Tak, ja wiem, nikogo poza mną nie obchodzi polityka. Ale ona jest jednak dość ważna dla tła. I mnie, jako się rzekło, obchodzi, a to moje kink-meme.
Dzisiaj, gdy problem zniknął, ludzi ogarnia często nostalgia za elfami. Że były piękne i mądre, i ubarwiały krajobraz kulturowy. Że właściwie nie umiemy bez nich żyć, że się doszukujemy elfich korzeni i odkrywamy elfy na nowo. Owa nostalgia, choć powszechna i zrozumiała, stoi w tak jawnej sprzeczności z wiedzą historyczną, że budzi uśmiech politowania. Autor niniejszego artykułu po lekturze pism owych sentymentalnych marzycieli podejrzewa, że większość z nich gardzi swoimi sąsiadami-kołtunami (oczywiście, oczywiście) oraz dajmy na to, kulturą chłopską. Albo kulturą miejska, zależy od zainteresowań. Z pewnością też odczuwają pełną wyższości niechęć wobec kultury kraju obok (bo tam się zbyt źle lub zbyt dobrze traktuje kobiety bądź zwierzęta et cetera). Ba, sądząc po pełnych gniewu pismach, nienawidzą też oni osób ze swego kraju i klasy, ale mających odmienne poglądy.
Co pozwala autorowi z dużą dozą pewności domniemywać, że ci sentymentalni, łkający za elfami artyści i pisarze (oraz rozgorączkowana młodzież i znużone matrony), pierwsi rwaliby się do pogromów.
Franciszek Xaver Kasso Felieton w sprawie tez o elfach ostatnio po pismach naszych głoszonych
'
'
— Będę mogła mieć dzieci. Zaraz. Niedługo. W ciągu tego tygodnia. Znaczy, będę mogła zajść w ciążę. — Toruviel plątały się słowa, jak rzadko.
Yaevinn zastygł. Nie odpowiedział nic, nie odwrócił głowy, ale widziała, jak przełyka ślinę, wyraźny ruch grdyki.
— Chcę mieć dzieci — uściśliła poważnie. — Nie wiadomo, czy się mi jeszcze okazja trafi, nim umrę.
— To jest... zrozumiała i zgodna z naszą walką, interesem naszego ludu, prośba — wybąkał watażka.
Co było tak bardzo bezsensownym – niepasującym do niczego, sytuacji, ich relacji, historii, momentu, nawet charakterów – unikiem, że elfka się szeroko uśmiechnęła, prawie zachichotała.
— Nie proszę cię o ideologiczną ocenę.
— Tak, oczywiście, wiem... Ja po prostu... Rozumiem. Rozumiem, rzecz jasna. Chcesz mieć dziecko ze mną.
— Toś mnie rozszyfrował. — Właściwie nikły entuzjazm powinien ją zacząć chyba niepokoić, ale rozbawienie nadal dominowało.
— Nie będziesz mogła walczyć. Będziemy musieli ci znaleźć bezpieczne miejsce — ciągnął Yaevinn trochę normalniejszym, chłodniejszym tonem taktyka.
— Ostatnio ilość bezpiecznych miejsc dla Scoia'tael znacznie wzrosła.
— Nawet dziwka z Dol Blathanny nigdy nie wyrzuciłaby ciężarnej elfki. Ale to będzie wyglądało na bardzo polityczny ruch, jeśli moja... jeśli ty, z naszym dzieckiem, pójdziesz do Dol Blathanny. Do Gór Sinych trzeba się przekradać przez granicę i Kaedwen, front się tam nie przesunął, nie ma mowy, żebyś szła. Jeśli wybierzesz Nilfgaard, uznają, że rezygnujemy z walki o nasze prawa na Północy. Jeżeli pójdziesz do Rzeczpospolitej Doliny Pontaru, będę z kolei miał dług wobec Iorwetha. I to również zostanie odczytane politycznie. Jako gest poparcia. Albo podporządkowania. Albo co.
