Jaskółeczko, ptaszku śliczny,
ślij swe modły pod błękity.
Rysuj za nas kręgi święte,
pod milczącym firmamentem.

Jaskier, Jaskółeczka, tłumaczenie elfiej ballady; oryginał zaginął

'

'

W niektóre noce królowa spała. Kiedy indziej czekała na Iorwetha, pełna energii – nie wiedział, co z nią zrobić, więc zabrał do pomieszczenia z wolierą i nauczył trochę o ptakach. Innej nocy za to się wymknęli na łyżwy. Nie na duże, miejskie lodowisko, tylko to małe, rozlane po podwórcu zabudowań dworskich. Krasnoludy je wymyśliły, kiedy się okazało, że Anais polubiła jazdę na lodzie – choć nie wykazywała do niej talentu – i mogłaby pół dnia spędzać w kolejce do vergeńskiej ślizgawki. Prowizoryczne lodowisko dostało nawet własne lampiony oraz chorągiewki.

Pójść tam w nocy to było wariactwo. Ale rzecz leżała w sumie daleko od mostków i przepaści, zabezpieczona była płotkiem, nic się małej stać nie mogło. Co najwyżej...

— Przeziębisz się — marudził Iorweth, stojąc przy barierce, patrząc na dziewczynkę, pod grubymi futrami ubraną jednak tylko w domowy strój niedbały, narzucony na nocną koszulę.

— Nie — odświergotała Jej Wysokość, podjeżdżając do niego, niezgrabnie, ale przynajmniej bez wywrotki. — Na początku, jak żyłam z wujkiem Vernonem, to cały czas chorowałam. Codziennie prawie miałam gorączkę, zimno mi stale było, od byle wiatru łapałam przeziębienie, chorowałam od każdego jedzenia, co chwila gdzieś źle stawałam i sobie coś skręcałam albo się raniłam, obcierało mnie wszystko... Wujek Vernon mówi, że się wtedy o mnie bardzo martwił.

Wyobrażam sobie, pomyślał watażka, toż to od zmysłów musiało odchodzić, że mu królową warunki bytowe prostego ludu wykończą.

— Ale potem się przyzwyczaiłam. I teraz już nie choruję wcale, nawet kataru nie mam. Ponad kwartał! Na jesieni wszyscy mieli katar, Natalis, markiz, Talar, a ja ani trochę, ani kichnęłam! — oznajmiła z dumą.

— Gratulacje — prychnął sardonicznie. — Długo chcesz się jeszcze kręcić? Jeśli Roche się dowie, że tu z tobą byłem o piątej nad ranem, to mnie zabije.

— Wujek cię lubi — oznajmiło dziecko, nieuważnie, znów skupione na jeździe. — Nie lubił cię, ale teraz cię lubi. Tylko udaje, że nie. Z nawyku.

Coś w wizgu łyżew przypomina świst bełtów, strzał. Iorweth uświadomił sobie – i odczuł ulgę. Niejasny niepokój, napięcie, czujność, które go tym razem kąsały od momentu przyjścia na lodowisko, ogniskują się, znajdują źródło. Anais okrąża taflę metodycznie, od lewej do prawej, wzdłuż płotku. Nie musi się już podtrzymywać, ale najwyraźniej samo kręcenie sprawia jej frajdę. Znika mi z pola widzenia, analizuje elf, znika mi z pola widzenia, a słyszę wizg, który się zbliża, to dlatego. Dobrze, nadmiar ostrożności przecież nie zabija.

Tylko jednak...

— Nie ma czego się bać — powiedział watażka bardzo, bardzo cicho, gdy znów przy tym świście, tak bliziutko, z prawej, napięły się mu mięśnie.

Gdyby nie obłoczek pary, nie uwierzyłby, że słowa w ogóle wyszły mu z ust. Zresztą, może nie wyszły, może tylko głębiej odetchnął, może tylko westchnął.

— Wujku? Coś mówiłeś? Możemy wracać, jak chcesz, jak ci nudno — zaproponowała tonem wielce łaskawym, acz ledwo łapiąc oddech, Jej Wysokość.

