Podczas moich wypraw po Północy zaskoczony byłem też tym, że dzieci bardzo mało płaczą i krzyczą. Prawie wcale. Wynika to zapewne z tego, że zawijane są jeno w pieluszki, nie wciskane w korygujące postawę powijaki, toteż mogą się swobodnie poruszać. Dziwić może nie tyle prymitywny i barbarzyński ów obyczaj, ile to, że nie ma on skutków w większej niźli w Cesarstwie liczbie osób z wadami postawy. Najczęściej owe wady trafiają się tym, co w dzieciństwie na modłę nilfgaardzką zresztą krępowani byli.

Hennith Yuinss Relacja o prowincjach północnych

'

'

Armand La Fayatte nie był najgorszym arystokratą, prawda. Niemniej teraz Ves doprowadzał do szału. Wydawaniem rozkazów. Traktowaniem, jakby nadal była częścią temerskiej armii.

— Jestem pewna, że Henselt rozwiązał Pasy, a Radowid owo rozwiązanie przyklepał. Wywalili nas z armii, nim zawiśliśmy... Chłopaki zawiśli, a mnie wrzucili do burdelu — syknęła. — A potem się nigdzie nie zaciągałam.

Markiz, trzeba mu oddać, zachowywał się, jakby zrozumiał. Chociaż częściowo. Nie naciskał, przeprosił. Ale dziewczyna nadal miała wrażenie, że ją traktuje, jak potencjalny nabytek, korzyść albo stratę, niebezpieczeństwo albo szansę. Taksuje. Nic dziwnego, w końcu trwała wojna, Armand miał dyplomację i właściwie cały wizerunek państwa na głowie, do tego jego nominalnym suzerenem była ośmiolatka. Aż nadto powodów, by być czujnym, świat traktować politycznie, szukać sojuszników. Tylko Ves, zalana światłem, ciepłem, normalnością gromady reagowała wściekłością na wszystko, co ją cofało w tamto, w dawne, w te przeklęte Pasy, Roche'a, wojnę oraz mordy.

— Będę teraz miała dziecko — oznajmiła, wysłuchawszy uprzejmego krygowania La Fayatte'a. — Wy też swoje smyki macie, więc rozumiecie chyba, że nie mogę już być żołnierzem.

— Nikt cię nie chce wysyłać w okopy. Ale nawet nasza królowa, choć lat dziesięciu nie ma jeszcze, robi, co może dla sprawy.

— Dla swojej korony i waszego projektu politycznego, wam mającego, z całym szacunkiem, chronić dupy. Żal mi dziecka, pewnie, że się przez was, Nilfgaard i głupie gry międzypaństwowe męczy, ale to nie moja sprawa. Już nie moja.

Mówiła ze sporą satysfakcją. Markiz był może ważny, potężny i wszelaki, ale nic jej zrobić nie mógł, nie, skoro, matka Iorwetha jej broniła. Co w sumie dosyć ironiczne było – Iorweth, broniący jej, Ves, przed szlachtą Temerii. No ale. Ostatnio życie coś w ogóle szło ironicznie.

— Kiedy Roche tu wróci na zimę, jeśli wróci, powiesz mu to samo?

Dziewczynę zatkało na moment. Nie chciała w ogóle myśleć o tej chwili, gdy dowódca powróci, gdy będzie musiała mu... cóż, odmówić. Wytłumaczyć. A wersja, w której nie wracał, w której ginął, była jednak jeszcze gorsza. Wszystkie te klątwy rzucane podczas podróży okazywały się papierowe, Ves dławiło w gardle na samą myśl o tym, że Roche też miałby... jak chłopaki...

— Z nim to porozmawiam w cztery oczy — odparła jednak bardzo zimno. — Jest mi winien.

Armand się uśmiechnął, trochę potakująco, trochę smutno.

— Ale wiesz — nie omieszkał dodać — jego też trochę obsztorcowano, gdy cię z komanda wyciągnął.

— A niby za co? Za wykonywanie obowiązków?

— Zadaniem Roche'a nie była ochrona cywilów, tylko zabijanie Wiewiórek. Możliwie najefektywniejsze. I gromadzenie informacji.

Nadal nie widziała sprzeczności.

— Roche kazał ratować ciebie kosztem życie dowódcy. Kosztem życia potencjalnego źródła wielu informacji — wyjaśnił cierpliwie la Fayatte. — Owszem, tłumaczył, że przecież ty też dużo wiesz, a dobrowolnie wszystko podasz, że to się opłaca, Talar uznał, że w sumie możliwe, król poparł, obsztorcowanie było dosyć... lekkie i krótkie. Zaraz zresztą przynieśli wiadomości dzięki tobie zdobyte i zamknęli usta niedowiarkom.

