Nie no, jak człowiek jakoś nie zacznie, to potem znowu będzie dusił pół roku i rzecz dostanie łapek i odejdzie w siną dal. A w końcu pierwsza część nawet jakąś klamrę ma i za zakończenie od biedy robić może, więc się stresować nie musimy. A ciągniemy tutaj, no bo nie mamy lepszego pomysłu na tytuł. Ale, jeśli koniecznie ma być tak, że każdy pseudotom się inaczej nazywa, to na wszelki wypadek, ekhm, rzecz trochę jakby nazwaliśmy.
Ostrzeżenia i reszta zostają te same. Wojna się powoli zaczyna, więc może nawet gorzej będzie (jakby coś wielkiego było, no ;)). Wrzucenie pewnie bardzo nieregularne będzie, a i nie częściej niż co tydzień.
Z podziękowaniami i wdzięcznością dla A. i C., i F/SiX, i Hasz, i Wisienki, i Tici, i Arianki, które mi tak dzielnie komentowały i wiem, że czekają, a skoro czekają, to to trudna rada, trzeba pisać.
Wszystkie maski zmierzchu
Gar'ean, n'te va dhi sadh feainna.
N'esse nedhim ainna deireadh,
N'esse leac'h aep que aen favir,
N'esse aug aep que aen terwyn.
Que'n n'ess deireadh'ne aep yn tedd,
caar aen te, weddien, vort me.
Nie patrz, nie idź w stronę słońca,
nie ma bowiem światłu końca,
nie ma rąk, by je objęły,
nie ma ócz, by je zamknęły.
A co granic nie ma w bycie
z ciebie, dziecko, skradnie życie.
Elfia kołysanka, autor przekładu nieznany, ludowa legenda przypisuje owo autorstwo wielu czarodziejkom, zależnie od regionu i mody
'
'
Skrzypnęły drzwi. Tylko jedna osoba mogła wchodzić do jego gabinetu niezapowiedziana. I tylko jedna osoba w całej Cintrze mogła chcieć widzieć zachmurzonego Cesarza tak późnym wieczorem. Nocą, właściwie.
— Jestem, pani, najnieszczęśliwszym człowiekiem na świecie — oznajmił z nutą rzadkiej szczerości Emhyr, odkładając przeczytane dawno, a wciąż trzymane w dłoni raporty.
W oknie widział, jak jego królowa drgnęła. Popełniłem straszny grzech, pomyślał, i żeby to jeden, i żeby one wszystkie były potężne, wielkie, cesarzy godne. Nie, nawet tyle mi nie dano.
— Nie śmiemy zaprzeczyć, ale mówicie tak chyba tylko ze skromności, panie — szepnęła kobieta. — W ramach ćwiczeń w pokorze, które nam wszystkim przystoi, a tytanom losu takim, jak wy, szczególną chlubę przynosi. Nim przejdą dwie zimy, będziecie panem całego świata.
Ładne, dworne słowa. Wyuczoną ją dobrze. Odwrócił się teraz ze zmarszczonymi w udawanej surowości brwiami.
— Albo i nie. Północ już raz się oparła.
— Sytuacja była zupełnie inna. Doświadczeni królowie, służący radą czarodzieje, zaprawieni przez setki lat w bojach, do tego spisek w samym łonie imperium, knowany przez podłych magików... — teraz w jej głosie pojawiła się twarda, zimna logika. — A spiskom ostatnio obcięliście, panie, głowę.
I proszę, pomyślał cesarz z czułym rozbawieniem, udało się nam zrobić z prostej dziewczynki, wieśniaczki jakiejś, królową. Tyle warte są bajdurzenia o przyrodzonej wyższości królewskiej krwi – i ta myśl sprawiła mu ból. Stały, dawny, otorbiony. Nie ma co myśleć. Nie ma rozważać. Decyzje zostały podjęte, może jeszcze przed jego narodzeniem, może to on je podjął, grunt, że teraz było już za późno.
— I sami mówiliście, panie, że będziemy mieli nową broń. Dzień i noc pracują nad nią w naszych laboratoriach.
Prawda to. Chociaż to więcej niż broń, znacznie, znacznie więcej.
— Nie martwcie się — dodała Cirilla, podchodząc bliżej, przytulając się do jego ramienia. — Wasz lud zawsze z wami będzie. I ja z wami zawsze zostanę.
