Bardzo długa część (o Ves... nie, nie będziemy nikogo trzymać w niepewności przez dziesiątki rozdziałów, czasowo by nie wyszło), ale to dlatego, że jutro mamy święto. Znaczy, świątecznie jakby podwójna (i wcale nie dlatego, że nie wiedziałam, gdzie podzielić, a trzeba byłoby na dwa).
Sh'aenid przeżyła tamten atak nad rzeką. Przeżyła dwa następne do nocy. I cztery kolejne w noc. I jeszcze parę następnego dnia.
Pół oddziału, z samym Ciaranem na czele, eskortowało ją do Vergen. Ją i cały obóz, bo, jak oznajmiono, Iorweth chętnie posłucha, co się działo z jego matką przez ostatnie dekady. Co prawda niby nikt uchodźcom nie kazał – ani nawet nie sugerował szczególnie niepokojąco – spełniać zachcianek Iorwetha, ale też nikt z gromady nie chciał zostawiać lekarki.
W całym tym zamieszaniu Ves jakoś przemknęła niezauważona. Ciaran – major, no proszę – siedział przy znachorce, druidzi i lekarze takoż, z bachorem (Sylviana) problemów nie było, także dziewczyna zwykle spędzała czas z obozowiskiem, wślizgując się do chorej jedynie wówczas, gdy widziała, że ktoś stamtąd siłą wyciągnął Ciarana. Na odpoczynek albo posiłek zwykle. Uzdrowiciele, skoro ich uświadomiono, że akuszerka, tak jakby, Ves ocaliła życie, a potem traktowała, jak przyjaciółkę, zaczęli nawet życzliwie patrzeć na te pobyty.
Drugiego dnia, pod wieczór, pojawił się Feniror – że tak się ten wysoki, zasuszony, rudy elf nazywa, poinformowało wszystkich Scoia'tael, bo on sam, burknąwszy coś pod nosem, rzucił się do wozu z Sh'aenid, na którą zresztą mówił Irilláinne. Wyszedł z niego po paru godzinach, oznajmił, że tamta przeżyje, sklął ich wszystkich w kilku językach tudzież kilkunastu dialektach, po czym wrócił do pracy. Obozowisko odetchnęło. Niektórzy zaczęli nawet pozwalać sobie na anegdotki i nie tylko nerwowe śmiechy.
Ves wślizgnęła się do zielarki rankiem dwa dni później, upewniwszy się, że Ciaran śpi, pod ziółkami, w pożyczonym od uchodźców wozie. W magicznym letargu na koniu by nie usiedział.
Wślizgnęła się na tyle cicho, na ile może człowiek. Lekarz obrócił głowę, na chwilę, potem wrócił do chorej, rzucając w kierunku postaci, niewidocznej spoza pysznego futra, siedzącej u wezgłowia:
— Q'ess beanna que dice'ne… — wstrzymał się nagle. — Irilláinne nie chciałaby, żeby przy tych morde... przy ludziach używać starszej mowy.
— Nie nazywaj jej tak. — Postać oderwała spojrzenie od łóżka, przeniosła na kobietę.
Ves chwyciła framugę – dlaczego nikt obozowi nie powiedział, że Iorweth jednak machnął ręką na łowców nagród i się pofatygował? – żeby nie upaść. Nic by to nie dało, gdyby partyzant do niej nie doskoczył.
— To ją uratowała? Czyli moja matka — oznajmił obojętnie, chwytając dziewczynę za ramię, kiedy się już osuwała — jest świętą. Albo mnie nienawidzi. — Pchnął ją lekko na brzeg łóżka. — Siedź, skoro już przyszłaś. Matka będzie zła, jeśli sobie czoło rozbijesz pod naszą opieką.
Ves, zbyt oszołomiona, by protestować, potulnie przycupnęła na pościeli. Czyściutkiej, codziennie zmienianej.
Zbyt oszołomiona, by protestować, ale dość przestraszona na gniew. W grupie, przy Brendzie i Yeywiddzie, i Civeanie, i reszcie, czuła się na tyle bezpiecznie, żeby przełamać paraliżującą fazę lęku – elf ją dotknął, ale przecież puścił, nie ciągnął, nie, jak Is... jak tamten – przejść w drugą: ślepej agresji. Poza tym, miała zobowiązania wobec Sh'aenid. I nie chciała jej kojarzyć z Rzeźnikiem ani szkołą w Dwórkach.
— Ona się prawie zabiła — parsknęła wściekle — żeby tylko Kaedwen nie miało na ciebie haka!
Watażka ją zignorował, usiadł znów u wezgłowia, milcząc. Feniror syknął cicho.
— To miło z jej strony — rzucił wreszcie terrorysta – już nie, już pułkownik – beznamiętnym, matowym głosem. — Co prawda mogła po prostu dać znać, gdzie jest, poprosiłbym Rzeczpospolitą, by pozwoliła mi wysłać oddział z papierami dyplomatycznymi, co prawda na tejże granicy głośno odmieniała przez wszystkie przypadki „klęska wychowawcza", co prawda równie dobrze można powiedzieć, że ratowała tamtych żołnierzy, co zresztą też głośno stwierdziła… Ale niech mnie Dh'oine, które moją matkę zna parę miesięcy, poucza. W końcu tylu nas zabiło, eksperiencja w mordowaniu matkom dzieci, dzieciom ojców przez nie przemawia. Jak wyglądają istoty, które się boją o bliskich, to ty z pewnością wiesz, Ves. — Tonem wyjaśnienia dorzucił: — Ona jest od Roche'a, Feniror.
Medyk spiął wargi.
— Nie wspominaj o nim — bąknęła dziewczyna.
— Czemu? On się ucieszy, jak wróci do Vergen i cię znajdzie. Martwił się — stwierdził Iorweth. — Kiedy tylko zdobył informacje, gdzie jesteś, to cię wykupić chciał. Własnych ludzi po ciebie z Saskią wysłaliśmy… Ale powiedzieli, że uciekłaś. I proszę, moja matka się sprawiła lepiej niż oddzialik Scoia'tael. Jakże typowe.
Pół świata się zwaliło Ves na głowę. Drugie pól uciekło spod nóg.
— To… to byliście wy? Znaczy, tamte elfy – to Roche je przysłał, żeby, żeby… żeby mi pomogły?
I nie trzeba było uciekać…
— Saskia ich przysłała. Rzeczpospolita — poprawił bez nacisku elf. — Roche teraz nic nie może, tylko żebrać. Ale na ciebie dał pieniądze. Ani chybi zdefraudowane…
Tak czy siak – zależało mu! Troszczył się! Nie zostawił na pastwę losu ze wzruszeniem ramion! Rozum co prawda podpowiadał, że jeszcze niedawno dziewczyna planowała byłego dowódcę, gdyby nań wpadł, co najmniej otrzebić. Rozum podpowiadał też, że „martwienie się" Roche'a nijak nie zwróci chłopakom życia, kobiecie roku w burdelu, nie zmieni faktu, że agent uznał polityczną zabawę za ważniejszą od ich bezpieczeństwa. Tylko to wszystko jakoś bledło.
— Martwił się — powtórzyła pod nosem, rozkoszując się słowami.
— Poniekąd — potaknął watażka. — Między pojedynkami, planowaniem ludobójstwa, romansowaniem z moimi podwładnymi i zabawami z Anais.
Przekręcił naraz głowę, mocno, dziewczyna w pierwszej chwili nie mogła zrozumieć – potem dopiero uprzytomniła sobie, patrząc na bliznę, że tamten po prostu próbuje ją złapać w pole widzenia.
Gapię się, uznała po sekundzie i przeniosła spojrzenie w rejony neutralne, na nos mniej więcej. Sztuczka z dzieciństwa, gdy była nieśmiałym stworzonkiem, nie mającym odwagi, by patrzeć innym w oczy.
— Irilláinne wiedziała? — mruknął Feniror, bez wielkiej ciekawości.
— Matka nie jest głupia — odparł Iorweth, tym razem nie komentując imienia. — A ich tatuowali. Jak psy. Żeby było trudniej uciec – prawda?
Pytanie było chyba skierowane do Ves. Wzruszyła ramionami.
— Roche też ma tatuaż.
— A czy ja twierdzę, że on nie jest jednym z psów? Wasz pan was znakował, nie przewodnik sfory.
— Kundle Foltesta — podsumował lekarz. — Niewarte uwagi. Z Irilláinne już lepiej, ale nie będę ryzykował wybudzania, nim nie dojedziemy do Vergen. Chyba, że nalegasz.
Watażka potrząsnął głową. Dziewczyna zdała sobie nagle sprawę, że tamten w ogóle nie dotyka matki, siedzi przy niej tak, by nawet przypadkiem nie tknąć. To medyk, teraz wolny od rutynowych czynności, trzymał ją za ręce, gładził rąbek giezła.