Ves zemdliło. Przekonywała siebie, że od ciąży, chociaż już niby dawno po okresie porannych nudności było. Ciąża nieźle wyglądała jako uniwersalna wymówka.

Chociaż, oczywiście, oczywiście, teraz przynajmniej wiedziała, czemu Roche tak na nią naciskał, tak bezpardonowo przepytywał. Na dworze mu narobili koło pióra, tyłek się mu palił, grał o skórę. Ale jednak – jednak Ves go obchodziła, skoro ją uratował wbrew swoim zadaniom, pal sześć, co kobieta o tych zadaniach sądziła (wcale nie pal sześć, wcale nie, piekło i kąsało). Zależało mu, jemu jednemu musiało, na ludziach, na Ves. Foltestowi albo innym politykom może nie, pewnie, wiadomo, taka klasa, ale Roche'owi zależało. Musiało. Chociaż jemu.

'

'

— Rzeczpospolita! — perorowała Sh'aenid, która się oczywiście uparła wstać po dosłownie kilku dniach, za nic mając zakazy Fenirora, więc teraz, odbywszy wycieczkę po mieście, leżała, wyczerpana, na łóżku. — Najbardziej idealistyczne pojęcie w teorii ustroju, może poza cnotą. To zresztą bez cnoty nie istnieje, rozpada się na partykularne interesy pojedynczych grup... I że ja dożyłam patrzenia na próby stworzenia rzeczpospolitej. Niesamowite. Niesamowite, Vessana. To się z następne dwa stulecia nie zdarzy. Oby im tylko tej cnoty starczyło... Chociaż, oczywiście, wszystko się i tak rozpada, obumiera, rodzi na nowo, wszystko idzie po spirali. Myślałaś kiedyś nad tym, czy idziemy w kierunku jej środka, czy może jednak się rozwijamy?

— Jesteś zmęczona — odparła delikatnie dziewczyna. — Gorączkujesz od tego. Maja... Skaczesz po wątkach.

— Ale to ważne — mruknęła tamta. — To ważne. Od tego zależy, czy macie szansę, jako rasa, czy jesteście skazani na zagładę. Znaczy, wszystko zginie, tak sądzę, w końcu, w jednym wielkim cyklu wrócimy – albo nie, nie w cyklu, spirala, tam będzie trochę inaczej i to trochę wszystko usprawiedliwi – i wówczas się okaże, że ten moment, w którym ktoś głaskał jakieś dziecko po policzku nie był wcale mniej ważny niż największe bitwy. Że wszystko to było równie nieważne albo równie ważne, że światy po to powstały z nicości, by się znów do niej wrócić i... I pytanie o potęgę, dążenie do potęgi było nic nie warte, głupie. Największe potęgi świata znikną w tamtym mroku. Ale tamten mrok, cała ta wieczność, pamiętasz, mówiłam ci? On też przeminie, on będzie mniej niż sekunda w porównaniu z tą mocą, która nas obejmie, z której się wywodzą wszystkie światy, czas, nawet spirala. Dla niej to wszystko iskra, chwila, mniej niż nic. Mniej niż dusza. A wrócimy do niej, do tej mocy. Rozumiesz, w to wierzę, to mi... to mi dodaje... w to wierzę.

— Nie rozumiem — oznajmiła szczerze Ves. — Ale mogę zawołać Fenirora, jeśli chcesz podyskutować o waszej religii.

— On w to nie wierzy — odparła elfka. — On jest fatalistą. Jak to Wiedzący. On wierzy, że spirala oznacza przeznaczenie, że określa wszystkie możliwe drogi. Ja nie. Nauczyłam mojego syna — szepnęła z jakimś cieniem dumy — nie wierzyć w przepowiednie i przeznaczenie. Nauczyłam go wierzyć w wolność... — urwała, zamilkła na chwilę, czujnie obserwując milczącą dziewczynę. — Ale nie mordować ludzi w imię wolności.

— Elfia religia nie powinna być tajna? — spytała cicho Ves.

— Feniror w to wierzy. — Zielarka posłała jej uśmiech. — Ja nie. To takie gadanie Wiedzących, sposób na zachowanie władzy. Ukrywajmy oświecenie przed niegodnymi! A komu oceniać, kto jest godny? Nam, oczywiście! Ukrywajmy najtajniejszą wiedzę przed ludem, bo jej nie zniesie, dźwigajmy brzemię sami, ukrywajmy prawdę nawet przed własnymi dziećmi, żeby im oszczędzić bólu! A tak naprawdę „oszczędzają" jedynie wyboru. Trzymali nas w wiecznym dziecięctwie... Albo jak zwierzątka. Nie wiem, czy to wielka różnica. — Wzruszyła ramionami. — Jestem straszną hipokrytką, sama przecież nic nie powiedziałam mojemu synowi, nic a nic, żeby go chronić...

