Nie jestem, ja wiem, szklanym flakonikiem. Dam sobie radę. Możesz odpuścić.

— Nigdy nie śmiałem podważać — zaczął szybko, dławiąc się prawie — twoich zdolności, nigdy...

Pocałowała go, tym razem w usta, długo, czule. Uciszyła. Słowa całkowicie, niepokój tylko trochę.

— Nie o to chodzi — wymruczała. — Oczywiście, że cię potrzebuję. Jesteśmy w tym razem. — Jej rzęsy muskały mu skórę. — Chcę tylko, żebyś się nie martwił. Vergen to teraz nasz dom. Twój dom. Ty i komanda jesteście tutaj bezpieczni, Scoia'tael jest bezpieczne…

Zesztywniał. Sklął własny brak kontroli, spróbował silą rozluźnić mięśnie, zamaskować nagłą czułością, długim, głębokim pocałunkiem, ale było już za późno, już zauważyła. Czuł, całując ją, że dziewczyna tłumi westchnienie.

Usiadła, ledwie skończył. Nie odsunęła się wszakże.

— Mój błąd. No już, powiedz to — na wpół poprosiła, na wpół zażądała.

Z pewnością były jeszcze jakieś dostępne ucieczki.

— Zależy mi na tobie, bardzo — zapewnił solennie, też siadając, podkulając nieco nogi.

— Wiem. Naprawdę wiem — szepnęła, kładąc mu głowę na ramieniu. — Nie o to wszakże chodzi.

Oczywiście.

— To cię zrani. A ja wcale tak nie myślę…

— Ale to normalna, zrozumiała reakcja. Logiczna konkluzja. Logiczne, normalne reakcje mnie nie ranią. Twój brak zaufania mnie ewentualnie rani. To, że myślisz, że miałabym… zrobić coś tobie albo komandom, to mnie rani. Że mi nie ufasz nawet na tyle, by powiedzieć „mieliśmy być bezpieczni w Nilfgaardzie", nie ufasz na tyle, by się nie bać, by urządzić awanturę — rodzaj gorączkowego namawiania zadźwięczał w jej głosie, chociaż siedziała nadal zupełnie spokojnie. — Naprawdę myślisz, że jestem taką histeryczką? Politycy w rzeczpospolitych muszą mieć grubszą skórę. Ja... ja się przecież staram — niemal miauknęła, wtulając się mu w szyję. — Zależy mi, rozumiesz? Zależy mi, żebyś zaufał. Żebyś był szczęśliwy. To zwyczajna rzecz, że chcemy szczęścia bliskich.

To bolało, naprawdę bolało. Bo Saskia miała rację. Bo przecież rozumiał. I nawet wiedział, że powinien spełnić jej potrzeby, normalne potrzeby, bo to on wszystko psuł, on się nie mógł nauczyć, przekonać, zachowywać normalnie. Zupełnie bez sensu, syczał wewnętrzny głos, zupełnie bez sensu, skoro mieli kraj, skoro wreszcie wszystko było dobrze, skoro wreszcie mógł – miał prawo – powinien, musiał być szczęśliwy.

— Ufam ci — zapewnił prawie desperacko; to była prawda, ufał szaleńczo, straceńczo, w innym przypadku nigdy nie byłoby go w Vergen, nie znosiłby ludzkiej pogardy czy ledwo zawoalowanych gróźb.

Ale kobieta musiała, jak na złość, akurat sięgnąć do jego rąk, ułożonych z tyłu, wziąć je w swoje. Drgnął, jakby chciał się wyrywać, potem przerwał ruch, zastygł.

Uśmiechnęła się, wyczuł poruszenie jej warg na styku szyi i obojczyków, gdzieś wśród wytatuowanych liści.

— Wiem. Wiem, że mi ufasz najbardziej, jak możesz w tej chwili. To dla mnie dużo znaczy. Cieszy mnie. — Wzmocniła uścisk, minimalnie, krzepiąco; tylko Iorweth ścierpł i wiedział, że to głupie, ale… — Rozumiesz? Jestem zadowolona. Szczęśliwa.

Potaknął, skupiony na równych oddechach, na myśleniu o cieple Saskii tuż obok, o tym, jak bardzo miękkie ma dłonie, jak cudownie łaskoczą jej rzęsy, jakie to śmieszne, kiedy masz wrażenie, że tył języka ci nagle zasycha, przywiera do gardła, tak bardzo pożądanie mruczy ci nisko w krtani i nie możesz, nie możesz wydobyć dźwięku – a czuł to zawsze, jak czuł teraz, gdy jej długie, gęste włosy opadały kaskadami na jego kark, falując przy każdym ruchu jej głowy, każdym lekkim pocałunku.

