Na granicy wszystko szło gładko. Brend podał dokumenty, na fałszywki Ves ledwie rzucono okiem, ją za to obrzucono nieprzychylnymi spojrzeniami oraz wyzwiskami. Civean trzymał ją cały czas za rękę, śliczne, błękitne oczy utkwił w niej, jak w obrazku – i w końcu jakaś żwawsza matrona zrugała pograniczników, jak psy, że właśnie przez takie chamskie, podłe zachowania ludzkie kobiety mężczyzn własnego gatunku znieść nie mogą, popatrzyliby sobie, jak tamten kocha.

Pewnie jeszcze parę tygodni temu za tę uwagę zapłaciłaby cała grupa, której, przed podstemplowaniem dokumentów, by po prostu wlano, obrabowano i może na wszelki wypadek zgwałcono elfki. Ves pewnie też, nie patrząc na ciążę. Jednak od czasu, gdy pierwsze doniesienia o takim traktowaniu wyganianych nieludzi się rozniosły, na granicy, po drugiej stronie marniutkiej, na wpół wyschłej rzeki, zaraz za mostkiem, w połowie którego postawiono pro forma wymalowany jaskrawo słup, tam stały oddziały Scoia'tael.

Znaczy, nie Wiewiórek, a Rzeczpospolitej Doliny Pontaru, oczywista. Niemniej, tak się jakoś składało, że ci z celników, którzy podnosili rękę na uchodźców, byli odtąd znajdowani ze strzałą w gardle, z czym Rzeczpospolita, jak gorliwie zapewniała, nie miała nic wspólnego. Strzały w gardle miały zaś na maniery dzielnych synów Kaedwen wpływ wręcz cudowny, więc obecnie na granicy do niczego gorszego niż splunięcia czy komentarze nie dochodziło.

Dzień był nawet w miarę ciepły, tylko kilka stopni na minusie, chmury stały nisko, szare i nudne. Podobnie jak pogranicznicy, a nawet oczekujący. Tłumek dyskutował sobie, krążyło jadło oraz napitek, ktoś śpiewał ludowe piosenki, dzieci, błyskawicznie zawiązując chwilowe sojusze, przyjaźnie tudzież antypatie, bawiły się wielką gromadą pośrodku, w miarę daleko od rzeki. Jakiś znudzony elf, ni to drzemał, ni rozmyślał, okutany w futra, otok wielkiego czapy ocieniał mu twarz. Para innych elfów flirtowała obok, dziewczę zarumienione lekko, on chyba rozbawiony raczej.

Wszystko szło gładko.

'

'

Już oclono całą karawanę, sprawdzano towar, zabrano, czego wywozić nie było wolno, z poręczeniem nawet, na widok którego wybuchano gromkim śmiechem, bo wszystko, co skonfiskowano, sprzedawano dosłownie drzwi obok, na tyłach posterunku. Yeywidd podarł, w dziecinnej bardzo irytacji, poręczenia i wrzucił do rzeczki, zwanej, jak Ves powiedziano, Fimka. Brend przeprowadził przez granicę konie i wozy, i dzieciaki, żeby im nudno nie było, podawszy wcześniej ich dokumenty, teraz podstemplowywano papiery jeszcze raz im wszystkim, po kolei. Prosta rzecz, urzędnik znudzony, brał, otwierał, nie patrzył niemal, podbijał, oddawał – i już, już po odprawie! Można się było, choćby szczupakiem, przez wodę, rzucać na drugi brzeg. Teoretycznie nic potem zrobić pogranicznikom nie było wolno. Dokument w łapce, podstemplowany, myślała teraz dziewczyna, taka głupota, a taka wolność.

Dostała ją bez trudu: urzędnik rzucił okiem, zobaczył pieczątkę Blafenid , to już nawet nie uniósł dokumentów pod światło. Wreszcie spokojniejsza trochę, Ves przeszła na czoło kolumny, zerknęła na ten drugi brzeg, na tę swoją wolność – i zamarła.

Bo na czele oddzialiku Rzeczpospolitej stał dzisiaj Ciaran. Ciaran, który był z Iorwethem od zawsze, czyli również przy tej prawie-a-udanej zasadzce Pasów, Ciaran, który znać twarze ludzi Roche'a musiał.

Sh'aenid dziewczynie wybaczyła. Obóz może by jej wybaczył, może nawet Brend. Ale nie Wiewiórki. Stąd, z samego przejścia, nie miała zaś jak uciec. Cokolwiek zrobi, ściągnie nieszczęście na pozostałych, może nawet zaprowadzi do kaedweńskiego więzienia.