— Nie próbujesz mi powiedzieć, że nie mogę mieć dziecka, bo trzy lata temu pokłóciliście się z Iorwethem o dochody z przemytu i kwestię Salamandry? Przecież ci przyznał rację w tym ostatnim...
— Gdy wywołali największy od zakończenia wojny pogrom. Są granice, których nawet jego egotyzm i ładne słowa nie pokonają. Ale nie, nie to ci chcę powiedzieć. Możesz mieć... Chcę mieć z tobą dziecko.
— No wreszcie — mruknęła.
— Przepraszam, to – to było po prostu niespodziewane. Będziemy mieli dziecko. Cieszę się. I oczywiście możesz się schronić, gdziekolwiek zechcesz. Tylko nie w Górach Sinych. To zbyt niebezpieczne.
— Nie zamierzałam. I nie mowy, żebym poszła do Dol Blathanny, niech Enid sama próbuje poprawiać statystyki demograficzna.
Yaevinn wyglądał na niepocieszonego.
— A Nilfgaard odpada, bo będzie ci się źle kojarzył? Bo wcale nie wybaczyliśmy?
— Iorweth jest egocentrycznym, megalomańskim draniem, ale nie będziesz mu nic winien, Rzeczpospolita ma oficjalnie otwarte granice. Dla wszystkich. Zwłaszcza dla nieludzi. Iorweth nie ma w tej kwestii nic do powiedzenia. Żaden dług. I jego, w przeciwieństwie do Enid, nie nienawidzisz. Wysyłacie sobie listy. Jeden dowódca oddziału z drugim. To mniejszy kaliber niż proszenie Franceski.
— Nie poprosiłbym Franceski choćby od tego zależało moje życie — warknął watażka, zaraz się jednak wstrzymał, poprawił: — Ale zrobiłbym to dla dziecka.
Toruviel już od dawna nie była tak naiwna – ani chyba nigdy tak zakochana, jeśli zakochana w ogóle – by oczekiwać odpowiedzi „i dla ciebie". Elfie niemowlę mieściło się w sprawie jako coś do ochrony, partyzant tylko jako ofiara.
Co właściwie oznaczało, że w ciąży Toruviel poniekąd awansuje. Wreszcie ktoś się nią zajmie, zaopiekuje, będzie szklankę wody podawał, podsuwał poduszki i przejmował się każdym kaprysem. Jakoś jej ta wizja nie pociągała – albo raczej: pociągała, po ponad dekadzie partyzantki, głodu, chłodu oraz wojny pociągała wręcz niesamowicie, tylko była równocześnie nieco straszna. Prawie nowa.
Yaevinn musiał dostrzec zaniepokojenie kobiety, bo przyciągnął ją gwałtownym ruchem, pocałował w szyję, długo, namiętnie.
— W tym przypadku, wyjątkowo, lepiej chyba zacząć od tworzenia problemu, a potem szukać rozwiązania.
'
'
Dzień był śliczny, słoneczny, ciepły, nad ranem padało, więc świeża, wiosenna trawa, jeszcze kruchutka, niziutka, blada, pachniała mocno. Generał Kirthe Vallissus, prywatnie graf i sentymentalny poeta, z rodzajem nostalgicznego zachwytu patrzył na krajobraz. Rzeka, w tym miejscu szeroka, rozlewna, wezbrana od stopniałego śniegu, za nią zaraz pola, trochę lasu, płasko aż po horyzont. Świt nawet dzisiaj był ładny, różowy, nie szary, światło takie lekkie.
Generał spiął lekko konia, smukłego gniadosza. Woda zafalowała wokół kształtnego kopyta, chlupotała lekko.
Piękne to wszystko, piękne, pomyślał graf. Życie. Świat. Wiosna. Wojna. Wszystko.