— Rób, co uważasz za najlepsze — oznajmił pułkownik, ciągle tym samym tonem, brzmiącym jak zakurzony. — Ufam twojej wiedzy. W Vergen będziemy dzisiaj wieczorem, to niedługo, poczekam. Ale nie nazywaj jej Irilláinne. Nie przy mnie.
— Tak ma na imię — stwierdził Feniror, łagodząc głos.
— Ufam twojej wiedzy — powtórzył Iorweth z rodzajem humoru. — Ale nie nazywaj jej tak. Nalegam.
Tinnithel, nadpłynęło do Ves wspomnienie. A potem imię zdradziecko przeszło na wargi, nawykłe ostatnio do prędkiego ujawniania myśli. Do bezpieczeństwa.
Oba elfy przeniosły na nią wzrok. Cisza zapadła. Watażka ją przerwał po kilkunastu sekundach.
— Proszę, proszę — zaintonował ironicznie. — Znasz moją matkę ledwie parę miesięcy i już tyle informacji wydobyłaś. Roche dumny będzie.
Niczego nie wydobywałam, powinna zaprotestować dziewczyna, jakby mi na co ta wiedza potrzebna była, jakby nie wolała myśleć o Sh'aenid jako Sh'aenid, zielarce, dobrej, kochanej, świętej, niechże będzie – nie morderczyni, nie złamanej, skamlącej więźniarce, nie twojej matce.
A skoro już musisz to tak natrętnie podkreślać, sarkała wściekła, to czy przynajmniej nie mógłbyś jej kochać, jak na to zasłużyła? Bo przecież złamałeś jej serce, zostawiłeś dla sprawy, teraz tylko siedzisz i nawet po włosach nie pogłaszczesz, chociaż tyle razy ona mnie głaskała, chociaż, do diabła, ja to ja, Ves z Pasów, powinnam być dla niej gorzej niż obca.
Jakby świat śpiewał, jakby ziemia tańczyła, przypomniała sobie dziewczyna, ona się tak cieszyła, a ten tutaj sobie ironizuje, kpi, zupełnie chłodny, pewnie gdyby mu opisać tamto wszystko, to by skomentował, jak swój ojciec. Aż dziw, że się fatygował, aż dziw, że tutaj siedzi. Już więcej jego zastępcy wykazywali uczuć.
W tej słusznej złości kobieta odpowiedziała, nawet nie skrywając wyzywającego tonu.
— Ja jej też opowiadałam. Rozmawiałyśmy, po prostu. Opowiedziała mi powstaniu Aelirenn — dorzuciła niemal z tryumfem. — O brodach na Likseli. O przesłuchaniach.
Na końcu języka już miała „o Aleksym i wszystkim innym, o czym nie opowiedziała tobie", ale się wstrzymała. Może dobrze, bo cisza, która zapadła tym razem, także bez tego była napięta, ciężka. I przeraźliwie smutna, zdała sobie sprawę Ves. Ciut za późno.
— Oczywiście, że ci opowiedziała — westchnął wreszcie pułkownik; stałość jego tonu była właściwie straszna. — Kiedy się obudzi, to mi też opowie. Matka opowiada o brodach na Likseli tylko tym, co do których nie ma nadziei... — zawahał się, nad słowem raczej niż emocją — że ich ocali przed nienawiścią, pogardą, wojną. Póki w kimś widzi nadzieję – tę dziecinną naiwność – to jej nie zatruwa.
Wstał raptownie. Delia, opadając ze stołka, zaszumiała, elf poprawił ją niedbale, przerzucił przez ramię.
— A przynajmniej tak wnioskuję — ciągnął, chodząc po wagonie, po przekątnej, stałe, równe kroki — Bo mi, jak właśnie ładnie wypomniałaś, nie powiedziała nic. Jak to matka była trochę zaślepiona w przypadku syna. Nie zauważyła, kiedy już nie miałem niczego, co by jej milczenie mogło ochronić. — Nabrał powietrza, zatrzymał się. — Dam ci prezent. — Odwrócił się nagle do Ves. — Informację. Będziesz ją mogła wręczyć z kolei Roche'owi. W końcu się tyle nie widzieliście, jakiś podarek pasuje okazji... Wiesz, kiedy się dowiedziałem pierwszego imienia mojej matki? Wszystkich tych jej tytułów?
Ves pokręciła głową przecząco.
— Zgaduj.
— Po pokoju cintryjskim? — spróbowała. — Na procesie?
Odpowiedział jej leciutki śmiech. Lekarz zacisnął wargi tak, że praktycznie zniknęły mu z twarzy.
— Gdzieżby. I dobrze, bo inaczej to wasi czarodzieje by mi wiwisekcje robili, oni uważają, że z krwi Aen Saevherne jakaś wiedza płynie... Po tej scenie na granicy, jak wieści doszły, obecny tu Feniror mi powiedział. Trochę późno, jak widzisz, Roche to na pewno ładnie wykorzystać będzie umiał... Ale, oczywiście, to nie wina mojej matki. Ja po prostu byłem za młody, kiedy poszedłem do lasu – chociaż trafiali się i młodsi. Ty będziesz opowiadała swojemu dziecku, nim głową ponad stół sięgać będzie, jak to mordowałaś dla Foltesta?
Znów pokręciła głową, choć pytanie było ewidentnie retoryczne. Nie była pewna, czy watażka w ogóle rzecz zauważył, bo mówił dalej, bez zająknięcia, wracając do przechadzek po wozie.
— To czemu ona by miała? I tak ledwo znajdowała czas. W okolicy coś zawsze chorowało, zwierzęta, krasnoludy, elfy, niziołki. A matka bardzo była oddana pracy. I świetna w niej. I dobra dla wszystkich, jak już wiesz — dodał z uprzejmym uśmiechem. — Bardzo z niej byłem dumny. Jestem, jestem — poprawił zaraz. — Sam hrabia dał jej prawo do siadania w pierwszych ławkach świątyni, jak Dh'oinne. Po tym, jak mu uratowała córkę... Matka odmówiła, powiedziała, że będzie stała tam, gdzie wszyscy, że poczeka, aż jej lud będzie miał prawo do ławek. Ja za to sobie siedziałem, cały dumny z tego przywileju, cały dumny, że koledzy mi zazdroszczą, że dziewczęta patrzą. Durny szczeniak...
— Wystarczy — wtrącił Feniror, nie ostro, lecz bardzo stanowczo. — Nie histeryzuj. Więcej pracy mi nie potrzebne. Ona się czuje lepiej, ale daleko jej do zdrowia.
Pułkownik opadł ponownie na stołek przy wezgłowiu. Bez słowa. Sięgnął do zapięcia delii, urwał w pół ruchu.
Dziewczyna zastanawiała się, co jej właściwie odbiło przed chwilą. Co niby chciała udowodnić? Że ma większe prawo do Sh'aenid – jakkolwiek ją nazywać – niż rzeczonej syn?
— Mogę wyjść — zaproponowała cicho.
Iorweth machnął ręką. Feniror oznajmił, że obecność Dh'oine nie przeszkadza chorej. Jemu, owszem, ale co on ma tutaj do powiedzenia...
— To wyjdę — postanowiła Ves, wstając ostrożnie.
Watażka, nawet nie patrząc w jej stronę, ściągnął delię. Szybkim, prawie gwałtownym ruchem.
— W ciąży jesteś, nie godzi się... — Podał jej futro. — Jeśli się zaziębisz, to praca matki pójdzie na marne. Poproszę kogoś z oddziału, odprowadzi cię, żebyś się nie poślizgnęła. Albo nie zasłabła.
Nie do wiary, pomyślała dziewczyna. Na komentarz sensowniejszy zabrakło jej siły. Albo pomysłu. Albo zapomnienia, zapomnienia tego, co ciężarnym ludzkim kobietom umiały zrobić nieludzkie komanda. W ramach walki etnicznej, bo „Dh'oinne się mnożą, jak króliki i zahamowanie ich rozpłodu jest jedyną nadzieją na zwycięstwo".
Nie do wiary, niezależnie od tego, czy uprzejmość wynikała z tego, że Ves uznano za ulubione zwierzątko Sh'aenid, czy raczej z szacunku dla ciąży. Obie rzeczy równie zdumiewały – i w dziewczynę nagle uderzyło poczucie winy. W końcu nie była specjalnie miła, przeciwnie, a tamten czuwał przy matce, martwił się, miał prawo do znużenia czy złości. Nie musiał spełniać żadnych oczekiwań Ves, to ona się doczepiła do zielarki w ostatnich paru miesiącach.
— Sh'aenid... Tinnithel — spróbowała więc niezręcznie, gdy wyszli na dwór, a watażka miękkim, łagodnym tonem posłał po obstawę — ona cię bardzo kocha, słychać było, kiedy mówiła.
Elf przekręcił głowę, spojrzał na nią. Chyba zaskoczony. W szarym świetle poranka wyglądał na bardzo zmęczonego. I dziwnie wynędzniale jak na kogoś, kto właśnie ubrał kobietę we własne sobole.
— Wiem przecież — odparł. — Nie trzeba Dh'oinne ani śledczych, by mi to mówili. Moja matka mnie miłuje — mruknął z echem ironii w głosie. — To chyba raczej normalne.