Wcale nie była pewna, czy nie chce spróbować. Mimo wszystko. Skurwysyństwo, a juści. Tylko niby dzięki czemu dotąd przeżyła? Bachor – Kamilla – w końcu wszystko to dla niego zrobiła...

— Sam major nas wita — mruknął z rozbawieniem Civean, wyrastając nagle obok niej.

— Oni tak pokazują, że są nadal z ludem, że pracują, jak wszyscy, że bliski im los sprawy — dorzucił Brend. — Na moje, to im do mordów spieszno...

Elf się skrzywił, ale zmilczał. Za to oczy, którymi obserwował konie, jeźdźców, oddzialik, błyszczały.

— Iorweth też tu przyjeżdża? — spytał, prawie tęsknie.

Ves zemdliło. Może zresztą z nerwów, miała wrażenie, że Ciaran coś podejrzenie często patrzy w stronę ich akurat grupy.

— Gdzieżby — prychnął niziołek. — Nie, że jemu nie spieszno, tylko z miasta wyjść praktycznie nie może. Rodziny pomordowanych więcej niż wysoką nagrodę za jego głowę dają. Gdyby się tu pokazał, to by go w try miga dopadli najemnicy, oddziały specjalne, wojsko Henselta, pewnie by losy rzucać musieli, kto zaszczytu torturowania dostąpi... Drobne naruszenie granicy to żadna cena za taki łup. Najwyżej słup o parę metrów przestawią. Nie, on tylko w Vergen. — Pokręcił głową. — Siedzi we dworze, jak w więzieniu. I jeśli chcesz znać moją opinię...

— Nie chcę.

— I tak poznasz. Ja tam uważam, że bardzo dobrze. Nie tylko ludzie go „Rzeźnikiem" przezywają, Civean, pamiętaj. Sam wiesz, że ja znam, co to opresja i przemoc. Dłużej, niż ty po świecie chodzisz, mieszkałem w Białym Lesie. Ale, smarkaczu, jak już trochę więcej pożyjesz i trochę więcej zobaczysz, to zrozumiesz, że są rzeczy, których nic, żadna przemoc, opresja ani przeszłe cierpienie nie usprawiedliwia.

— Przestańcie — poprosiła dziewczyna.

Panowie urwali natychmiast. Elf się rzucił ku niej, troskliwy nie tylko z roli, podał rękę, podtrzymywał te parę metrów do posterunku. Ech, ty dzieciaku, ty niemądry dzieciaku, myślała, ty nie umiesz odmówić lubianej kobiecie, Dh'oine, drobnej prośby, a się w Scoia'tael kochasz? Gdzie ty byś mnie zabić zdołał? Gdzie ty byś mi dziecko z łona wyrywał i pępowiną dusił, gdzie ty byś mi wciskał twarz w piasek, w trawę, w korę, rżnąc tak, że krew by ciurkiem leciała po udach?

Ostatnie dokumenty podbijano. Sh'aenid, właściwie, która szła, jak zwykle, na końcu. Urzędnik jej dokumenty ledwie otworzył, nawet nie zerknął, tylko sięgnął po pieczątkę:

— Stój. — Długie, smukłe palce opadły na stronnicę.

Tamten elf, który to niby drzemał. Z połowy futer już nie miał, czapa mu jednak została. Podniósł głowę, spojrzał na zielarkę – tamtej twarz natychmiast stężała w rasową, pozbawioną uczuć maskę – uśmiechnął się.

— Dokumenty pani — powiedział przeciągle, niesamowicie melodyjnie — fascynujące rzeczy mówią. Imię. Daty jakoweś. I profesyje, te ostatnie może i prawdziwe.

Piękny był. Podobnie jak Sh'eanid przesadną, do granic doprowadzoną pięknością. Jasne jak piasek nad jeziorem włosy, fryzowane w pukle, na ludzką modłę, opadały mu na ramiona. Oczy zielone były, przepastne. Jezioro, znowu, w najgłębszym miejscu, gdzie już wzrok ani nawet światło dna sięgnąć nie może.

— Idźcie — powiedziała lekarka cicho, spokojnie do Brenda, który wyrósł obok. — Idźcie wszyscy. Przez granicę. Szybko. — Ton miała taki, jak zawsze, gdy wydawała polecenia, polecenia absolutne.