— Wiwisekcja — bąknęła dziewczyna, przypomniawszy sobie rozmowę w wozie.

— Widzisz? Mądrej głowie dość dwie słowie! Dá, przed waszymi czarodziejami, laboratoriami go chroniłam. Ale to jednak hipokryzja. Sama strzegłam bram oświecenia. I w końcu widzisz — parsknęła śmiechem — stoję u mądrości wrót i tyle wiem, com wiedziała wprzód. A za nimi piekło. Ale nie, nie trzeba nam ukrywać naszych wierzeń przed ludźmi, nie teraz. Bo to świat ludzi – ukrywamy je w efekcie także przed własnymi dziećmi. Nikt już prawie nie czyta tego pisma, pamiętasz, Veska? Gdybyśmy je pokazali ludziom, to na pewno gdzieś zachowałby się podręcznik, można byłoby go odbijać, drukować, dać tym dzieciom wiedzę, tym dzieciakom, które spotkałyśmy w grobowcu też... One rozumieją ze spirali tyle, co prości chłopi, cykle, wiosna-zima, narodziny-śmierć, tyle, ile w kołysankach. I dzięki losom za te kołysanki, pieśni gminne, w nich... Bez nich byśmy już naprawdę zginęli. Oczywiście Feniror uważa je za profanację, bo śpiewają je nawet Dh'oinne. A gdyby ich ludzie nie śpiewali, nie ogłosili drukiem, to kto by je dzisiaj znał, pytam? Ja? Feniror? Enid? Starcy, znaczy. Śpiewalibyśmy własnym grobom.

Dziewczyna stłumiła ziewnięcia. Polityka wewnętrzna elfów mimo wszystko aż tak bardzo jej nie interesowała. Roche'a za to pewnie tak, on naprawdę lubił swoją pracę. Co też oznajmiła Sh'aenid, wtuliwszy głowę w jej ramię, jak małe dziecko.

— Taak. — Lekarka przepuściła powietrze przez zęby, zaświszczało. — Jak tu wróci, to ja mu nawet, imaginuj sobie, chętnie opowiem.

'

'

Ves nie mogła spać. Tak jakoś. Bez powodu. Może dlatego, że teraz była sama w dwóch pokojach, nie w jednym wozie z akuszerką, otoczona istotami. Ale nie powinna, sądziła, zawracać tym innym głowy. Tylko jakoś przywykła do Sh'aenid, nawet rewelacje o jej synu nie zdołały tego zmienić – a i Iorweth trzymał się z daleka od dziewczyny, uprzejmy, chłodny, nieprzeszkadzający – wobec czego po kilku godzinach bezwładnego łażenia po sypialni przeszła nad ranem do kwater akuszerki.

Po trosze też kierowana obawami i przeczuciem, że łatwiej będzie o nich rozmawiać w takiej sytuacji niż w świetle dnia, wśród ciekawskich spojrzeń.

Przed drzwiami lekarki stały warty. Wiewiórki. Wyprężone, jak struny. Pewnie, watażka obdarzał matkę szacunkiem wręcz ostentacyjnym. Kazał sprowadzić jej sukni, biżuterii, czegokolwiek mogłaby zechcieć – płacąc z własnej pensji sumy, które musiały być bajońskie, tak koronkową robotę rzadko się widywało – o zapewnieniu najlepszej opieki lekarskiej i luksusowych warunkach rekonwalescencji nie wspominając. Publicznie zwracał się do elfki „pani matko" pokornym tonem. Mieszkańcy na ulicach kłaniali się jej lekko. W gospodzie piła za darmo. Gromadzie dano świetnie mieszkania. Było właściwie tak, jak przewidział pułkownik: Sh'aenid dostała jego sławę bez otoczki nienawiści.

Teraz Wiewiórki obrzuciły Ves chłodnym spojrzeniem. Wyprawnym z czegokolwiek, czy to niechęci, czy to sympatii. Przepuściły dziewczynę wszakże bez specjalnego gadania, ot byle:

— Pani śpi.

— Poczekam w gabinecie. Sama być nie chcę.

Ale lekarka nie spała. Siedziała w salonie, bez światła, jedynie poświata księżycowa i cienki żółty pasek pod drzwiami. Dość, by ledwie nie wpadać na meble. Medyczka była zwrócona twarzą w okno naprzeciwko, ale gdy Ves ją zawołała, a tamta, chyba odruchowo, zapaliła małe światło, okazało się, że nawet nie patrzyła – twarz miała zbyt pustą, nieskupioną, by patrzeć na cokolwiek.

