Historycy do dzisiaj spierają się, ile elfy – elfia starszyzna Gór Sinych czy Franceska Findabair, bo przecież nie przeciętny członek społeczności – wiedziały o Drzwiach. Głównie o to, czy znały, choćby w przybliżeniu, datę ich otwarcia. Zależy od tego co prawda tylko (lub aż) ocena polityczno-moralna działań elfiej elity. Wiedzy na ten temat nie mamy żadnej, elfy w końcu zabrały z sobą wszystko, co uznały za własne, wedle niektórych źródeł, dzisiaj przez rewizjonistów często nazywanych czarną propagandą, posuwając się nawet do mordowania elfów i półelfów, którzy nie chcieli odejść ani popełnić samobójstwa. Zginęła wówczas, podobno, całkiem spora liczba dawnych powstańców oraz buntowników, odmawiających opuszczenia na rzecz ludzi świata, za który przelewali krew, który uznawali za swój.

Wiedzy nie mamy żadnej, pozostały nam więc pieśni i legendy, co jedna, to piękniejsza. Mówią, na przykład, że Franceska Findabair płakała, gdy Drzwi otwarto.

Daemien Giska, Jakieś ckliwe pamiątki. Co nam zostało po elfach?

'

'

Przechadzki z Aen Saevherne zawsze miały w sobie coś surrealnego. Po takim lesie, na przykład, ironizował Iorweth, normalnie, nawet nie do zasadzki, się chodzi tak, że się uważa. Na gałęzie, drzewa, nierówności terenu. Choćbyś lata spędził w partyzantce. A z Fenirorem – to las uważał na ciebie.

Las, resztki śniegu, pogoda. Hetman uparł się założyć futro, ale rękawiczki ściągnął po kilku minutach, za ciepło było. Jemu, oczywiście, świat poza bańką Fenirora cieszył się zamarzniętą wodą. Świat poza bańką Fenirora składał się z gałęzi, które nie odskakiwały przed tobą, śniegu, który nie osypywał się zawsze centymetr czy dwa obok ciebie, podłoża, po którym ty chodziłeś, nie ono cię niosło.

Watażka, w bardzo dziecinnym odruchu, celowo wszedł kilka razy na gałęzie jeszcze przyprószone resztkami śniegu. Grube. I podziwiał, jak się tak jakoś odsuwają. W końcu, z rodzajem przekornej, ponurej determinacji ruszył na drzewo.

Pień się przepołowił przed nim. Rozstąpił. No doprawdy.

— Zamierzasz się jeszcze długo wygłupiać? — rzucił w eleganckiej, archaicznej starszej mowie idący przodem ambasador, wujek, lekarz, lingwista: Saevherne ogólnie rzecz ujmując.

Pułkownik nie odpowiedział, ale od tamtej chwili szedł w miarę normalnie.

— Kamień też by się przed tobą rozpękł? — rzucił po chwili, prawie nie drwiąco.

Miał nadzieję, że prawie nie drwiąco. Starszej mowy w każdym razie niepotocznej użył.

— Gdybym zechciał — nadpłynęło z przodu, wypowiedziane tonem oczywistości.

— I jakim cudem ludzie was pokonali...

Tym razem głos Fenirora był suchy, ucinający wszelkie dyskusje.

— Było ich po prostu więcej. Mogliśmy obalić górę na jeden czy dwa oddziały, parę kolejnych utopić, ale nie dalibyśmy rady zabić wszystkich. Nas nie ma aż tak wielu, gwedd. A magia wyczerpuje.

Znaczy, to wszystko bezużyteczne sztuczki? Dymy i lustra, tak? A jak trzeba, to się wysyła nas, kundelki, żebyśmy zginęli, pomyślał Iorweth. Wstrzymał jednak język. Feniror był znacznie starszy, matka hetmana zwracała się do niego per „wuju". Nie wolno było.

— Jesteśmy — oznajmił za to; doszli przecinki przy rzece, niedaleko wodospadu.

Ładne miejsce. O tej porze roku całkiem puste. Bezpieczne, bo znajdujące się na podwyższeniu, ewentualnych nadchodzących byłoby dobrze widać.

Feniror w odpowiedzi stanął, machnął ręką. Z powalonego pnia nagle zniknął śnieg.

— Siadaj — mruknął Saevherne. — Ogrzałem go.

— A ty, wuju?

Usiadł na pniaku obok, jakimś cudem nadal wyglądając ceremonialnie. To przynajmniej problem uprzejmości mieli z głowy.