Boimy się razem, pomyślał pułkownik, po trosze z ironią, po trosze bardzo poważnie, prawie czule. Zaprzeczył gestem głowy, nie, kręć się, ile chcesz, fáloirnna, jemiołuszeńko. Oparł twarz o dłonie, rękawice mięciutkie, gładkie, jak cudza skóra, futro delii miłe, ciepłe, jak dotyk matki, patrzył, jak dziewczynka się kręci, jak próbuje potem ostrożnie piruetu, niezmordowana. Tylko lęk umie uczynić tak niestrudzonym, tak pchać w działanie, kolejne ucieczki.

Boimy się wspólnie, przepowiadał sobie, myśli mu tężały, jakby rosa w szadź przechodziła, świtało już, gwiazdy coraz mniej wyglądały na dumne światła, odległe ognie, coraz bardziej na drobne przetarcia w szarości, plamki zabrudzeń, boimy się wspólnie, weddien i ja, ja i małe Dh'oine.

'

'

— Talar napisał — bąknął Vernon, stając w saloniku markiza. — Arjan ma problemy w dorzeczu Pontaru, rycerstwo się buntuje, część panów chce z obcymi układów... Trzeba trochę porządku wprowadzić. Mogę się wreszcie przydać ojczyźnie.

— A kiedy wyjeżdżasz?

— Za tydzień.

— Za szybko — Armand cmoknął. — Niegrzecznie będzie. Kogoś urazimy z pewnością.

— To zróbmy listę tych, których urazić nie wolno — syknął Vernon, zdecydowanie bardziej gniewnie niż zamierzał. — Postaram się ich zadowolić. Misja nie chędożenie, nie poczeka.

— Dyplomacja jest tak samo ważna, jak manewry wojskowe — przypomniał łagodnie La Fayatte.

— Była zimą — prawie warknął major, krążąc w kółko po pokoju. — A teraz jesteśmy już dobrze w przednówku. Zaraz wiosna. Armia, śmierć i krew, to teraz będzie ustalało naszą cenę. I Anais. Jeśli jej cokolwiek się stanie, ktokolwiek na nią wpłynie – jeśli ona nas nie poprze, to...

— Roche. Vernon — mruknął cicho markiz. — Napij się. Zbladłeś. Histeryzujesz. Królowa zostaje ze mną. W mieście-twierdzy. Nic jej nie będzie. Ona się od was nie odwróci. Chce pomścić ojca. Jest przywiązana. Ty się martwisz, bo ją zostawiasz. Rozumiem to. Mam dwoje własnych dzieci i rozumiem cię, Wieczny Ogień mi świadkiem. Ale martwisz się absurdami, zamiast skupić na misji. Działaniu. Na tym, żeby wrócić do Jej Wysokości żywym.

— Nie wiem, kiedy mnie będę mógł...

— Na zimę z pewnością.

— To będzie zima w środku wojny, prawdziwej wojny, nie pohukiwania na granicach zajętych z marszu terenów. Wcale niekoniecznie tu wrócę. Zresztą, cholera wie, czy Vergen będzie stało jeszcze.

— Na to nie mamy aż tak wielkiego wpływu. — Armand zrezygnował z kieliszków, nalał koniaku do pucharów.

— Dlatego się przecież, zaraza, martwię! — wybuchnął nagle agent.

— Oczywiście. Napij się. — Dyplomata wcisnął mu naczynie w dłoń, Roche wychylił automatycznie. — Królowej nic się nie stanie. Zaopiekuję się nią. Scoia'tael ją lubi. Lud też. Nikt się nic knuć nie poważy...

— Chędożony skurwysyn ją lubi, jak tego swojego psa — oznajmił z głuchą, zimną pasją Vernon. — Państwo, sobole, kobieta, piesek, dziecko. Niczego z tego nie zrobił, Vergen nawet, ono krasnoludzkie było, na nic sobie nie zasłużył, ale proszę, jak mu ładnie przywłaszczanie idzie. Zabija, a potem zabiera. Jak to pierdolona Wiewiórka.

— Scoia'ta...

— Dajże mi spokój z chędożoną grzecznością! On jej zabił ojca!

— Naszego suwerena. Opiekuna i obrońcę. Foltesta. Twojego króla. Wiem — szepnął arystokrata, nalewając alkoholu ponownie, zerkając ku barkowi, czy ma najmocniejsze nalewki. — I wiedzieliśmy to na jesieni, kiedy podpisywaliśmy umowy. Ty wiedziałeś najlepiej.