— Przepraszam, że przeszkadzam — zaczęła cicho dziewczyna.

Sha'enid patrzyła na nią, ale kobieta nie sądziła, że tamta ją naprawdę widzi. Fisstech.

— Nie brałaś w drodze — zauważyła jeszcze ciszej.

— Wiedzieć, a widzieć, to dwie różne rzeczy — odparła zdawkowo akuszerka.

— Słucham?

— Nie tykam używek, gdy pracuję. Ale tutaj, teraz, sama jestem słaba, leczę się jeszcze. Tu jest wielu lekarzy, Feniror jest może nawet lepszy ode mnie. Fisstechem się nie przejmuj. Kiedy będzie twój czas, będę zupełnie trzeźwa, pamiętam, że obiecałam przyjąć...

— Fisstech szkodzi — bąknęła kobieta, strasznie dziecinnie.
— Nie aż tak bardzo. Nie nam. Nie brany raz na sto lat.

— Teraz bierzesz codziennie.

— Chwilowo. Gromada chce, żebym wróciła do zajmowania się nimi, więc będę miała pełne ręce roboty i żadnego czasu na palenie. Jak tylko wyjedzie... — urwała.

Ves opadła szczęka.

— Zamierzasz opuścić Vergen?

Elfka wzruszyła ramionami, nadal z tą narkotyczną obojętnością.

— Przywykłam do życia na wsi. Pobędę tu oczywiście trochę, doleczę się, byłoby głupotą nie dokończyć rekonwalescencji, skoro okazja się trafia, ale będę szczęśliwsza, żyjąc na prowincji. Tutaj, w Aedirn, gdziekolwiek.

— Chodzi o Iorwetha, prawda?

Cholera, pomyślała kobieta, tak bardzo bez związku, Roche'owi też o niego chodziło pod koniec, swołocz musi dotykać wszystkiego w moim życiu.

— Dlatego palisz fisstech — ciągnęła. — Dlatego chcesz wyjechać. Nie mów mi, że to normalne. Nie widziałaś syna pół wieku, prawie umarł po drodze, a ledwo na siebie wpadliście, zaczynasz się znieczulać i chcesz sobie odejść!

To wszystko było takie dziwne, bo przecież dziewczyna nawet nie lubiła hetmana, więc czemu teraz stawała jakby w jego obronie, czemu się jej żal robiło? Przecież tamci, chociaż okazywali sobie szacunek, nawet niespecjalnie rozmawiali. To znaczy, rozmawiali, ale tylko plotki, polityka, dyskusje o literaturze i filozofii, jakieś powierzchowne, intelektualne głupoty, nic emocjonalnego, nic o sobie. Jakby między nimi nie ściana, a góra lodu była. Może takie były elfy, może lekarka mówiła z nią szczerzej, bo uważała, że z człowiekiem wypada, a z synem nie, ale Ves pamiętała wieszane Wiewiórki i jakoś nie chciała uwierzyć.

Teraz wreszcie tamta ją widziała. Uśmiechnęła się dzielnie, od razu. Jakby wchodziła w rolę.

— Mój syn zrozumie. Ja rozumiem jego wybory, on szanuje moje. Służymy różnym ideom, ale każde z nas szanuje walkę drugiego. Na tym polega nasza miłość. Taka to ona jest.

— Iorweth mówi to samo.

— Bo to prawda.

— Bo to ładnie brzmi! Bo zatyka innym usta! Bo nie musicie nic z sobą robić! — Kobieta podniosła nieco głos i natychmiast się przestraszyła własnej śmiałości.

Tamta nadal się uśmiechała.

— To dobrze, że wreszcie nie boisz się na mnie krzyczeć. Najlepszy znak.

Nie mówimy o mnie, pomyślała zrezygnowana dziewczyna.

— Sh'aenid — jęknęła. — Nie znam się na zwyczajach starych elfów, ale znam Wiewiórki...

Akuszerka potrząsnęła głową.

— Kocham mojego syna, on kocha mnie. To wszystko. Miłość niewiele znaczy i niewiele zmienia, a jeszcze mniej leczy, owszem. Zbawiają tylko działania. — Roześmiała się. — Ale pośpiech też czasem szkodzi. Widziałam mojego syna. To znacznie więcej, niż śmiałam marzyć.

Ves coś zaskoczyło w głowie. Może odruch wyuczony przy obserwowaniu przesłuchań Roche'a.

— Wiedzieć, a widzieć to co innego — powtórzyła powoli.

Sh'aenid odwróciła głowę w kierunku okna.

— On nie śpi teraz, tak? Bo się budzi, o tej porze, co go Roche... — dziewczyna urwała, sklęła własną nieostrożność.