A ze mną Cintra, odczytał. Taki pewny to by nie był, za dobrze znał oba kraje, ale nie odpowiedział nic, pogłaskał żonę po włosach, pozwolił udawać, że się daje wieść do białych, bladych, bezkrwistych jakby sypialni.
'
'
Nie zabijaj, powiedział Talar, Arjan ma dosyć problemów, nie potrzebuje tracić rycerzy. Przekonuj. Strasz. Uświadom, że jeśli zdradzą La Valette'a, to nie nacieszą się pieniędzmi. Siej terror. Tu masz nazwiska. Francis de Villey, baron Mauxdere najistotniejszy, poza nim jeszcze Henryk Vinzenza, wpływowy kupiec, Steller Rymicht, rycerz, bardzo zręczny. To główni prowodyrzy, reszta za nimi idzie, przekonać ich, to zdusić spisek, nim wyszedł poza fazę skoordynowanego marudzenia przy wódce. Czyli w najlepszym możliwym czasie.
Wszystko to oczywiście z wulgaryzmami, które Roche, zapamiętując zadanie, adresy, słabości, pominął.
— Jak królowa? — spytał na końcu Talar, łagodniejąc.
Talar, o dziwo dziw, lubił dzieci. Twierdził, że odpowiednio naciśnięte – przez co wcale nie ma myśli przemocy – mówią wszystko, ale nie tylko o to w jego sympatii chodziło. Miał w końcu sporo młodszego rodzeństwa.
— Dobrze. Pisałam ci w raportach.
— Nie mam jeszcze jebanej demencji. Chcę twoją opinię na żywo.
— Wiewiórki ją lubią. Nie skrzywdzą. Saskia raczej też nie, chociaż ona jest zdecydowanie... logiczniejsza.
— Tyle pisałeś.
— Iorweth ją traktuje jak swojego psa, mnie i innych – jak ziółka uspokajające. Linka. Kontrola. Nie wiem, na jak długo mu to starczy, ale obstawiam, że... Rok. Rok wytrzyma na pewno.
— A ty? Jak go znosisz? I wiem, że wysyłałeś chędożone raporty.
— Znoszę — jęknął męczeńsko Roche. — Teraz już lepiej. Mniej mnie biją. Prawie wcale — dodał w porywie uczciwości.
— To wiem dosko-kurwa-nale. Normalny mechanizm. Opisujesz mi go w raportach. A ty?
— Ja?
— Przyzwyczaiłeś się?
— Jak sam powiedziałeś, normalny mechanizm.
— Vernon.
— Ale co ja ci mam… Wszystko jest takie samo, jak zawsze?
Przebywali w jednym z licznych mieszkań nadszpiega, tak samo jak wszystkie pozostałe pełnym bibelotów, książek, rękopisów, strzępków papieru, kryształowych figurek, dywanów... Szef wywiadu zwykł twierdzić, że chce przynajmniej utrudnić życie kolegom po fachu, którzy tu po jego trupie wpadną i będą wszystko przeszukiwać, a potem katalogować. Ustawiał więc, na przykład, różne drobiazgi w figury pozbawione znaczenia, ale wyglądające na zakodowane wiadomości.
Teraz Talar walnął wykorzystał zagracenie lokum w innym celu. Walnął z rozmachem w stół porcelanową figurką przedstawiającą słodką pastereczkę. Dzieweczka się rozpadła.
— Czy z tobą wszystko trzeba jebaną przemocą, Roche? Takie sam, jak zawsze? Jak zawsze? Chędożysz ulubioną podkomendną Iorwetha! Jebane Scoia'tael ci ratuje życie! Siedzisz z nimi przy jednym stole! Ty nie jesteś aż takim chujem, żeby to dla ciebie nie miało żadnego znaczenia!
Długa chwila ciszy.
— Przyzwyczaiłem się. Wiem, jakie ziółka lubią i jakie nalewki piją. Wiem, kto ładnie rysuje, kto fatalnie śpiewa, kto uwielbia rżnąć w pokera, a kto się upija na smutno — przyznał niechętnie. — O to ci chodzi? Ale będę wiedział, co wybrać, jeśli dobro kraju zażąda.
Talar nie skomentował. Zrobił jednak wielce sceptyczną minę. Sceptycyzm tylko się pogłębił, gdy Roche zarzucił mężczyznę pytaniami o „tego chuja", Litheac'ha. I o ile przywiązanie Vernona, choć potencjalnie kłopotliwe, było do przewidzenia, o tyle informacje, które przyniósł, już nieco szpiega zaskoczyły.