I tym razem zadziałał, może prawem przyzwyczajenia, bo grupa ruszyła. Prędko, owszem. Ves wątpiła, by dość prędko, by wszyscy przeszli, nim się stanie, co się stać musi. Co, jeszcze nie miała pojęcia, ale przypuszczała, że co najmniej nawałnica.

— Rionnc'h — oznajmiła akuszerka głośno, lekko, obojętnie.

Tamten skinął głową, prawie niedostrzegalnie. Oczu z niej nie spuszczał.

— Myślałaś, że ludzie o tobie zapomną — zaczął — i słusznie, bo zapomnieli. Ale od tego właśnie ma Kaedwen nas, dlatego nam życie oszczędziło, a teraz od strzał zwiedzionych idiotów chroni. My pamiętamy. I chociaż się ładnie ukrywałaś, zręcznie, znać partyzancką szkołę, to przecież w końcu cię znaleźliśmy. Nic do ciebie królestwo nie miało, więc cóż, wiedza leżała w archiwum. Skoro tu już jednak jestem, przypadkowo zresztą, to do takiego błędu nie dopuszczę.

Ciaran patrzył teraz tylko na nich, obojętny. Ves przełknęła ślinę. Kątem oka obserwowała nieludzi z obozu. Z kwadrans upłynie nim po tym mostku przejdą. Skoro dobry kwadrans, to ona tutaj zostać mogła, czekać na koniec sprawy. Czy raczej nieunikniony konflikt.

— Panie pułkowniku — wtrącił nieśmiało urzędnik, nadal trzymając pieczątkę nad otwartym dokumentem — ale o co... W czym rzecz? My się w sprawy wywiadu mieszać nie chcemy...

— O drobiazgi chodzi — odparł elf. — Kilka drobiazgów. Choćby to, że – co macie w papierach? Sh'aenid. Piosenka. Ładnie. — Posłał zielarce uśmiech. — Tylko to nie jest Sh'aenid. To jest Irilláinne Tiavel aep Finnédh'air en Liannén, a i to w skróconej wersji. Nasza stara arystokracja, jej ojciec Wiedzącym był. Kapitan powstania Aelirenn, ale kto by to dzisiaj liczył. Dziedziczka – jakby wasza duchessa – Es Mithánne...

— ...leżącego dzisiaj w Aedirn, od wieków przez ludzi zajętego... — wtrąciła lekarka z ledwo wyczuwalną ironią.

— ...pani trzech wielkich ziem, Vemderin, Gvillian, Loc Kirc'hedd...

— ...należących do Redanii i Kaedwen, spalonych do gołego gruntu jeszcze przed moim narodzeniem...

— ...i niezliczonych pomniejszych nadań. Ma prawo do zasiadania w naszej Radzie, prawo zasiadania, wypowiadania się i głosu...

— ...miałabym, gdyby jakakolwiek Rada jeszcze istniała.

— Rzeczywiście — tamten uśmiechnął się uprzejmiej; dreszcz przeszedł Ves po krzyżu. — Popełniłem nietakt, wypominając tak feudalne, monarchiczne tytuły matce elfa, który tutaj, tuż za miedzą — wykonał niewielki ruch dłonią, wskazując; Sh'aenid się nagle napięła — buduje wolną, wielorasową Rzeczpospolitą. Wolność, równość, braterstwo. Hetmani jej nawet. Przez łóżko, przez sypianie z Dh'oine – ale u was najwyraźniej rodzinne k'temu skłonności — syknął, wciąż głośno.

Stojący obok pograniczni żołnierze prawie w tej samej chwili sięgnęli po broń, nie ostentacyjnie co prawda. Oczy Brenda i reszty grupy się rozszerzyły, ktoś westchnął, ktoś inny wciągał ze świstem powietrze. Reszta zgromadzonych przy granicy nieludzi też zamarła, dziecięcy, beztroski śmiech rozbrzmiewał tylko. Ves pociemniało w oczach, bardziej niż kiedykolwiek – bogowie wszyscy, ile ona, co ona ostatnie tygodnie opowiadała? – Civean podtrzymał ją odruchowo, gdy się zachwiała, sam jednak też powtarzał wyrazy zadziwienia, bezgłośnie poruszając ustami. Za to dłoń urzędnika najpierw zastygła, a gdy po sekundzie zrozumiał, przyjął treść informacji, powoli zamknęła papiery, odłożyła pieczątkę. Dziwnie głośno, głucho ta pieczątka plasnęła. Albo tak się zdawało w nagłej ciszy.

