Jesień, zima i okolice powinny się na tym rozdziale kończyć, ale się rozrósł był (bez żadnego mojego udziału, naprawdę). Poza tym, trzydzieści jeden to znacznie lepsza liczba. Ale następny rozdział będzie w zimie naprawdę ostatni, potem już głęboko w przedwiośnie, przednówki i wiosnę-lato. Zaskakująco mało mam z tamtego napisane, zaskakująco mało, jak pomyśleć, ile dziesiątek tysięcy słów miałam zapasu. On tak jakoś topnieje... A poza tym, to koniec wakacji jednak, więc czasu mniej będzie. Rzadziej rozdziały wrzucać będziemy, co akurat wszystkich powinno ucieszyć. Mniej spamu w końcu w skrzynce.
A tematem przewodnim dzisiejszego odcinka są święta i uczty. W pewnym sensie. I moje porno emocjonalne, więc fabuły niewiele, więc ci, których takie tam detaliczne opisy emocji i drgnięcia powiek męczą, niech lepiej rozdział pominą.
Zdarza się, że syreny tracą głos. Owszem. Fakt ów ma z pewnością swoje biologiczne lub kulturowe podłoże; podłoże, o którym nic nam nie wiadomo, bo dotąd nie powstało żadne naukowe opracowanie któregokolwiek z tych tematów. Jedyne, co mamy, to ludzkie klechy i podania. Jak to klechy i podania wyrażają one głównie dominującą mentalność epoki. Czyli, mówiąc wprost, są skrajnie szowinistycznym, antropocentrycznym przekazem (pomijamy w tej analizie ich niewątpliwie wielką wartość literacko-historyczną). Czy naprawdę syrena nie może stracić głosu z przyczyn innych niż jej miłość do człowieka? W której przeszkadza jej oczywiście nie ludzki rasizm, a uprzedzenia jej wodnych współbraci?
Fiona Caetrith, Podwójne piętno. O wizerunku nieludzkich kobiet w kulturze
'
'
Kolacja się dłużyła. Jak to przy ceremoniach – republiczka neutralna, z każdej strony stołu siedzą posłowie wrogich nacji, skakać sobie do oczu nie wolno, tajnych rozmów przy wszystkich prowadzić się nie da. Wymieniano więc jedynie plotki, rozprawiono o urokach kobiet i najnowszej modzie. Straszne, straszne nudy, dumał Roche.
Do momentu, w którym poseł Kaedwen, graf Himmi Lagianti, nie poprosił o zmielony pieprz. Pieprz mu podano, ale Feniror, dotąd rozmawiający przyciszonym głosem z Iorwethem, oznajmił lodowato, pozwoliwszy sobie na skrzywienie koniuszka wargi w niechęci:
— Czy skoro już muszę jeść razem ze zwierzętami i słuchać ich prymitywnych pomruków, to nie mogłyby one chociaż poprawnie korzystać z tego swojego plugawego języka?
— Squaess'me ea, beágh, t'aen dice mwyne llysannat'vis — mruknął łagodnie Iorweth; forma była tak grzeczna czy staroświecka, że Vernon przez dobre parę sekund próbował ją rozebrać, by dojść do sensu.
Który był zresztą prosty, elf prosił – i przepraszał, że śmie – by medyk się wyrażał delikatniej. Przez wzgląd na maniery.
— Vaineth ess llys'nn'en aep nhedd dice'n a'pest e'n a'creaduren — prychnął Feniror.
Tym razem dojście do sensu parę sekund zajęło, sądząc z ciszy, Iorwethowi. Jakże... przyjemne. Pomijając może to, że akurat sens słów „pest" i „creaduren" był wszystkim doskonale znany.
— O me mwyne cort'vis e'n me minnet'vis te'p modron — dodał lekarz cieplej i bardziej zrozumiale (na tyle, by Roche wyłapał, choć końcówki nadal go zadziwiały, że o dobre serce oraz słabość medyka do matki Iorwetha chodziło) — voillea, mire! Czy dyplomaci królestw Północy mogliby używać chociaż poprawnego, skoro już nie wyszukanego, języka? Przynajmniej, kiedy obcują z kimkolwiek spoza swojego kręgu?
„Swojego kręgu" wypowiedziano tonem pełnym pogardy, same zdania były już jednak niewątpliwie mniej kontrowersyjne. Chociaż Himmi nadal wyglądał na solidnie urażonego.
— A co ja niby takiego powiedziałem? — warknął.
Odpowiedziała mu cisza. W tej ciszy, z narastającym uśmiechem Fenirora w tle, Vernona wypełniło nagle miłe poczucie wiedzy. Wiedzy, dumy, ach, zdecydowanie satysfakcji. Ten czas, który musiał spędzić na studiowaniu zakurzonych, w połowie już przestarzałych tomiszczów – zaraz po przybyciu na dwór, kiedy brutalnie mu uświadomiono, że niezłe maniery z biednych dzielnic nie są wystarczające – się mu wreszcie na coś przyda. Na co się mu wreszcie przydadzą te wszystkie upokorzenia i zarwane noce.
A że Lagianti był posłem Kaedwen, cóż, tym milej.
— Zmielony — oznajmił więc głosem pełnym starannie modulowanej, arystokratycznej urazy — to regionalizm. Nie z Kaedwen, wasza miłość. — Nie pamiętał, skąd, chociaż konkretną stronę konkretnego tomiszcza widział teraz wyraźnie, jakby ją miał przed sobą.
— To jak się niby mówić powinno? — prychnął Himmi.
Ach, są godziny tryumfu na tym świecie, dumał sobie agent, stwierdzając dostojnie, ze szlacheckim, głębokim, ciemnym „ł":
— Mełty. Mełty, zmełty, zmełta, mełta, zmełłszy... To chyba oczywiste? Jak inaczej się miałoby odmieniać?
Lagiantiemu dosłownie opadła szczęka.
— Że „mielić"? Normalnie, mielić, mielę, mielisz, mieli, mielimy, mielicie, mielą..
— Doprawdy — jęknął markiz La Fayatte, nim otwierający już usta Feniror zdążył wyrzec choćby słowo — grafie, wasza miłość! Toż to właśnie ów regionalizm z dolnego Aedirn! „Mleć", „mleć", to jedyna poprawna forma tego czasownika. Tak samo, jak „pleć" i „słać". Mielę, mielesz, miele, mielemy, mielecie, mielą, mełłem, mełłeś, mełł, mełła, mełło, mełliśmy, mełliście, mełli, mełły, będę mełł, będę mleć, będziemy mełli...
Trzeba przyznać, ze markiz umiał rzecz powiedzieć z tak miażdżącą pogardą tudzież wyniosłością, jakby unieważniał rozbiory Temerii, bo przecież jakiś byle chłystek, co nawet „mleć" odmienić nie potrafi, nie będzie mu kraju zajmował. Roche, swego czasu, gdy natrafił na odmianę w książce, się sarkastycznie zastanawiał, czy to przypadkiem nie pod ćwiczenia z arystokratycznego, ciemnego „ł", bo ono prawie samo wskakiwało na język przy takiej recytacji – a juści, markiz mówił, jakby całe życie nic nie robił, tylko koniugował archaiczne czasowniki z odpowiednio nonszalanckim prawdziwym „ł".