— Mówiła, że płakała, jak się urodziłeś — brnęła dziewczyna. — Że nigdy nie była tak szczęśliwa, że – że świat śpiewał i ziemia tańczyła, że wszystko było jej szczęściem.
— Ładnie mówiła — skomentował obojętnie pułkownik. — Pewnie nawet prawdę. — Zmarszczył leciutko brwi, jakby próbował rozwiązać zagadkę. — Chodzi ci o... Też ją kocham, oczywiście. Wszystko jej zapewnię w Vergen, będzie mieszkała na dworze albo wynajmę jej dom, cokolwiek zechce. Rionnc'h długo już nie pożyje. Tamtych ludzi przy granicy się oszczędzi, bo ewidentnie tego sobie matka życzyła, ale on nie dożyje lata. To zresztą an'givare, pest, d'yabel — teraz w jego tonie pojawiły się emocje, prawdziwy, szczery gniew, lodowata nienawiść. — Już dawno go śmierć spotkać powinna.
Z drugiego kąta obozu nadciągała smukła sylwetka.
— I dotąd jej umykał — zauważyła Ves trzeźwo, znów czując przypływ niechęci. — Musi być dobry. Będziesz ryzykował życiem swoich żołnierzy...
— Skądże — oznajmił Iorweth, natychmiast, zdecydowanym tonem. — Wyślę Roche'a. Żebracy dostają za darmo, ale czasem się też na coś przydają. Do składania w ofierze, na przykład. Lie'th — zwrócił się do przybyłego elfa, ton mu od razu złagodniał, iskry rozbawienia w nim rozbłysły — zaprowadź panią do obozu. Moja matka ją znalazła po drodze, przygarnęła i polubiła, pamiętasz? opowiadali nam. Nie chcę, żeby jej choćby włos spadł z głowy. Matki boję się bardziej niż śledczych Drakenborgu — spróbował zabrzmieć żartobliwie, jednak kurz, osiadający mu na tonie, uczynił raczej konwencjonalne wyrażenie ciężką, teatralną kotarą, kirem prawie.
Lie'th spojrzał na dziewczynę, po raz pierwszy uważnie, po raz pierwszy widząc naprawdę – i coś zaczęło mu migotać w oczach, błysk rozpoznania, zdumienia. Watażka też musiał to zauważyć, bo westchnął, dodając najcieplejszym tonem, jaki u niego słyszała:
— Tak, wiem, wiem. Ale pomyśl, jak wszyscy będziemy mogli docinać Finariemu! Już przypadkowi cywile lepiej od niego zadania wykonują...
Lie'th się uśmiechnął, rozluźniony. Zasalutował, chwycił Ves i pociągnął, zaskakująco delikatnie, za sobą. Właściwie to niósł bardziej niż prowadził, tak się starał jej nie zmęczyć, trzymać mocno – lecz nie powiedział ani słowa, nawet na jej „dziękuję".
'
'
Wąwozy, kryjące Vergen, oraz otaczające je wsie zgodnie ze słowami pułkownika zamajaczyły im na horyzoncie koło południa, wjechali w nie wczesnym wieczorem. Nieludzie z obozu zaciekawieni i podekscytowani obserwowali bramę, snuli różnorakie domysły, próbowali żartować z losu, który w końcu ich wszystkich przygnał do Doliny Pontaru, nie Aedirn. O rewelacjach dotyczących Sh'aenid rozmawiali za to zaskakująco mało – wiedzieli, jak tłumaczył Brend Ves, że jej syn jest w Scoia'tael, jakoś specjalnie nie ukrywała, ale nie była nigdy z tego powodu szczęśliwa, więc nawet młodzież nie chciała wypytywać. Wiedzieli, że musiała mieć kiedyś inne imię, rzecz w czasach wojennych częsta. Słowem, wiedzieli dość, nie mieli teraz pretensji, temat jednak był zdecydowanie zbyt śliski, by go poruszać. Będziemy brnęli w wyparcie i milczenie, póki damy radę, podsumował krótko niziołek.
Będziemy brnęli w wyparcie i milczenie, powtórzyła sobie dziewczyna, siedząc w wozie Firillii. Nad przyborami do makijażu. Wahając się. Od czasu pobytu w burdelu czuła niechęć do wszelkich smarowideł. Z drugiej strony, Roche chyba lubił makijaż. Chyba. Nie miał nic przeciwko, jak się w Pasach malowała. Z trzeciej strony, Roche'a nawet nie było obecnie w mieście. I miałaś mu, przypomniała sobie Ves, urwać jaja, jak tylko go zobaczysz, nie przejmować się zdaniem drania w kwestii makijażu.
Niepewnie wzięła w ręce pomadkę. Odłożyła. Westchnęła. Sięgnęła znów po szminkę, nawet nie patrząc, jaką, tak po prostu, dla zajęcia rąk. Firilla była ewidentnie zdumiona jej wahaniem, nic jednak nie mówiła, różowiła sobie policzki, nucąc cicho.
Drzwi skrzypnęły. Civean, zobaczyła w lustrze dziewczyna.
— Przeszłabyś do innego wozu, zostawiła nas na chwilę samych, Firi, minne me? — spytał cicho.
Elfka prychnęła, niezadowolona. Raczej odmownie.
— Beágh. Q'ess cudromac'h cuspáir — poprosił z naciskiem.
Wtedy wyszła, zaniepokojona chyba jego tonem. Civean zamknął za nią drzwi, starannie. Ves patrzyła na niego, zastanawiając się, czy widać, jak bardzo jest spłoszona.
— Twierdzą, ci ze Scoia'tael, że byłaś w temerskich oddziałach specjalnych — zaczął bez ogródek elf. — Że nas zabijałaś — mówił obojętnie, jednak kobieta miała wrażenie, że słyszała cień czy to urazy, czy to żalu, czy to dziecinnego bólu w jego głosie.
No oczywiście. Czemu niby Wiewiórki miałyby milczeć, Lie'th pewnie zaraz poinformował towarzyszy. Zresztą, wypieranie i milczenie nie mogło trwać wiecznie ani nawet długo, przecież zaraz weszliby do miasta, za parę dni czy tygodni wróciłby Roche... Powinna była się spodziewać. Powinna była się ucieszyć, że ma to już za sobą. Że przeszłość jej wróciła, że oto stoi w świetle prawdy, że może być w pełni sobą albo jakieś inne bzdury.
Nie cieszyła się. Ni trochę. Przeszłość jej w ogóle nie pasowała, wcale nie była jej, miała ochotę protestować, że to nie ona, tylko inna Ves, zupełnie inna, że okoliczności... Tylko nikt by jej nie uwierzył, nikt by nie zrozumiał. Może poza Sh'aenid, lecz ta leżała nieprzytomna.
— Nie kłamałam — stwierdziła obronnie dziewczyna. — Naprawdę mnieprzetrzymywało komando. I naprawdę uciekłam z burdelu. Henselt mnie kazał sprzedać.
I nie zabijałam was, dodała w duszy, tylko bandytów, tylko złych ludzi i nieludzi, jednako. Tylko tych, którzy krzywdzili. No, może nie w trakcie rajdów po Wyzimie. Może nie wtedy, kiedy przyduszaliśmy wioski, żeby zmusić Wiewiórki do wyjścia z lasu, odciąć od zaopatrzenia, może nie wtedy – ale to było rzadko, jak ja przyszłam, to już było rzadko. I zwykle wtedy nikt nie ginął. No, mało kto ginął. I skoro ktoś pomaga zbrodniarzom, to też się zalicza do bandytów. I w ogóle nic znowuż takiego nie robiliśmy, w Redanii albo Kaedwen działy się gorsze rzeczy, nawet Roche niekiedy rzucał, że Nikolaus to czasem przesadza...
Słowa, zdała sobie sprawę, zdecydowanie nie zabrzmią dobrze. Nic nie wytłumaczą, będą wyglądały na ucieczkę, bo jak wytłumaczyć – spalone wioski, swąd ciał, całą jej rodzinę, łącznie z pięcioletnim bratem, zmasakrowane, rozczłonkowane zwłoki, trupy ze śladami tortur tak straszliwych, że minęły tygodnie, nim przestała wymiotować na widok, nim przywykła, ludzi umierających powoli z głodu, straszną śmiercią, bo spalono im całe zboże, a drogami się nie dało przejechać bez strzały w gardle – żeby tamten, żyjący w pokoju, jak dziecko, zrozumiał?
Civean wzruszył lekko ramionami.
— Mhm. Powtórzyliśmy, co nam opowiedziałaś, a wtedy oni powiedzieli, że pewnie tak było, bo Roche też o tym wspominał. Wypominał. W dyskusjach. W ramach tego sielsko-anielskiego nastroju przy stole, o którym żartował Brend.
A czyja to niby historia, kapitanie, pomyślała z przyjemnie odciągającą od wspomnień irytacją dziewczyna, twoja, żebyś ją jako propagandowego argumentu używał?