— To jest — szepnął chrapliwie; przełknął ślinę, nim kontynuował. — To jest... matka Iorwetha? U nas? Deportowana? Jak… jak wszyscy? Akuszerka? Tak... tak po prostu?

Ciaran rzucił coś do reszty oddziału. Spięli konie, ale pozostali na brzegu. Jasnym było, jak słońce, że tutaj, w biały dzień, przekroczenie granicy o cal skończyłoby się retorsjami dyplomatycznymi, może nawet, skoro już przednówek, przyspieszeniem działań wojennych. Nadal wszakże, analizowała dziewczyna, zbyt chyba już przerażona, zaskoczona i urażona na gniew czy zwykły paraliżujący strach, elf mógł być gotów zaryzykować.

— To niskie było, Rionnc'h — zauważyła z leciuteńką przyganą zielarka. — Wypominać kobiecie miłości lat młodzieńczych. A śmieszne w ustach kogoś, kto się zaprzedał ludziom, kto dla nich morduje elfy, krasnoludy i niziołki, kto dla nich przesłuchuje, torturuje i wiesza – i możesz mnie nazwać choćby kurwą, bo sypiałam z człowiekiem, proszę bardzo, nie dbam o to, nie masz zdolności honorowej, która nadałaby twoim słowom cień mocy. Plwam na ciebie i cały twój wydział, Rionnc'h bo na zdrajców i kurwa plwać może...

Przerwało jej uderzenie w twarz. Mocne, siniaczące. Prawie poleciała na ziemię, ale Ves ją chwyciła, na wpół bezmyślnie. Brend chciał doskoczyć, Civean też, lecz lekarka gestem zakazała, machnęła ręką w stronę rzeki. Słusznie, bardzo słusznie, myślała dziewczyna, bo oni tutaj – to tylko kolejna możliwość szantażu. Poświęcić siebie jednak łatwiej niż innych. Dobrym istotom siebie łatwiej.

— Siedź cicho — warknął pułkownik. — A wy, durnie, czego stoicie? Dawajcie kajdany – nie te! dwimerytowe.

— Niskie to — powtórzyła Sh'aenid. — Zwłaszcza, że pośród moich zacnych tytułów nie wymieniłeś „zbawczyni twego żywota". Przynieśli cię do mnie w ostatnich dniach, petarda ci rozerwała jamę brzuszną, pamięt…

Znów dostała w twarz, kilkakrotnie, tym razem jednak musiała się spodziewać, bo zachwianie było nieznaczne, ustała bez problemu. Warga jej za to poszła, krew zabrudziła policzek i brodę. Ves miała wrażenie, że zielarka cmoka pod nosem. Rionnc'h mówił niby spokojnie, ale nienawistny syk zabarwiał mu końcówki zdań:

— Bodajbyś mnie tam zostawiła, przeklęta. Bodajbyś mi dała sczeznąć, ale z honorem i nadzieją, ocalić – ocalić duszę. Sparr'te yaen ichaer me. Toś mnie musiała ratować! Jakby ktokolwiek w tamtym momencie mógł, jakbyśmy mogli odwrócić nasze losy…

Elfka prychnęła śmiechem. Szczerym lub przynajmniej sprawiającym wrażenie takowego.

— Nie zrzucaj na mnie winy za swoją zdradę. Wszyscyśmy się złamali i odpowiadamy za siebie, tylko za siebie. Ja nie jestem pułkownikiem służb Kaedwen, ja ostatnie dwieście lat leczę, przyjmuję porody, a ty wieszasz i torturujesz… Sądzę, że twoja uraza, choć w ładne słówka ubrana, to coś głębiej. Masz do mnie żal o to, że ci kiedyś odmówiłam tańca? Wygrywałam w karty? Zabrałam grzechotkę?

Tym razem uderzenie było dość silne, by upadła, mimo podtrzymania. Tamten doskoczył do niej, kopnął – i ludzie go odciągnęli. Urzędnik, żołnierze. Rionnc'h się rwał, powoływał na rangę.

— Ranga rangą, wywiad wywiadem, Iorweth Iorwethem — oznajmił sucho pogranicznik — prawo prawem. Służby graniczne są niezawisłe i niezależne, woli króla jedynie podległe. Za przejazd na fałszywych papierach panią zatrzymujemy, ale bicia żadnego nie będzie. Nie dała ni cienia powodu. Nam. Prywatne sprawy waszmościów mamy w dupie.