— Dawniej — podrzucił agent, się napawając — rzeczownikiem było „mlenie", ale potem skapitulowano przed, cóż, przed nieuświadomionymi masami i zostawiono „mielenie".
— Nie radziłbym ci — syknął graf — na przyszłość tego... zmełłszy używać, to straszliwie pretensjonalnie brzmi w ustach syna niewiasty wiadomej proweniencji...
Och, to by było na tyle zabawy, pomyślał Roche, już nawet bez gniewu, ostatnie miesiące go nauczyły kontroli. Za to La Fayatte miał moment bycia porządnym człowiekiem, bo odstawiwszy delikatnie kielich z winem, zapytał lodowatym głosem:
— Macie jakieś zastrzeżenia do mojej matki, waszmość?
Ród matki markiza pochodził z czasów tak zamierzchłych, że dla wygody przodków dziesiątkami wymieniano. Szlachcic mógł przedstawić drzewo genealogiczne aż do czasu Lądowania. Do tego z ostrzem sobie radził nie gorzej niż z dyplomacją. Himmi zbladł więc nieco i jął przepraszać.
— Wiecie co, panowie — krzyknął naraz uradowany Jaskier, brutalnie wchodząc w dyskusję dotyczącą sekundantów — problem się mi poetycki rozwiązał! „Tak okręt, w drzazgi zmełty, wciągnął potwór w odmęty" – wspaniale!
Feniror szepnął coś z pogardą. W tak pięknej wersji starszej mowy, że nikt, łącznie z – tak po wyrazie twarzy sądząc – elfami, nie miał bladego pojęcia, o co chodzi.
'
'
Rocznica wybuchu powstania Aelirenn. Święto, znaczy. Święto Wiewiórek, czyli Vernon powinien uważać, ale ostatnie tygodnie były tak... miłe i swojskie, że jakoś mu ten drobiazg wyleciał z głowy. Roche przydreptał więc do głównej sali dworu, zajadał się tradycyjną elfią zieleninką ze zdecydowanie zbyt małą mięsną wkładką. Pił nie mniej niż krasnoludowie. Złapał się na tym, że nuci partyzanckie piosenki. Prawie wznosi toasty. A „prawie" przeszło w dokonanie, gdy mu to wszystko Finari złośliwym, wielkopańskim tonem wypomniał.
— Pewnie, piję za Aelirenn. Podziwiam ją, libację urządzam i w ogóle — prychnął major; pił, bo to jednak wojna i wojowniczka, nie terrorystka, rezająca ludność, była, jednak że podporucznik go zeźlił, to wyjaśnienie na głos było nieco inne. — Przecież dzięki niej zginęło znacznie więcej elfów niż przeze mnie, jak miałbym nie podziwiać! Jak najlepszy agent wpływu działała! Statystykę w wyrzynaniu rasy Elirena ma lepszą niż którykolwiek z dowódców Północy...
Nastrój momentalnie siadł. Jaskier się strategicznie wycofał pod ścianę, razem z nim służący oraz reszta tych, co się mniemali cywilami. Wiewiórki, w sekundę otrzeźwiałe z radości, za to pijane gniewem oraz żądzą mordu, chwyciły za puchary, noże, sztylety, talerze, wszystko, co mogło służyć do zadania śmierci – a w fantazyjnym, improwizowanym zadawaniu śmierci to nieludzcy partyzanci mieli akurat wprawę.
Sytuację, ku głębokiemu zdziwieniu Roche'a, uratował Yarpen, było nie było, członek Rady, wskoczywszy przed niego, na środek mniej więcej komnaty. Z wrzaskiem wskoczywszy.
— Won z tymi nożami, chędożone paniątka! Chuj, bo chuj, ale tym razem samą prawdę powiedział, a jak was od prawdy dupa boli, to leźta do medyków po maście, a nie do bitki się rwać od razu! Bitka na kij w rzyci nie pomaga! Na kij w rzyci pomaga rozluźnienie i dystans do swojej chędożonej osoby! Poważne istoty mi się znalazły niby! Dorosłych się udaje, w wojnę bawi, republiki zakłada, a uraża za prawdę, jak gówniarze! Smarkateria — zakończył ze splunięciem.
Ostentacyjnie nietrafiającym w spluwaczkę. Elfów może nie przekonał, ale przynajmniej nieco otrzeźwił, a za otrzeźwieniem przyszło wahanie. W które wpłynął zmanierowany, obojętny głos hetmana:
— Idee, którym służymy, są potężniejsze od nas. Że Aelirenn może była zwiedziona, że może Dh'oinne wykorzystały nasz słuszny gniew, nasz ból i naszą wolę walki, że użyli największych i najświętszych, najpiękniejszych cnót dla usprawiedliwienia mordu, dla zysku, zabawy i zagłady – to ich hańba. I tylko ich. Nie tych przecież, w których sercach mieszkały owe wartości. To stara sztuczka katów, przerzucać winę na ofiary. Stara sztuczka oszustów, przerzucać winę na tych o czystych sercach, sztuczka nieprawnych, nazywać dobro głupotą. To tylko sposób, w jaki zamieniają nas w podłych niewolników, odbierają wolę walki i wyczucie sprawiedliwości. Mówią, że Aelirenn i szańce zabiły prawie naszą rasę – a kto wie, czy gdyby nie one nasza rasa nie byłaby już martwa? Wiedzący i cywile schronili się za jej powstańcami, jej powstanie wstrzymało armię, która inaczej ruszyłaby na Góry Sine. Chyba, że ktoś myśli, że by nas zostawili, jakbyśmy poskamleli i pokazali brzuszek, i błagali o litość — drwina zabarwiła mu głos, ostra, piekąca, nienawistna.
Sala wybuchnęła śmiechem. Pijanym, ale gorzkim. Roche czekał na pytanie, czy on by okazał, na prowokację – ale nie padło.
— Tylko siła tworzy wartość — syczał Iorweth, nalewając sobie wina, pozornie obojętny. — Tylko walka i opór. Zgoda i słabość rozsierdzają oprawców. Dzisiaj wypominają nam, gdy już nas zamkną w więzieniach, gdy już przypalą nam boki i stopy, gdy już wyłamią nam stawy, że ona i my wiedliśmy rasę na śmierć, że byliśmy zwiedzeni przez ich agenturę, biedne dzieci — ładnie intonował, idealnie naśladując akcent Nicolausa Trifta, Vernon rozpoznawał — że to dowód, że się nie nadajemy do życia, do własnych państw i własnych praw, że się mamy uczyć na kolanach i dziękować, że nas nie zabiją. Ale gdyby powstania nie było, mówiliby, że nawet nie mieliśmy dość godności i zapału, by o wolność walczyć, że sami ją oddaliśmy, więc czego teraz chcemy?