— Chciałeś porozmawiać — zaczął partyzant. — Niech zgadnę, o tym draniu?

— O Roche'u? Też. Ale przede wszystkim o...

— Nie jego miałem na myśli — irytacja zabarwiła głos Iorwetha, bo tamten przecież doskonale wiedział, tylko się bawił.

O dziwo Feniror nie zareagował oburzeniem. Nie powiedział też „przepraszam", po prostu skinął głową.

— Nie powinieneś mówić tak o swoim ojcu.

Hetman wciągnął powietrze przez zęby.

— O nikim starszym nie powinienem tak mówić, czyż nie? A już zwłaszcza o Jej Wysokości Francesce. Jej to powinienem przebaczyć na klęczkach, bo jest starsza, mądrzejsza, bo miała na myśli dobro naszej rasy, które mi umyka...

— Enid nie oczekuje, że jej przebaczysz. Że ktokolwiek z was jej przebaczy. Wie, że nie ma prawa tego wymagać — głos Fenirora był obojętny, suchy, lecz przynajmniej nie wrogi.

Pułkownika za to z wściekłości zadławiło w gardle.

— Oczywiście. Nie oczekuje, więc nie musi zniżać się i prosić, prawda? Nie daje nawet tego małego komfortu powiedzenie jej „nie, dziwko", siedzi sobie i mówi „nie będę przepraszała, bo i tak nie przyjmą, a ja nie oczekuję, że przyjmą", bo przecież musimy dostosować do jej oczekiwań...

— Nie histeryzuj — uciął dyplomata.

— O, potrzeby Scoia'tael to zawsze jest histeria, dla Dh'oinne, dla was, dla starszyzny, dla innych nieludzi. Póki umieramy, to jesteśmy dzielni, to daje się nam prawo do otwierania ust w waszej szanownej obecności, ale jak tylko nasza krew przyschnie, to mamy siedzieć cicho. I najlepiej nawet nie skamlajmy, jak nas torturują, przykładają głownie do ud, biją, odcinają ciało kawałek po kawałeczku, wpychają noże pod paznokcie – wtedy też mamy być cicho, bo takie są elfie zasady, prawdy? Zasady, które wymyśliliście sobie wy, którzy w życiu nie czuliście nawet śniegu, przed którymi się rozstępują skały!

Chciał mówić dalej, ale jakoś nagle zabrakło mu słów. Poza tym, po co perorował? To nie komando ani przesłuchanie, nie trzeba przemów, nawet jeśli poprawiały mu nastrój.

— Krzyczcie. Krzyczcie, skoro to wam pomaga — Feniror nadal mówił obojętnie, ale Iorweth zgadywał, że tamten stara się być empatyczny. — A jeśli poczujesz się dzięki temu lepiej, to krzycz na mnie. Nic, poza twoim samopoczuciem, to nie zmieni.

O proszę, łaskawca. Ale miał rację. Jak to zawsze oni. Wiedział.

— Ale to nie tak — dodał nagle dyplomata, takim tonem, jakby poza uprzejmością chciał w niego wlać uczucie — że twoje samopoczucie jest nieważne. Że nas... że mnie nie obchodzi. Że to, jak się czujecie, nie ma znaczenia.

— Jak się czujemy, kiedy umieramy na pozycjach, na których nas ustawiliście? Dla dobra rasy? To szalenie miło z waszej strony.

Głupio robisz, upomniał siebie. Wujek nie jest politykiem, jest lingwistą, lekarzem, naukowcem. Nie miał nic wspólnego z tą wojną i pokojem cintryjskim. Jest jednym z nielicznych z tej waszej elity, który w ogóle z tobą – z Wiewiórkami – rozmawia, a ty oczywiście obrzucasz go oskarżeniami. Bez sensu. Tak do niczego nie dojdziecie. Nie możesz się odciąć od wszystkiego dawnego, Ciaran tak mówi, Saskia... Mają rację.

Upomnienie niewiele dało. Feniror odchrząknął.

— Nie ma innego dobra rasy niż nasze dzieci. Jesteście jedyną przyszłością, jaką mamy — zauważył rzeczowo.

— I wysyłacie nas, żebyśmy umarli.

— Nie wszyscy. To jest... to jest polityka, bardzo długofalowa polityka. Nie znam jej, nie jestem w tych kręgach. Ale nikt nie chciał waszej śmierci. Wszyscy próbowali ocalić z was tylu, ilu się dało. Cokolwiek myślisz o Enid, ona nie życzy źle ani tobie, ani nikomu ze Scoia'tael. Ona się cieszy, że przeżyliście.