— On się budzi co rano — szepnęła lekarka. — Żadnej nocy nie prześpi. I ja wiem... Ja przecież wiem, przecież pamiętam. Myśmy to – ja to – to taki koszmar jest — głos jej drgnął, mimo fisstechowej powolnej, leniwej kadencji. — Pamiętam, niewiele jest gorszych. I to w nim siedzi, Vesanna, rozumiesz? Miota się w nim, ja przecież wiem, jak to jest, Veska, Veska — powtórzyła z cieniem nalegania, jakby jej nie widziała.

Dziewczyna podeszła, podała jej rękę. Poczuła mocny uścisk.

— To jest mój jedyny syn — szeptała elfka. — I nic nie mogę zrobić, jak się dowie, że ja nie sypiam, to tylko się zmartwi. Nic nie mogę zrobić. Leczyłam tysiące istot, przyjmowałam setki porodów, a nic nie mogę zrobić...

— Możesz z nim porozmawiać. Zamiast wyjeżdżać.

— Rozmawiać? Ja się boję na niego patrzeć — syknęła z nagłą, też narkotyczną, złością. — Że zniknie. Że jest wściekły, bo mu kłamałam. Albo coś zobaczy – ja wiem, żal, przykrość, smutek – że we mnie spostrzeże, pomyśli, że się nie zgadzałam, że nim gardzę, a bo ja wiem... A przecież rozumiem wszystko i nie mam do niego pretensji, on przecież walczył, wszystko rozumiem i nie... — głos jej zgasł, dopiero po chwili dodała, obojętnie, jakby Ves w pokoju nie było. — Tylko nie mogę nie żałować. Nie umiem nie żałować jego i wszystkiego, co... Zgodziłam się na to, dla siebie, dla niego... a przecież mi żal.

— Sh'aenid...

— My po prostu jesteśmy martwi — oznajmiła beznamiętnie lekarka. — Od czasu, jak się poszło w las, w walkę, od tamtego dnia już nie ma życia. Myślałam, że jest, że mi wróci, próbowałam, bawiłam się, tworzyłam miraże... Ale mnie dopadło — westchnęła. — Ale mnie jednak dopadło. W samym środku mirażu do mnie wróciło, w samym sercu szczęścia. Nie można uciec ze Spirali. Chociaż ja niby się kłócę, że się da. Tylko praktyka coś mi przeczy. — Wybuchnęła śmiechem. — Nie, głupio mówię. Myśmy po prostu poświęcili wszystko dla sprawy. Oboje. Zdecydowaliśmy. Na cóż tu smutek?

Śmiała się jeszcze długo, potem oprzytomniała jakby.

— Nie jestem w nastroju chyba. Idź spać, Vesanna. Możesz u mnie, jak ci samej smutno.
— A ty? — spróbowała dziewczyna.

— Ja nie zasnę.

'

'

Ves potem też nie spała. Układała w głowie mowy, próbowała nie tylko słów, ale i przesłania, bo właściwie nie była pewna, co też chce mówić. Ale rano, kiedy medyczka znów jednym szczebiotem, radością, dzielnością była, kiedy pytała o śniadanie, wołała o kiszonki i mięso, no bo ciąża, jakoś tak wtedy zdania same przyszły. Straceńczo odważne, bo praktycznie niegrzeczne, bo Ves była z Pasów, więc nie miała prawa.

— Jeśli on potem umrze, to sobie nigdy nie wybaczysz, że nie spróbowałaś zrobić czegoś. Jeśli ty umrzesz, nie wybaczy sobie on, tylko jest dzieciakiem, więc tego jeszcze nie wie, ale ty wiesz i ty powinnaś spróbować. A on jeszcze wcale nie umarł. To takie gadanie tylko. On żyje, skoro chodzi po tych korytarzach, to żyje. Tylko mu źle. Ale jeszcze kiedyś może być lepiej przecież — mówiła szybko, jak nakręcona. — I mnie, i tobie przecież też kiedyś bardzo źle było, jakbyśmy umarły, a sama mówiłaś, że od tamtej pory wiele minęło i wiele się stało i teraz ty, taka ty, jaka jesteś teraz, to nie żałujesz.

Elfka zastygła już przy pierwszym wyrazie.

— Ja mu mogę powiedzieć, żeby tu przyszedł. Przecież to nie jest tak, że potrzebujecie przemowy sobie nawzajem wygłaszać. Jak sobie posiedzicie razem, choćby w milczeniu, to też coś będzie.

— Przysyłanie do mojego syna człowieka będzie źle wyglądało. On uzna, że go karcę, Veska.

— Jeśli to jedyny problem, to wyślij kogokolwiek, choćby Ciarana. Tylko coś zrób.