Machnął wystudiowanie ręką z czarką. I rzucił na podłogę, rozprysła się z dźwięcznym trzaskiem. Podniósł głos.
— Może i tam była agentura! I szczur wiadomość od bogów przekazać może, powiadają. Idee były słuszne. Sprawa była słuszna. Ci, co szli i ginęli, ginęli za nie szczerze i z prawdziwą wiarą, rozpoznawszy ową słuszność. Czy jakiś szpieg lub prowokator jeszcze do tego rękę przyłożył, nie ma znaczenia. I tak by w końcu wybuchło, bo prawda i słuszność, i wolność były po stronie Aelirenn, niezależnie od agentur czy politycznych podstępów Dh'oinne, które może i tam się kryły; podłość każdy plon zatruje na tym świecie. Sprawa była słuszna, choćby jej akolici fałszywi. Nie mielibyśmy żadnej nadziei, żadnego celu ani żadnej drogi, gdyby nie ona. A tak mamy Rzeczpospolitą. I Dol Blathannę — dodał z namysłem.
Oraz wykrzywieniem warg, nieledwie splunięciem. Wiewiórki się uspokoiły, może nawet powzruszały. Wszyscy w końcu dobrze już w czubie mieli. Major też, wobec czego, plwając z kolei na niebezpieczeństwa, zaklaskał. W odpowiednim rytmie. Bardzo ładnie mu naśladowanie wyszło.
Watażka zignorował, a i reszta elfów mniej chętna do bitki była. Spacyfikowana. Proszę, proszę, jedna dydaktyczna przemowa, już jak trusie siedzą. Dzieci w szkółce wiejskiej, po prostu (nie, żeby wiele szkółek wiejskich Roche odwiedził jako uczeń, zgoła żadnej, Czyżyk jednak miał takowej dwie klasy i często opowiadał).
— W końcu — dodał pułkownik, naraz trzeźwiejszy — nie czcimy Aelirenn jako wybitnego stratega.
'
'
— To nie jest takie proste — zauważył następnego dnia Roche, wyleczywszy się tak z alkoholu, jak kaca. — Nie jest tak prosto oddzielić idee od osób. A propos wczoraj. Sam wiesz, słabość dowódców nie służy sprawie. Podejrzenia nie służą sprawie. Robiliśmy to wiele razy.
Stał w salonie hetmana. Po lewej nawet, bokiem, tak, by tamten mógł go widzieć w lustrach.
— Robiłeś — poprawił uprzejmie pułkownik. — Ja nie miałem z tym nic wspólnego. Nie próbuj mnie włączyć w swoje zbrodnie.
— Dosyć ci własnych?
— Dosyć — potaknął obojętnie Iorweth. — I pewnie, wątpliwości nie służą sprawie. Ujawnienia agentów wśród dowództwa odbiera ducha. Ale to odruch, nie logika. Można go przezwyciężyć. Racjonalnie patrząc… jeśli idea jest słuszna, to cóż, że użyje jej kłamca? Nie wina idei przecież. Marność zawsze się podłącza pod wielkość.
Idealista, pomyślał rozbawiony Vernon, tacy zawsze wszystko widzą prosto. Jasno. Wiara zamiast chleba, wiara zamiast serca. Zasad też żadnych nie mieli, święte przekonanie im wystarczyło, podpowiadało, kogo teraz można zamordować.
Agent kłócił się teraz bardziej z przekory niż potrzeby, w sumie się przecież zgadzał. Pod sztandarami Temerii też masę podłości i prywaty robiono, a czy miłość do ojczyzny była przez to fałszywa? Czy sam Roche kochał kraj mniej z tego powodu?
— Nikt nie umie tak prosto rozdzielić rzeczy. Umysł to jedno, emocje to drugie.
— Może nikt z Dh'oinne…
— Zdrada jest bardzo osobistą rzeczą. Najbardziej ze wszystkich. Nikt tego nie przeżywa na chłodno, niezależnie od rasy. Franceska miała wszelkie polityczne powody, by was wystawić. A nadal jej nie wybaczyłeś, rzekłbym.
Elf drgnął, skrzywił się.
— To co innego? — podrzucił sarkastycznie mężczyzna.
— To to samo. Nie zwątpiłem w ideę przez jej zdradę. Walczyliśmy dalej. Będę walczyć, póki starczy życia. Żadna zdrada nie pokona….
— …Scoia'tael. Ale będzie bardzo bolała. Zniosłeś tortury, ale nie powiesz przecież, nie miały one na ciebie wpływu? Że nie wolałbyś ich uniknąć? Że nie osłabiają?
— Masz tupet, żeby mi mówić o torturach — zauważył watażka, nadal neutralnie.
Prawda. Niemniej, dzień był ładny, pobyt w Vergen ostatnio zgoła przyjemny, Wiewiórki traktowały Roche niemal jak równego. Odwykł od początkowej ostrożności. Poza tym przecież niedługo wyjedzie, zima w tym roku była sroga i długa, ale jednak nie mogła trwać wiecznie.
— Gdybym sądził, że nie zniesiesz jednej wzmianki, milczałbym. Ale wiem, że zniesiesz — mruknął.
— Pochlebca.
Sardoniczny, ale trochę ciepły śmiech. Vernon już rozpoznawał.
— Zniosę wiele. I nawykłem do zdrad. Wiesz, ile razy odkryłem informatorów w komandach? Ile razy mieszkańcy zdradzali? Zżyłem się ze zdradą. Nie ma o czym mówić — prychnął Iorweth. — Chyba, że masz jakieś szokujące nazwiska? Wielu już próbowano. W Draenborgu mówili nawet o Ciaranie. Każde imię, które znali, które mogli ze mną powiązać…
— A zwątpiłeś? W Ciarana, znaczy — w pytaniu agenta była prawdziwa ciekawość.
— Nie. Więc? Masz coś? Może sam chciałbym kogoś sprawdzić. Czemu nie, właściwie, taką okazję mam... Komanda, przyjaciół, towarzyszy, dowódców, tego pierwszego, który mnie wciągnął, może rodziców — prychnął z gorzką, gryzącą ironią. — Kogoś na pewno nie wykryłem. Chcesz sprawdzić, jak bardzo mnie to zaboli? Teorię sobie potwierdzić?
Roche przewrócił oczyma.
— Wolę zachować tę wiedzę na moment po wojnie, kiedy cię będę przesłuchiwał. Lepszy efekt będzie. — Prawie całkiem żart. — I nawet nie znam imienia twojego dowódcy. A poza tym, skoro zamierzasz histeryzować, to idę.
Kiedy już szedł w stronę drzwi, dobiegło go:
— Litheac'h Faenber aep Venith. Mój pierwszy dowódca.
Potem, gdy wracał myślami do tego momentu, wyciągał z niego głównie wniosek, że jednak nie ma większej prawdy niż ta o karze czekającej za każdy dobry uczynek. Bo gdyby stał, jak zwykle, po prawej i unikał luster, to po prostu odpowiedziałby po kilku sekundach tonem wskazującym na namysł „w życiu o skurwysynie nie słyszałem, to przed moją służbą musiało być".