Iorweth się zaśmiał, głęboko, gardłowo. Wolał to niż dać się ponieść kolejnemu wybuchowi gniewu.

— W cipę może sobie wsadzić swoją radość.

Dyplomata znów odkaszlnął.

— Nikt nie oczekuje od ciebie innej reakcji. Gwedd... My... popełniliśmy błędy. Przy powstaniu Aelirenn. Potem z wami. Poważne błędy. Wszyscy zdajemy sobie z tego sprawę, nawet jeśli wielu z nas duma nie pozwala o tym mówić. Wiemy, że nie wszystko poszło, jak powinno. Ja też wiem — bardzo urzędowo to zabrzmiało i pułkownik nie mógł powstrzymać drwiącego śmiechu.

— Wiecie. No pewnie. Oczywiście, że wiecie. Wy zawsze wszystko wiecie i nic nigdy nie robicie, nic nigdy nie mówicie, nigdy nic nie zmieniacie, za nic nie bierzecie odpowiedzialności, za nic nigdy nie przepraszacie. Nic-Nie-Czyniący, jak to będzie w tej ładnej, archaicznej starszej mowie?

— Aen N'dèane-Aep-Nedhim.

Znów się zaśmiał. Proszę, za całe miesiące się naśmieje. Ciekawe tylko, czemu mu tak podle, z każdym parsknięciem podlej.

— Chcecie przeprosin? — padło z boku, spokojne.

— Sądziłem, że rozmawiamy prywatnie. Nie mówię z tobą w imieniu Scoia'tael. Niech dziwka sama zapyta. Każdego z nas po kolei.

Cisza.

— Przecież my was nie obchodzimy — westchnął hetman z nagłym znużeniem. — Skundleni jesteśmy. Jak ludzie. Bydło z domieszką szlachetnej krwi. Można wysyłać, żeby zginęło.

Teraz reakcja była błyskawiczna.

— Nigdy tak o tobie nie myślałem. Nigdy.

— Ze względu na moją matkę. Bo mojego ojca to już nie kochałeś, nawet jeżeli teraz go bronisz. Spieraliście się o to z matką.

— Twoja matka podjęła w życiu swoje wybory — głos uczonego zmiękł trochę, złagodniał, napełnił się prawdziwym ciepłem; zupełnie mimowolnie, jak zawsze, gdy tamten mówił o Tinnithel. — Nie każdy podjąłbym ja na jej miejscu. Ale to nie ma znaczenia. I to, co myślę o twoim ojcu, też nie ma znaczenia.

— Nie, ma znaczenie tylko to, że kochasz moją matkę. Jak córkę. Albo kuzynkę. Bez znaczenia dla dawnej elfiej arystokracji zresztą. Prawda?

I po co całe to wyzywające zachowanie, pytał sam siebie. Wuj nie jest winny. A że się sprzeczał z matką, kto się czasem nie sprzecza? Sam przecież nieustannie darł z nią koty tuż przed swoim pójściem do lasu. Chociaż ona próbowała być miła, zrozumiał później.

— Nie było nigdy planów... związku, jakiegokolwiek związku, między mną, a twoją matką. Ani między nią, a jej ojcem. Niewiele rodziny mi zostało — odparł spokojnie tamten. — Nie zwykłem przywiązywać wagi do kolejności krwi. Ojciec twojej matki był jednym z moich najbliższych przyjaciół. Po prostu. A pozwalam ci na takie zachowanie, jakie prezentujesz, nie ze względu na twoją matkę, ale na wszystko, co ci zrobiły te zwierzęta i na to, co zrobiłeś, walcząc — ton miał rzeczowy. — Czy to tłumaczy twoje wątpliwości?

Widzisz? Tylko dałeś mu pretekst do zmiany tematu. Pokłóciłeś się, zamiast wyjaśniać, a potrzebujesz przecież rozmowy, tłumaczył sobie spokojnie Iorweth. Tylko jakoś spokój nie chciał przedostać się na zewnątrz, do głosu, słów, tonu, ruchów.

— Tak tylko powiedziałem. Przepraszam, wuju.

Feniror siedział blisko, dosłownie kilkadziesiąt centymetrów. Tylko hetman coś w ogóle nie czuł nawet tej podstawowej intymności, jaka czasem ogarnia w byle zatłoczonej karczmie.