— Nie wiedziałem, że chuj był prowokatorem. Nie miałem pojęcia, że kiedykolwiek kogokolwiek do jebanych komand wciągał. Analitykiem go mniemałem. Za to mu tylko płaciłem.
Major otrzeźwiał.
— Też mi nie pasowało, pięćdziesiąt lat temu nie było prowokatorów. Naszych prowokatorów.
— Ale i Nilfgaard za wielu nie wysyłał, to jeszcze nie te czasy, problemy wewnętrzne mieli — dumał Talar. — Inna rzecz, że wśród nieludzi zawsze coś syczało, a Nilfgaard zawsze swojego chuja w to wkładał. Jebane elfy długo żyją, mogli ich wykorzystywać jako śpiochów przez dekady... Jak ja za to nienawidzę skurwysynów! Nijak tego za życia ogarnąć nie można.
— Litheac'h ogarnia — zauważył Roche. — Wiesz, gdzie mieszka?
Szpieg przyjrzał się mu spod zmrużonych powiek.
— Vernon — zaczął poważnie — czy ty przypadkiem nie chcesz tam iść i wybić mu paru zębów za to, że wciągnął Iorwetha?
— Trzynastoletniego na nasze dzieciaka wciągał — warknął major. — Trzynastolatka do partyzantki – to zawsze skurwysyństwo. Ale gdy się jest prowokatorem, gdy się go wysyła na śmierć, gdy się potem pisze raport – owszem, sądzę, że to się należą wybite zęby. Obdarcie ze skóry. Wbicie na pal. Tak na początek.
— Kurwa, Roche — jęknął Talar. — Przecież że korzystamy ze zdrady i prowokacji, to wiedziałeś od zawsze. Sam korzystałeś. Sam mordowałeś kobiety i dzieci, rezałeś wioski, wiedząc, że mieszkańcy są czyści, jak jebana łza. Że do komand idą gówniarze, też wiedziałeś, dzięki temu miałeś tak dobre wyniki. Zastanów się chwilę, jakiego ty mi kalibru głupoty teraz jebiesz? I czemu?
— Są granice...
— Nie ma, kurwa, granic. Nie dla oddziałów specjalnych, polityków i służb! I nie było dla Pasów, i nie było dla ciebie, Roche! Pół roku ze spiczastouszymi chujami i stałeś się hipokrytą?
— Ale to jest...
— Powiem ci, co to, kurwa, jest. To jest twój chędożony charakter. Ty się przywiązujesz. Geralta też polubiłeś i potem robiłeś błędy. Iorweth, rozumiem, charyzmatyczny chuj, rozumiem, czego od ciebie chce, więc skamle, to miłe, ale nie chędoż mi, że nic się nie zmieniło! Że zrobisz, co musisz! Nie chędoż mi, kurwa, kiedy chcesz zabijać prowokatorów za jebaną robotę, którą odwalili dla Temerii! Jako i ty, kurwa, zresztą.
— Nie ufasz mi — stwierdził z oburzeniem major.
— Nikomu nie ufam.
— Ale mi bardziej.
— W tej sprawie? A pewnie.
'
'
Ale jednak, po przysięgach, zaklinaniach i obietnicach, Talar adres podał, głównie dlatego, że coś w sprawie tej prowokacji jebało na kilometry. Ale zadanie dla Arjana to rozkaz i ma absolutne pierwszeństwo, a zdrajca mieszkał ostatnio w Kaedwen, podkreślił szpieg. Może się łudził albo udawał, że łudzi, nadzieją, iż to powstrzyma Vernona od pochopnego działania.
— W Górach Sinych może jeszcze?
— Nie. — Chwila ciszy, jakby szpieg się jeszcze raz zawahał. — U podnóży. Bardzo ci nie po drodze.
'
'
Którejś kolejnej nocy zbudowali zamek, po cichutku, w gabineciku królowej, tym bez okien, żeby nikt nie widział. Zamek był wielki, królowa odgrywała rolę uwięzionej dziewicy, Iorweth na przemian zbója i rycerza. W ostatnim momencie, kiedy już, już prawie uwolnił księżniczkę, z boku wypadł, jak oznajmiła rzeczona stanowczym, pogodnym tonem, zdrajca i zabił watażkę, to znaczy rycerza. Na śmierć. Na amen. Gardło mu poderżnąwszy.