Ale stał po lewej idealnie na wprost tafli. Nie spodziewał się nazwiska – i widział dokładnie wyraz zaskoczonego rozpoznania, jakby przestrachu na swojej twarzy, który by każdemu powiedział – mówił właśnie, sądząc z odbicia w tym przeklętym lustrze, watażce – bardzo, bardzo wyraźnie, że kojarzy imię i to owszem, jako współpracownika wywiadu temerskiego. Czytywał nawet jego raporty. Dobre, dokładne, ale bez lania wody, z rozbudowanym rysem psychologicznym, bardzo wnikliwe. Często trafne, gdy chodziło o ocenę sposobu postępowania i możliwych przyszłych ruchów danego terrorysty. Te o Iorwecie pomogły agentowi kilka razy… Sądził wszakże, że ich autor jest raczej analitykiem niż prowokatorem.
Teraz, obracając się gwałtownie, z kompletną pustką w głowie – bo co właściwie miał powiedzieć, zrobić, cholera, jak miał pomóc, przecież ten, kto był pierwszym dowódcą zwykle też wciągał w konspirację, a zaufanie w konspiracji – charyzma jednostki – zaufanie, chędożone zaufanie wszystkim jest.
Chciał coś powiedzieć, choćby chamski żart, choćby rzucić parę wulgaryzmów. Albo „przepraszam", albo zapewnić, że to nie tak, że się przesłyszał... Tylko w końcu, dopadając watażkę, widząc jego obojętne, puste, tak bardzo spokojne spojrzenie, rozumiejąc, co ono oznacza, poczuł, że to wszystko byłoby na próżno i słowa uwięzły mu w gardle.
— Wyjdź. Idź precz — stwierdził matowo pułkownik.
Brzmiał rzeczowo. Wcale nie taki dobry objaw.
— Iorweth, posłuchaj, nie…
— Muszę przemyśleć parę rzeczy. Ale nic mi nie jest, to tylko… tylko potwierdza to, co mówiłem. Zdrada akolity nie obala sprawy. Cuach kłamał i mnie użył, nie idee, nie wolność i równość w końcu. Najlepszy dowód, że mamy Vergen. To oczywiście nieprzyjemne odkrycie i zabraniam ci informowania kogokolwiek, czy to Scoia'tael, czy to ludzi, czy Saskii, czy – kogokolwiek – ale nie takie, które by coś… coś zmieniało. Przetrawię je i będzie dobrze. Idź. To rozkaz.
Za spokojna była ta przemowa, zbyt logiczna, lecz Vernon był stworzeniem wojska. Rozkazu usłuchał całkiem instynktownie, zresztą, co innego mógłby zrobić? Nie znajdował słów. Przecież to jakby jego Talar czy Foltest zdradzili.
Wzdrygnął się na samą myśl, przemierzając wąski korytarz kasztelu. Od schodów do ściany i z powrotem, mijając drzwi do pokojów elfa, bo nie śmiał jednak całkiem odejść. Kto wie, na co tamten w histerii swojej gotów? Jeszcze sobie krzywdę zrobi, agent spróbował myśleć ironicznie – i wywiało mu wszelką ironię z głowy, gdy zdał sobie sprawę, że wielu ludzi, nie tylko tych mimozek starszej krwi, by zrobiło. W porywie emocji, wściekłości, żalu. Zdrady.
Zza drzwi nie dobiegał żaden dźwięk, to nie dziwne jednak. Grube były, z litego dębu. Co za kretyn daje takie niestabilnemu weteranowi?
Mimo wszystko, spokój był nie najgorszym znakiem. Major, klnąc pod nosem, by nie czuć winy, poszedł poszukać Deitha. Znalazł go przed wolierą, tęsknie wsłuchanego w świergot ptaków.
— No chodź, twój skurwysyn-pan cię potrzebuje — mruknął, chwytając zwierzę za pysk.
Bez potrzeby. Podążyło za nim tym swoim drobnym kłusem, machające ogonem, szczęśliwe, że nie jest dłużej zostawione samopas, że sfora się pojawiła. Mężczyzna machinalnie gładził go po grzbiecie, miał go akurat pod ręką, nawet się schylać nie musiał. Pożytek z wielkich psów.
Pies był wszakże wielki i chudy, wobec czego nie nadawał się do wyważania drzwi. A te, mimo naglącego pukania Roche'a, pozostawały zamknięte. Nie zamieniaj się w elfa, nie histeryzuj, powtarzał sobie, gdy niedobre przeczucie ścisnęło mu gardło, on cię po prostu widzieć nie chce, nie dziwota zresztą, w ogóle co to cię obchodzi…
Chart, złapawszy od niego zaniepokojenie, zaczął kręcić się po korytarzu, spróbował podbiec w kierunku schodów, poszukać pomocy. Która to pomoc mogła przybyć sama, choćby w postaci służących, to byłoby zaś klęską, bo Vernon nie miałby żadnego wytłumaczenia dla zachowania pułkownika. Innego niż prawda. Prawda kosztowałaby go prawdopodobnie prawo przebywania w Vergen, jeśli nie życie.
Zwierzak zaskamlał. Sytuacja robiła się patowa.
— Wyważę te drzwi — zagroził agent.
Cisza. Nie za bardzo miał jak groźbę spełnić, swoją drogą, więc może bać się nie powinien, może tamten po prostu też przenalizował. I w ogóle czego się bać, jedna Wiewiórka mniej, zwiać z miasta zdąży.
Sama myśl wywołała skręt żołądka. Silny. Bujać to my, ale nie nas, oznajmiała właśnie majorowi fizjologia. Nie o wściekłość Saskii czy markiza ci chodzi. Nawet nie o własną skórę. Nie głównie. Chodzi ci o to, że stworzenie, o którym wiesz, że lubi nalewki na egzotycznych, słodkich jak cholera owocach, że się zawsze myli w jednym miejscu w słowach nowej Pierwszej brygady i gdy gra na flecie Świtem szarym, ciemnym lasem, że cięgiem może pół nocy rżnąć w karty, że zje wszystko, ale zupę z żuru to akurat z niechęcią, choćby w nią wkroić słoninę, że w ogóle słodkie woli, że stworzenie, z którym się śmiałeś, piłeś, śpiewałeś i tłukłeś – że ono tam siedzi i krzywda się mu dzieje, możliwe, że poważna, a tu przeklęte, dębowe drzwi.
Zaraza. Pierdolona zaraza by to wzięła, klął Roche, majstrując przy zamku igłą, którą zwykle podtrzymywał pas, przerobioną wieki temu na poręczny wytrych – stare nawyki nie umierają i proszę, bardzo, bardzo dobrze – co jakiś czas wołając cicho na Deitha, by nie uciekał i czy te krasnoludzkie zamki musiały być tak pierdolenie skomplikowane, kto to widział, by kombinować ze zwykłymi zapadkami, a jakby doszło do nieszczęścia, jak ma sobie poradzić ślusarz, pierdoleni nieludzie, jak nie histerycy i mordercy, to majsterkowicze, a niech się wszyscy…
Zamek zgrzytnął i puścił. Klamka ustąpiła. Chart wbiegł z cichym piskiem pierwszy, wykorzystując zdumienie Roche'a niespodziewanym sukcesem. Vernon wskoczył sekundy później, prawie wykładając się na psie, który zawrócił ku niemu, już nie piszcząc, a skamląc, co z kolei dobitnie świadczyło, że z Iorwethem musi być źle.