— Cokolwiek bym sądził o twoim ojcu — wrócił nagle do podstawowego tematu uczony — ty go potrzebujesz.

— Nie jestem dzieckiem.

— Jesteś hetmanem Vergen. Słynnym dowódcą Scoia'tael, jednym z najsłynniejszych. Partyzantem. Mordercą — głos się nie zmienił. — Mówią, że Rzeźnikiem. Więźniem Drakenborgu. I dzieckiem. Rodzina zawsze pozostaje rodziną, nic tego nie zmienia. A ty potrzebujesz wsparcia. I nie, nie mój tytuł mi to podpowiada, tylko lata życia.

— Dostaję wsparcie. Od komand. Od Saskii. Od...

— Od Vernona Roche'a?

Oczywiście, oczywiście.

— Nie. Pewnie, że nie. On mnie ścigał ostatnie pół dekady. Zależy mu raczej na moim zgonie niż...

— To po co trzymasz przy sobie? Traktujesz jak zaufanego? Spełniasz zachcianki? Pozwalasz wywierać wpływ?

— Roche mnie kiedyś zabije, jeśli pożyje dość długo — wytłumaczył Iorweth spokojnie, z pewnym znudzeniem nawet; ileż razy można powtarzać jedno i to samo? — Tak będzie honorowo. Jest dobry w tym, co robi.

Starszy elf milczał przez chwilę.

— Jesteś absolutnie pewien tego, co powiedziałeś? Nie blefujesz na modłę Scoia'tael? Nie popisujesz się młodzieńczą butą? To ważne, więc się zastanów.

— A czemu to niby ważne?

Burczysz faktycznie, jak dziecko, syknął w duchu.

— Bo jeśli mówisz to całkowicie serio, to go zabiję — oznajmił Feniror. — W ramach brania odpowiedzialności, naprawiania błędów, tego wszystkiego, o czym mówiłeś. Jeśli to jest twoje ucieleśnione pragnienie śmierci, to będzie lepiej, jeśli przepadnie.

— Nawet nie próbuj — warknął watażka; coś w głosie dyplomaty kazało mu założyć, że tamten mówi absolutnie poważnie. — On jest w Vergen pod moją opieką.

— Do końca życia sobie nie wybaczę kilku śledczych, których nie zabiłem — ogłosił uczony — i wolę twój gniew od twojej krzywdy.

— Jakie ładne słowa. Prosto od Jaskra.

Ciekawe, czemu im nie wierzę.

— Żyłem długo — ciągnął dyplomata — doświadczyłem radości i smutku, i wszystko zdążyło mi zbrzydnąć, jak to naszej rasie. Ale najwyraźniej ja też jestem skundlony, bo nie zbrzydło mi aż tak, żebym mógł przyjąć obojętnie cierpienie bliskich. Żebym się znieczulił na wasz ból.

Feniror wstał z westchnieniem, gestem kazał hetmanowi siedzieć nadal. Zaczął chodzić wzdłuż polanki, stałymi, długimi krokami. Równo odmierzonymi, bardzo spokojnie. I głos miał, jak to zwykle. Zamarznięta rzeka. Lita skała.

— Wie... Rozumiem, że sposób, w jaki żyliśmy dawniej, w jaki ja i wielu nadal żyje, nie jest waszym. Że nam nie ufacie, nie rozumiecie. Mógłbym palnąć kazanie, jak to jest, patrzeć na kolejne pokolenia dzieci idące umierać ze słowami o honorze na ustach – ale nie będę cię obciążał naszymi zaniedbaniami. — Zatrzymał się wreszcie. — Oczywiście ani ja, ani nikt ze starszyzny, ani Franceska, nie byliśmy w lesie. Nie przeżyliśmy tego i nie będziemy wiedzieć. Ale widziałem bardzo wiele młodych elfów, zachowujących się tak, jak ty. Po powstaniu Aelirenn. I to... To nie kończyło się dobrze. Nie wiedzieliśmy, jak pomóc, próbowaliśmy, na ślepo, Enid też, zwykle pomyłka za pomyłką. — Zacisnął wargi. — Nie chcę obserwować tego ponownie, nie sądzę, żeby Enid chciała. Nie bardziej, niż ty chciałeś mordować.

Zapiekło.