Sh'aenid się doń uśmiechnęła. Czoło miała rozcięte, krew na całej twarzy, więc uśmiech wyglądał nieco makabrycznie.

— Durnie — warczał elf — durni ludzie. Popamiętacie mnie jeszcze, tylko do stolicy wrócę…

— Stolica stolicą — odparł sucho urzędnik. — A co do pani – moglibyśmy zatrzymać cały obóz. Widać po nich, co prawda, że na równi z nami zaskoczeni i szczęk z podołków pozbierać nie mogą, ale jednak osobę z nielegalnymi papierami przemycali. Jeśli się pani zgodzi po dobroci pójść, kajdany założyć, oporu nie stawiać, magii nie próbować, to sprawę obozu uznamy za niebyłą.

Tamta potaknęła. Rionnc'h wyzywał ludzi od najgłupszych, bo czy oni nie widzą, że szantaż się im z rąk wymyka, że jej współczucia nie trzeba, tylko kija…

— Doprawdy — westchnęła melancholijnie zielarka, przyjmując wyciągniętą przez jednego z żołnierzy rękę, wstając powoli — nie udawaj, że nie rozumiesz. Co prawda droga, którą obrał mój syn, to dowód mojej klęski pedagogicznej, niemniej, kiedy ostatnio sprawdzałam, sprawiał wrażenie, że mnie kocha. Nie wspominając o kwestii szacunku, na pewne rzeczy sobie dowódca Scoia'tael pozwolić nie może.

Urzędnik podał jej chusteczkę do wytarcia twarzy.

— Dziękuję. Ty odjedziesz i uciekniesz, jak zawsze, dotąd cię słuszna pomsta nie dosięgła, to możesz liczyć, że i tym razem się wywiniesz. Ale ci ludzie tutaj, przy granicy z Rzeczpospolitą, zostaną, bo muszą. Tutaj mają żony i rodziny. — Splunęła krwią na ziemię. — Owszem, uważam za moją klęskę fakt, że tych ludzi, za samo to, że patrzyliby spokojnie na twoje plebejskie zachowanie, mój syn kazałby zabić, powoli, wcześniej zmusiwszy do patrzenia na śmierć ich bliskich, też nielekką. To moja klęska wychowawcza i bardzo mi przykro, i z góry przepraszam, co wszakże niewiele by państwu pomogło, prawda?

Owszem, pomyślała Ves, przypomniawszy sobie wioski i ludzi, których w trakcie pogoni za Iorwethem widywali, owszem, bardzo niewiele by to pomogło. Jeśli pod koniec, wyjąc i błagając, bo z wypalanymi albo miażdżonymi, albo zjadanymi żywcem przez szczury genitaliami wszyscy błagają, w ogóle by pamiętali, za co cierpią.

— Ale ty to wszystko wiesz — ciągnęła lekarka, znów wypluwając trochę krwi, tym razem elegancko, dyskretnie, na chusteczkę. — Ciebie to cieszy, że marne zwierzęta, które z tobą wygrać śmiały, zginą w mękach. Honor mojego syna cię obchodzić nie musi, ale ci ludzie — syknęła z nagłą furią — powinni, skoroś jest, bloede pest, ich pułkownikiem. Ale nie, was złamali tak, że najgorsze cechy naszej rasy pozostały, a do nich dodana zdrada i służalczość – jesteś takim samym aroganckim, podłym szowinistą, jakim byłeś, tak samo plwasz na cierpienie ludzi, tylko teraz przed nimi kark zginasz. Niewolnik, który nienawidzi swoich panów. I siebie, siebie najbardziej, za to, że im służy. Z uśmiechem. I okrucieństwem.

Rionnc'h znów ku niej skoczył, żołnierze go znów odciągnęli, teraz już jawnie patrząc bojaźliwie na drugi brzeg. Ciaran się przyglądał sytuacji. Z kamienną twarzą. Obóz przechodził, ponad połowa już była – ktoś z Doliny Pontaru już ich przepytywał, sądząc z mowy gestów, raczej uprzejmie. Czy przynajmniej bez użycia jakiejkolwiek siły, jakiejkolwiek przemocy, choćby krzyku. Póki co.

Medyczka wyciągnęła ręce, urzędnik zaczął jej nakładać kajdany, mruknął coś o konieczności przeszukania, choćby pobieżnego, że przeprasza, że tylko dotknie, lekko przetrzepie. Pułkownik odtrącił tym razem jego, brutalnie.

