Hrabia Daniel Trift, malarz, kompozytor, poeta kaedweński – o ile wybitny w tej pierwszej dziedzinie, o tyle w innych raczej nie lepszy niźli przeciętny członek arystokracji – autor tak słynnych dzieł, jak Portret księżnej Venessy Millan, Bitwa pod Brenną, Peregrynacje Proroka Lebiody, będących pięknymi przykładami dojrzałego manieryzmu, niezwykłego wyczucia barwy oraz delikatnych, a równocześnie przejmujących, zniekształceń proporcji i figur. Niezwykły malarz, także w tym, że prowadził spokojne życie wiejskiego arystokraty. Obce mu były artystyczne ekscesy, źródła milczą o jego romansach czy kłopotach finansowych.

Rzec można, że jedynym ciekawym – acz oczywiście przerażającym – elementem jego życia jest śmierć. Daniel Trift zginął wraz ze swoją żoną i najmłodszym synem, Ivassem (oraz całą służbą, choć o tym fakcie legendy oraz biografie zwykle milczą, nie znajdując życia osób z klasy niższej najwyraźniej dość godnymi) w napadzie Wiewiórek. Zabito ich prawdopodobnie szybko, ale przed spaleniem dworku ciała najpewniej rozpuszczono w silnie kwasowych środkach malarskich Daniela, co nadało zbrodni aurę niezwykłości.

Nie wiadomo, co się stało z niedokończonymi dziełami artysty. Czy ta bezcenna spuścizna przepadła, czy też, jak niektórzy sugerują, została sprzedana na czarnym rynku przez Wiewiórki albo wręcz – chociaż to raczej czyste fantazje, nie wiadomo bowiem, co by się z nią miało dziać w czasie pomiędzy – zdobiła prywatne pokoje hetmana w Vergen.

Lew Timtow, Z historią (sztuki) na „ty". Artyści w anegdocie.

'

'

Baron Mauxdere nie chciał widzieć Roche'a na oczy. Co było spodziewane. Za to baronowa Cyntia, osoba słynąca z delikatnego zdrowia, wrażliwości ogólnej i histerycznej miłości do swoich małych dzieci, umówiła się z Vernonem, ledwie się mu przed nosem drzwi jej męża zamknęły. Na tajne spotkanie. W baronowym lesie. Nocą.

Major najchętniej by cały entourage wyśmiał. Zwłaszcza tego półgłuchego starego sługę, którego jaśnie pani z sobą przytargała. A potem zażądała powiedzenia prawdy o sytuacji. Bo ona i dzieci, ona musi wiedzieć, przygotować się na najgorsze, inaczej chora się czuje...

— Czytała pani wspomnienia z chłopskich rzezi? Tych w Dolinie Pontaru? Albo starych, z rebelii Falki? Czytała pani raporty z wiosek zajętych przez Wiewiórki? — spytał obojętnym, profesjonalnym tonem, wchodząc jej w słowa.

Oczywiście, że czytała, to najmodniejsza obecnie książki i pieśni były. Szlachetnie urodzone damy, całe życie chronione, uwielbiały oglądać rytualną przemoc w postaci rycerskich turniejów albo egzekucji oraz słuchać – jakże pożądliwie – opowieści o prawdziwej, ale odległej, nie je dotykającej, przemocy. Agent nie wnikał, czemu. Lata dzieciństwa nauczyły go pewnej tolerancji dla ludzkich potrzeb, preferencji czy szeroko pojętych gustów. W końcu po tych paru miesiącach w Vergen i jemu się trochę do pracy ckniło.

— Skoro pani czytała, to już pani wie — odparł teraz zdumionej, z każdą sekundą bardziej przelęknionej baronowej. — Arjan broni Mahakamu, nie ma więc czasu ani ludzi na trzymanie krótko swoich wasali. Nieludzie w Dolinie Pontaru to zrozumieją, zapewniam panią, siedziałem tam w końcu. Skoro Arjan ich poprosi, a poprosi z pewnością, zajmą się jego małym przygranicznym problemem. Tak, jak się zajęli szlachtą i niepokornymi u siebie i na obrzeżach Aedirn. A jak się zajęli, to właśnie pani czytała.

Kobieta się bledziuchna jak giezłeczko zrobiła, nawet przy tej jednej pochodni było widać.

— Wiewiórki wejdą? Gmin bunt podniesie? — szepnęła bez tchu.

Roche potaknął solennie, przybierając zmęczony, gorzki wyraz twarzy.