— I tak, Saskia chce ci pomóc. Ciaran. Komanda. Nawet to przeklęte Dh'oine nie chce twojej krzywdy. Przywiązuje się to, jak pies. Typowe dla ich gatunku. Ale ty im nie pozwalasz. Nie pozwalasz im, nie pozwalasz mnie, nie napisałeś do matki, nie chcesz widzieć ojca. Nie chcesz normalności. I owszem, martwi mnie to. Wpuszczasz Dh'oine, bo ono jest śledczym, ono jest z tamtego czasu. To też mnie martwi. Ale cię nie zmuszę, tak samo, jak nie zmuszę cię, żebyś porozmawiał z ojcem. Bo ja śledczym nie jestem. Chciałem tylko, żebyś znał moje zdanie.

Długa, długa chwila ciszy. Ptaki śpiewały. Śnieg leżał i w tej sytuacji, gdy nie wiązał się z zimnem, był właściwie, dumał Iorweth, brzydszy. Jakby nieprawdziwy. Tania dekoracja.

— Jeśli mogę służyć czymś więcej niż radą, to tylko powiedz.

Zdecydowanie brzydszy. Odblaski słońca czyniły go palącym, tak wizualnie, a bez uczucia chłodu na rękach zostawała tylko na błyszcząca, jednolita masa.

— Ktoś z was — spytał nagle watażka, właściwie bez nadziei, raczej złośliwie — umie odczynić to, co mi zrobili w Drakenborgu? Ty? Ktoś ze starszyzny? Nasi uczeni? Enid? — zaczął syczeć. — Ktoś z was umie przywrócić mi... sprawić, żebym znów mógł mieć dzieci? Albo chociaż oddać wzrok?

Regeneracja gałki ocznej była przecież możliwa, czarodzieje to zrobili parę razy, głównie dla samych siebie i najpotężniejszych, najbogatszych klientów.

Feniror skurczył się nagle.

— Wzrok... Wzrok tak. Pewnie moglibyśmy. Ich magia źle się łączy z naszą, ale moglibyśmy. Ale płodność jest podstawową siłą, życiem, tym samym, co magia. Równorzędna potęga. Zniszczyć jest łatwiej niż zbudować, a tu jeszcze wchodzi w grę obca moc, moc Dh'oinne, ona dodatkowo utrudnia...

— Po prostu powiedz, że nie — prychnął hetman. — Że możecie się ogrzać, pobawić strumyczkami, ułatwić sobie życie, poprzestawiać kamyczki, ale nie umiecie tak naprawdę pomóc. Co jest zapisane, to się stanie, co ma się stać, przyjdzie. Po co próbować w ogóle wstrzymywać cierpienie? Po co mnie próbujesz ratować przed losem tamtych od Aelirenn, skoro to jest tak samo, więc się powtórzy, jak to w świętym cyklu, a mój koniec będzie czegoś początkiem? Co za różnica, umrę dzisiaj, jutro, za sto lat, skoro i tak nie będę miał dzieci? Jaka ze mnie przyszłość? Co innego można zrobić z jałową krwią niż przelać?

Gil przeleciał nad polanką.

— Przekonanie twojej matki, którym najwyraźniej nasiąkłeś, że dla naszych elit liczą się tylko geny i rozród, jak dla Dh'oinne, tylko z innej strony, jest prawdziwe tylko w niewielkiej części. Jej przekonanie wynika z... z kontekstu jej życia i nie mam o nie do niej żalu, ale nie sądzę, żebyś musiał...

— Matka prawie nic o tym nie mówiła. O was i reszcie.

— Ale jeśli już, to drwiąco, prawda?

No, owszem, ale nigdy jakoś konkretnie, nigdy dłużej, ci najwyżej złośliwe komentarze, krótkie, ogólnikowe. Spierali się o to z ojcem, też raczej na żarty niż poważnie. Ale skoro Feniror tak lubił gierki i ucieczki, to proszę.

— Nigdy o tobie.

— Wiem.

Krakanie kruków rozległo się nad polaną. Mogli sobie pomilczeć.

— Też nie mam dzieci, a jakoś nie sądzę, żeby te pięćset lat prawie było zmarnowane. Ty żyłeś... bardzo czynnie. Stawiałeś państwa, obalałeś państwa. Niepotrzebnie sprowadzasz życie do rozpłodu. Zrobiłeś, co mogłeś. Nie traktujemy was, jak klaczy i ogierów, a z pewnością nie chcę, żebyś tak traktował siebie.

— Nie powiedziałem, że...