Major bąknął jakieś „ale to nie miało być tak", opadając, pod nalegającymi gestami markiza, na wyściełane karminowo krzesło.

— Myślałeś — podpowiedział cicho Armand — że to mniej będzie bolało? Że jakoś Vergen nas wszystkich pomieści, że po prostu dwór Temerii w ogóle z władzami Doliny Pontaru mieć do czynienia nie będzie?

— Byłbym głupi, gdybym tak zakładał — sarknął Vernon, wypijając puchar duszkiem. — Miasto jest małe, kasztel maciupeńki, jak niby mielibyśmy na siebie nie wpadać? Tylko to... Myślałem, że... Sam nie wiem. Że skoro raz ją oddałem Natalisowi i wam, to drugi raz ją zostawić będzie łatwiej. A jest gorzej.

— Te pół roku bardzo lekko żyliśmy. Wygodnie — zgodził się La Fayatte, dopijając koniak. — Można było zapomnieć.

— Ale ja nieustannie pamiętałem — zastrzegł się agent. — Nawet czekałem na to. Żeby wreszcie się na coś przydać. Przecież ja tutaj, bądźcie szczerzy, markizie, raczej wam zawadzałem.

— Talentów dyplomatycznych to ty nie masz.

— Właśnie. Marzyłem o misji, dostałem misję, cieszę się na misję. Tylko... — urwał, dolał sobie.

Resztę wieczoru pił w milczeniu, którego Armand nie przerywał. Sam pił tyle samo, jak nie więcej, alkohole miał u siebie tylko dobre. Pił i owszem, robił listę tych, których teraz nagłym wyjazdem urazić nie wolno, bo Roche może był nikim, może żadnych wizyt, rewizyt oraz kolacji pożegnalnych składać ni wydawać nie musiał, ale jego pozycja przy Jej Wysokości, połączona z tendencją do chlapania jęzorem i szorstką uwagą hetmana, czyniła go na tyle istotnym, by nagle wszyscy, dyplomata był pewien, urazili się o zapomnienie czy brak czasu „majora temerskiej armii".

Nilfgaardu, oczywiście, urazić nie wolno. Samej Rzeczpospolitej też nie, choć tutaj akurat problem będzie najmniejszy. Kaedwen i Redanię wypada po prostu uwzględnić. Małe księstewka w takim razie odpadają...

'

'

Na stoliku przy łóżku Yeylii leżało nowe puzderko. Z jasnego kamienia, malowane w scenki rodzajowe. Na wieczku drzewo, brzoza, pod nim młoda para elfów. Krzewy obok, ciemne, bez kwiatów. Trawa z pieczołowicie oddaną polną roślinnością. Nawet jakieś ptaki siedziały w koronie, wśród łąki widać było malutkie plamki owadów. Po bokach namalowano – czy raczej wyżłobiono i potem pokryto płytkami z farbą, rodzaj emaliowania – motyle. Najnowsze dzieło kapitan z warsztatów rzemieślniczych, uznał Roche. Napatrzył się na owo dzieło tej nocy. Długo. Dokładnie. Uciekał do niego, w szukanie szczegółów, gdy ból się robił nie do zniesienia. Konkretniej w trakcie polewania solanką czy lżejszym kwasem wcześniej przypalonej skóry nóg i bioder; jakoś świeże cierpienie, zamiast znieść poprzednie, tylko je powiększyło. Ważna obserwacja, na pewno się mu przyda kiedyś w zawodzie.

— Bardzo to ładne. Puzderko — wychrypiał Vernon, już po wszystkim, przykryty kołdrą.

Cisza. Potem wreszcie „dziękuję" dobiegające jakby z bardzo daleka.

— Ten konik... co ostatnio zrobiłaś, dla Anais. On też był śliczny. Dużo talentu masz.

Znów chwila milczenia, tym razem krótsza.

— Dziękuję. — Elfka usiadła na łóżku tuż obok jego twarzy, granatowy jedwab koszuli nocnej ledwie zakrywał jej uda, zapachu ciała nie tłumił w ogóle; agent uświadomił sobie nagle, że kobieta musi czuć jego oddech na biodrach i zaschło mu trochę w gardle. — Bolało cię bardziej niż zwykle?