— Polityka i wojna są tu bezwzględne, proszę pani. Myśli pani, że ja jestem szczęśliwy w tej ich Rzeczpospolitej? Plwają na mnie, wyzywają, jak psa traktują. Nie zabijają tylko dlatego, że by im zabawy zbrakło... A co ja widziałem! Ich zabawy straszne bywają.

Nawet nie opisywał. Miał w końcu swoją reputację, kiedy więc wyraził przerażenie, obrzydzenie, zgrozę nad cudzymi zabawami, fantazja szlachcianki ewidentnie zrobiła swoje. Dama prawie omdlała, musiała się wesprzeć na ramieniu sługi.

— I czy to kogoś obchodzi? — ciągnął Vernon. — Los tych, którzy staną na drodze baronowi La Valette, którzy narażą Pogórze Mahakamskie – bo tak to w oczach nieludzi wyglądać będzie – nikogo nie obejdzie więcej. Wiewiórki umieją wywierać pomstę, słyszała pani z pewnością.

— Ale my nic... — jęknęła.

— I niewiele im trzeba do tej pomsty. Wiewiórek nic nie obchodzi, czy ich cel faktycznie coś nieludziom zawinił, one już w ludzkiej krwi zasmakowały, ślepą zemstą żyją. Zabiją każdego człowieka, który się im nawinie, z powodem czy bez powodu. Z okrucieństwem za to zawsze. Dowolna wymówka im starczy. A Arjan jest młody i zdesperowany, stracił matkę, brata, ojca niewiele wcześniej... Nie będzie myślał rozsądnie ani długofalowo. Sięgnie po każdy środek. Plany waszego męża i jego kompanów bardzo ubodły barona La Valette, poczuł się zdradzony. Jak to chłopiec, wie pani. Rzeka krwi ukoi jego ból tylko chwilowo, a moim zdaniem, między nami mówiąc, z pewnością też zaszkodzi sprawie Temerii, ale on tak teraz nie myśli. Cóż począć.

— Ale wy go popieracie, majorze. Jego i ten spisek, i Rzeczpospolitą — zauważyła, właściwie mimochodem; ni cienia podejrzenia nie było w jej głosie, agent obstawiał, że i w myśli.

— Arjan ma żołnierzy. Rzeczpospolita takoż. Osłabianie Arjana z pewnością nie służy dynastii. Ani ludowi, ani rycerstwu nie służą też negocjacje z Nilfgaardem. Pamięta pani, jak się skończyło wejście Cesarstwa do Aedirn te kilka lat temu. Te opowieści, setki tysiące bestialsko zabitych, tysiące innych pognanych jako niewolnicy, nawet z nobilis przed nazwiskiem...

Potaknęła bezgłośnie, z zaciśniętymi, drżącymi ustami. W oczach miała łzy.

— Wie, że mąż panią zapewnia, że dzięki negocjacjom właśnie będziecie bezpieczni, że Nilfgaard w Temerii teraz inaczej sobie poczyna, że kto do nich po dobroci przystanie, zostanie potraktowany jak brat, jak przyjaciel. Ale to przecież mrzonki, gra na czas, pani, tak inteligentna kobieta, widzi to jasno. Intuicja pani podpowiada. Cesarz nie chce marnować ludzi, zwłaszcza, że ostatnim razem zjednoczona Północ go odparła. Woli nas kupować i rozbijać pojedynczo – gdy już schwyci wszystkich, o, wówczas pokaże swoje prawdziwe oblicze. To samo, co te kilka lat temu.

Baronowa straciła w tamtym najeździe starszą siostrę z całą jej rodziną. Dzieci podobno wyżyły, zostały sprzedane do niewoli, lecz żadne starania ani żadne pieniądze nie zdołały odkryć przez kogo i gdzie, odkupić, sprowadzić z powrotem. To od tamtego czasu baronową dręczyły histerie, melancholie, napady lęku, dziesiątki innych drobnych przypadłości. Od tamtej też pory hojnie wspierała wszelkie projekty dotyczące polepszenia losu sierot.

— Jeśli chce pani ode mnie rady, to cóż, powiem to samo, co pani mężowi: poprzeć Arjana La Valette, jeśli nie z patriotyzmu, do dla własnego bezpieczeństwa. Skoro jednak pan baron tej rady nie chce, pani nie może go zaś przekonać, to mogę udzielić drugiej, jedynej właściwie — kontynuował beznamiętnie i bezlitośnie major. — Niech pani odeśle dzieci do Koviru. Albo i dalej. A potem sama uchodzi. Choćby zostawiwszy męża. Nie chce pani wiedzieć, do jakich rzeczy jest zdolne najwierniejszy, najłagodniejszy dotąd gmin, gdy do elfy podbechtają. Ja widziałem i wolałbym nie opisywać — dodał, widząc cień przerażonej samą sobą ciekawości, fascynacji na twarzy kobiety. — Powiedzmy tylko, że od czasów Falki przybyło im fantazji.