Lekarka westchnęła. Zaśmiała się. Wykręcała palce – ona, tak zwykle spokojna! – ale wreszcie z westchnieniem oznajmiła, że prawda, wszystko prawda, Vesanna ma rację, spróbuje coś z tym zrobić... Ale raczej nie szybko.

'

'

Poród był przedwczesny. Nad ranem Ves zaczęło boleć, nawet na początku nie chciała mówić, robić kłopotu, ale potem poczuła strużkę ciepła na nodze, aż nazbyt dobrze znaną. Poleciała do Sh'aenid, a potem już wszystko toczyło się szybko, rwanie, rozmazane, drżące, jak woda w kałuży, gdy ulewa. Nie pamiętała. Dostała zioła, niemal natychmiast ją ścięło, potem tylko dodawano nowe, zwiększano dawkę, aż odpłynęła zupełnie. A to, co pamiętała, lepiej byłoby zapomnieć, przestrach, zamieszanie, gwar, pokrzykiwania służek, zimne opanowanie Fenirora, trochę cieplejsza, ale też odległa akuszerka, jej własny płacz, że ona elfa nie chce, że tamten ją i dziecko zabije, jego komentarze o histerii, przywiążcie ją, mówił, nie kojarzy, krzywdę sobie zrobi, Sh'aenid jakoś kontrowała, próbowała uspokajać, ktoś na siłę poił ją, Ves, gorzkim naparem – i to pytanie, rutynowe niby, lecz nadal straszne, kogo jakby co ratować.

Odpowiedziała „dziecko, małą", a Iorweth, który tam się jakoś w tym momencie kręcił, lodowato, „matkę, bo ją chce Roche, nie będę się mu tłumaczył", Ves wtedy wyklinała jego i Roche'a najgorszymi słowami, jakie znała, w starszej i wspólnym, łzy jej ciekły po twarzy, język kołowaciał z bólu albo od ziół, Sh'aenid powiedziała „nikogo wybierać nie będziemy, wszystkosięudawypijśpij", właśnie tak, w jednym ciągu.

Wlano narkotyk Ves do ust, przemocą, bo teraz się bała, że zabiją dzieciaka, jak zaśnie. Zwróciłaby, ale nie miała siły i w końcu zasnęła, gwałtownie wpadając w ciemność, zapłakana, przerażona.

Budziła się tak samo przerażona, pewna, iż umiera. Pokój – inny, już ten jej, znaczy, kapitana, znaczy, majora teraz – był jednak cichy, rozświetlony magicznymi światłami, spokojny. Co zresztą nijak nie powstrzymało histerii kobiety, krzyczała, że nie może oddychać, że zabili jej dziecko. Służki wbiegły do pokoju, Sh'aenid, dotąd siedząca na krześle – Ves jej nie zauważyła nawet – podskoczyła do łóżka.

— Już, już dobrze — szeptała. — Już dobrze. Cicho. Oddychasz. Mówisz, to oddychasz. A dziecko żyje. Słabe jest, kazałam świń ubić i do środka włożyć, musiałam użyć magii, żeby oddychało, ale już oddycha, samo. Już dobrze. Wszyscy żyją. A dziecko to chłopiec.

Wtedy zaczęła płakać i wrzeszczeć, że nieprawda, że była pewna, że czuła, że to dziewczynka, że dziecko umarło i je podmienili, że poszli miastem i kupili od kogoś. Długo, długo musiano ją uspokajać i zapewniać, a przekonał ją, paradoksalnie, dopiero zimny, logiczny argument Iorwetha, że gdyby on już szedł oszukiwać Dh'oine, to przecież by jej kupił takie, jakiego by się spodziewała, czy ona myśli, że w ciągu nocy żadna dziewczynka się nie urodziła? Nawet nie sam argument, przecież to samo mówiła Sh'aenid, raczej chłód tonu. Jemu uwierzyła, lekarce nie za bardzo.

Wtedy przeszła z rzucania się, krzyków, szarpaniny, drapania i gryzienia do cichego pochlipywania, skulenia w sobie. A potem, długo później, powiedziała, że chciałaby się umyć, ubrać, pójść zobaczyć małe – jeszcze nie umiała powiedzieć „małego", jeszcze nie nawykła.

Umyto ją, ubrano, zaniesiono. Sama nie miałaby siły. Dziecko nie było nawet różowe, raczej brązowe od całej tej krwi. Leżało w kolejnej rozkrojonej maciorze. Zwierzę żywe było jeszcze, magią Fenirora podtrzymywane, nieprzytomne tylko. Ves widziała, jak się mu poruszają żebra.