— Ona wiedziała? — zapytał teraz elf.
Zielarka, znaczy. Takie niby proste pytanie.
— Tak. Rozmawiałyśmy nawet o – o mojej przeszłości. Długo. Dużo. Rozumiała mnie. Tak myślałam. Ale ja... ja nie wiedziałam, kto jest jej synem. Nie powiedziała mi.
Raczej z czułości dla mnie niż lęku. Albo może się bała zerwać tę nić porozumienia, którą zadzierzgnęłyśmy.
Bo dziewczyna wcale nie była pewna, jak zareagowałaby, gdyby się dowiedziała. To znaczy – była pewna, że zareagowałaby źle. Nie wiedziała tylko, jak bardzo.
Tamten pokiwał głową. Automatycznie, uznała Ves, bez większego pojęcia, czemu tak naprawdę przytakuje.
— Sh'aenid jest dobra — szepnął tylko. — Zawsze była. Bardzo dobra.
Jakby tym zamykał sprawę. Lekarka jest święta i to wszystko wyjaśnia. Chociaż, uświadamiała sobie z każdą chwilą wyraźniej dziewczyna, nie wyjaśniało nic. Nie wyjaśniało nic, bo „dobra", „święta" to były słowa na uzdrowicieli w świątyniach, na żony znoszące pijanych mężów, na pobożne, odcięte od świata pustelniczki, na hojne fundatorki świątyń. Nie na kobietę, która przytulała i głaskała po włosach stworzenie, o którym wiedziała, że przez ostatnie lata czyniło z życia jej syna piekło, zmieniło je w nieustanne ucieczki, kryjówki, głód, łunę pod powiekami – i akuszerka przecież to piekło znała z własnego doświadczenia, pamiętała, co to znaczy partyzantka, co to znaczy próbować przeżyć w lesie po upadku powstania.
Prościej byłoby już przyjąć, że zielarka nienawidziła syna albo chociaż że jej uczucia były splątane, instynktowna miłość pomieszana ze złością. Bo zostawił, bo powtórzył błędy... Tylko ni śladu niechęci nie było w Sh'aenid, gdy wspominała Iorwetha. Kochała go, Ves sama to powiedziała, z pełnym przekonaniem, niecałą dobę temu. I równocześnie głaskała ją po włosach. Pieściła, jak własne dziecko, dbała, bawiła. Pomogła.
— Nie rozumiesz — rzuciła cicho w kierunku elfa. — Ale to nic. Ja też nie rozumiem. Ior... Pułkownik chyba też nie.
— Pułkownik powiedział — oznajmił obojętnie Civean — że jego matka to stara szlachta i myśli, jak stara szlachta. Że to proste. Gdyby się wam udało go dopaść, to by cię zabiła, pewnie od razu – a może by poczekała do rozwiązania, trudno rozstrzygnąć, co się by jej wydało honorowe – w ramach rodowej wendetty. Bo miałaby prawo, gdybyście zabili jej jedyne dziecko. Ale wyście go nie złapali, a skoro tak, to dla niej zwykła sprawa wojenna. Pułkownik powiedział, że jak Sh'aenid się obudzi, to nazwie całą rzecz niesnaskami.
To brzmi logicznie, pomyślała z rozbawieniem dziewczyna, tylko dla ciebie, tylko dla kogoś, kto w samym środku wojny nie był, nie należał do ani nie ścigał partyzantki. To nie ma śladu logiki dla kogokolwiek, kto ma pojęcie o cierpieniu tego środka. Ono było za duże, by je po prostu pominąć, odrzucić na rzecz czystego, wygodnego rachunku: życie-śmierć.
Chociaż, oczywiście, co ona wiedziała o elfach. Co jej dawało prawo, by pouczać, jak to ujął Iorweth – te parę miesięcy, które spędziły razem? zielarka zachowała, jak widać, sporo tajemnic. Przecież watażka też poniekąd uratował Roche'a, pozwalał mu żebrać w Vergen. Może to było proste, czysta polityka. A może chodziło o wrażenie kontroli, o zemstę za lata przewagi „Dh'oine", przyjemność trzymania dawnych wrogów na łasce.
Jakoś trudno było Ves w to uwierzyć. W przypadku akuszerki, w przypadku pułkownika wierzyła bez trudu, za dużo ciemnej satysfakcji barwiło mu ton, gdy wspominał Roche'a.
— On wie najlepiej, prawda? To jego matka — stwierdziła głośno dziewczyna, by zamknąć temat, zabić ciszę.
Civean zacisnął wargi.
— To jego matka — powtórzył głucho. — I nic nigdy nie mówiła, nie reagowała. Nawet jak Brend albo my... Jakie to... jakie to dziwne.
— Rozsądne — poprawiła. — Rodziny Scoia'tael, zwłaszcza tych co słynniejszych dowódców, zawsze się ukrywają. Inaczej... — urwała.
Inaczej ktoś by wydał i byśmy je znaleźli i zamknęli, a potem wieszali. Po kolei. Czasem po torturach, zwłaszcza, jeśli było wiadomo, że dane komando jest w miarę blisko, że będzie widzieć. Swoją drogą, rodziny też często były na tyle fanatyczne, by głośno krzyczeć, że wolą śmierć niż życie w niewoli. Albo zimno stwierdzać, że wolą swoją śmierć niż tortury dzieci.
— Inaczej? — podrzucił elf, bez ironii, z odruchową ciekawością.
Ves otworzyła usta. Zamknęła. Nadal miała w dłoniach szminkę, odkryła z zaskoczeniem, kręciła pudełeczkiem z mazidłem – pewnie już całkiem popsuła, rozmazała, zwykle tak się zabawy pomadkami kończyły.
— Inaczej by ich zabiła, od starców po dzieci, kołem wpierw połamawszy, stawy wybiwszy, boczki przypaliwszy, inne atrakcje zapewniwszy — rozległo się od drzwi teatralną frazą. — To samo by się z moją rodziną stało, gdyby ojciec matce i sobie przytomnie nie poderżnął gardła nożem gospodarskim, ledwo Pasy weszły do wioski, w której się ukrywał. Roche wielce zirytowan być musiał? — Ciaran, widząc ich zdumienie, tylko się uśmiechnął. — Przy uchylonym oknie mówicie, dzieci. Ale to dobrze, życie strwoniliśmy na to, by Aen Seidhe nie musieli się bać rozmów przy otwartych oknach.
Przeszedł do kobiety, odebrał jej szminkę, łagodnym gestem. Obrzucił sceptycznym spojrzeniem.
— Nie pani kolor. Pułkownik pyta, gdzie pani chce mieszkać. Jego matka zostanie na dworze, a sądzi, że pani chciałaby być przy niej – ale to nie jest konieczne. Konieczne jest, by pani została w Vergen, Rzeczpospolita powiedziała majorowi – Roche'owi – że panią sprowadzi i nie będziemy łamać słowa z powodu zachcianek Dh'oine. Kiedy major wróci, to może pani z nim negocjować, jeśli służba Temerii pani zbrzydnie. Nie nasza rzecz. Nasza rzecz, by dotrzymać umowy.
— Mogę mieszkać na dworze — odparła dziewczyna, głównie dlatego, że wyglądało na to, iż to wyjście będzie najmniej przeszkadzać, że takiej odpowiedzi się od niej oczekuje. — To znaczy... będę zaszczycona?
Civean najwyraźniej obracał w głowie całkiem inną kwestię, bo teraz bąknął niepewnie:
— Czyli – czyli gdyby Veska wpadła na Sh'aenid... wcześniej... z oddziałami specjalnymi... to by ją wzięła na tortury?
— I ją, i ciebie, i was wszystkich. A jak myślisz, po co ją chcieli zatrzymać na granicy? — sarknął major. — Jeśli cię to pocieszy, to my byśmy wcześniej „Vesce" zrobili to samo. Tak czy siak, to raczej pytanie do pani. — Ukłonił się kobiecie, z manierą bardzo przesadną. — Nie śmiałbym odpowiadać... zgadywać... co też Pasy miałaby w planach dla rodziny Iorwetha. Tinnithel... Sh'aenid jest dla mnie jak ciocia, nie chcę sobie jej wyobrażać w stanie, w jakim by była, jakbyście skończyli.
Ja też nie chcę, do diabła, pomyślała dziewczyna, ja też wiem, że nie zasłużyła. Nie na to, co zwykle. I wolę zakładać, że Roche też by to zauważył i tylko ją potrzymał w więzieniu. Przecież braliśmy niekiedy zakładników i nic – i nic więcej im nie robiliśmy, traktowaliśmy jako zabezpieczenie.
Trzeźwiejsza część jej umysłu westchnęła z pobłażaniem. Roche'a, upomniała kobietę, nic a nic „niezasługiwanie" by nie obchodziło, powiedziałby coś w rodzaju „lza było nie wychowywać syna na rzeźnika". Poczekałby jakiś czas, czy Iorweth przestanie, czy zareaguje. Jeśli tak, to owszem, dowódca był uczciwy, gdyby się tamten poddał albo zginął, matkę by mu wypuścił. Jeśli nie, to...