— Nie waż się — oznajmił z nienawiścią, samemu zapinając łańcuch — jej dotykać, choćby palcem, to może dziwka, ale potomkini naszej szlachty…

Przeszukał ją porządnie, z wprawą, znajdując sztylet.

— Sami widzicie, niewolnik, ale nadal chędożony rasista. Wcale nie przez tortury, nie przez ludzi — warczała tymczasem Sh'aenid — tylko właśnie przez naszą własną podłość, taką właśnie, jak ta twoja, przez waszą podłe zadufanie, arogancję i nienawiść do innych się złamałam. Jak ujrzałam marność i nikczemność naszej rasy. W błysku samopoznania.

Elf nie bił jej tym razem, potrząsnął za to, wbił palce w ramiona, mocno, pewnie do krwi. Civean chciał go zatrzymać, Ves odruchowo przytrzymała jego.

— Ty chędożona dziwko — krzyczał prawie Rionnc'h, straciwszy resztki kontroli. — Ty chędożona dziwko, przez ciebie – przez ciebie to wszystko! A ty sobie żyjesz jak królowa, oddałaś się człowiekowi, to nie musiałaś brudzić rąk, nie musiałaś podpisywać, nie musiałaś zdradzać – i śmiesz nas pouczać, nas, którzy przeszli przez piekło, bo nie kupczyliśmy ciałem…

Odciągnięto go wreszcie. Urzędnik ostrożnie otarł usta zielarki z krwi, podał chusteczkę, by mogła splunąć.

— Nisko upadliśmy — mruknęła ponownie akuszerka. — Ale wmawiaj sobie, co chcesz. Nawet to, że Aleksy mnie chronił, że mnie oszczędzono, nawet to. Nie chronił, tak samo mnie bili, przypalali, podwieszali, ogólnie: torturowali i gwałcili, jak ciebie. Tak samo namawiali. Ale wierz sobie, w co chcesz. Nie dbam o to. Nie dbam o zdrajców.

Oczy Rionnc'ha rozszerzyły się nagle.

— Kłamiesz — wycharczał. — Kłamiesz, kłamiesz, kłamiesz… Gdyby oni ciebie – nikt by tego nie wytrzymał – nie wytrzymałabyś, kłamiesz…

— Wielu wytrzymało — zauważyła obojętnie akuszerka. — Większość za to zabito. Ale przecież na wydział ze mną chodziła Ida, ona też nic nie powiedziała, obciążyła tylko siebie, nie współpracowała z wywiadem, odmówiła podpisania krytyki Aelirenn – i chodziła ze mną na wydział. Wyżyła. Powiesiła się sama, parę dekad po wojnie, nie mogła znieść upokorzenia. Wszyscy się powiesić mogliście. Nie trzeba by wam wtedy było naszych dzieci dzisiaj mordować.

Rionnc'h milczał chwilę. Odszedł na kilka kroków.

— Dziwka Dh'oine — powtórzył, jednak bez cienia energii, głucho. — Avicéan do końca życia cię zapomnieć nie mógł, nie mógł sobie wybaczyć, że cię pchnął wtedy, wiedział, że tym cię stracił – on wszystko na śledztwie zrobił dla ciebie, żeby cię chronić, do końca życia czekał, aż się opamiętasz…

Civean, Brend, Yeywidd i Ves już tylko zostali na keadwenskim brzegu, Brend pchnął ich wszystkich, żeby ruszali wreszcie. Dziewczyna potrząsnęła głową – bez lekarki, uznała, to po pierwszym, może drugim spojrzeniu Ciarana i tak martwa jest.

— Nim się kto miłością rzeczonego wzruszy — prychnęła Sh'aenid — dodam, że zabił moje dziecko, chwacko mnie ze schodów zrzuciwszy. Gdy byłam akurat w drugim trymestrze ciąży.

— To nie było twoje dziecko — warknął pułkownik — tylko mieszaniec. I tak byś go nie urodziła, nie przy twoim genotypie – przecież wiesz, Wiedzący i arystokracja coś mają, mieli, z krwią, każdy jeden ród, własne przekleństwa i własne potęgi – przestałabyś się łudzić, nie on ci dziecko zabił, ono było skazane, ledwoście je poczęli…

Teraz przyszła kolej zielarki na moment zamyślonego milczenia. Brend pociągnął Ves za rękaw. „Idź sam", szepnęła bezgłośnie. I niziołek poszedł, ale Civean, westchnąwszy cicho, został, trzymał ją pod ramię.