Było. Zwierzak podprowadził agenta tuż obok, a elf nie raczył nawet, drań, drgnąć, obrzucił ich jedynie pustym spojrzeniem, po czym wrócił do patrzenia w jakiś odległy punkt. Dłonie miał zaciśnięte na rozłożonej książce. Mógł myśleć, jasne, mógł być rozmarzony i romantycznie zadumany, mógł być wściekły i po prostu ignorować najście. Tylko mężczyzna coś obstawiał inną wersję.
Pierdolona dysocjacja. Elfy się dysocjowały trochę częściej, łatwiej niż ludzie, przynajmniej tak wynikało z praktyki dowódcy Pasów. Pewnie dlatego, że nie płakały, że grały w to swoje chędożone ukrywanie emocji. A skoro nie pozwalasz sobie płakać z bólu, to pozostaje tylko jedno wyjście. W trakcie przesłuchań trzeba było na to uważać, wstrzymywać albo wywoływać, zależnie od potrzeby.
Teraz, cholera jasna, Roche nie miał dokopać, zmanipulować ani wyszarpać informacji z kawałkami bebechów. Nawet chyba nie chciał, bo to, że hetmanowi, kiedy przeszukiwał sypialnię, by znaleźć delię, kiedy potem go nią okrywał, pomału, cały czas mówiąc niskim, monotonnym tonem jakieś uspokajające bzdury – mogę? zabrać coś, będzie ci lepiej, jak zabiorę, przynieść ci coś? doprawdy, jakby liczył na odpowiedź – kiedy przy nim klęknął, bardzo powoli, kiedy położył palce na stronach książki, ostrożnie, bo bał się nawet próbować wyjąć przedmiot pułkownikowi z dłoni, to że tamten wówczas nadal na zareagował, nie podniósł choćby ręki, by poprawić kołnierz, to jednak po prostu szarpało wnętrzności. Zupełnie tak samo, jak lęk Ves czy załamania chłopaków, czy śmierci w oddziale. Popełniłeś błąd, powtarzał głos w głowie, tak samo uprzejmy i ciepły, jak ten, którym Vernon przesłuchiwał, sam jesteś błędem, błędem matki, ciągiem pomyłek, pomyłką króla, który widział w tobie coś więcej, a go zawiodłeś, błędy i pomyłki i patrz, jak przez nie cierpi kolejna istota, zaczęło się od matki, potem króla, Pasów i Ves, i patrz, patrz, nawet jego krzywdzisz, kiedy tylko spuścił gardę, ściągasz zły los.
Głos był stały, powtarzał to samo niemal zawsze, więc Roche ignorował bez większego trudu. Tylko obiecywał sobie, patrząc, jak spanikowany Deith liże Iorwetha po twarzy, trąca nosem w ramię, kładzie łeb na kolanach, przy książce, i po prostu piszczy, wpatrzony z kolei w majora, jakby on mógł coś pomóc, obiecywał, że jeśli tamten prowokator jeszcze żyje, to go dopadnie i obedrze ze skóry. Nie na raz, nie, stopniowo. Od stop zaczynając, potem przechodząc do skalpu. Jak najdłużej nie uszkodzić organów wewnętrznych. Przypali się rany, żeby za szybko tamten skurwiel nie zdechł. Będzie się go torturować, aż będzie płakał i błagał, i skamlał zupełnie jak teraz chart, i się nie przerwie wówczas.
Jego elf miał ranną dłoń, zauważył, gdy pomału włożył palce pod książkę. Płytko, ocenił, badając ranę – owszem, głupie, owszem, nie należy dotykać nikogo z wojskową przeszłością, gdy się nie jest pewnym, że tamten przebywa tu i teraz, Vernon pamiętał, ale chędożył – widząc, jak w spojrzeniu watażki coś migoce i zaraz gaśnie. Raczej przypadkowe obrażenie. Mogło wywołać gwałtowną ucieczkę w głąb siebie, owszem, jeśli przypomniało coś dawnego, a przypomnieć mogło, bo krew, bo Drakenborg, bo wojna, bo przesłuchania.
Mężczyzna obrzucił pokój uważniejszym spojrzeniem. Pod ścianą leżał, stłuczony, jakiś drobiazg, kotek czy jednorożec, sądząc z amatorskiego poziomu wykonania, pewnie efekt warsztatów kogoś z komanda. Może i samego hetmana, w końcu chadzał na te warsztaty, prelekcje i ćwiczenia, w końcu demonstrował, że mu zależy na normalnym życiu.
— Strąciłeś? I cię żal chwycił? — spytał cicho. — Jak ja nie znoszę sentymentów… Musimy opatrzyć, książkę inaczej pobrudzisz. Mogę? Nie będzie gorzej?
Nie, żeby się doczekał odpowiedzi. Ale powtórzył pytanie dziesiątki razy, idąc po szmaty, szukając jakiegoś zapachu, lodu albo ognia, albo czegokolwiek. Od biedy był gotów strącić rekamierkę i krzesło, co byłoby, znowu, zdecydowanym proszeniem o atak paniki czy cofkę, pogorszenie sprawy. Tylko mimo wszystko, przemawiał egoizm Roche'a, miałby wtedy kontakt. O ile Iorweth nie zaatakowalby, ale wtedy pies powinien mu przypomnieć… W ogóle pies powinien już zacząć działać, chędożony elf, gdzie go zagnało? I chędożony pokój, czemu tu nic nie pachnie, nie ma jakiejś wody czy perfum?
Znalazł je w sypialni. Rzadko używanej, widać było. Pachniały, dzięki losom, wiatrem i morzem, trochę słono. Z całą pewnością nie wojennie. W salonie znalazł za to orzechy, trochę suszonych owoców. Mało wyraziste smaki, ale może się nadadzą.
Pies jęknął, książka upadła z głuchym łupnięciem. Agent się obrócił, mląc przekleństwa.