Potaknął. Zamyśliła się na moment.

— Ja nie miałam specjalnie większej przyjemności...

— Bo tobie nie o ból chodzi — mruknął zmęczonym głosem. — Tyle niemal od razu widać było. Jak chciałaś sprawdzić, to mogłaś zapytać.

— Zaufać odpowiedzi?

— A masz już swoją?

Położyła mu dłoń na policzku, niedbale, nie patrząc w jego stronę. Ostatnio stało się to ekwiwalentem wzruszenia ramionami. To albo uderzenie w twarz, zależało od momentu.

— Kontrola czy upokorzenie? — zapytał po chwili.

— Czy to musi być tak... wyraźnie? Tylko jedno? Życie nie jest tak proste, Dh'oine.

— Nie twierdziłem... — urwał; kwestia rasizmu i tak była przegrana, Wiewiórki nie przekona. —Może i to, i to. Może po prostu nie wiesz.

— Ale mogę się ciebie spytać — zadrwiła, gładząc go po włosach.

— Sama nie wiesz, to utrudnia czytanie. Poza tym... — Chwycił ją za dłoń, odsunął, ale nie puścił, przesuwał kciukiem po kłykciach. — ...jest jeszcze pytanie, kogo chcesz upokorzyć. Mnie czy siebie?

— Ciebie. Czemu miałabym chcieć własnego poniżenia? Dosyć go zaznaliśmy od waszej rasy.

Sprawa byłaby prawie przesądzona, gdybyś nie dodała tych dwóch zdań, pomyślał leniwie major. Dobra, krótka odpowiedź. A potem jakby unik, jakby ucieczka. I czemu, skoro już odpowiedziałaś? Ale czemu odpowiedziałaś, skoro się boisz?

Zaraza, na śledztwie to ja bym cię bił i wszystko – no, przynajmniej znacznie więcej – byłoby już wiadomo, wszystko byłoby ustalone, zakładałbym ci pętle na szyję albo jeśli dociągnąłbym cię do stolicy na pokazówkę, to czekał, czy któregoś z naszych arystokratów fiut nie zaboli na twój widok, i nie zażąda ostatniej szansy dla zwiedzionego dziecka, więzienia, reedukacji... O, bardzo intensywnej edukacji...

— Śpisz?

— Myślę.

— Chcesz, żebym zapytała, o czym?

Uczymy się, prychnął rozbawiony mężczyzna.

— To jest dopiero ciekawe pytanie — rzucił, senniejszym głosem, niż się spodziewał. — Fajkę chyba zostawiłem w pokoju, a by się przydała... Czy byłbym takim draniem, żeby chcieć ci powiedzieć – albo czy byłbym takim tchórzem, żeby chcieć, byś zapytała, by móc ci skłamać. Widzisz, ile możliwości?

— Bo w kłamstwie jest władza?

— Musimy toczyć melodramatyczne dysputy pokoitalne? W kłamstwie czasem jest władza, czasem złudzenie władzy, czasem kontrolę ma kłamiący, czasem kłamstwo, czasem ktoś jeszcze inny...

Spojrzała na niego, uśmiechnięta, odgięła mu kciuk, mocno, prawie wyłamując.

— Co takiego mogłeś myśleć, marniutkie Dh'oine, że sądzisz, że okazałbyś mi litość, nie mówiąc?

— Nie powiedziałem...

— Dałam radę wywnioskować. Mam co wybić palec? To nie będzie bardzo bolało, to jest prawie miłe...

— Z naciskiem na prawie. Wybijaj — mruknął; chciało się mu spać, a faktycznie, wybicie bardzo nie zaboli, nie przy tej mgiełce euforii w mózgu, nie po tej mieszaninie sprzed paru minut.

Yeylia nastawi do rana. Szybciej zasnę w ten sposób, uznał Roche, niż próbując dyskusji.

— Teraz jestem ciekawa — miauknęła, puszczając jego dłoń, układając się wzdłuż niego, twarzą przy twarzy, czuł jej oddech na swoich powiekach, skrzydełkach nosa. — O moim bracie? Jak go biłeś?