Cyntia załamała ręce, powoływała się na bogów, łkała nad uporem Francisa – i tylu innych mężów, bo przecież nie ją jedną reakcja Arjana niepokoi, nie ona jedna wypłakuje oczy, nie, wiele z żon mężczyzn należących do frakcji przeciwnej La Valette'om do niej pisze, rozmawia z nią, wszystkie podobnie strapione – prosiła już nie tyle o radę, co o protekcję. Na tyle bezwstydnie i pokornie, na ile arystokratka może prosić syna kurwy.

Roche do owego „na tyle" nawykł, więc nawet go to prawie ujęło, całkiem zaś ubawiło.

— Nikt pani nie ochroni — prychnął, wzruszając ramionami, ignorując teatralnie wyciągnięte dłonie. — A już z pewnością nie ja. Skoro nie może pani wpłynąć na męża, a nie chce pani uciekać, to nie wiem, co mógłbym poradzić. Może tylko tyle, żeby pani swoje psy do swoich dzieci przyzwyczajała. Niech je lubią. A nuż pomoże.

— Będą nas szczuli? — spytała wysokim, załamującym się głosem baronowa, udowadniając, że owszem, z literaturą popularną najnowszą jest na bieżąco. — Własnymi psami na sztuki rozszarpią?

Vernon powoli skinął głową. Ułożył rysy w maskę drobnego poruszenia, przestrachu, żalu.

— Żeby tylko tyle... Widzi pani, Wiewiórki to nie są tacy nieludzie, jak ci, co to ich pani zna. Że normalne zupełnie istoty. Wojny ich przeobraziły w okrutne bestie, człowiek to dla nich tyle, co dla nas zwierzę. I lubią to pokazywać. Pani najmłodszy syn ma przecież z dwa miesiące dopiero, któraś z suk w sforze zawsze ma szczenięta...Lubią zmuszać kobiety, żeby szczenięta karmiły, a dzieci oddawać sukom.

Zakryła usta w przerażeniu.

— No, niech się pani nie martwi, suki zwykle dzieci instynktownie karmią, czasem tylko, jak są krwią, chaosem, pożogą i odebraniem młodych skołowane, to pogryzą czy rozszarpią... Jeśli pani swoje psy z dziećmi oswoi, to z tej strony śmierci raczej unikną. Wiewiórki znają też setki innych metod – ale nie będę mówił, przecież to nic nie zmieni, tylko pani przyszłe tygodnie zohydzi. Nic nie zmieni, bo skoro pani mąż chce wojny z Arjanem, który broni republiki Wiewiórek, to jakby z Wiewiórkami wojny chciał... Nie trzeba mi mówić.

Zastrzegł się taktycznie, bo widział w oczach kobiety mieszaninę podniecenia i lęku, zaraza wie, które wywołujące które. Niewątpliwie chętnie wysłuchałaby jeszcze tysiąca tego typu opowieści, major nie miał wszakże czasu na zabawianie znudzonych szlacheckich boginek domowego ogniska. Poza tym zimno, cholera, było. Chciałby już wrócić do ciepła, jadła i wina chłopskiej chaty, która go akurat przechowywała.

Opowieść, choć pojedyncza, była dobrana wedle jego najlepszej wiedzy. Taka, jak powinna w mgnieniu oka oblecieć wszystkie rozplotkowane szlachcianki. Kiedy mężowie będą im czy to całować, czy to brutalnie siniaczyć piersi, damy będą sobie wyobrażały, z przerażeniem i odurzeniem własną nieprawością – czymś, co za ową barbarzyńską nieprawność brały – te szczenięta, liżące lub gryzące im sutki. Dreszcz ekscytacji przekaże historię dalej, przerażenie będzie jednak równie szczere, zwłaszcza strach o dzieci. Strach o dzieci wywoła z kolei pożądaną reakcję, czyli awantury, szlochy, spazmy i wyrzucanie małżonka w antyszambry, póki tych politycznych głupstw nie przestanie gadać, losu kusić.