— A jego wiernego rumaka żołdactwo chwyciło i rzucało o niego losy, a skoro się nie dał okiełznać żadnemu z nowych panów, pałką w łeb mu dali, pokroili i zjedli ze smakiem, bo to był dobry koń. A siodło, uprząż i resztą sprzedali, zyskiem dzieląc się równo — zakończyła mała z patosem, bardzo zręcznie naśladując manierę Jaskra.
Elf bał się zapytać, co się stało z księżniczką. Tak jakoś. I skoro się bał, to zapytał. Anais obrzuciła go zdumionym spojrzeniem, zawahała się:
— Hm. Porwali ją źli ludzie i znowu wepchnęli do czarodziejskiej wieży, tak myślę. Kiedy się bawię z wujkiem Vernonem, to mnie z niej ratuje. Ale to tylko z wujkiem, nikt inny nie umie... — Zrobiła szeroki, nieokreślony gest dłonią, zmarszczyła brwi. — ...nie umie się bawić w tę część. Mylą wszystko. Hmm. Co się stało z księżniczką? — zanuciła.
Okręciła się parę razy, mamrocząc jakąś wymyślaną w biegu piosenkę, po czym przypadła do Iorwetha. Z tryumfalnym okrzykiem:
— Wiem! Rycerz umarł, to księżniczka z żalu też. I teraz jesteśmy razem w jednym grobie, kwiatki nad nami rosną – zrób kolory, proszę! – o, dziękuję – kwiatki nad nami rosną, drzewka nad nami płaczą, rzeczka obok biegnie...
— Cmentarze niedobrze robić koło rzek, ziemia podmaka, błoto się robi, potwory legną — wtrącił odruchowo.
— To bez rzeczki. Leżymy sobie razem w grobie, jest nam ciemno – zgasisz świeczkę, proszę? – i ciepło, i całkiem wygodnie, bo to duży grób jest, marmurowy, jak ten w starym pałacu w Wyzimie. I opowiadamy sobie historyjki, gramy w różne gry, bawimy się, rozmawiamy, i nawet nas czasem dusza wiernego rumaka odwiedza, więc jest nam wszystkim dobrze, bardzo dobrze w tym grobie.
— Nieżywi i szczęśliwi. Trzeba podrzucić Jaskrowi, to jest jakiś pomysł na zaskakujące zakończenie, przełamywanie schematów, dekonstrukcję zapleśniałych ścian wielkiego gmachu literatury... — Zdał sobie sprawę, że ironizuje, przytulił królową mocniej, poszukał innego tematu. — To mam przerobić zamek na grobowiec?
— Mhm.
— Po ciemku?
Westchnąwszy, zabrał kołdry, przestawił meble, namówił, że skoro leżą martwi, to może jednak poleżą w łóżku, świtało już przecież prawie. Przeszli, dziewczynka się swoją ulubioną metodą zwinęła mu na kolanach, okryła oboje kocem i narzutą. Pod pierzynę wlazła sama, watażka nie miałby śmiałości.
— Wujku? — zaproponowała mała po chwili ciszy. — Mogę o coś spytać? O wojnę? Wujek Vernon nie pozwala pytać o... o dużo rzeczy nie pozwala.
Przez jeden raczej straszny moment był pewien, że królowa zada pytanie, od którego nie będzie ucieczki, coś w stylu „Widziałam Wiewiórki przed świątynią w zamku mamy, tego dnia, jak tata go zdobył... Co one tam robiły?". Ale skinął głową, bo nie widział wyboru.
— Myślałam — zaczęła z ciężkim westchnieniem, komicznym w dziecięcych ustach. — Myślałam. Dużo. O wszystkim. O różnych rzeczach. Przypomina się, nocami. I jest smutno. Wtedy właśnie myślę. I wychodzi, że nic chyba się mi nie działo wielkiego. Nie chcieli mnie zabić, krzyczeli na mnie, ale nie bili bardzo mocno, tylko trochę, ani nie chcieli zabić, a w obliczu śmierci dopiero, mówią, wiadomo, czy ktoś jest dzielny, czy się nadaje...
Wciągnęła ze świstem powietrze; watażka wiedział, że powinien ją przytulić, przerwać, lecz nie zrobił nic, bo otchłań się w nim otwarła znowu, widział ją w nonszalancji królowej, jej dziecinnym, nieuważnym przejęciu, głupiej szczerości jej odwagi, która była tak bardzo, jak tamta oddziałów, jak jego na początku, taka, taka głupia – więc wpatrywał się tylko z przerażoną fascynacją.