Ryk trzydziestu tysięcy gardeł za nim spłoszył ptaki oraz wszelką zwierzynę leśną w promieniu paru kilometrów. Dowódca wycofał rumaka. Symbol był? Był. A wpław przechodzić nie będą, po zimie rzeka się znarowiła. Przenośne mosty mieli przyszykowane. Tylko inwazję należało jakoś ładnie rozpocząć.
'
'
Veroneczka Rideaux po raz pierwszy w życiu była na pograniczu cintryjsko-temerskim, nie w samej Cintrze czy wielkich miastach, ale na wsi. Wszystko małą fascynowało. Ludzie byli niby ci sami, ale nawet, gdy mówili po nilfgaardzku, to z odmiennym akcentem, miększym jakby, łagodząc, szeleszcząc, wtrącali inne, nowe słowa, chodzili ubrani kolorowo, na czarno tylko stare kobiety, a i one miały haftowane chusty. Dzieci krzyczały, biegały, bawiły się w błocie ulic oraz wszędzie naokoło, tak, jak Veroneczce nigdy nie byłoby wolno.
Przede wszystkim jednak była na jarmarku. Pani matka prawie dostała a-po-plek-sji, jak pan papa powiedział, że „bierze małą na zabawę wiosenną, chłopską taką, w mniejszym mieście". Kłócili się potem, ale już za zamkniętymi drzwiami i pani matka płakała, gdy myślała, że nikt nie widzi.
Jarmark był gwarny, rojny i pełen świateł. Akrobaci przechodzi po rozciągniętej między okazalszymi budynkami linie, aktorzy wystawiali sztuczki oraz śmieszne scenki, muzycy przygrywali, przy stoiskach z jedzeniem tłoczyły się tłumy, ale panienkę Rideaux z tatą puszczano jakoś bez kolejki, wśród kramów można było kupić kalejdoskopy, marionetki, lalki, koniki na biegunach oraz zestawy drewnianej broni, a nawet drobne magiczne przedmioty, błyszczące amuleciki, zimne ognie, kolorowe dymy, blaski, widoczki zaklęte w szklanych kulach.
Veroneczka chciała wszystko. Pan papa wszystko kupował, co było cudowne, chociaż dość normalne – zwykle pani matka była surowsza, wstrzymywała i pouczała o konieczności zachowania obyczaju. Sawołar-wiwu.
— O, popatrz, skarbie. Wiatraczki. — Pan papa zdawał się równie podekscytowany zabawką, co było już zaskakujące, bo owszem, wiatraczki furkotały, barwy lśniły, niektóre nawet dodatkowo jakby gwizdały, ale jednak były to tylko zwykłe wiatraczki, prościutka rzecz. — Kupimy ci, prawda? Chcesz kilka?
No, skoro panu papie tak zależało, to chciała, pewnie. Nie było przecież tak, że jej przeszkadzał zalew prezentów.
Pan papa całkiem długo wybierał wiatraczki i mruczał coś do sprzedawcy w tym nieznanym, północnym języku. A potem się zaczął od razu nimi bawić i jak to dorosły: dwa niemal od razu popsuł, połamał, papier z nich wypadł. Doprawdy. Dobrze, że aż tak Veroneczce na nich nie zależało, musiała jednak trochę popłakać, potupać nóżką, powydymać usteczka – tak dla honoru.
Pan papa obiecał, że jutro dokupią nowe. Mała wytrzymałaby bez nich, ale oczywiście rezygnacja nie wchodziła w grę, prawdziwa dama nigdy nie odmawia prezentu.