Próbował zogniskować uwagę na tym wszystkim, nadal jednak uciekała. Albo przeciwnie, nie chciała uciec od faktu, że ktoś – Saskia – go krępuje – trzyma za ręce i to lekko, mógłby się uwolnić – nie chciała uciec od niepokoju, napięcia, nie pozwalała rozprężyć mięśni.

Dziewczyna oderwała usta od jego karku, puściła nadgarstki, ułożyła za to głowę na jego kolanach. Zanurzył dłonie w jej włosach, zaczął głaskać, prawie odruchowo, ale potem przytomniej, starannie, masując i przerzucając loki między palcami. Uśmiechnęła się, przymrużyła oczy – przez jej ludzką powłokę przez chwilę prześwitywało ogniem.

Coś w elfie umilkło, odpuściło.

— Przepraszam — szepnął; nie, żeby wiedział do końca za co, chyba za popsucie nastroju.

— Jest dobrze. Nie musisz przepraszać — mruknęła dziewczyna. — Jest mi tak dobrze, tak bardzo dobrze… W ogóle wszystko jest raczej dobrze, wiesz? Nie idealnie, ale w porządku — dodała, sięgając ręką do jego czoła, skroni, kreśląc lekkimi gestami chaotyczne wzory na jego twarzy. — A jakby było inaczej, to ty obronisz mnie, a ja ciebie. Mogę cię ochronić, jeśli będzie trzeba. Wierzysz mi?

Przecież wierzył. Wiedział. Tylko nie umiał przepuścić tego dalej, do mięśni, do kości, do nawyków. Nie umiał i nie chciał, nie do końca. Dla Saskii zrobiłby wszystko i tak miało być, to było dobre; Saskia nie powinna musieć robić wszystkiego dla niego. Sam powinien dawać sobie radę.

— Wierzysz mi? Że jest dobrze? Chociaż przez chwilę?

Potaknął. Kobieta rozmarzonym, delikatnym ruchem wodziła teraz po tatuowanych liściach. Śledził ją wzrokiem.

Bardziej, wiedział, czujnym niż czułym. Za chwilę zresztą, prawie bezmyślnie, chwycił jej palce, ucałował. Zabrał.

'

'

Którejś kolejnej nocy królowa spytała, czy na pewno nie dałoby się amnestionować ojca Kristofa.

— Zrobiłam coś złego, że mnie zdradził? Mówiłam za dużo?

— Nie — zapewnił watażka, szybko. — On... on raczej popełnił błąd, niż celowo skrzywdził dynastię. To polityka nas zmusza do tak surowych kar. On był ci bardzo oddany i cię lubił, nic złego nie zrobiłaś.

Kapłan też nie. Tylko był najmniej ważnym członkiem delegacji, a Roche wreszcie przesadził.

Dziewczynka westchnęła ponownie, ciężej, podkuliła nogi, przyłożyła czoło do kolan. Iorweth zaczął się zastanawiać, cokolwiek nerwowo, czy jeśli pozwoli małej na zbudowanie zamku z mebli i kołder, to ona zmieni temat.

Zmieniła sama z siebie, tak po prostu, podniósłszy twarzyczkę, już rozjaśnioną jej popisowym, dzielnym uśmiechem. Uśmiech był oczywistą manipulacją. Manipulacje młodych wszelkich ras wspiera wszakże biologia, a to już potężny przeciwnik.

— Ojciec Krisof mnie pocieszał — oznajmiła królowa — ale ty mnie teraz pocieszasz. Tak też jest dobrze. Nie przeszkadza mi. Nie martw się. Polityka jest najważniejsza.

— Jak ja cię niby pocieszam, sofliari? — spytał, prawie niedrwiąco; prawie.

Przecież nigdy nie kłamał dzieciom, nigdy nie pocieszał złudnymi nadziejami, jakim cudem królowa znajdowała w jego obecności coś miłego? Znajdowała coś, z pewnością, skoro przy nim siedziała, ale jakim cudem pocieszenie?

— Właściwie to nie wiem — przyznała Anais. — Ale jest mi mniej smutno, kiedy przychodzisz, więc to się chyba liczy. Tobie też jest mniej smutno ze mną?

Potaknął, bo mniej się bał, kiedy miał zajęcie. I widział, że mała się rozjaśnia na samą myśl, że jest potrzebna.

'

'

W przeddzień egzekucji, wieczorem, Ciaran pojawił się w pokoju agenta, obrzucił wzgardliwym spojrzeniem dowody pijaństwa – puste karafki, wzrok błędny, szmatę, która posłużyła do starcia alkoholu, niedbale rzuconą na krzesło – i zauważył neutralnym tonem:

— A spróbowałeś po prostu poprosić?