— Wujku. — Szarpnęła go lekko za rękę. — Te dzieci w tej szkole... jak one zrobiły, że były dzielne? Wszyscy mówili, że one były bohaterskie i mali męczennicy, i były wielkie, wielkie msze za nie, nawet u nas, w Wyzimie, byłam malutka, ale pamiętam, była orkiestra i chór, i kadzidła, i złoto, i nawet papa poszedł na uroczystości, chociaż normalnie go nudziły, i byli najwyżsi kapłani, i mówili o nich – o dzieciach – długie przemówienia, mówili, że one były, jak mali rycerze, jak święci z dawnych dni, jak żołnierze spod Brenny, papa dał im ordery pośmiertne, a nianie i mama mdlały i przykładały chustki do oczu, i mówiły „biedne, dzielne dzieci". Stali na rogatkach i wymieniali ich imiona, i ich wysławiali, i było potem przedstawienie w teatrze na ich temat, ale nie mogłam iść, bo rodzice powiedzieli, że to drasta... drastyczne. Te dzieci były dzielne, jak bohaterowie legend, nawet dzielniejsze. Ja też muszę. Dla kraju i ojca. Więc jak one były dzielne? Wujku?
Nie zaczyna się zdania od „więc", pomyślał Iorweth i zaraz potem, że to właściwie logiczna konstatacja. Roche nie chciał mówić o Dwórkach, miał prawo, on tam był z obowiązku, on szkoły nie zajął. Skoro zajęło Scoia'tael, skoro to była ich decyzja, to im nie powinno być przykro. Jak z Foltestem. Logiczne. Uważam to za tragedię, ale trudno, tragedia się powtórzy.
— Nie wiem, co ci powiedział Roche — zaczął, nadal spokojnie, na fali szoku — ale nie jestem tak złą istotą, eanin, żeby oczekiwać od dzieci, które się nagle znalazły w środku wojny, jakiegoś... czegokolwiek. Cokolwiek one by uczyniły, byłyby dzielne.
— Ale jakie „cokolwiek" one uczyniły? — dopytywała Anais, wpatrując się w niego z przejęciem. — Dostały ordery...
— Głównie umarły — oznajmił z brutalnością, która zaskoczyła jego samego; miłosierdzie szoku mijało, wracała wściekłość, bo jak ta smarkula śmiała? — Zginęły niepotrzebnie i zupełnie głupio, i zupełnie na darmo. Tak bywa. Dostajesz ordery, bo zginąłeś, bo zostałeś poświęcony. Nieważne, co zrobiłeś i jak żyłeś. Twoja śmierć się przydała. — Paskudny uśmiech przeciął mu twarz. — Wiesz, o ile królowej Enid byłoby łatwiej, gdyby nas, Scoia'tael, wszystkich zabito w ostatniej wojnie? A tamte dzieci – jak to dzieci. Niektóre były dzielne i nie płakały. Inne były dzielne i pocieszały pozostałe, opiekowały się, dziewczynki starsze zwłaszcza. Niektóre były dzielne i pluły mi pod nogi albo próbowały dać w twarz, albo próbowały się wymknąć. Niektóre były dzielne, bo się nie bały płakać — podkreślił. — Jedno było dzielne, bo świsnęło skądś kawał szkła czy lusterka i coś chyba nawet przekazało oblegającym, puszczając światło, znakami myśliwych, bo jego ojciec kłusował, więc znało...
— Zabiłeś je? — wyrwało się królowej, chyba przestraszonej wybuchem. — Bo donosiło wrogowi...
— Donosiło Roche'owi. Wujkowi Vernonowi — teraz syczał. — Po co miałem zabijać? Byłem pewien, że wszyscy zginiemy przy szturmie, że się nie wyrwiemy, że szkoła się prędzej zawali albo pomrzemy z głodu. Po co miałem zabijać? To było takie bezsensowne czekanie, a wiedziałem przecież, żeśmy źle zrobili.
Nie rozumiała, widział, chociaż potaknęła gorliwie. Wstał, bo zaczynał nie ręczyć za siebie, wspomnienia wracały i najchętniej by małej przyłożył za to, że je wywołała. A nie było mu wolno.
— Jestem zmęczony. Pobawiłem się z tobą — słowa rzucił już od drzwi, szorstko. — Idź spać.