Elf siedział, mrugał gwałtownie. Wzrok, błędny, mętny – chwyta ostrość, pomyślał Roche – miał utkwiony w podłodze, w charcie i w leżącym tomiszczu. Na twarzy gościło głównie zdumienie, pomieszane z niepewnością, zaczątkami lęku. Dezorientacja, przypomniał sobie słowo Vernon. Zjawisko znał, nie potrzebował przypomnienia. Próba ustalenia, kim się jest, gdzie się właściwie jest, co to za przedmioty nas otaczają i skąd się tu wzięły. Zwyczajna wojenna rzecz (Trzynastka kiedyś podsumował „czułem ciężar na nogach, myślę, ki czort, spojrzałem i patrzyłem na swoją rękę i nie wiedziałem, że to ręka, a że moja to w ogóle i dopiero po paru sekundach do mnie doszło: ręka, potem: moja, potem, że skoro moja, to powinienem czuć, a skoro nie czuję, to może jestem w środku bitwy i mi ją oderwało, zacząłem szukać, ale nie było śladu rany, ubranie miałem całe i zaczęło do mnie dochodzić, że skoro ubranie mam całe, noc jest, słyszę, jak Ves śpiewa, czuję, jak onuce Fenna cuchną, to żadnej bitwy nie ma i nic mi nie urwało"). Albo i nie wojenna, bo co prawda majora w trakcie wojskowej kariery tego typu przygody szczęśliwe omijały, jednak wcześniej, w dzielnicy, owszem, się zdarzało przeżyć – nie na polu bitwy się musiał pilnować, uważać na znaki, lecz w alkowach.
— Wszystko w porządku. Książka ci z rąk wypadła — szepnął łagodnie, podchodząc do watażki. — W twoim saloniku. W Vergen. Stolicy Rzeczpospolitej. Ja tu na twojej łasce jestem, pamiętasz? Nie mogę cię palcem dotknąć. Widzisz? Tutaj — szukał słów, coraz szybciej, bo spojrzenie pułkownika, teraz utkwione w nim, dalej było pełne zagubionego niepokoju — tutaj masz psa, jest twój, całkiem twój, i drogi, i ma taką sierść, jak kobierce z Zerrikanii, dotknij, w ogóle masz futro, na sobie, to twoje, z soboli, różne drogie rzeczy, sam zobacz, cele tak nie wyglądają przecież, przyniosłem ci bakalii — zakończył nieco rozpaczliwie, kładąc przekąski na stół. — Proszę.
Hetman odetchnął kilka razy, spojrzał przytomniej, ale nie do końca. Chwycił jedzenie, raczej odruchowo, bo zjadł szybko, żarłocznie, podejrzliwego, przestraszonego wzroku nie spuszczając z mężczyzny. Roche sięgnął po jego rękę, mając nadzieję, że nie wywołała paniki, że smak tamtego nieco otrzeźwił, zakotwiczył, i mrucząc coś cicho, ułożył na charcie. Deith rzucił się znów pocieszać pana, po zwierzęcemu, lizaniem, nosem, trąceniem łapami.
— Iorweth — spróbował po raz kolejny — skurwysynu, mam cię przeprosić? Po moim trupie. Albo i nie, przepraszam — dodał w porywie uczucia, którego bardzo starannie nie nazywał „zmartwieniem". — No, bądź raz mniejszym skurwysynem niż zwykle, elfie.
— To było bardzo zabawne, ale nie mogłem się śmiać — odparł tamten, matowo, obojętnie, jednak niewątpliwie: tu i teraz będąc, bo klepał już psa po głowie, nie mechanicznie, zmiennym rytmem. — To, jak ganiałeś po pokojach i się motałeś z futrem, i próbowałeś znaleźć te orzechy, i wołałeś na Deitha, nawet raz czy dwa „Roche" go nazwałeś, żeby się bardziej słuchał… Ście się obaj miotali, takie to zabawne było, dwa miotające się Roche. Prawie, jakbyś się troszczył. A przekąski są w szafce w sekretarzyku, czasem coś lubię zjeść przy pracy, lepiej się myśli… Nie mów Saskii — dorzucił, naraz zupełnie trzeźwy. — Ani nikomu. Nie mów im.
— Nie zamierzałem — odparł Vernon, bardzo szczerze, bo pewnie, nie chciał się narażać na kary; położył dłoń na ramieniu watażki, opiekuńczo, po trosze oczekując strącenia albo nagany.
Ale pułkownik pokiwał tylko głową, chyba uspokojony.
— Prawie, jakbyś się troszczył o mnie — powtórzył z zadumą. — To też była śmieszna myśl.
Nic ci do tego, o co się troszczę, pomyślał major, na fali niesionej ulgą irytacji.
— Myślałem o… o początkach w Scoia'tael, o czym by innym — przerzucił się hetman. — I jakoś nie zauważyłem – normalnie bym odruchowo, to mój pokój, może ci od sprzątania coś zmienili o centymetry, może się zamyśliłem – nie zauważyłem etażerki, i strąciłem figurkę od Vithi, Vitha chce mieć dzieci z Gwynblathem, wiesz na pewno, wszystkim mówili, ta figurka to niby na szczęście, więc skląłem i pomyślałem o… o kalectwie — przy tym jednym słowie głos się stał ostry, chropawy, drwiący aż do okrucieństwa — a potem to samo poszło, tak jakoś, że gdybym nie poszedł wtedy za tym bloede an'givare, to bym… — urwał, zrobił zamaszysty, nieokreślony gest ręką. — Samo poszło. Potem nie pamiętam. Musiałem wziąć książkę i usiąść. Potem ty się dobijałeś i dałeś radę otworzyć zamek – wytrychem?
— Nie, specjalnie przerobioną igłą.
— To muszę powiedzieć, żeby je poprawili — mruknął Iorweth. — Nie może im byle igła dawać rady.
— Nie byle igła, tylko udoskonalona igła. W moich rękach.
— W twoich rękach — powtórzył elf, przekręcając i pochylając głowę, tak, że dotykała lekko dłoni mężczyzny, który w pierwszym odruchu drgnął i chciał ją zabrać, potem dopiero wstrzymał. — No tak, w twoich rękach to igła nie tylko otworzyć magiczne drzwi, ale i zabić setki wrogów może. Jak w bajce. Chowasz ją w rękawie może? Nadal?
Watażka uśmiechnął się, prawie nieironicznie, raczej wyzywająco, ale tak po smarkatemu, Deith, ciut spokojniejszy, zaległ mu na stopach, czuwając i machając ogonem. Coś w kapryśności tonu, wychudzeniu ramienia, doskonale wyczuwalny nawet przez futro, może w ogóle w swojskim spokoju tej sceny, przypominało mężczyźnie, jak bardzo Wiewiórki – jak bardzo Iorweth – to gówniarze jeszcze. Jakie to smarkate podrostki były, jak szły, głupie, głupie elfy, do tego lasu.
— Musisz odpocząć. Zawołam Saskię. Powiesz jej, że to wojna się przypomniała, partyzantka. Uwierzy. Ucieszy się, że jej ufasz — mówił rzeczowo, wcale, wcale nie prosił.
— Mhm. Zaraz. Nie chcę… nie chcę teraz kłamać. Od jutra będę musiał, Ciaranowi, jeśli na L… tego zdrajcę rozmowa zejdzie. Teraz – teraz jestem… zmęczony.
— No, toż mówię, że odpocząć musisz — zauważył trzeźwo major, zaciskając palce na jego ramieniu i ciągnąc lekko. — Prześpij się, to zawsze na wszystko pomaga.
Pułkownik się skrzywił, ale wstał bez słowa, ruszył do sypialni. Chart za nim, nie odstępujący na krok. Vernon zresztą też nie, dopiero na progu się zatrzymał.