— To możliwe — przyznała tymczasem akuszerka, powoli, z namysłem. — Nawet… Tak, to możliwe. Miałam w końcu bardzo późno dziecko. I ojciec coś tam o przyszłości rasy bełkotał, o marnotrawstwie materiału… Możliwe też, że po upadku po prostu nie mogłam długo zregenerować uszkodzonych organów. Będę musiała... porozmawiać. Wiedzą może państwo, gdzie ostatnio widziano Dziki Gon? — spytała pograniczników.

Pokręcili przecząco głowami, zaskoczeni.

— Trudno. Cóż, spychanie ciężarnych ze schodów nadal jest działaniem wysoce nagannem, że nie wspomnę o mordowaniu naszych dzieci. Nie kupisz łez dla zdrajców, Rionnc'h. — Spojrzała naraz na Ves. — A co ty tu robisz jeszcze? Na drugi brzeg, sio. Nic ci tamci nie zrobią.

Pochyliła się, pocałowała dziewczynę w policzek. Ciaran patrzył.

— Obiecuję — dodała solennie elfka. — A teraz lećcie. Oboje. Szybko.

No i poszli. Czy raczej: Civean pociągnął dziewczynę. Opierała się trochę, potykała, oglądała za siebie co krok. Sh'aenid wyglądała na rozbawioną. Dwimeryt błyszczał jej na nadgarstkach. Gawędziła z żołnierzami i jej uprzejmy, lekki głos, zagłuszający tamte, zduszone strachem, towarzyszył Ves przy każdym kroku.

— Teraz, po tym polowaniu na czarownice, pewnie zapotrzebowanie na dwimeryt spore? — Zielarka.

Rozjechany w bure, brudne błoto śnieg, ciężko plaskający pod stopami.

— Tak myślałam. Ceny musiały pójść w górę?

Ciemne, spękane, mokre drewno mostu. Skrzypiało.

— Ach, no tak, rządowe zamówienia. Przetargi. Wiadomo, kryterium ceny. Czyli jeszcze potaniało? Pewnie, kto chciałby lud w czas wojenny okradać? Z pewnością nie Jego Wysokość, ze swej dobroci i obowiązkowości słynący.

Nadal drewno, tylko teraz minęli już kolorowy słup i czyjeś szczupłe ręce chwyciły dziewczynę, przyciągnęły, ziemia umykała jej pod wzrokiem, brąz błota i szare spłachetki piasku; jakby to grunt się ruszał, nie ona.

Wpadła prawie na konia, podniosła wzrok. Ciaran. Stał teraz tuż przy granicy, palce zaciskał na poręczy, do białości. Rumak obok uderzał kopytkiem w ziemię, wyczuwając niepokój. Bo po tej stronie Fimki napięcie można by kroić nożem. Nikt nie żartował. Nikt nie gawędził. Łuki oraz kusze były gotowe. I dopiero chyba w tej sekundzie Ves naprawdę, naprawdę uwierzyła – dotarło do niej – że tak, Sh'aenid, Irilláinne, słodka, dobra, wybaczająca Irilláinne, która odkrywszy, że ratowane przez nią stworzenie należało do Pasów, wzruszyła ramionami, Irilláinne, której się dziewczyna zwierzała, która rozumiała wszystko, że Irilláinne, wspominając swojego syna, miała na myśli Iorwetha. Rzeźnika. Mordercę dzieci z Dwórek.

— Wiecie, panowie — mówiła właśnie zielarka, głos się niósł ponad wodą, doskonale słyszalny — mnie też tamto powstanie zniszczyło, też upadłam nisko, że niżej prawie nie można. I może byłam wobec ciebie zbyt ostra, Rionnc'h. Bo przecież dawniej to ja, jak nauczył mnie ojciec, nigdy, nigdy nie złamałabym danego słowa.

'

'

Potem Ves nie umiała nawet powiedzieć, chociaż cały czas patrzyła na tamten brzeg, co się tak właściwie wówczas stało.

'

'

Pułkownik skoczył ku lekarce. Błysnęło, huknęło, na moment chyba wszyscy potracili wzrok. Gdy odzyskali, stwierdzili, że śnieg się stopił promieniu kilkunastu metrów od zielarki. Elf musiał odskoczyć, odruchowo, klnąc w starszej mowie – to słyszeli. Urzędnicy kulili się z bólu czy dla osłony. Konie po stronie Rzeczpospolitej stanęły dęba, spłoszone. Ciepły wiatr owionął Ves – byłby przyjemny, taki zefirkowaty, gdyby nie niesiony nim swąd spalonej skóry.