— Pewnie byśmy potrzebowali informacji. Jeśli – jeśli rodziny współpracowały, to się im krzywda nie działa. Nie specjalnie duża. Tylko... — Tylko rzadko, bardzo rzadko rodziny współpracowały; praktycznie nigdy bez presji.
Głupie złudzenia. Sh'aenid zniosła dwa lata przesłuchań po powstaniu Aelirenn. Czarowała z dwimerytem na nadgarstkach, byleby ratować syna. Nie współpracowałaby. Niezależnie od tego, ile motywacji by jej dali.
— Nie licząc tego drobiazgu, żeście im mordowali bliskich.
— Bliscy wcześniej rezali wioski — warknęła Ves; na tym gruncie czuła się pewniej, to było znane, przerabiane na przesłuchaniach setki razy. — Bliscy wcześniej porywali i gwałcili kobiety, mordowali dzieci albo torturowali cywilów... Nikt z Wiewiórek nie zginął za rasę, wszystkich powiesiliśmy za wielokrotne zabójstwa, za znęcenie się, za rzezie i spalone wioski. Nie za rasę was ścigaliśmy, panie majorze. Nie za rasę.
Naprawdę wściekła, bo była różnica między niewinnymi, a zbrodniarzami, wyraźna różnica, setki razy widziała efekty działania tych drugich na tych pierwszych i nienawidziła, teraz dopiero poczuła, jak bardzo, propagandzistów, zamazujących granicę między jednymi, a drugimi.
— Za rasę — dorzuciła zimno — to zginęli ludzie w mojej wiosce, cała moja rodzina. Za to tylko, że byli Dh'oinne. Dowódca komanda potem mi to setki razy powtarzał, na wypadek, gdybym zapomniała, gdzie jest moje miejsce. I wasz uwielbiany pułkownik — syczała — przypadkiem nie mówił pod Flotsam, że mu bez różnicy, kogo morduje, byleby to był Dh'oine? Zresztą, do diabła z przemowami, wróćmy do faktów. Że uderzaliśmy w bliskich? Słyszałeś, Civean co się stało dowódcy redańskich oddziałów specjalnych? Nikolausowi Triftowi? Tak z dwa lata temu?
Bardzo żałosna próba odzyskania sympatii, pomyślała zgryźliwie. Ciaran parsknął śmiechem w tle, ciepłym, głębokim, prawie nostalgicznym.
— Wyłamali i zmiażdżyli mu wszystkie ważniejsze kości oraz stawy, łącznie z barkowym — kontynuowała Ves, nim zapytany zdążył choć powiedzieć słowo. — Zmiażdżyli i przypiekli genitalia. Woskiem wypalili oczy. Cięli i przypalali całe ciało. Obcięli palce. Przypalali rany, żeby się nie wykrwawił. A, jeszcze poderżnęli gardło, płytko, też przypalili – żeby nie mógł krzyczeć. A żeby go zwabić w pułapkę, żeby popełnił błąd, zabili mu rodziców i rodzeństwo, wszystkich trzech braci, najmłodszy nie miał piętnastu lat... Fakt, że ich szybko. Okaleczyli tylko zwłoki.
— Niepotrzebne okrucieństwo jest domeną zwierząt — przypomniał major. — Ale ten akurat drań sobie zasłużył. Dwadzieścia osiem godzin zdychał. Gdyby nie to, że się zbliżało ludzkie wojsko, jeszcze byśmy przedłużyli — stwierdził z uśmiechem pełnym satysfakcji. — Jednak nie tknęliśmy, niech pani raczy wspomnieć, żadnej z jego kurew.
— Bo jedna z nich wam sypała, uciekła potem do lasu, do Temerii, Roche ją w którymś oddziale znalazł...
— ..obił i powiesił. Bez gwałtu. Ładnie z jego strony. I jego byśmy po prostu zabili — mruknął. — W dawnej sytuacji politycznej, teraz to oczywiście sojusznik. Pani też. — Skinął głową w stronę Ves, wyciągnął inną pomadę ze stosiku, podał. — Ta powinna pani pasować. Niech się tylko pani pospieszy z malowaniem, nie zostało dużo czasu, już właściwie w Vergen jesteśmy, a nas nie będą przecież sprawdzać na bramie. Za niecałą godzinę powinniśmy być na dworze.
Civean wyglądał na niemal żałośnie przestraszonego, zszokowanego. Nierozumiejącego. Major musiał to dostrzec, bo rysy mu natychmiast złagodniały.
— To dobrze, że się boisz, dziecko, że się brzydzisz. Po to walczyliśmy, żeby już nikt inny nie musiał. Nie walczy się dla przyszłej chwały przecież, walczy się, by nasze dzieci już tak bardzo nie rozumiały naszego cierpienia, by mogły nas bez trudu potępić. Las degeneruje, z każdym dniem pokoju wyraźniej widzę, jak bardzo. Bój się i brzydź, masz każdą rację – wielu z moich braci umarło za to, żebyś się brzydził. Wojna to wojna. Nie musisz rozumieć. Nawet nie próbuj. Tak będzie dla ciebie lepiej. A dla pani ten róż będzie dobry. — Ciaran przebierał w kosmetykach, nieuważnymi ruchami smukłych, długich palców. — Niech mi pani zaufa, makijaż, mówią, wynalazła nasza rasa.
Wyszedł. Civean nadal sprawiał wrażenie wstrząśniętego, może nawet mocniej i dziewczyna spróbowała go przytulić, jak zwykle. Uciekł spod jej dłoni. Twarz miał rasowo zamkniętą, ale Ves obstawiłaby, że się jej boi.
— To nie jest... to nie jest tak, jak myślisz — zaczęła.
Elf parsknął krótko.
— Oczywiście, że nie. Oczywiście, że nie — powtórzył, ociupinkę za wysokim tonem.
Zaraz potem się opanował. Wziął kilka głębokich oddechów.
— A widzisz, przyszedłem tutaj tylko po to, by ci powiedzieć... — Koniuszek języka przemknął mu po wargach. — Chciałem ci powiedzieć, że pewnie będziesz z Temerią na dworze i zapytać, czy czasem nas odwiedzisz w mieście. Czy się spotkamy. I nie wiem... nie mam pojęcia, czemu zszedłem na... na to wszystko. Nie chciałem. Obiecywałem sobie — szepnął miękko, z bardzo dziecinnie zdumionym rozczarowaniem — że nie będę.
'
'
Faktycznie, za moment znaleźli się w Vergen. Miasto Ves zobaczyła pobieżnie, raczej nabrała o nim mniemania – że było gwarne, rojne, aż zbyt ludne, co w czas wojennej zawieruchy niespecjalnie dziwiło. Było też zdecydowanie prowincjonalne, drogi miało wąskie, system mostków niepraktyczny, domostwa kute w litej skale przypominały jaskinie – to jednak, pamiętała, było typowe dla kultury krasnoludzkiej – chciało się jednak rozbudowywać, wszędzie widziała robotników, rozpoczęte projekty.
Zgodnie z zapowiedzią, po godzinie wyprowadzono dziewczynę z wozu. Delikatnie, okazując wszelki możliwy szacunek, lecz stanowczo, i z obstawą, w której liczebności kobieta bez trudu czytała groźbę.
Nie nałożyła makijażu. Nie chciała analizować, czemu.
Sh'aenid leżała na wielkim łóżku, w sporej sypialni, wykładanej dziesiątkami kobierców, oświetlonej słabym, miękkim, czerwonawym blaskiem. Tylko kilka lamp, też zresztą przykrytych materiałem. Kiedy Ves weszła, naokoło chorej kłębił się mały tłum: Feniror, przy znachorce, Iorweth, oparty o ścianę, Ciaran, siedzący obok lekarki, głaszczący ją po dłoni, elfka z dystynkcjami kapitana, w której dziewczyna rozpoznała Yeylię – tę, o której mówiono „Panienka Śmierć", z takim upodobaniem rżnęła chłopów – krążąca nerwowo po pokoju, dwóch druidów, jakaś półelfka w praktycznym, roboczym stroju.
— Świetnie — mruknął watażka, odchodząc od ściany. — Feniror twierdzi, że matka będzie przytomna tak za kwadrans. Na pewno się ucieszy, jak zobaczy kogoś znajomego. Ja mam pracę. Ale mnie informujcie. — Przeszedł mimo Ves, szybkimi, długimi krokami.
Zatrzymał się. Obrócił gwałtownie.
— Delię zostaw potem komuś z pomocy. Albo od razu ochmistrzyni. Odniosą.
— Wypiorą i odkażą? — syknęła dziewczyna.
Wściekła. Bo akuszerka na pewno wolałaby zastać nad sobą syna, który, jakże wygodnie, szedł sobie do „pracy". Tchórzliwy gnojek.