— Północ to jest bardzo zabawne miejsce, kochanie — westchnął pan papa w nocy, gdy siedzieli już w pokoju w karczmie, całym wykupionym dla nich i nawet wyciszonym magicznymi amuletami. — Talar mi napisał właśnie, że Henselt, ledwie nasze wojska wkroczyły, z piskiem poleciał do Natalisa, czy by może bitwy nie poprowadził, bo to niby morale podniesie, wiesz, maleńka, że raz wygrał, to i drugi wygra. Rozumiesz, jakie to absurdalne? Talar twierdzi, że Henseltowi odpisali, że nie trzeba było im kraju rozbierać. To oczywiście może być plotka albo takie tam gadanie Talara, wiesz, żeby poprawić ich wizerunek w naszych oczach, że tacy niby ważni, tacy rozchwytywani i tacy lojalni... Ale sprawdzimy, oczywiście, oczywiście, przepytamy nasze źródła w Kaedwen. Jeszcze się wojowniczy króliczek Północy przekona, że nie należy odrzucać ofert naszego miłościwego pana...
— Jego Wysokości Emhyra! — wtrąciła Veronka, bardzo z siebie dumna, że tak ładnie rozpoznaje, chociaż nie była pewna, kiedy ten Talar dał radę coś panu papie napisać, żadnego listu im dzisiaj do karczmy nie dostarczano.
'
'
Veronka kręciła się na ślicznej karuzeli. Ślicznej, czerwonej, przyozdobionej ślicznymi kwiatkami i gwiazdkami oraz fascynojąco muzykującej.
— Jakie to niby „śliczne"? — mruknął pan papa, gdy mu to wszystko z radością opisywała, ciągnąc w kierunku zabawki. — Obdrapana, farba płatami złazi, te kiczowate ozdoby z papieru już dawno wyblakły, połowa odpadła, a to w ogóle żadna muzyka, tylko skrzypienie i trzeszczenie zardzewiałych zawiasów, kochanie. Dobrze wychowana panienka nie może się tak... estetycznie mylić — zaraz jednak, skoro posmutniała, dodał: — Ale ty jesteś dzieckiem przecież, dzieci lubią, jak błyszczy i buczy... No, chodź, kupię ci z pięć kolejek.
Gdy go mijała, wierzgając nogami, machając entuzjastycznie ręką, „patrzcie, panie papo, ja fruuuwaaaam!", usłyszała jakimś cudem, jak wzdycha ciężko, po nilfgaardzku, „zamieniam się we własną żonę".
To ciekawe, pomyślała panna Rideaux, jak pan papa ma się zamienić w panią matkę? włosy się mu zrobią takie jasne? i zacznie chodzić w damskich sukienkach? Pomysł piszczał jej w głowie jeszcze, gdy poszli do karczmy, poprosiła więc o pergamin – pan papa za niego zapłacił – i zaczęła rysować, pośród dziesiątek innych rzeczy, papomatki, pana papę w sukienkach i z długimi, jasnymi włosami. Pan papa nie zwracał większej uwagi, rozmawiał z kolejnymi aficjelami.
Ale wczorajszy sprzedawca wiatraczków, który też wstąpił na jednego, zwrócił.
— Jeszcze wiatraczek dla pięknej damy-malarki? — spytał.
Ten, który teraz wyciągał, był wyjątkowo ładny, prawda. Błyszczał. I miał czerwoną kokardkę na kiju.
— Panie papo... — jęknęła Veroneczka. — Mówiłeś, że kupimy jedne, za te, które wczoraj się połamały...
— Pieniądze zostawiłem w pokoju — mruknął pan papa.
Ten z okolicznych aficjeli, który akurat siedział przy stoliku, zaoferował, że może kupić sam, a w ogóle co sobie handlarzyna myśli, jak śmie żądać zapłaty od wysłannika Cesarza.
— A czemu miałbym za darmo brać? — spytał pan papa, tak jakoś chłodno i głośno. — W Cesarstwie nie uważamy, by stanowiska pozwalały nam okradać lud. Przeciwnie, stanowisko oznacza służbę ludowi.
Parę osób w karczmie potaknęło, reszta zaczęła dopytywać, co takiego powiedziano. Veronka poczuła przypływ dumy z pana papy: jak on zawsze mądrze mówi! Za to aficjel chyba się zdenerwował.
— Wiatraczek — przypomniała.
Pan papa westchnął.