Przy całej wierze w swą znajomość psychiki jaśnie pań Roche poczekał z dwa tygodnie na miejscu, upewniając się, czy plotki wywierają odpowiedni skutek. Wywoływały – baron co prawda nadal zamykał przed majorem drzwi, nie śmiał już jednak publicznie złego słowa o Arjanie powiedzieć, przeciwnie, parokrotnie wyraził swoje pełne poparcie dla działań młodego La Valette'a. Za Francisem podążyła zaś reszta szlachty okręgu. Po którym krążyły już o plotki o pladze awantur, nisko latających przyborów domowych, ciskanych przez wściekłe połowice i szlachetkach zbyt przerażonych, by choćby ulżyć kutasom w burdelu.

'

'

Steller Rymicht jęknął z rozkosznej satysfakcji. Chłopiec w prywatnej łaźni – i czymś więcej – Bianki Veledo był absolutnie genialny. Przegenialny wręcz. Arcygenialny. Opisom jego rąk, młodziutkiej, dziewczęcej twarzyczki oraz cudownego fiuta powinno się poświęcać poematy. Zwłaszcza temu ostatniemu.

Chłopiec miał na imię czy pseudonim Wiktor czy Hektor, Steller nigdy nie pamiętał ani nie zawracał sobie tym głowy, wołał na niego, jak mu do głowy akurat przyszło. Piękny fiut pięknym fiutem, hierarchia hierarchią. Gmin musi znać swoje miejsce.

Gmin chwilowo zniknął, zawołany przez właścicielkę. Doprawdy. Trzeba będzie im obciąć z zapłaty, prosił o całkowitą prywatność.

— Nie skończyliśmy pleców — krzyknął urażonym tonem, ledwie usłyszał powracające kroki.

Madame. Niech wie, że nie jest zadowolony.

— Nie macie dość złota w sakwie — odparła zimno kobieta. — Wyłaźcie z wody.

Prawie wpadł pod wodę ze zdumienia.

— Słucham?

Toż nie woził z sobą złota, nigdy dużo, ale jego słowo, jego poręczenie, w dowolnym banku pokazane, w dowolnym biurze, otwierało skrytki z pieniędzmi, jego słowo, słowo dziedzica Kryski i kilkunastu do niej należących wioch.

— Wasze podpisy — syknęło burdelmama, przysiągłby, że ironicznie — straciły wszelką moc, jak mnie powiadomiono. A wyście jeszcze chcieli, tak na ostatek, za darmochę sobie pochędożyć, co? Za friko? Wydymać mnie chcieliście?

Spojrzał na nią. Wściekła była, widział, aż poczerwieniała z gniewu, oczy się jej w wąziutkie szpareczki zmieniły.

— Jak to? — wydukał, teraz nieco przestraszony, chociaż to żart być musiał, jego brat był w stanie kapłańskim, żonę ogłosił bezpłodną – dobrze, może i rzadko odwiedzał jej sypialnię, ale jednak czasem się zdarzało – więc pohańbioną, któż mógłby?

— Tak to. Teraz udajemy, że nie wiedzieliśmy, co? — warczała kobieta. — Brat wasz z wszelkich praw wyzuł, ogłosił niezdolnym do pełnienia obowiązków dziedzica. Sam musiał wrócić, ledwo co mi powiedziano na rynku, zrzucił szaty kapłana, bo doszły go wieści, potwierdzone przez paru rycerzy, że wy nie tylko po godzinach się z chłopcami bawicie, ale nie dopełniacie swoich obowiązków. Męża i syna. Wrócił więc, by ród ratować.

Owszem, powód, który zezwalał na złamanie ślubów. Ostatni syn, jedyny syn – ale skąd jego bratu nagle się świadkowie wzięli, do kroćset?

— Wyście tutaj, do miasta, bawić się wybyli — teraz burdelmama mówiła z wyraźną satysfakcją — a on wam wpadł na zamek z kilkoma rycerzami i gromadą sług, wydostał publicznie potwierdzenie od żony, że nietkniętą jest, bo wy jej nie nawiedzacie, tej samego wieczoru jeszcze, ledwie ich kapłan pokropił, wpadli do sypialni i wyszli z pościelą elegancko krwią uwalaną. Żona wasza od wszelkiej hańby i potwarzy uwolniona, brat wasz przysiągł, że pojedynkować się będzie, jak kto co o jej rzekomej niepłodności powie, wy za to, za ucieczkę od obowiązku dziedzica i oskarżanie niewinnej niewiasty – na wieki czci pozbawieni. Mają nad wami ostrze złamać — teraz symfonia złośliwej radości grała w jej głosie.

Pozbawić tytułu. Stellerowi ciemność stała przed oczyma, na ślepo próbował wyjść z wody, nie mógł, bo ramiona i nogi się pod nim uginały.