— Posiedzieć jeszcze trochę z tobą?
Zwierzę ułożyło pysk na ciemnej, zielonej narzucie, obok twarzy właściciela. Powinien się okryć, zdjąć delię i się normalnie okryć kołdrą, pomyślał major, może nieco absurdalnie, bo do wieczora było daleko.
— Opowiem ci… Opowiedzieć ci coś? Wy lubicie prawdę i opowieści. Będziesz mógł napisać piękne raporty, na pewno ci się przyda, na pewno chcesz…
— Słowa od ciebie nie chcę jako śledczy — warknął mężczyzna, dziwnie urażony. — Nic mi nie mów, skoro masz myśleć o tym, jak o przesłuchaniu. Najlepiej w ogóle zapomnij. Prześpij się i zapomnij. Weź fisstech i powiedz sobie, że ci się przyśniło.
— A jak sobie wytłumaczę, po co wziąłem fisstech?
Cóż, w sumie dobre, logiczne pytanie.
— To zapomnij po prostu.
— Zapomnij po prostu — przedrzeźniał go elf, naraz wściekły, jak małe zwierzątka, w sekundę przeskakujące między łaszeniem się, a sykiem, pokazywaniem ząbków, próbami kąsania; ale nie był przecież zwierzątkiem, liskiem, upomniał się Roche, zadziwiony własną naiwnością, prędzej żmiją. — Zapomnij, jakby to jedna chwila była, jedno popołudnie, które sobie wymazać można. A nie lata, lata… Miałem może dwadzieścia dwa, jak usłyszałem o sprawie, sporo brakowało mi do trzydziestki, jak poszedłem do lasu, wiesz w ogóle, ile bym musiał — głos mu trzaskał, próbował to pokryć ironiczną wzgardą — wymazać?
Znaczy, cały wybór się mu między, na ludzkie, dwunastym i czternastym rokiem rozegrał. Majora jakoś ścisnęło w dołku, zaraz potem zemdliło lekko.
— Nie myśl… — zaczął, po czym urwał, bo to tak bardzo bez sensu rada, od prób unikania myślenia tylko się myśli bardziej.
— Nie myśl, nie myśl, nie myśl! To wszystko, do czego ta wasza rasa jest zdolna? My nie jesteśmy jak wy, jętko, nie zapominamy w sekundę — warknął watażka, teraz z furią godną władców, siadając na materacach, zrzucając delię na ziemię, rwanymi, gwałtownymi ruchami, zaraz potem ściągając tak samo buty.
Pies się odsunął, chyba zdumiony. Ale nie przestraszony i agent zgadzał się, nie pierwszy raz tego chędożonego dnia, z chartem, jakby upokarzająco to nie brzmiało. Wściekłość była zdecydowanie, zdecydowanie lepsza. Wściekłość to pożar, kiedy płowieje, zostaje gorycz pogodzenia. Blizny są, wbrew histeriom szlachetnych panienek, dobrą, kojącą rzeczą. To na trupach nic się nie bliźni.
— Zrób coś — zażądał tymczasem Iorweth; o, teraz prawdziwy hetman, nawet kaprysy ma hetmańskie w stylu, bezkresne, rozkazuję słońcu wstać, rozkazuję wam wygrać bitwę, zabraniam wam głupio umierać, pomyślał trochę drwiąco, trochę z rozbawieniem Roche. — Zrób coś, bloede pest.
Szalona dziecinność była w tym wszystkim, więc pewnie należałoby przytulić po prostu to zagubione coś, kopiące bezwładnie nawet nie tyle futro, ile w futro. Najtwardszych ludzi czasem na wojnie trzeba było objąć, zamknąć przed światem, dać się wypłakać albo wykląć, najtwardszych ludzi uspokajało się niekiedy wpółnuconym szeptem, jak smyki w kołyskach.
Jednak Vernon nie umiał się przełamać, wspomnienia spalonych wsi, zamordowanego króla, drwin spod Flotsam i z Vergen, jakieś dawne poczucie lojalności, starego celu, nawyk drzemiący w mięśniach czy krwi – to wszystko go wstrzymało i pewnie, uznał, zawsze wstrzymywać będzie.
Wobec czego usiadł na brzeżku łóżka, zrobił tyle, ile mógł: podniósł delię jedną ręką, rzucił na krzesło, drugą przyciągnął trochę elfa, choć nie tak blisko, tak blisko ułożył mu – pozwolił opaść – tylko głowę, gdzieś między swoim ramieniem a obojczykiem. Tyle kontaktu był w stanie znieść. Co prawda sam zaraz zabrał ręce i ułożył po bokach, możliwe daleko, cały spięty, lecz watażka zdawał się nawet nie zauważać. No i dobrze.
— Nic nie mogę zrobić. Nikt nic nie może zrobić — oznajmił spokojnie major, bo jednak pułkownik był już dorosły i nie należało go dusić tkaniną złudzeń.
Troskliwe opatulanie takową miał zarezerwowane dla Ves oraz chłopaków. Nie dla Iorwetha, powtarzał sobie w duchu, nie dla Iorwetha. Który to postanowił się w owo powtarzanie wedrzeć, bo westchnął z rezygnacją i opadł, zsunął się wzdłuż ramienia Roche'a, na materac, ale tak, żeby czołem dotykać mu kolan. Podkulił nogi.
— To nie o ideę chodzi — stwierdził z namysłem, jakby analizował abstrakcyjny problem. — Idea jest prawdziwa, wiedziałem od pierwszego słowa. Poszedłem za nią, nie za nim, rozumiesz? Słowa mi pokazały drogę, nie bloede an'givare. Słowa są prawdziwe, choćby mówiący kłamał, czasem tak bywa. To nie o idee chodzi. Nie kłamałem wczoraj ani dzisiaj… wcześniej.
— Nie sądziłem, że kłamałeś — zapewnił wpółuważnie Vernon, mocując się równocześnie z narzutą, próbując nią okryć elfa. — Wiem, że nie kłamałeś.
— To o co? — watażka zignorował wtrącenie; mówił cicho, do siebie, zupełnie, jakby majora w ogóle nie było w pokoju – może i zresztą tak sobie wmówił, cholera go wie. — Że mnie zdradził? Nie mnie jednego, skoro z wami współpracował, Ciarana tak samo, nic w tym osobistego nie było, nic znaczącego, wszystkich zdradził, dobrych, złych, tych, co ich lubił i tych, co go irytowali…
Agent zastanawiał się przez chwilę, czy nie poinformować, z wyżyn faktu, że czterdziestoletni prawie człowiek to już istota dojrzała i bardzo dorosła, że właśnie nierówność w przywiązaniu boli. Ktoś był dla nas osobiście ważny – cholera, skoro Iorwetha zostawił ojciec, to naprawdę ważny – a my dla niego byliśmy zadaniem, wrogiem, barankiem prowadzonym na rzeź.
Ale nie, nie, lepiej zmilczeć. Przecież skurwysyn sam wie, tylko się boi, tylko przed sobą udaje, nim się pogodzi ze światem.