— Kupuję wszystko. Chodźmy do pokoju, ureguluję należność, nie chcę, żeby dziecko płatność widziało...
— To w końcu mała kobieta — wtrącił gorliwie aficjel. — Ja się zaopiekuję, doskonale sobie radzę z dziećmi...
Wcale sobie nie radził. Próbował być przymilny, jakby Veronka głupia była i nie widziała, że fałszywie. Co chwilę pytał Veroneczkę o sprawy papy albo Cesarstwa. Ale mała wiedziała, że o tym akurat ani słowa jej nigdy mówić nie wolno, że trzeba zbywać każde, nawet zupełnie normalne pytanie, nawet takie „jaki tata ostatnio ma humor? zły? szczęśliwy?". Taki teatrzyk, mówił pan papa. Bardzo fajna zabawa. I można było kłamać bez kary!
— Jaśnie wielmożny pan Rideaux jeszcze na chwilę... odszedł w sprawach bardzo prywatnych — oznajmił handlarz, wyrastając jak spod ziemi. — A ty nie chciałabyś jeszcze papieru? Albo słodkiego soku?
Pewnie, że chciała. Aficjel gorliwie rzucił się szukać. Za to kramarz przyjrzał się rysunkom dziewczynki. A pytanie „co tu jest narysowane" zdecydowanie nie dotyczyło pana papy ani Cesarstwa, ani niczego dorosłego.
— Naszego pieska, palenie czarodziejek, wielkie zwycięstwo Emhyra – i naszego pieska, który też walczy, gryzie wrogów w kostki, widzicie? tutaj jest, a potem, jak już ugryzł, to tamten wróg pada w fantannie krwi, o, tu, i umiera... A to jest ogródek... A to jest papomatka, znaczy, pan papa zamieniony w matkę. W jej sukienkach i włosach...
— Ciekawa rozrywka, zapamiętam sobie — mruknął handlarz. — Ale mów dalej, kochanie? Co to jest tutaj? Ten taki... czarny obrazek?
— To? To jeszcze nieskończone.
Veronka zastanowiła się raz jeszcze, czy to nie jest aby na pewno sprawa dorosłych albo pana papy. Ale nie, chyba nie. Sama nie była pewna, gdzie jej to w ucho wpadło...
— Sprytna z ciebie bestyjka — przyznał mężczyzna. — A co to będzie na koniec w takim razie? Co tu rysujesz?
To na pewno nie było dorosłych i na pewno nie słyszała tego od pana papy. A pan handlarz był miły i obchodziły go jej obrazki. Nawet pan papa zwykle miał ich dosyć. Uśmiechnęła się.
— Nową, wielką zarazę.
'
'
— Omyliliśmy się. Henselt jednak nie paktował z Czarnymi tym razem — mruknął z autentycznym zdziwieniem Radowid. — Jego pierwszego zaatakowali. I raporty twierdzą, że poważnie, że Nilfgaard, choć nie zapuszcza się w głąb kraju, czeka, to pali, gwałci, morduje i kradnie, jakby mieli dziurę budżetową wielkości dziesięcioletnich przychodów.
— Może mają — westchnęła Adda. — Odbudować cesarzowej stolicę jednak wypada, to kosztuje, a prowincja nadal nie przynosi nawet połowy dawnego dochodu...
— Królestwo — poprawił odruchowo Radowid.
— Takie tam królestwo. Jeszcze „Cesarstwo" powiedz, panie, bo cesarzowa nim niby rządzi.
Bardzo próbujemy ukrywać strach, przemknęło królowej przez głowę, już gdy wypowiadała słowa. Bardzo. Nawet przed sobą.
— Henselt zażądał pomocy. I oczywiście ją dostanie, musielibyśmy oszaleć, żeby go zostawić, Czarni wejdą do nas zaraz po nim. Emhyr bardzo jasno tym razem stawia sprawę.
— A Kovir? Reszta?
— Sami zaoferowali. Pieniądze, głównie. I Wolna Kompania nas wspomoże.