Roche podniósł nań zaskoczony wzrok. Widział jeszcze pojedynczo, słyszał całkiem wyraźnie, za nic nie mógł zrozumieć, czemu słowa elfa zdają się nie mieć sensu.

— Że co? — mruknął.

— Iorwetha. Poprosić. W sprawie tego waszego kapłana. Spróbowałeś? Uczyniłeś ten niebywały i rzadko spotykany gest zwany powiedzeniem „proszę"? Ten tajemny obrządek, święty rytuał, którego dokonujemy w każdej karczmie, na każdym straganie, przepuszczając damę w drzwiach... Poinformowałeś Iorwetha, że byłoby ci miło, byłbyś kontent, gdyby tamtego ojca jednak puszczono z amnestią? Bo w końcu delegacja Temerii, bo w końcu człowiek jest niewinny? Spróbowałeś poprosić wcześniej, przed przesłuchaniem?

— Rozkaz...

— Nie udawaj, żeś uwierzył w jakiś rozkaz. Rada, owszem, podpisała. Przyklepała. Dowiedziałaby się następnego dnia, że jednak niewinnego człowieka tracić nie musi – też by zadowolona była. A przynajmniej nie niezadowolona. Oczywiście, o ile Iorweth by się do twojej prośby przychylił. Ale spróbować zawsze można. Z widokami na powodzenie nawet.

Tylko jeśliby jednak watażka odmówił, to Roche zostałby, może delikatnie, lecz jednak upokorzony. Prosił, odmówiono mu. Zamknięto drzwi przed nosem, łapę psu przytrzaśnięto – cała sugestia Ciarana mogła być podstępem. Pewnie była.

Rachunek nadal wyglądał: życie człowieka, a duma Vernona. Agent nigdy nie należał do osób szczególnie wysoko ceniących ludzkie życie, a ojciec Kristof, dobrze, był sympatyczny, był niewinny, był wiernym poddanym Foltesta... i nadal nie zaliczał się do grona bliższych znajomych, wobec których mamy pewne zobowiązania emocjonalne. Dla chłopaków – myślenie o Ves nadal bolało – czy nawet Talara to by się Roche nie zawahał. Był w końcu istotą gołębiego serca.

— Zrobisz, jak chcesz — podsumował chwilę ciszy elf. — Wiem, że Dh'oinne niespecjalnie cenią życie swoich pobratymców. Łatwo sobie w końcu nowych robicie, a nie macie dość zaawansowanej kultury, by po prostu doceniać egzystencję za nią samą, bez oceniania w kategorii ekonomicznych...

— Że niby Wiewiórki cenią egzystencję za nią samą? Bez myślenia w kategoriach rasizmu? Taktyki? Strategii? Lub choćby estetyki, te wiewiórcze ogony na drzewach przecież nie rosną...

Ciaran się, o dziwo, uśmiechnął.

— Punkt dla ciebie. Że mi wypomnisz gryzonie, to się nie spodziewałem.

'

'

Jestem człowiekiem więcej niż gołębiego serca. Jestem chędożonym aniołem. Powinni mnie świętym tego całego Wiecznego Ognia ogłosić, myślał Roche. Próbując umknąć od faktu, że jednak idzie poprosić pułkownika o łaskę dla ojca Kristofa. Że stoi już przed drzwiami i jak nie on, boi się wpaść do środka. Mimo alkoholu. Głównie dlatego, że miał prosić, nie krzyczeć, nie żądać, nie szantażować – i zdecydowanie nie bić. Świat bywa okrutny.

— Iorweth — zaczął, wszedłszy wreszcie do pokoju — nie przeszkadzam ci? Nie bardzo?

Pewnie przeszkadzał, tak prawdę mówiąc, bo tamten półleżał na rekamierce, czytając, w stroju już wieczornym, niedbałym.

— Od kiedy cię to obchodzi?

Pięknie. Doskonale się zaczyna.

— Czemu miałoby nie? Pracujemy razem. Tak jakby. W sojuszu jesteśmy...

— Od miesięcy. Nawet, jak na Dh'oine, coś długo ci zajęło przyswojenie informacji. — Watażka nie uniósł głowy znad książki.

Logicznie, bo stanąłem odruchowo z prawej. Szlag by to, sklął w duchu Vernon.