To nawet zrozumiałe, westchnął Vernon, ta jej fiksacja, ona go kochała przecież, troszczyła się, jedyna bliska jej istota, chroniła go w dzieciństwie przed pijanym ojcem, ratowała, chuchała, to przecież w sumie smutne, że jej go zabiliśmy, że to się tak skończyło, miejże serce.

— Nie obchodził mnie wiele twój brat. Nie biłem go nawet bardzo.

Przybliżyła się jeszcze, pochyliła nieco głowę, teraz dotykała jego czoła od góry wargami, całkiem suchymi:

— O mnie? Wyobrażasz sobie, jakbyś bił mnie? Kiedy się z tobą bawię?

Parę razy próbował i uznał, że to żałosne. Że ucieka. Że nie chce kojarzyć przyjemności z pracą, bo to nieprofesjonalne, a praca była w końcu jedynym, co się mu w życiu udało, co robił naprawdę dobrze. Sam król był z niego zadowolony.

— Nic sobie wtedy nie wyobrażam. Wtedy raczej patrzę. I puzderko jest naprawdę bardzo piękne. Starannie zrobione. Te ptaszki na drzewach... — Własne usta miał w okolicach szyi elfki, przez chwilę miał ochotę skorzystać.

— Czyli myślałeś o mnie? I biłeś mnie? Czy po prostu gwałciłeś w jakimś loszku, na garstce przegniłej słowy? Czy...

— Nie gwałciłem przesłuchiwanych — warknął agent, urażony w zawodowej dumie.

— Nie mówię, co robiłeś, tylko co sobie wyobrażasz.

— Nie gwałciłem kobiet. A miałem sporo okazji. Cierpienie mnie nie bierze.

Kapitan zaczęła się śmiać, tłumiła chichot przyciskając wargi do skóry mężczyzny, tam, gdzie zaczyna się linia włosów. Patrzył na jej gardło, rozwibrowane dźwiękiem, czuł zapach jej potu i ud, wymieszany, słodki i ziemisty – a ponieważ był tylko mężczyzną, machnął ręką na reguły, niebezpieczeństwo, zdrowie.

Pocałował, nawet nie markując delikatności. Mocno, otwartymi ustami, gwałtownie wplatając palce w jej włosy, przyciągając do siebie. Ale bez gryzienia.

Elfka wciągnęła raptownie powietrze, zaskoczona. Czuł drobny skurcz jej gardła, drgnięcie płaskiego brzucha, spróbował ślepym, niezgrabnym ruchem, zaplątując się po drodze w koszulę nocną, przeciągnąć wolną rękę między jej uda. Przemknął językiem wzdłuż tętnic do karku, tej pustki nad prawym obojczykiem – Yeylia stłumiła coś między westchnieniem a skomleniem w jego włosach, gryząc, szarpiąc, i rozwarła nieco nogi.

Właściwie ledwie jej tam dotknął, wilgotnej, zaraza, tak bardzo wilgotnej, ciepłej, i jeszcze, był pewien, pachnącej nim samym, ledwie dał radę przechylić jej twarz tak, by móc pocałować wargi, czy raczej ona jego, bo zaraz spróbowała przejąć kontrolę, przytrzymać mu język, dopchnąć do ściany ust, zębów, ledwie zaczęło się robić miło – elfka go odepchnęła. Silnie. Prawie zleciał z łóżka, zadrapał ją paznokciami, porwał koszulę, niechcący, po prostu od impetu.

Kapitan oddychała ciężko, patrzyła na Roche'a błyszczącymi oczyma. Jeden, dwa, trzy, cztery szybkie wdechy. Potem przymknęła powieki, odetchnęła głębiej, wstrzymała powietrze w płucach. Kiedy znów na niego spojrzała, była już całkiem spokojna.

— Nie chcę — oznajmiła.

— W porządku — odparł Vernon, ignorując skręt w podbrzuszu, jaki te heroiczne słowa wywołały. — Dzisiaj czy w ogóle?

— Jakie to ma znaczenie? Teraz nie chcę — odpowiedziała, wydymając usteczka, naraz teatralnie dziecinna, flirtująca jakby.