— I właściwie po co grałeś w zaufanie, w rozmowy, w to wydobywanie informacji, Roche? — spytał hetman. — Jeśli on zdradził, to wy przecież wszystko musicie o mnie wiedzieć…
Właśnie nie, raporty nie na szczegółach biograficznych się skupiały. Błędne i dziwne, swoją drogą. Całą ta sprawa, jak na nią spojrzeć na spokojnie, była błędna i dziwna: te pięćdziesiąt lat temu, jeśli Talar nie oszukał jego albo ktoś Talara na wykładach z historii służb, siatka prowokatorów na Północy była znacznie słabsza, ot, tyle, by trzymać nieludzi w ryzach i móc ewentualnie jakiś kontrolowany buncik wywołać. No, oczywiście, w coś takiego właśnie mógł wpaść mały Iorweth, tylko… tylko coś się nie zgadzało.
Tak czy siak, owa niezgodność mogła pomóc teraz elfowi. Jeśli ją odpowiednio przedstawić. Pozwolić dosnuć odpowiednie wnioski, myślał szybko, gorączkowo Vernon. Straszliwie tania nadzieja, ale watażka chyba był dość zdesperowany, by chwycić. Ja zresztą, przyznał major, też, cała relacja mi w diabły idzie.
A ja jeszcze skurwysyna nie zdradziłem, byłem jego uczciwym wrogiem, potem uczciwym niechętnym sojusznikiem, w nic nie grałem. I to nieuczciwe, żeby sądził inaczej z powodu jakiegoś pierdolonego prowokatora, zdrajcy własnej krwi, skurwiela, dzieci posyłającego do lasu.
— To jest dziwne — oznajmił głośno mężczyzna. — To jest dziwne, bo ja o tobie nic nie czytałem w tych raportach. Gdybym czytał, to przecież bym wiedział, domyślił się, że on był twoim dowódcą. Mało to razy jego podpis widziałem? Byłbym przygotowany, nie zaskoczyłbyś mnie i bym ci skłamał. A tak… ja ani słowa od niego na twój temat nie czytałem, chociaż Talar dał mi na pewno wszystkie raporty. On musiał nic nam o tobie nie napisać i to jest dziwne, bo przecież ciebie najbardziejśmy szukali.
Coś jakby ulga i dziwna, kryta, niepewna siebie radość zalśniło w twarzy elfa. Jeszcze parę zdań majora, parę nerwowych pytań i potwierdzeń, parę rwanych, wymruczanych do siebie konkluzji – i jakieś tam słabe ukojenie się złożyło. Cuach ess cuach, jasne, ale ciebie, głupi, mały elfie, naprawdę najwyraźniej lubił. Naprawdę był przywiązany, jak do dziecka, szczerze faworyzował, krzywdzić nie chciał, wolał zataić. Zresztą, może to i nie prowokator był, może go potem Talar dopadł i złamał, więcej to by chronologicznie miało sensu.
Konstrukcja raczej wątła, pewnie sam Iorweth, gdyby chwilę logicznie pomyślał, wyśmiałby ją i obalił. Roche widział niemal, jak instynkt przetrwania tę logiczną część umysłu hetmanowi zamyka. Załamania musiał uniknąć, a cóż to jest prawda?
Wszystko tutaj szło więc ku lepszemu, został jednak z pułkownikiem następne parę godzin, wychodząc tylko po to, żeby odwołać dzisiejsze spotkania i ćwiczenia. Watażka co prawda niby po dwóch najgorszych godzinach wrócił do życia, zażądał stanowczo papierów, zaczął przeglądać projekty ustaw i wprowadzać poprawki, niemniej jednak psa gładził tak, jakby był on liną ratunkową, a co kilka chwil wracał do pierwszych lat ideologicznej walki. Wspomnienie zdradzieckiego kutasa przewijało się wśród nich często, wspomnienie niepewności, pierwszych przemów, lęku – i pierwszych dni w komandzie, pierwszych zbrodni. Vernon nie był pewien, czy hetman do końca zdaje sobie sprawę z jego obecności.
— Tak, wiem, wiem — prychnął tamten po którymś sceptycznym spojrzeniu majora. — Ty mnie kiedyś będziesz przesłuchiwał i bił, i torturował. Jak tylko wojna się skończy i polityka zmieni. Ale to jasne od początku. — Wzruszenie ramion. — Żadna zdrada. Najwyżej mój błąd.
Coś w całej wypowiedzi – prawdopodobnie uparte gnanie ku śmierci – doprowadziło agenta do szału. W sekundę. Aż miał ochotę odpowiedzieć „tak", zimno, bez wahania, „tak, będę", dorzucić kilka opisów. Sam nie wiedział, co go wstrzymało. Może jednak współczucie i wyrzuty sumienia jeszcze nie do końca wywietrzały.
— Nie będę cię przesłuchiwał. Co by się stało — przełknął ślinę — nie będę cię przesłuchiwał. Odmówię. Na emocjonalne zaangażowanie się powołam, do cholery, żeś jednak mnie i królową tu przyjął. I nie będę konsultował. Obiecuję, jasne? I zrobię wszystko, co będzie w mojej mocy, żeby w ogóle nikt cię nie dotknął.
— Zabijesz mnie? — upewnił się Iorweth.
Roche potaknął. Elf przez moment milczał, trawiąc informację, po czym przeszedł w drwinę. Jak to on. Vernon się już nawet o te ucieczki nie obruszał.
— Zmizerykordiujesz się nade mną niby? Wielki i łaskawy Dh'oine mizerykordią mi będzie? Dobry pan, że tylko powiesi, nie storturuje… Łaska oprawców na mnie spłynie, bloede pest, jakbym potrzebował twojej łaski, ty mojej raczej teraz, bloede Dh'oine.
Major odetchnął. Sam był zaskoczony tym, o ile lżej się mu na sercu zrobiło.
'
'
Następnego dnia zamierzał kontrolnie jeszcze posiedzieć z watażką, na co ten stanowczo oznajmił, że jest zawalony pracą, a w ogóle bloede Dh'oine ma się o niego nie martwić, już on sobie da radę. Po kilku minutach, które agent, pełen niedowierzania, spędził w jego gabinecie na pykaniu fajeczki, nonszalancko w fotelu rozłożonym będąc, elf parsknął, zupełnie jak koń – albo raczej, jak ten jego chart – odłożył z trzaskiem ołówek i rzucił, ostrożnie dobierając słowa:
— To mnie uwolniło.
Mężczyzna uniósł pytająco brwi. Fajki nie wyjął, w końcu wczoraj dosyć nerwów stracił, teraz je sobie powoli odbudowywał.
— Que dicettenn a me vc'hora. Aef yn bloede an'givare.
— Sze niby jak? — wymamrotał przez cybuch Roche.
— Po prostu. Uwolniło mnie. Od wszystkiego. Od oczekiwań najbardziej chyba. Strachu. Wspomnień. Nie musisz rozumieć.
— Łaszkafca.