— W sprawie ojca Kristofa — zaczął, przechodząc na lewo — jesteś pewien... To znaczy, on popełnił straszną zbrodnię, jasne, ale Jej Wysokość jest przywiązana, tylu już ludzi straciła, może lepiej jej oszczędzić kolejnego szoku... Wygnanie, oczywiście, narobi nam problemów z ewentualnym wywiadem, ale może więzienie będzie wystarczające, Rzeczpospolita może przecież okazać łaskę, kraj o tak szczytnych ideałach...

— Roche — mruknął pułkownik; pies, podsypiający na swoim posłaniu, uniósł lekko głowę — my już mamy w planach jedną dość spektakularną łaskę. Dla ciebie. Mahakam wystąpił z oskarżeniem, sędziowie są niezawiśli, a ty mordowałeś kobiety i dzieci. Z pełną wiedzą, że na danych obszarach są tylko cywile, rozpoznanie mieliście dobre. Zeznania świadków potwierdzą. Wyrok będzie. Szybki. Nawet sprawiedliwy. Ale amnestie są całkowicie w gestii Saskii.

— Mhm. Tylko jakoś zgrajcie terminarz procesów z moimi pobytami w Vergen, nie chcę, żeby mi przeszkadzały w służbie dynastii...

— Sądy są niezawisłe — powtórzył elf. — Także w kwestii terminów. Ale nie sądzę, żeby twoja sprawa zajęła im lata. Wina jest bezsporna.

— Jak twoje zbrodnie?

Cholera, nie mógłbyś raz wstrzymać języka, sklął samego siebie major.

— Właśnie tak. I torturowałbyś mnie za nie, z wyroku sądu albo własnego, o, panie na jurysdykcji, gdybyś mnie złapał. Swoją drogą, jak na stworzenie, które przyszło tu po prośbie, coś mało uprzejmy jesteś — zauważył Iorweth; nie sprawiał wrażenia urażonego.

— Podobno cię bardziej bawi, kiedy próbuję gryźć.

Teraz watażka podniósł głowę. I zaklaskał. Oczywiście.

— Zapamiętałeś — mruknął, łagodząc głos. — Jestem zaszczycony. I zdumiony, że Dh'oine jest w stanie w ogóle cokolwiek zapamiętać, wy macie zdolności jętki...

— Mhm. To jak będzie?

— Z czym?

Chędożony, uparty, arogancki, rasistowski... I tak, wyliczając przymiotniki, mieszając wulgaryzmy, wymyślając wielopiętrowe, skomplikowane przekleństwa, Roche milczał. Dobrą minutę. Z hakiem. Pułkownik uprzejmie wrócił do czytania. Przewrócił stronę. Drugą. W końcu westchnął:

— Jeżeli uważasz swoją dumę – potencjalny ubytek w swoje dumie – za ważniejszą niż życie waszego szamana, hochsztaplera czy tam inszego sztukmistrza, przypadkiem przywiązanego do córki Foltesta...

— Szamana? — prychnął Vernon, samemu czując, że zagłusza wyrzuty sumienia. — Kapłana Wiecznego Ognia, okazałbyś trochę szacunku religii...

— To żadna religia, to rasistowski zabobon Dh'oinne, wykorzystywany jako uzasadnienie opresji i przemocy wobec starszych ras. Wracając do tematu: to nie był wyrzut, to było zrozumienie. Też cenię twój honor wyżej niż życie tego klechy. Znacznie, znacznie wyżej, Vernonie Roche.

— Czyli że...?

Chędożone elfie gierki. Nie mógłby po prostu powiedzieć, czy jest gotów na drobne ustępstwo, czy próby proszenia są skazane na niepowodzenie?

— Aż tak chyba się nie boisz odrobiny ryzyka? Paru słów? Pierwszy majorze bez herbu w historii temerskiej armii?

Vernon już nawet nie klął, po prostu próbował znaleźć albo właściwą ripostę, albo dość woli, by wreszcie przejść do rzeczy. Iorweth tymczasem, dawszy mu kolejne pół minuty, zmienił temat na mile konserwacyjny. Jak na siebie mile konwersacyjny:

— Swoją drogą, rozbiory czynią cuda dla awansów ponad stan, prawda? Stereotypy w puch rozbijają. Lepiej niż królewska łaska nawet.

Foltest też by mi w końcu dał majora, warknął w duszy agent, a gdybym cię złapał, dałby mi tego samego dnia, razem z tygodniem wolnego i prawem do uczczenia. W dowolny sposób. Wyzimskie getto by pewnie na zaś wyemigrowało. Foltest dałby mi też majora za udaną akcję w zamku La Valette'ów, bo odzyskaliśmy dzieci... Gdyby akcja nie okazała się klęską, gdyby przeżył, gdyby...