Może i flirtowała. Tak, jak sądziła, że to robią dobrze wychowane panienki. Z wyższych sfer. Nawet słusznie by sądziła, bo owszem, tak właśnie robiły. Przynajmniej niektóre. Inne wolały udawać dzikie, niegrzeczne, nieposkromione konwenansem. Z tych Roche'owi zawsze się chciało śmiać, bo to prawdziwe, surowe życie, które odgrywały! – et, szkoda gadać.

— W porządku — powtórzył, bo i niewiele miał w tej sprawie do decydowania. — To raczej kontrola, w takim razie. Znalazłabyś moje upokorzenie w tym, że cię pragnę.

— Nie mówmy o tym — raczej rozkaz niż prośba, mimo miękkiego tonu.

Zapadła cisza, w które agent, po drobnym skoku ekscytacji sprzed chwili, znów jął zapadać w sen.

— Może też coś ci zrobię. Będzie czekało, aż wrócisz — zaproponowała kapitan. — Nie puzderko, oczywiście. Może obróżkę? Albo sygnet. Dobra fajka to za trudne, ale ubijacz czy podstawkę już bym mogła.

— Zrób obróżkę, pobaw się mną — wymruczał beznamiętnie. — Potem ją dasz pułkownikowi i powiesz, że to dla charta, a on się uśmiechnie i podziękuję, że zawsze o nim myślisz. Przecież o to w tym wszystkim... o to ci chodzi.

'

'

— Kocha, lubi, szanuje, nie chce, nie dba, żartuje... — mruczała pod nosem Ves, zrywając uschłe liście, które jakimś cudem przetrzymały zimę, z gałęzi.

Nie wiedziała, kto miałby. Ale stary odruch był po prostu przyjemny, taki lekki, dziecięcy. Taki dawny.

Firilla wyrosła obok niej.

— Nie rób tego — poprosiła śpiewnie. — Sh'aenid nie lubi.

Kobieta przestała, natychmiast. Prawie przestraszona.

— Ale czemu? — spytała mimo wszystko po chwili.

To było dziwne. Lekarka była chyba najmniej skorą do gniewu czy nielubienia osobą na świecie. Oczywiście, każdy ma jakieś swoje dziwnostki i drobiażdżki, jednak z gwałtownej reakcji elfki czytała, że o coś więcej niż zwykłą niechęć chodzi.

— Nie wiem — odparła Firilla. — Ale to jej przykrość sprawia. Chyba. Ona nie lubi wróżb — wytłumaczyła. — Żadnych. Smucą ją, jakby. Za mojego życia nie mówiła czemu, może Brend więcej wie.

Ves pokiwała głową, wyrzuciła patyk. Elfka zaraz spróbowała ją zająć grami, piosenkami, drewnianym motylem, który należał dawniej do niej, a teraz, mówiła, będzie go mogła dziecku Veski przekazać, czy to nie fantastyczne? Jak już razem zamieszkają gdzieś, osiedlą się, w Aedirn pewnie, bo tam od czasu poprzedniej wojny sporo ziemi, to ona będzie przychodzić i dbać o małego Veski, odpluć, odstukać, a jakby to dziewczyna była, to zaraz urośnie, będzie się ją uczyć makijażu, warkoczyki jej pleść, bawić się, tak dobrze będzie...

Kobieta potakiwała z czułością. Trochę automatyczną, bo zagadka, raz postawiona przed umysłem, nie chciała odejść, a wszystkie zagadki, gdy dotyczyły zielarki, stawały się trochę niepokojące. Ważne.

Wobec czego Ves wieczorem, wtuliwszy się w Sh'aenid, wymruczała pytanie. I zaraz pożałowała trochę, bo gardłowy śmiech był pierwszą odpowiedzią.

— To nic, to nic, Veska — szepnęła wreszcie znachorka. — To nic. To tylko... mój lud i ja sama wiele wycierpieliśmy... wiele straciliśmy przez przepowiednię. Od tamtej pory ich nie znoszę. Smucą mnie, tak. I przywodzą zgubę. Nawet te dla zabawy robione. Licho nigdy nie śpi, przeznaczenie zawsze dyszy nam nad karkiem – wierzę, że je można złamać, ale nie wierzę, że rozsądnie jest przyzywać jego siły. W twoim stanie i w każdym innym.