— Prościej je odurzać niż wiązać — wytłumaczył Wiedzący. — A jak dychają, dłużej trzymają ciepło, rzadziej zmieniać trzeba.

— Wyjąłbyś go na chwilę — wtrąciła Sh'aenid. — Veska przecież dotknąć chce. Nie umrze mały od paru minut na wolnym powietrzu.

— Ale od zarazków... — mruknął sceptycznie elf.

— Przecież się magią wyleczy.

Podali jej to małe. Brązowe i w świńskiej krwi, jako się rzekło. Nie darło się, jak dzieci, które pamiętała, kwiliło raczej, jakby brakło mu siły na porządny krzyk. Skrzypiało bardziej, skomliło. Jak tylko je wyjęli, zaczęło ruszać nóżkami, łapkami, główką. Robaczek, co się wije.

— Ciekawe jest — powiedziała zduszonym głosem Ves. — Świata ciekawe.

— Za małe na to...

Akuszerka zdecydowanym gestem rąk przerwała Fenirorowi.

— Tak jest. Ciekawe. Do życia się rwie. Do ciebie. Chcesz przytulić, czy wolisz szaty nie powalać?

Dziewczyna się zawahała. Ciągle jej słabo było, czuła się, jakby jej dłonie drżały. Wziąć taką figurkę w te telepiące się ręce? Kiedy się samemu oparcia w cudzych szuka? Przecież się temu krzywda stanie, przecież to i tak słabe, nie, jak normalne bachory, co to krzyczą, okropne i różowe, i pomarszczone, pełne siły witalnej. To się nie wydawało pomarszczone, tylko pobrużdżone, głęboko, zapadnięte w sobie, jak górzysty krajobraz. I te głębokie doliny oczu.

Niebieskich, oczywiście. Wszystkie małe dzieci mają niebieskie oczy. Jakby niebo zgłupiało i wleciało w doły.

— Nie, nie, weźcie. Schowajcie. Coś mu jeszcze zrobię... — drgnęła, uświadomiwszy coś sobie. — Jego trzeba karmić?

— Umiemy karmić nasze noworodki sztuczną papką — oznajmił wyniośle Wiedzący.

— Ale zawsze lepiej mlekiem. Tylko ty jeszcze nie masz. Ale to nic, nic, znajdziemy mamkę — zapewniła szybko Sh'aenid.

'

'

Znaleźli mamkę. Za mamką pojawili się wszyscy nieludzie z gromady, cały dwór, rzec można: orszak królewski. Dosłownie królewski, bo przytuptała też Anais, bardzo podekscytowana kolejnym dzieckiem, wreszcie mniejszym. Jeszcze chłopcem. W pierwszym odruchu zaproponowała, żeby go nazwać „Bussy", a Ves ją prawie zabiła z irytacji – nie dość, że zły omen, to jeszcze co właściwie ta mała sobie myśli, że to dla niej ten dzieciak? że się nim rządzić będzie? Ves miała serdecznie dosyć Temerii i dynastii.

Anais wytłumaczono niezręczność. Powołując się na tabu, co prawda, nie na fakt, że Vesanna już się nie uważa za członka Pasów i w ogóle cały ten cyrk polityczny wokół królowej-bachora ją drażni – bardziej niż sam bachor, do którego miała w sumie nastawienie neutralne, chociaż tyle kłopotów narobił, to żal się jednak robiło – ale zawszeć przynajmniej wytłumaczono. Zwrócono uwagę. Dobrze to jaśnie pani zrobi.

Ves nadal nie miała mleka. Twierdzono, że to nie problem, że po prostu sama słabuje, mamka ma dużo pokarmu, na cóż się martwić, skoro wszyscy żyją, skoro mały kruchutki, ale przecież sam powietrza w płuca nabiera, sam je, serce mu krew pompuje pod tą cieniutką skórką.

Przynoszono zabawki, bączki, motyle, pozytywki, wiatraczki, wszystko kolorowe, błyszczące, klekoczące, turkoczące, furkoczące, świszczące – wydające dowolne dźwięki. Feniror komentował, że za wcześniej, dziecko za małe na to.

— Wiemy — odciął się wreszcie zirytowany Brend. — Też mamy dzieci. Ale nam jest wesoło, jak coś gra, burczy, świeci i terkoce. I o to w tym chodzi. I żeby dziecko myślało, że ktoś przy nim czuwa, że nigdy samo nie jest. Tak dla niego zdrowiej.

Zresztą, ktoś przy małym zawsze był. Ves najmniej może. Z jednej strony nie miała sił, z drugiej: póki dzieciak nie był... pewny, zupełnie zdrowy, tak całkowicie, to wolała nie przesadzać z czułością. Tak jakoś.