— Nawet paru tysięcy wojska niby nie uzbierają? — sarknęła kobieta. — Kovir sam może...
— Uzbierają. I wyślą. Ale później. Nilfgaard wszystkich sił nie rzucił, pierwsza bitwa, rzec można, rozpoznawcza będzie.
— Ładna mi bitwa rozpoznawcza na sześćdziesiąt tysięcy ludzi! To więcej niż pod Brenną, do diabła.
— Brenna obecnie już należy do Cesarza — przypomniał drwiąco Radowid.
Addzie zdecydowanie nie podobała się ta drwina. Milczała jednak, pozwoliła mężowi się wygadywać.
— Brenna i cała Temeria jest Emhyra. Aedirn złożyło hołd lenny. Oba państwa nieludzi nic nawet składać nie muszą, od początku byli na klęczkach. Spiskowcy koło twojej siostry szarpią niby oddziały Czarnych, ale najboleśniej uderzają w nas i Kaedwen, bo zabijają naszą klasę urzędniczą i współpracującą szlachtę, żołnierzy zaś Emhyr ma pod dostatkiem. Oczywiście, jeśli... kiedy wygramy, to będzie, że Arjan i chłopskie powstanie, i te ichnie knowania pomagały Północy. I nijak tego inaczej nie przedstawisz, bo przecież szarpią też cesarskich szeregowców. Chociaż chodzą słuchy, że Talar z hrabią Rideaux na jego koszt po cintryjskich burdelach siedzi.
— Jakieś pewniejsze te słuchy? — spytała ostrożnie.
— Nie. Raczej gadanina wynikła z niechęci. Albo wyciąganie logicznych wniosków.
— To nie w stylu Talara – zdradzać... — bąknęła Adda.
— To nie w stylu szpiegów – być wiernym — zripostował mąż. — Kochanie, z każdego burdelu żywcem wychodzą jedynie służby. Składają nowe przysięgi i torturują dawnych przełożonych. Zresztą, może i on w swoim mniemaniu nie zdradza. Przecież służy Temerii. Ich propaganda cały czas to powtarza.
Owszem, w zeszłym tygodniu rozmawiali po kolei z każdym temerskim dowódcą, ledwie wczoraj przez godzinę perorowali zgromadzonym temerskim oddziałom o jedności Północy, zapewniając – oni, królewskiej krwi, zapewniając zwykłych żołnierzy! – że leży im na sercu dobro Temerii, że sami nie pragną niczego więcej niż rządów Anais, ale właśnie: Anais, a nie synów kurew i kliki zbuntowanych arystokratów. I tak dalej. Wywiad donosił, iż szemranie w szeregach ustało, ale to, trzeźwo patrząc, zawdzięczali raczej wejściu Cesarstwa i wywołanej tym chwilowo gorączce, powiedzmy, patriotycznej. Gorączce owej ani Adda, ani Radowid zbytnio nie dowierzali, mając w pamięci woltę marszałka Vissegerda.
— Zaproponują im poddanie się i walkę pod sztandarem, myślisz? — wyrzekł na głos wspólny lęk mężczyzna.
Królowa wzruszyła ramionami.
— Jakby na to nie patrzeć — oznajmiła wreszcie, cokolwiek głucho — to musimy wygrać tę pierwszą bitwę.
— To bardziej rozpoznanie, potem będą większe — władca sam się zatrzymał, zdawszy sobie sprawę ze słabości odruchowych pocieszeń. — Ale ta zdecyduje o morale. Musimy ją wygrać. Inaczej trzech słów Emhyra wystarczy, by opuściły nas temerskie oddziały i z połowa szlachty. Nie inaczej będzie w Kaedwen.
— Wojna to w gruncie rzeczy bardzo prosta rzecz, prawda, mój panie — stary żart, lecz w głosie kobiety nie było ni cienia wesołości. — Wygrywa ten, kto zabije więcej żołnierzy.