A Sh'anid wcięło, w tej albo następnej sekundzie. I wszystko zamarło, znów. Do czasu, gdy po kolejnym mgnieniu oka akuszerka się pojawiła. Na „ich" brzegu. Dosłownie na brzegu, stromym, śliskim od śniegu i błota. Potknęła się.

— Ciociu! — Ciaran porzucił wszelkie pozory opanowania, w sekundę do niej doskoczył.

Scoia'tael uniosło łuki. Pogranicznicy Kaedwen zamarli. Rionnc'h klął, cały czas klął, wyjątkowo szpetnie, głosem nieco podwyższonym – przez ból, zgadywała Ves. Widziała teraz, że tamten skórzane rękawice miał całkiem popalone, wtopione w skórę.

— Wybaczcie zdradę, ale ja wam, panowie — krzyknęła w kierunku drugiego brzegu medyczka — życie właśnie uratowałam. Większe dobro, cel uświęca itede — dodała sarkastycznie.

— Ciociu, ciociu, modryv — powtarzał Ciaran, pomagając jej wejść, właściwie wnosząc, na pewniejszy grunt. — Bloede – ygwillae'te dicere enn…

— Ciaran. — Uśmiechnęła się, krew spływała jej z ust, cera była kredowobiała, wargi zsiniałe lekko. — Dobrze wyglądasz, cieszę się…

— Neѐn dicette, modryv, neѐn dicette, beágh — prosił gorączkowo elf, próbując jej ściągając kajdany, szukając słabego punktu.

— Ciaran, àcuirte, n'te gwarae. Que ess àithn.

Elf wyglądał na więcej niż niezadowolonego, ale rozkaz to rozkaz. Przestał „się bawić", zmiął dłonie znachorki we własnych. Rozległ się trzask stawów. Kajdany spadły.

— To niemożliwe! — dobiegło ich ze strony Kaedwen. — To niemożliwe, nie da się czarować w dwimerycie, nie da się, nie da się, nie da… — głos przeszedł w histerycznie wysoki rejestr.

Medyczka odwróciła się gwałtownie. Ciaran ją ledwie utrzymał.

— Tak to jest, jak przetargi się rozstrzyga po kryterium ceny! — krzyknęła; krew popłynęła jej z ust szeroką, jasną strugą, otarła rękawem. — Nie mogli dość tanio spełnić wymagań, oszukali na materiale, to stop był…

Ostatnie słowa uciszył kolejny strumień czerwieni. Oczy Ciarana były wielkie i przerażone, bardzo dziecięce. Lekarze Rzeczpospolitej, na wszelki wypadek zwykle obecni przy granicy, już doskakiwali, Sh'aenid coś im tłumaczyła, słabym głosem, bełkocząc przez krew.

— Nie da się — powtórzył głos, należący do urzędnika, teraz siedzącego na oczyszczonej ze śniegu, wyschłej na pieprz ziemi. — Nie da się nawet w oszukanych, przecież to wiadomo, przecież dlatego się te przewały robi, że dwimeryt i tak działa, nie da się…

— Ona się po prostu bardzo bała — oznajmił spokojnie Rionnc'h, zanurzając ręce w śniegu. — To dodaje niesamowitej siły. Z magią tak już jest, przy lęku nie ma „nie da się".

„Płuca", usłyszała fragment rozmowy druida z medykiem Ves, „zaraza...". Ktoś biegł do wozu znachorki, ktoś inny otwierał drzwi. Nazwy wywarów krążyły nad brzegiem rzeki, przerzucane coraz bardziej nerwowo. Dzieci, teraz zaniepokojone, zbite w jednym miejscu, pilnowane przez Tullię, zaczęły narzekać i chlipać.

— A taka niby spokojniutka była, spryciara jedna — stwierdził jeden z kaedweńskich żołnierzy, prawie życzliwie, na pewno z podziwem. — No ale tak, o swoje życie to się zawsze ze wszystkich sił walczy…

— Nikczemne z was stworzenia — przerwał mu pułkownik, tonem pełnym najwyższej pogardy. — Toż ona się właśnie zabiła, nie przeżyje raczej tego skoku. Jej chodziło tylko o syna.

— Rasista… chędożony — zaczęła Sh'aenid; usta miała już błękitno-fioletowe.

Nie dokończyła. Kolejny krwotok zgiął ją w pół, odebrał dech, a potem pozbawił przytomności.