Przygryzł język, mocno, żeby się wyrwać z ciągu wspomnień. I brawo, i wygrałeś, skurwysynie, westchnął w duchu, będziesz miał swoją sztuczkę, piesek ci ślicznie służyć będzie. Ciekawe, czy z chartem też ci się tak ładnie udaje, to podobno raczej leniwa rasa, trudna w tresurze.

— Byłbyś... Mógłbyś być tak miły... uprzejmy... Spróbowałbyś porozmawiać z Radą o sprawie ojca Kristofa? O ewentualnym złagodzeniu wyroku? On przecież jest nie... nie jest winny, raczej zwiedziony. Więcej w tym błędu niż zbrodni. Mógłbyś poruszyć sprawę na zebraniu? W ramach przysługi dla mnie?

— Roche — w głosie watażki zadźwięczało rozbawione pobłażanie; Deith tym razem ani drgnął, spał już — ty mówisz o przysługach? W obecnej sytuacji politycznej?

Fakt, wybieg był nędzny.

— W ramach prośby. Proszę, mógłbyś – Temeria potrzebuje wiernych ludzi, ojciec był najbliższym kapłanem dla Anais, a ja – a obaj wiemy, że to przeze mnie. Źle zrobiłem, powinienem był potraktować tamtą małą lepiej. Wykazać chędoż... empatię albo coś w tym stylu. Na przyszłość się będę pilnować. Proszę.

Zapadła cisza.

— I? — podrzucił po chwili pułkownik.

Jakie jeszcze chędożone „i"?

— I wszystko, co zrobiłem z rozkazu Foltesta, zrobiłem dla dobra królestwa, w imię interesu Temerii. Jest to źródłem mojej dumy.

I nie będę cię za to przepraszał, nigdy. Ciebie ani nikogo. Nie za to.

— Twój honor. — Elf zamknął książkę, zakładając stronę dłonią. — Jednak twój honor. Duma fachowca czy patriotyzm?

— Jakie to ma znaczenie? — prychnął agent.

Prawie obruszony, bo sądził, że są poniekąd umówieni.

— Żadnego. Ciekawość. Powiedziałem przecież, że ja także cenię twoją dumę znacznie wyżej niż życia jętek. Porozmawiam z Radą. Ojcu nic więcej się nie stanie, znajdź mu jakieś miejsce, gdzie nie narobi szkód Rzeczpospolitej. Duma fachowca czy patriotyzm, więc?

— Muszę odpowiadać?

Iorweth się chyba szczerze zastanowił.

— Nie. Vernon — zaczął prawie miękko, kiedy mężczyzna się już odwrócił z „dobranoc" na ustach — Ciaran i Saskia mi uświadomili, że zareagowałem... nieadekwatnie do sytuacji. Za to cię przepraszam.

— Mnie? Jak już, to ojca Kristofa.

— Dh'oinne znaczą dla mnie tyle, co karaluchy. Nawróciłeś się? Przyłączyłeś do druidów? Będziesz teraz zamiatał przed sobą chodniki, żeby przypadkiem nie nadepnąć żyjątek? Ja nie.

Elfia logika. Elfi chędożony brak logiki. Chociaż nie, tak naprawdę major rozumiał, lata chwalebnej służby dla Temerii obligowały go, by umiał co najmniej pozorować zrozumienie.

— Mój honor jest coś wart... Nie życie, tak? Czy nadal podpadam pod zagrożony gatunek? Chociaż zabrali mi odznakę?

— Tytuły Dh'oinne...

— ...nic dla ciebie nie znaczą. Taa. Wiem. Co dla ciebie znaczy? Poza ideą i sprawą?

Watażka otworzył książkę ponownie, obrzucił Roche nieuważnym spojrzeniem. Zadałem głupie pytanie, zgadł Vernon.

— Moja wola — potem zaraz pułkownik, jakby zdawszy sobie sprawę z niebezpieczeństwa w tych słowach, dorzucił: — Którą wybrałem sprawę.

'

'

Ojciec Kristof okazał się jednak człowiekiem o pewnym podstawowym instynkcie samozachowawczym. Usłyszawszy wieść o amnestii i czasie koniecznego odosobnienia u Lydii – to było jedyne miejsce, co do którego Roche był pewien, że przyjmie każdego aferzystę – nie awanturował się, nie przysięgał zemsty, nie groził wydaniem tajemnic dworu Redańczykom. Od razu podkulił ogon, obiecał grzeczne zachowanie oraz wieczyste dochowanie sekretów. Lydia kilka dni później odpisała, że chętnie kolejnego bajzlu Vernona dopilnuje.