'

'

Kupił Anais awansem prezenty na urodziny. I te pożegnalne. Dużo prezentów, wydrenował własną kieszeń, a mimo to był pewien, że podarki od Armanda La Fayatte przebiją te jego – markizowi nikt, oczywiście, nie śmiał zajmować posiadłości ani dochodów. Ani Kaedwen, ani Nilfgaard.

— Dziękuję. Laleczka jest śliczna — mruknęła solennie mała. — Kiedy wracasz?

— Nie wiem — odparł. — Jeśli przeżyję... jeśli wojna pozwoli... to zimą. Może. Ale mogę też umrzeć.

— Jak ostatnio? — spytała poważnie dziewczynka.

Reguły rozstania takie, jak ostatnio, uznał Roche. W końcu jeszcze dotąd nie miał wątpliwej przyjemności zginąć.

— Jak ostatnio — potaknął, bo to było dobre skojarzenie, bo ostatnio wrócił. — Będę walczył dla ciebie, kochanie. O twój kraj. W twoim imieniu i dla twojego tronu.

Ostatnio, kiedy się żegnali, Anais się prawie rozpłakała i powiedziała, że nie chce. Kraju ani tronu, że woli, żeby wujek nie ginął. Nie zostawiał jej. Nie jak tata, Bussy, Arjan, mama, niech on sobie zostanie, tylu już o królestwo walczy. Wtedy nie wiedział, co odpowiedzieć, poza suchym „oboje mamy obowiązki wobec korony – nikt, nawet król, nie może się od nich wyłgać, nikt nie może z nich zwolnić", tylko ostre „Temeria jest ważniejsza".

Przesądy zabraniał mówić o niebezpieczeństwach i śmierci. Ale major sądził – znaczy, Krótki zawsze powtarzał – że lepiej dla dziecka, by znało prawdę, by się z nią oswoiło.

Dzisiaj mała nie powiedziała nic. Westchnęła lekko. Nie płakała – na to pewnie będzie czas jutro, gdy się obudzi, spróbuje pobiec do pokojów Vernona i w pół ruchu sobie przypomni, że jego nie ma, że się wieczorem żegnali, a o świcie wyruszył.

— Przywiozę ci prezenty.

— Mhm — apatyczne mruknięcie.

— Możesz mi rozkazać, żebym nie ginął — podpowiedział; cholera, myślał nad tym godzinami, a teraz, kiedy wypowiedział, brzmiało żałośnie słabo, nieśmiesznie, głupio.

— Rozkazuję ci, żebyś nie ginął — powtórzyła mechanicznie Jej Wysokość. — Żebyś do mnie wrócił. — Uśmiechnęła się sztucznie. — Z prezentami.

Uklęknął i ją przytulił, bo co miał powiedzieć. Mamrotała mu coś w szyję, opisy obrazków, które narysuje, wszystkiego, czego się nauczy, języków, wojny, samoobrony, etykiety nawet.

— Ale nie giń.

'

'

Sypialnia była śliczna, sama w sobie. Przestronna, z kominkiem i systemem rozprowadzającym ciepło, niskim sufitem, jak to w Vergen, dziesiątkami barwnych kilimów zawieszonych na ścianach, podłogą wyściełana dywanami. Wielkie łóżko stało na środku. Luksusowe, dębowe, z purpurowym baldachimem, takimiż atłasowymi kotarami, teraz odsuniętymi, jedwabną pościelą, dziesiątkami poduszek. Drobna figurka Anais dosłownie w tym wszystkim tonęła. Spod kołdry wystawał tylko koniuszek bieluchnego nocnego czepca.

Musiał być uczciwy, teraz, podsumowując cale te pół roku: nieludzie z Doliny Pontaru się postarali o wszystko, co najlepsze dla dziewczynki. Dbali o nią. Lubili.

— Kto by pomyślał, że Dh'oinne są takie... niedenerwujące, póki nie dorosną — opowiadała Yeylia kiedyś Zoltanowi. — I pomyśl, nikt nowej królowej Temerii nie wychowa w pogardzie dla inności! Złota epoka tolerancji dla Północy nadejdzie.