Pułkownik nie zaszczycił jej odpowiedzią; drzwi zamknął delikatnie, cicho. To Yeylia stanęła w miejscu, złość przemknęła jej przez twarz. Ciaran podniósł głowę, zaniepokojony, mruknął:
— Yeylia, neѐn. Vort.
Elfka prychnęła z irytacją.
— Traktujesz mnie, jak dziecko. Niech Dh'oine mówi, co chce. Nie dbam o to. To jakby się przejmować szczekaniem psa.
— Mhm. I Roche by nie był szczęśliwy, gdybyś ją ukatrupiła — jakiś szczególny, ironiczny ton pojawił się w głosie majora.
Kapitan potrząsnęła włosami. Długie, gęste, blond fale opadły jej na plecy.
— Roche? A co mnie niby on obchodzi?
Ciaran roześmiał się tylko, kręcąc głową. To Feniror, jak zwykle z zaciśniętymi w obrzydzeniu wargami, zauważył z ciężką od sarkazmu przyganą:
— Mity o tym, że Dh'oinne zawsze, ale to zawsze mogą, to są właśnie mity. Jako fizjolog mówię. Żal i irytacja po śmierci lubianej dziewczyny mogą ci obniżyć libido zabawki. Mogą, nie muszą, podkreślam. To w końcu, jak ujmował Avallac'h, gatunek, który spółkowałby nawet na łożu śmierci, ba, spółkowałby, choćby to go miało doprowadzić do śmierci. — Zamyślił się na sekundy. — Avallac'h trochę mniej delikatnie rzecz nazywał. W każdym razie, u samców można mechanicznie wywołać wzwód, ale obserwacje dowodzą, że wpływa to ujemnie na przyjemność ze stosunku.
Yeylia przewróciła oczami, teraz jednak po twarzy błąkał się jej delikatny uśmiech.
— A co mnie obchodzi jego przyjemność?
Ves próbowała wyjść z szoku i znaleźć inne wyjaśnienie ostatnich paru zdań niż to najbardziej się narzucające. Druid protestował przeciwko padającym rasistowskim twierdzeniom. Feniror przypominał, że cała jego rodzina zginęła w Loc Muinne i chyba ma wobec tego prawo do szczytów arogancji, a w ogóle niech się cieszą, że Avallac'ha nie słyszeli, tamten to faktycznie rasista. Elfia służąca wstrzymywała chichot, podobnie jak drugi druid. Ciaran szeptał coś cicho do chorej.
— Irilláinne się zaraz obudzi — oznajmił nagle lekarz. — Nie róbcie harmidru. Ona potrzebuje spokoju.
Major poparł. Zawołano, na wszelki wypadek, jeszcze parę pielęgniarek, dodatkowych lekarzy, Ciaran zaczął przebąkiwać, że dobrze byłoby sprowadzić Saskię. Pokój zaroił się od kolejnych osób, otworzono okna. Ves miała niejasne wrażenie, że wszystko to służyć miało głównie sztucznemu zapełnieniu pomieszczania, ukryciu – odwleczeniu – najbardziej oczywistego pytania.
Zapadła cisza, nagle napięta, jakby nadrabiająca poprzednią wesołość. Dziewczyna poczuła, że dłużej tego nie zniesie. Ani ciężkiego nastroju, ani żartów ze swobodnego życia Roche'a. Bo oczywiście ten sobie musiał romansować z terrorystkami, dobrze, eksterrorystkami – czy on przypadkiem, szlag by to, nie powiesił Yeylii brata? – kiedy jego dawna podwładna znosiła pobyt w burdelu, przymierała głodem i chłodem, odpierała próby gwałtu.
Poza tym, co to da Sh'aenid, myślała Ves, jeśli się obudzi w sypialni pełnej służących, wojskowych i lekarzy, pełnej troskliwych istot, czułości, uprzejmości oraz opieki, skoro jej syn najwyraźniej nie zamierzał patrzeć jej w oczy. Nie tylko dziś, ale, założyłaby się, przez następny rok.
Dziewczyna przemknęła w kierunku drzwi i wyszła na korytarz, mijając się z kolejną przywołaną służącą.
— Muszę wyjść — rzuciła przez ramię.
Usłyszała jeszcze, jak Ciaran się zrywa, protestując. Ale nie ruszył za nią, najpewniej wolał nie zostawiać chorej.
Przyspieszyła kroku, na ile mogła w późnej ciąży, podbiegła kawałek. Nie miała pojęcia, gdzie jest Iorweth, ale temu można było prosto zaradzić. Zdjęła delię, złożyła ją starannie i poszukała pani do pomocy. Znalazła dwa zakręty dalej.
— Przepraszam — szepnęła trwożliwie. — Mam wypraną delię dla pułkownika, ale jestem nowa i nie wiem – gubię się trochę – nie jestem pewna, gdzie mu ją dostarczyć...
Tak jak myślała, druga kobieta rzuciła tylko okiem na jej stan, roztkliwiła się, natychmiast podała informacje, kazała się nie bać pułkownika i nie przejmować tym, co tamten gada, są tolerancyjną republiką, nie będą mu rasowo dobierali służących. Nawet zaprowadziła do schodów dla służby, najszybszej drogi prosto pod drzwi watażki.
Które to drzwi nawet były otwarte, więc Ves po prostu wpadła do gabinetu. Elf, trzeba mu oddać, siedział przy biurku. Miał nawet rozłożone jakieś dokumenty.
— Powinnaś być przy mojej matce — stwierdził chłodno. — Miałem wrażenie, że ją lubisz. Jej będzie milej, jeśli...
— Jej będzie milej — wrzasnęła prawie dziewczyna, korzystając z przywileju ciężarnych; miała pewną wprawę w perswadowaniu, wyuczoną na pijanych chłopakach z Pasów — jeśli się obudzi przy swoim dziecku. I nie wiem, dlaczego ja albo ktokolwiek inny mielibyśmy być przy twojej matce, skoro ty wolisz przerzucać papiery. To znaczy, nam wszystkim będzie miło przy niej posiedzieć, ale ona wolałaby zobaczyć ciebie.
— I jak zawsze wiesz wszystko najlepiej — zimno odparł pułkownik.
— To akurat żadna wielka filozofia. — Ves wzruszyła ramionami, rzucając futro na pobliskie krzesło. — Sh'eanid za tobą tęskni. I nie ma żalu. W końcu robiliście to samo.
Iorweth parsknął śmiechem.
— Napadała na szkoły? Brała dzieci na zakładników? Pozwoliła się im podusić od dymu, samej uciekając? Spaliła rodzinną wioskę? Moja matka była akuszerką, Ves, akuszerką i zielarką, i lekarką, wszystkim. Ratowała życia, choćby przez to miała narazić własne. Ratowała dzieci, choćby wiedziała, że nie przeżyją trzech dni. Nie umiała dokonać prostej selekcji, której wasi czarodzieje dokonują codzienne bez mrugnięcia okiem. Czy muszę ci przypominać, co robiłem ja? Z chęcią i dumą...
— Pchnęła ojca na ścianę. Mówiła, że rozbijała główki niemowlętom. Mordowała ludzkie wioski. Dla mnie to brzmi, jak twoje bohaterskie czyny. Ale to bez znaczenia akurat. Naprawdę myślisz, że ona cię nie chce zobaczyć? Czy się po prostu boisz tak bardzo, że matka cię nie obchodzi?
— I znowu mnie pouczasz. W sprawach naszej własnej kultury i historii — mruknął elf. — Fascynujące. Wszyscy w Pasach tak mieli? Czy to w ogóle gatunkowe?
Kobieta skrzyżowała ręce na piersi.
— Sh'aenid, twoja matka — oznajmiła poważnie — uratowała mi życie i podarowała swoją przyjaźń. Mam wobec niej dług, najwyższy możliwy. I dlatego nie mogę – nie pozwolę, żebyś ją krzywdził. Ona chciałaby cię zobaczyć, kiedy się ocknie. Jestem pewna. Nazwij to zwierzęcą intuicją, jeśli ci to pomoże w zachowaniu twarzy, ale nie wyjdę stąd, póki się do niej nie ruszysz.
Watażka posłał jej uprzejmy, chłodny uśmiech.
— Siądź więc na krześle, bo to trochę zajmie. Albo na rekamierce, jeśli wolisz. Wszystko dla ulubionych zwierzątek mojej drogiej matki.
— Zamiast martwić się zwierzątka, mógłbyś się zatroszczyć o nią — zaproponowała Ves, prawie z rezygnacją.
— Troszczę się. Ma lekarzy. Cały dwór na swoje usługi. Ludność Vergen szanuje rodziny bojowników. Matka dostanie moją sławę bez mojego tytułu rzeźnika.
— Nie sądzę, żeby Sh'aenid wiele obchodziła sława.
Pułkownik zaklaskał.
— Celna obserwacja. Ale będzie wiedziała, że się o nią troszczę. Zrozumie.
— Nietrudno odczytać tchórzostwo — rzuciła ostro dziewczyna. — A niczego innego do rozumienia tutaj nie ma.