— Myślisz, że to źle o mnie świadczy? — spytała akuszerki.

Tamta wzruszyła ramionami, opatuliła ją szalem.

— Nie, czemu? Dużo w życiu straciłaś, to wszystko.

'

'

Ves uważała, iż to, że nie wpadła w panikę, nie spróbowała rzucić nożem ani ogólnie nie doskoczyła do chędożonego hetmana Vergen, by wyrwać mu jej własnego, znaczy, ludzkiego, całkiem ludzkiego dzieciaka, było czynem heroicznym.

— Odłóż je — warknęła, ze strachu trochę piskliwie. — Natychmiast.

Elf spojrzał na nią ze zdziwieniem, ale usłuchał, ostrożnie włożył małego z powrotem do kołyski.

— Co ty mu robiłeś? — spytała zduszonym głosem dziewczyna.

— Nic — oznajmił dostojnie Iorweth. — Przechodziłem obok. Było sobie samo.

— Nie samo, tylko ze służącymi i mamką — sprostowała przez zaciśnięte zęby. — I właśnie do niego szłam. Pytam się, czemu go wyjąłeś z kolibki i czemu go w ogóle dotykasz?

Pułkownik wyglądał na znudzonego. Mówiąc, przeciągał teatralnie sylaby.

— Bo się z nim bawiłem. W świetle zawodu mojej matki to chyba nic dziwnego, że lubię dzieci. Wasze też. Przypominają mi dom rodzinny.

— Ten sam, który spaliłeś? — odpaliła zirytowana kobieta. — I pewnie, to oczywiste, że uwielbiasz dzieci. Zwłaszcza po Dwórkach oczywiste. Jak mogłam nie wpaść.

— Ciebie tam nie było i nie będę z tobą o tym rozmawiał, Dh'oine. — Wściekłe zmrużenie oczu. — Nie pozwalaj sobie na za dużo. Moja matka zawsze lubiła hodować Dh'oinne, a ja cię obiecałem swojemu, ale miarkuj język. Jest wiele sposób na utrzymanie kogoś nieuszkodzonym, a bardzo nieszczęśliwym.

Próżne groźby, stwierdziła w duchu Ves, całkiem próżne, Sh'aenid nie da ci zrobić najmniejszej krzywdy, nie bój się. Jednak dreszcz przerażenia – wspomnienie – przebiegł jej po krzyżu, żadne rozsądne słowa nie pomagały.

Lęk musiał się jej odbić na twarzy, bo hetman wzruszył ramieniem, zbywając poprzednie zdanie.

— Gdybym ci coś chciał zrobić, to bym nie ogłaszał, tylko rozkazał... — westchnął pobłażliwie. — A to miłe dziecko. Ciche takie.

Dziewczyna doskoczyła do kołyski, tknięta irracjonalnym strachem. Ale nie, dziecko żyło, oddychało, patrzyło na nią – na świat, na Iorwetha, na całokształt, tak w przestrzeń – wszystko było dobrze.

Pułkownik wyglądał na zbyt zdetonowanego, by się urażać.

— Przecież ja teraz — oznajmił powoli, jakby Ves w dzieciństwie regularnie w ciemię bito — bronię Dh'... ludzi. Siedzimy tu na murach, gotowi umrzeć. Moja rodzona matka jest do ciebie i tego małego przywiązana. Czemu ja miałbym je niby skrzywdzić?

— Bo jest ludzkie? — podrzuciła kobieta, głaszcząc niemowlę po nosku.

Był cieplutki, mięciutki, jak mech albo mięso, sama chrząstka, nic kości, pod byle palcem się całkiem spłaszczał.

— Ale ja dbam teraz o ludzi. Właśnie powiedziałem.

— A co będzie, jak ci się odwidzi?

Długa chwila ciszy.

— Czemu miałoby się mi... odwidzieć?

— Nie wiem. A niby czemu ci się odwidziało w tej waszej wiosce? Źle ci tam było?

— Mnie nie.

Nacisk na „mnie" podpowiedział jej, jakiego pytania nie należy zadawać, jeśli się nie chce wysłuchiwać długiej elfiej przemowy. Nie chciała. Chociaż, oczywiście, te przemowy bywały całkiem zabawne, zwłaszcza, jak je zestawić z prozą życia w komandzie.

— To miłe dziecko — powtórzył hetman; wyciągnął rękę w kierunku kołyski, ale wstrzymał gest. — Całkiem szybko rośnie, jak na wczesne.

— Już mówiłeś.

Iorweth zawahał się chyba, wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, prawie otwierał usta – lecz w ostatniej chwili zmienił zdanie, skłonił się Ves z wyzywającą (czy może tylko obojętną) grzecznością i wyszedł.