Co najpewniej było efektem ideologiczno-politycznym, na jaki liczyła Rada Vergen. Temeria się odrodzi, proszę bardzo, będą mieli solidne wpływy na dworze. Tolerancja tak swoją drogą. Miły dodatek. Temeria się nie odrodzi inaczej niż jako lenno Nilfgaardu, proszę bardzo, Emhyrowi się dziewczynkę wyda w zamian za trochę złota. Temeria się nie odrodzi, ale Nilfgaard przegra – Adda z pewnością będzie wdzięczna za przechowanie siostry.

— A co ty tu jeszcze robisz? — zirytowany szept wyrwał agenta z zamyślenia. — Jak chcesz wyjeżdżać, to teraz, niedługo świta. Żegnałeś się wieczorem.

Iorweth. Och, pięknie.

— Martwię się — odparł chłodno Roche.

— To zostań. — Szelest szat z tyłu podpowiedział mu, że watażka wzruszył ramionami.

— Temeria — przypomniał ze znużeniem Vernon. — Nie zostawię kraju.

— To jedź. Nie masz co tu stać i czasu mitrężyć.

Elfie pojmowanie emocjonalności, sklął w duchu agent. Nawet nie drgnął, co najwyraźniej zirytowało terrorystę, bo go pociągnął gwałtownie w stronę korytarza.

— Świta — powtórzył z naciskiem, ledwo się drzwi zamknęły. — Jedziesz? Zostajesz? To nie portret. Tu nie trzeba malowniczego roztkliwiania. Tu trzeba decyzji.

— I to mówi istota, która pod Flotsam mitrężyła czas, grając na fleciku...

— Robiłem też inne rzecz pod Flotsam. — Zęby pułkownika błysnęły w słabym świetle korytarza. — Kto jak kto, ale ty powinieneś pamiętać. Sądź sobie, co chcesz, o flecikach, ale Scoia'tael nigdy nie traciło czasu.

— Na myślenie? Owszem. — Wejście w tryb sprzeczki przynosiło pewną ulgę, rozpraszało myśli. — Wychędożyli was przez to nieźle.

— Jak i ciebie. I Temerię. — Wzruszenie ramion. — Wiesz, o czym mówię. Podejmowaliśmy decyzje. Walczyliśmy. Mordowaliśmy, uciekaliśmy, ginęliśmy. Nie jestem z tego dumny, bo nasz lud nie czerpie dumy z robienia tego, co było konieczne – ale nie siadaliśmy malowniczo rozłożeni nad potokiem, dmuchając bańki i układając pieśni, jak wciskała nam ludzka propaganda. Jeśli chcecie swoje państwo odzyskać, to radziłbym podobnie. Jedziesz? Zostajesz?

— Mówisz, jakbym miał wybór.

— Bo masz. Mogę sprawić, żebyś został. Napisać do Talara, że chcę cię mieć w Vergen. Powiedzieć Saskii, że mi lżej, jak jesteś. Masz wybór. Tyle samo, ile ja miałem, kiedy patrzyłem, jak nas dławicie. Sprawa była jasną drogą, wskazywała cel... ale przecież zawsze mogłem wstrzymać strzałę, zmilczeć rozkaz. W każdej sekundzie. Albo i od razu: mogłem zostać w domu, z matką, zostać lekarzem Dh'oinne. Pewnie wtedy bym zginął przed drugą wojną, przy pierwszej fali pacyfikacji. — Zaśmiał się. — Albo: mogłem zabić ciebie pod Flotsam. Zawsze jest tak samo, Roche. Masz swoją temerską drogę. Jedziesz nią? Zostajesz? Puszczasz strzałę?

'

'

Elfie chędożenie, marudził w duchu Vernon. Elfie chędożenie będzie miał jako ostatni obrazek, nie popijawę pożegnalną u markiza, nie królową, nie, oczywiście, jakieś egzystencjalne elfie chędożenie. Słuszne, niesłuszne, psia jego mać.

Poranek był rześki. Nadtopniały, mokry śnieg bryzgał koniowi spod kopyt, tratujących przebiśniegi.


Znaczy, jakby nie było jasne i walące reflektorem po oczach. Zima się skończyła. ;) Koniec części jakby pierwszej. Chociaż nie, to jakoś mało wzniośle wygląda. Hmm... Tak z przytupem zróbmy, bo chociaż to chwilowy, to przeca jednak:

KONIEC