— Nie sądzę, by moja matka nazwała mnie tchórzem. — Dziwny, skryty uśmiech przeciął mu twarz. — Jeśli to wszakże uczyni, cóż, nie mam najmniejszego prawa wpływać na jej osąd. Siadaj, niedobrze stać w stanie błogosławionym. Zaufaj w tym względzie synowi akuszerki.
Ves zacisnęła zęby.
— Nie mógłbyś jej... nie mógłbyś jej po prostu kochać? — spytała szeptem. — To nie jest trudne, wszyscy inni ją kochają...
Iorweth zamrugał powoli, chyba zaskoczony.
— Dh'oine nie zrozumie naszej miłości — wytłumaczył zimno. — Ujmę więc wprost: kocham matkę i żywię do niej nieskończenie wiele szacunku.
— I kiedy niby zamierzasz jej to powiedzieć? — sarknęła kobieta, raczej słabo; nagle cały ten pomysł ze sprowadzaniem elfa wydał się jej bezsensowny, jakich niby argumentów miała użyć? — Bo ona na to czeka, ona myśli, że cię zawiodła...
— Powiedz, Ves — mruknął jadowicie pułkownik — kiedy jeszcze mieszkałaś na wsi, to omawiałaś swoje plany i życie uczuciowe ze szkodnikami, szczurami, dajmy na to? Słuchałaś rad szczurów w sprawach pożycia rodzinnego?
Zabolało. Nie przez porównanie do żywego inwentarza, to akurat stanowiło stały repertuar Wiewiórek; dziewczyna przywykła słyszeć go głównie od pojmanych, wycieńczonych partyzantów, kojarzyć ze słabością, desperacją. W tej mierze nawet ją u watażki ucieszył. Zakłuło wspomnienie wioski, to „kiedy jeszcze".
Opadła na rekamierę, tak na wszelki wypadek.
— Nie miałam — stwierdziła cicho, obojętnie — żadnego wielkiego życia uczuciowego ani żadnych wielkich planów, nie zdążyłam mieć, czekałam ślubu, jak wszyscy. Nim twoi bracia, wasi wielcy bojownicy o wolność, wasi święci męczennicy, przyszli, zarżnęli mi rodzinę, a ze mnie zrobili sobie zabawkę – kurwę, jak ty robisz żebraka z Roche'a, tak? – i chędożyli mnie dzień po dniu, wieczór po wieczorze, noc po nocy, a potem jeszcze kazali się głaskać po głowie, śpiewać sobie – a nie dajcie bogowie się pomylić w słowach albo akcencie – i zapewniać, że jestem im wdzięczna, że są dobrzy, bo samych siebie nie mogli znieść... Też to każesz robić Roche'owi? Nie głaskać po włosach, oczywiście — zachichotała. — Wmawiać sobie, że jesteś łaskawy, dobry, że masz rację i prawo?
— Dość — przerwał jej brutalnie Iorweth. — Dosyć mam histerii Dh'oinne jak na jeden dzień. I tak chyba jestem wyjątkowo wyrozumiały. A Roche to zbrodniarz jest, nic tego nie zmieni. Nie mówię, że ja nie jestem. Ale tobie tylko współczuję. Tamto w komandzie nie powinno się było wydarzyć. To hańbi naszą rasę.
Ves byłaby wzruszona. Gdyby choć trochę mniej znała ideologię Wiewiórek.
— Bo powinni byli mnie zabić, prawda? Porywać ludzką kobietę i ją chędożyć to jest upadek rasy, bo Seidhe pożąda Dh'oine. I jeszcze się zniża do porywania, jakby nie umiał namówić, jakby z natury nie był wyżej. Owszem, twoje komanda nigdy nie gwałciły kobiet. Mordowaliście je.
Miała wrażenie, że watażce w sumie ulżyło, gdy zostawiła temat zielarki. Znaczy, musiała koniecznie do sprawy wrócić.
— I owszem, skoro już zabijali, nie będę oceniał, czy słusznie, to powinni ci dać szybką, godną, honorową śmierć, taką samą, jak reszcie — wytłumaczył elf. — A nie znęcać się przez następne miesiące. To było zbędne okrucieństwo. Niegodne Aen Seidhe.
— Czyli godne Dh'oinne? — prychnęła. — Czyli ty byś mnie zabił?
— Gdybym to ja napadł na twoją wioskę – gdybym uznał, że to konieczne, nie wiem, czy było – to owszem, bym cię zabił. Nie rozmawialibyśmy teraz. Ale to się nie stało. Wyście mnie nie złapali, ja oszczędziłem Roche'a, po drodze uległa zmianie sytuacja polityczna. Gdybym wierzył w przeznaczenie, powiedziałbym jakiś banał w stylu Jaskra. Coś o gwiazdach, zapisaniu i cieniach. Tylko nie wierzę. Przeznaczenie, jak wolność, każdy sobie sam wywalcza.
Aha, podsumowała w duchu. I dałeś mi swoją delię, żeby mi nie było zimno. Nie wiadomo, śmiać się czy płakać.
— Raz jeszcze: współczuję ci — oznajmił chłodno pułkownik. — I rozumiem. Roche w końcu łamał – złamał – także wielu z naszego ludu.
— Nie łamał mnie. — Pewności starczyło tylko na głos kobiety, nie myśli.
— Nie, wcale. Przejść z niewoli w komandzie do tatuaży i bezwzględnego posłuszeństwa u Pasów, zamiast uciec od wojny rzucić się w nią ponownie. Ale ciebie przynajmniej na pewno łamać nie chciał, niechcący mu wyszło.
I to mogła być prawda, mignęło jej. Nie po prawdę wszakże tutaj przyszła.
— Będę tutaj siedziała, póki ze mną nie pójdziesz — przypomniała mu. — Będę śpiewała głupie piosenki i przeszkadzała ci w pracy. Będę cię ciągnęła za kaftan. Jak małe dziecko.
Watażka podniósł dłoń do czoła, jakby naraz ogarnęło go przeraźliwe zmęczenie.
— Zaczynaj. Mam ci poczytać elfie bajki? Ćwiczę je ostatnio z twoją królową.
To nie jest moja królowa, prychnęła w duchu Ves, to jest najwyżej królowa Roche'a. Nie zamierzała wszakże się kłócić o politykę, płynnie wróciła do podstawowej kwestii.
— Twoja matka pokazywała mi elfie książki. Dawnym alfabetem pisane. Śliczne. Możesz mi je przeczytać, jeśli umiesz. Ale chodź ze mną, nie zostawiaj jej — dodała błagalnie, ocierając oczy; nawet nie całkiem teatralnie, beznadziejność całej rozmowy faktycznie ją wzruszyła.
Drgnął wyraźnie.
— Nie płacz, to nic nie zmieni, nie pomoże. Widywałem już płaczące Dh'oinne, widywałem Dh'oinne błagające o życie swoje i swoich bliskich, widywałem Dh'oinne skamlące na kolanach, krzyczące tak, że ciarki przechodziły, całujące mi stopy – i nigdy nie okazywałem litości.
— Cóż — odcięła się Ves, tonem, mimo łez, ostrym — każdy moment jest dobry, żeby zacząć.
'
'
Że też ze wszystkich argumentów, myślała zdumiona, ciągnąc Iorwetha korytarzem, trzymając mocno za ramię, żeby przypadkiem nie zmienił zdania, ten jeden zadziałał; świat jest jednak zwariowanym miejscem.
'
'
Kiedy weszła do sypialni, Sh'aenid była już całkiem przytomna. Ciaran z Fenirorem siedzieli na brzegach łóżka, wysoka, piękna kobieta w królewsko purpurowych atłasach – Saskia, pojęła Ves – stała obok, rozmawiała cicho. Kilkuletnia blondyneczka o ciekawskim spojrzeniu wyglądała jej zza szaty, chyba nieco spłoszona.
Na widok dziewczyny kąciki warg zielarki uniosły się wesoło, oczy rozjarzyły.
— Veska! Powiedzieli mi, że z tobą wszystko w porządku, ale jednak dobrze zobaczyć na własne oczy...
— Mhm — mruknęła rzeczona.
Po tym, jak następne słowa same z siebie zabarwiły się tryumfem, odgadła, iż za jej naleganiem na przyjście watażki stało też marzenie o tym drobnym splendorze, wynikłym z dobrego uczynku. Jakby na większą miłość liczyła:
— Patrz, kogo przyprowadziłam!
Pułkownik, dostrzegła, gdy wciągała go do pomieszczenia, przewrócił oczami. Ani śladu po tej nonszalancji nie pozostało, kiedy już w pokoju się znalazł.
Ciaran z Saskią westchnęli. Za to akuszerce przez twarz, tylko przez sekundę, przemknęła ta sama radość, o której opowiadała Ves. Głęboka, prosta, nieskończona, na chwilę opalizująca wszystkim, wszystko w sobie zbierająca i równocześnie rozświetlająca wszystko naokoło.
Potem to znikło i rysy elfki ułożyły się w maskę najczystszego stereotypu. Zimną, obojętną, odległą, bardzo dostojną.