— Znam twoją matkę — po raz pierwszy w trakcie całej rozmowy cień humoru zabarwił głos uczonego. — I znam moich kolegów. Rozumiem, że możemy sprawiać takie wrażenie, ale... A zresztą, bloede pest — sklął nagle pod nosem. — Bez sensu plotę.

Podszedł do Iorwetha, przyciągnął go do siebie i przytulił, trochę sztywno, ale mocno. Zaczyna zmierzchać, pomyślał bez sensu watażka, ciemno się robi, a potem wcisnął twarz, w ciemne, proste szaty tamtego, lewą stroną, tak, żeby nie widzieć nic.

Pachnie igliwie, przepowiadał sobie, powietrze, ubranie ziołami, trochę swojskich, ale trochę też egzotycznych, więc nieco inaczej niż matka, skup się na inaczej, krakanie, „nad Drakenborgiem kracze kruków burza, krwią napojony ranek raźno wstaje", nie, nie to, bloede taedh, tutaj jest śnieg, świeże powietrze, wolność, można iść, gdzie się chce, głaszczą po włosach i nie boli, i nie będzie bolało, czujesz, ciepło i miękką skórkę wewnątrz butów, futerko delii cię łaskocze, tu, teraz, tu jesteś.

— Nie powiesz mi, że wszystko już dobrze? — prychnął po długiej chwili, znów wyzywająco.

— Nie — stwierdził spokojnie Feniror. — My nie kłamiemy.

'

'

Feniror nie zostawił sprawy ojca. Oczywiście, oczywiście, syczał wściekle Iorweth, dyplomata, musi wykonać zadanie, słowo może jeszcze dał, że spróbuje. Wobec czego hetman najmniej raz w tygodniu, gdy przychodziła poczta, musiał znosić, poza irytującym przeczuciem, że na pewno wujek wszystko ojcu opisuje, wszystko, wszystko, nawet to, czego nie mówi, że widzi, więc poza tym okropnym uczuciem musiał znosić cotygodniowe próby zagajania rozmowy o relacjach rodzinnych. Dzisiaj też. Dzisiaj zaczęło się, u niego w gabinecie, wieczorem, od prostego przypomnienia wielce irytującego faktu:

— On o ciebie pyta w każdym liście.

— To zawsze umiał, pisać listy. Kochać na odległość. Wiedzieć, nie czuć, wiedzieć, nie działać. Nic dziwnego, że tak dobrze się czuł w Górach Sinych.

— Równie dobrze mógłbyś mnie pretensje do matki.

Watażka aż się zerwał na równe nogi, oburzony.

— Moja matka całe życie poświęciła idei. Żywię wobec jej oddania najwyższy szacunek. Owszem, to była idea sprzeczna z moją, ale matka walczyła o nią z poświęceniem godnym wojowników. Całe życie strwoniłem dla idei. Moja matka też. Jak mógłbym mieć do niej pretensje? Ojca takie rzeczy nigdy nie obchodziły. Tylko kariera, zabawa, jedzenie, picie, takie... — szukał słowa — przyziemności. Nic wyższych ambicji, nic wyższych uczuć..

— Nie jest idealistą — zgodził się Feniror, cokolwiek ironicznie. — Zważywszy na to, jaki charakter mają jego żona i syn, powiedziałbym, że to jego życiowa tragedia.

— Jego życiowa tragedia? — Pułkownika zatchnęło z oburzenia.

Starszy elf westchnął.

— Kocha was tak, jak wy jego nigdy nie będziecie kochać w stanie.

— Słucham? Moja matka go uwielbia, zawsze broniła przede mną i...

Uczony wszedł mu w słowo:

— Kocha was najbardziej na świecie. Was, nie idee. Nie umie, myślę, kochać jakoś bardzo mocno idei. Wiem, jak to jest — dodał ciszej. — Przeżyliśmy to, ja i Finnédh'air, przy twojej matce. Ja nadal przeżywam.

— Nie rób z niego męczennika — warknął Iorweth; zaraz się poprawił, złagodził: — Wuju.

— On właśnie nic z męczennika nie ma — oznajmił melancholijnie dyplomata. — I tu tkwi problem. Ty i twoja matka urodziliście się, by zostać męczennikami. By poświęcać. On tak nie umie. Co jeszcze nie znaczy, że go lubię czy cenię. Uprzytamniam ci tylko fakty, żebyś mógł podjąć decyzję.

— Już podjąłem.

— Świadomą decyzję. Mało kto nie chciałby zmienić swoich decyzji z lat dziecinnych.

— Ja nie chcę.