— Już was rycerstwo pozbawiło, tam wyrok hic et nunc ogłoszono, poena exilii, subito wołano, wolę stanu jednomyślnie wyrażano, hańbę waszą krzyczano po krużgankach, a po piwnicach i glebie niepokornym stronnicy waszego brata podrzynali gardła – żeby naprawdę jednomyślnie było. Jak siodło sprzedacie — przeszła nagle do interesów madame — to będziecie mieli z czego mi zapłacić. No, jeszcze może zapinki i pierścienie pójdą.

— Nigdy! — ryknął. — Wracam na zamek, stanę przed Henseltem czy Radowidem, przed sądami naszymi, walczyć będę! Ta klempa była jałowa, jak pularda, z bratem krwią świniaka łoże powalali, z byle służką sobie pewnie teraz dziecko ten drań robi, ale ja nie pozwolę! Nie może być, żeby mnie wszyscy przyjaciele opuścili, żeby na mnie, rycerza herbowego, zaocznie wydawano wyroki!

Poślizgnął się na mokrej podłodze. Nadal słabował. W drzwiach stanął ochroniarz. Zaraz za nim drugi.

— Nikt u mnie na kredyt nie bierze, to porządny przybytek jest — oznajmiła z emfazą kobieta. — Albo zastawiacie, co macie, albo w naturze odpracujecie. Panowie przypilnują waszej nauki, żebyście odpowiednio klientelę traktowali.

Rychmichtowi już nie opadała szczęka. Spojrzał na tamtych, szerokich w barach, z karkami, jak jego udo, z miną, jaką zwykle miewają oprawcy w najbrutalniejszych erotycznych fantazjach – i dreszcz mu przeszedł po krzyżu. A potem drugi, już nie zimny, lecz lodowaty, gdy tak ociekając wodą, uświadomił sobie, że jeśliby nie był naprawdę skończony, naprawdę wyrokami pozbawiony majątku, dziedzictwa, tytułów, to nikt tutaj by go tak traktować nie śmiał.

'

'

— Dzięki, Galia — rzucił Roche, inkasując swoją część kasy ze sprzedaży wszystkiego, co były Jaśnie Pan Steller miał na sobie i koniu, z koniem łącznie, bo ceny, cóż, rosły w miarę negocjacji.

Hiperinflacja. Taki nowy wynalazek gnomów, oznajmiła Galia rycerzykowi, przy złocie prawie nie występuje, ale przy wekslach tak.

— Et, jeszcze zarobiłam na tym. Nie ma za co. Interesy z tobą, Vernon, to przyjemność. — Potrząsnęła głową, odruchowo kusząco, ruszyła do barku, kołysząc pulchnymi ramionami i imponującą pupą. — Zresztą, tobie bym odmówiła? Jednemu z naszych? Ja, taka sentymentalna... — zagruchała, wyjmując metalowe puchary.

Agent się skrzywił. Pochodzenia wspominać nie lubił nigdy, nawet gdy wspominający się roztkliwiał. A zresztą, wbrew słodkim słów, nie w sentymentach rzecz tkwiła, podziemie i szara strefa niewiele ma sentymentów. Albo raczej: bardzo dużo, ale kończących się przy rachunkach.

Po prostu Foltesta większość Wiewiórek nie obchodziła tak bardzo, by się upewniać, że zdechną, więc opychano co ładniejsze burdelom, za zgodą Jego Wysokości tudzież sporą korzyścią dla skarbca Temerii. Transakcje załatwiał oczywiście Roche, a że o dobry i tani – no, nie aż tak tani, jak potem się mówiło królowi – towar nigdy nie było łatwo, alfonsi i dziwki byli mu trochę winni. Do bólu biznesowo. Oraz ufali mu, również biznesowo, jako partnerowi do grubych przewałów. Takich jak pozbawianie rycerzyka tytułu.

— Świetnieście to sobie z jego bratem wykombinowali, Vernon. Czy to raczej żona już dosyć swojej hańby miała?

Fiona de Villon pochodziła z rodu dumniejszego jeszcze niż Rymicht. Dumniejszego i obdarzonego przez los siedmioma córkami. Wydawano je właściwie za kogo popadło.

— Oboje byli... zaniepokojeni sytuacją. Z troski o dobro rodziny zaniepokojeni, oczywiście — stwierdził wymijająco major. — Dzięki, żeś tych paru chłopców z zeznaniami podesłała. Podobno rycerstwo nasze, bogobojne i wstrzemięźliwie — nie zadławił się ze śmiechu przy tych słowach; za to Galia niemal tak, musiał jej butelkę wódki zabrać z rąk — wstrząśnięte relacjami było.