— Mój drogi syn — oznajmiła z dumą godną królów, za to bez cienia ironii. — Cieszę się, że znalazł czas dla mnie jeszcze dzisiaj. Nie śmiałabym prosić.
Iorweth doskoczył do niej, pozostałe elfy przeszły pod ściany. Uklęknął, uniósł chudą, białą jak śnieg, poprzecinaną błękitnymi żyłkami dłoń, ucałował ceremonialnie.
— Czcigodna matko — szepnął; starsza mowa była formalna, sztywna, Ves ledwo ją sobie tłumaczyła. — Widzieć panią w progach mojego domu, to zawsze wielki zaszczyt, największy z zaszczytów. Nie zasługuję.
— Drogi syn przewyższa mnie rangą... — wymamrotała lekarka. — To raczej zaszczyt dla mnie, że czas mi raczy poświęcać.
Ciaran z Fenirorem zaczęli wyganiać wszystkich z pokoju. Przez chwilę Ves czuła rodzaj żalu czy zazdrości – potem zaraz stłumiła, kpiąc z własnego egoizmu. Powinna dać chyba matce i synowi, którzy się nie widzieli z dwie dekady, jak nie dłużej, chwilę prywatności. Ostatnie miesiące miała przecież Sh'aenid tylko dla siebie.
Kiedy wychodzili, mała dziewczynka oderwała się od Saskii, podeszła do Iorwetha, z dziecinną radością piszcząc „wujku"; przygarnął ją, tulił przez chwilę, chowając usta we włosach. Ale i tak widać było, po uniesieniu policzków, napięciu mięśni w kącikach oczu, że wargi ułożyły się mu w czuły, odruchowy uśmiech.
Ves dopiero na korytarzu, gdzie Saskia dokonała szybkiej, nonszalanckiej prezentacji („Ves jest z Pasów, od wujka Vernona, sówko") zdała sobie sprawę, że owo małe stworzenie, wywołujące u rzeźnika, Mordercy z Dwórek, królobójcy, hetmana Rzeczpospolitej itede uśmiech, to Anais, dla Roche'a, Nilfgaardu, Mahakamu, Doliny Kwiatów i Rzeczpospolitej Doliny Pontaru królowa Temerii. Córka Foltesta.
'
'
— Uciekłaś mi — stwierdził z ponurą wściekłością elfi podporucznik, którego Ves przedstawiono jako Finariego. — Będą mi to wypominać do końca życia. Mojego, twoim bym się nie martwił...
Yeylia posłała mu uśmiech, szeroki. Pełen złośliwej radości.
— Och, przecież nic się w końcu nie stało. Matka pułkownika uratowała sytuację, jak widać. Dostojna, spokojna matrona sprawiła, że Scoia'tael nie musi świecić oczami przed Dh'oine...
— Sh'aenid byłaby bardzo niezadowolona, że ktoś ją nazywa matroną — bąknęła Ves.
W ogóle nie zamierzała siedzieć w koszarach Wiewiórek. Zamierzała, ledwo Ciaran powiedział jej, żeby zajęła pokoje Roche'a, pójść do rzeczonych i się przespać. Ewentualnie odwiedzić gromadę nieludzi, rozlokowaną gdzieś w tym przepełnionym mieście.
To Yeylia chwyciła ją za nadgarstek, mocno, oznajmiła tonem nieznoszącym sprzeciwu, że idą do stołówki koszar, Scoia'tael musi Ves zobaczyć. Sama sprawiała wrażenie ciekawej. Chwilowo neutralnie, chociaż dziewczyna miała wrażenie, że jej mały wypad po pułkownika – i sukces – czynił ową neutralność bardzo niepewną.
— Musicie mi wybaczyć, że w burdelu nie trzymałam ręki na politycznym pulsie — dodała sarkastycznie. — Nikt mi nie dał znać, że teraz Pasy są w sojuszu z Wiewiórkami. Pamiętałam, co robicie ciężarnym. Miałam grzecznie czekać?
Krasnolud – Nieszko Berryn, przedstawił się – westchnął.
— Lza było wytłumaczyć...
— Zamierzałem! — krzyknął Finari, dziecięco wręcz obronnie. — Jak tylko wyszlibyśmy z burdelu, żeby się Kaedwen nie dowiedziało, Henselta szlag nie trafił. Miałem alfonsom tłumaczyć, że to dziewczyna od Roche'a, który może spiskował przeciw ich królowi, ale tylko trochę i nieudolnie, więc niech ją teraz puszczą? Zarżnąłbym ich, ale nie wolno nam było incydentu dyplomatycznego wywoływać! — dodał z oburzeniem.
Które zirytowało Ves.
— To jest niewyobrażalne wręcz okrucieństwo, zabronić Wiewiórkom mordować ludzi. Faktycznie. Jakim cudem ta misja ci się udać miała, skoro miałeś rozmawiać ze zwierzętami, zamiast po prostu rezać...
— No, no, dosyć — prychnęła Yeylia, kładąc jej dłoń na ramieniu. — Nie chcemy sobie do gardeł skakać. Twój dowódca u nas ładne parę miesięcy siedział i jakoś dawaliśmy radę. Wyrozumiałości się nauczyliśmy.
— Ja nie — syknęła dziewczyna, nim się zreflektowała: — To znaczy... nie miałam czasu na przyzwyczajenie.
— Widzimy — prychnął podporucznik. — Już z Roche'em szło prościej, z nim się przynajmniej upić można było...
— Ze mną też można — wtrąciła bojowo Ves.
Cała sala spojrzała wymownie na jej brzuch.
— Czarodzieje i naukowcy Dh'oinne jeszcze nie odkryli, że mocny alkohol pity w nadmiarze może zaszkodzić waszemu diabelskiemu pomiotowi w życiu płodowym? Czy po prostu za prymitywni jesteście, żeby się przejmować swoimi bachorami, najwyżej nowe sobie płodzicie...
Nóż od chleba się wbił, elegancko, w drewnianą podporę sufitu, stojącą tuż za krzesłem, na którym się Finari, przemawiając, nonszalancko bujał. Ostrze minęło go o może dwa centymetry. Świst oraz błysk wystarczyły, by elf stracił równowagę i wylądował, razem z krzesłem, na ziemi. Sala wybuchła śmiechem.
— Ha! Nie wyszłam z wprawy! — stwierdziła dziewczyna, w sekundzie bardzo prawdziwej, bardzo spontanicznej radości.
— A gdybyś wyszła? — warknął podporucznik.
— To nie miałbyś ucha. Albo oka — podsumowała kapitan, również ubawiona. — Słusznie zresztą. Nie trzeba było kobiety obrażać...
— To nie za mnie — poprawiła Ves, po czym dodała, wskazując na brzuch. — Za nią. To nie jest żaden bachor. Tylko dziecko. Myślę, że dziewczynka.
— A jak chcesz jej dać na imię? — spytał Nieszko, szybko, nim Finari zdążył skomentować.
Chwilowo Teresa. Ale prawdziwe imiona były tematem tabu w jej rodzinnej wiosce, więc zaczęła wymieniać kolejne, z których zrezygnowała. I oczywiście zaraz cała stołówka podrzucała swoje propozycje, długi ciąg swoich propozycji, aż je spisywać zaczęli. Ktoś przyniósł lekkie piwo i mleko, ktoś poszedł po kolejne porcje jedzenia, bo w końcu kobiety przy nadziei potrzebują, ktoś przyniósł słodycze z targu, ktoś przetworzone owoce, warzywa. Dopytywano o czas podróży z gromadą – pomiędzy wierszami Ves czytała ciekawość o to, jaka właściwie jest matka Iorwetha. Troszczono się. Zarzucano ofertami oprowadzenia po Vergen. Jakby ostatnie kilka lat w ogóle nie miało miejsca, jakby nikt nigdy z nikim nie walczył.
Powinno być miłe. Było dziwaczne. Dziewczyna próbowała się w to wpasować, jak w życie z gromadą, tylko jednak za każdym spojrzeniem, każdym uśmiechem czytała konkretne spalone wioski, trupy ze strzałą w gardle. Nie wojskowych, a chłopów, których konieczność zagnała w pobliże lasu. I może Roche przywykł na tyle, by urzędować w sypialni „Panienki Śmierć", lecz Ves za każdym gestem dłoni elfów oczekiwała poderżnięcia gardła, rozprucia brzucha, wywleczenia płodu, posiekania na kawałeczki...
Nie, starsze rasy nie były zdradliwe z natury, jak powtarzano po karczmach – zdradliwe były jeno Wiewiórki. Ves zastanawiała się, próbując rozciągać usta w odpowiednio entuzjastycznych uśmiechach, czy kiedykolwiek w Vergen, tym tolerancyjnym, wielorasowym Vergen, ziszczonym śnie, tej, jak lelija niewinnej, jak śnieg białej rzeczpospolitej, przestanie napinać mięśnie, czekać ciosu, bać się. Tak bardzo bać.
