Przemowy na przemowach i jeszcze trochę przemów. Ale mam teraz czas do maja, żeby skończyć, czyż nie?
Tinnithel siedziała w wygodnym, głębokim, obitym na brązowo fotelu. Przy oknie. Czekała, bardzo starannie dbając, by nie pokazywać po sobie owego oczekiwania, nie wygładzać ciemnozielonej, prostej sukni, nie bawić się supłem złocistego pasa, nie kręcić pierścionkami. Pozwoliła sobie za to na zabawę sztyletem o cieniutkim ostrzu: rozłożyła szeroko dłoń na ciemnym, nielakierowanym blacie, koronka rękawiczek rozciągnęła się zabawnie, elfka próbowała, rzucając bronią, trafiać pomiędzy palce. Drobna i urocza rozrywka.
Iorweth obserwował matkę przez chwilę przez wizjer w drzwiach, bardzo dziecinnie odwlekając konfrontację. Chociaż przyszedł, zamiast, jak zwykle, czekać na posiłki, okazje publiczne, nieistotne, miłe pogawędki.
Podobno matka czuła się już zupełnie dobrze. Mogliby porozmawiać o czymś innym niż pogoda. Przynajmniej teoretycznie.
— Zranicie się, pani — zaczął, wchodząc wreszcie do pokoju.
Troska była dobrym, normalnym synowskim uczuciem.
— Czy kiedykolwiek widziałeś, żeby się mi ręka omsknęła? — spytała elfka.
— Kiedy ojciec odszedł.
— Tylko raz, znaczy. — Odwróciła głowę, posłała mu uśmiech, nie przestała jednak podrzucać sztyletu.
Używa zapasowego, zauważył, słusznie, szkoda tępić dobre ostrze. Stare, pamiątkę rodzinną. Z bardzo potężnych rodów, znaczy, jak obecnie wiedział. Wreszcie wiedział.
— Wolałbym nie widzieć ani razu.
— Drobne wypadki chodzą po istotach.
— W dłoni jest wiele ważnych nerwów i mięśni…
— A ja jestem lekarką. Całkiem niezłą. I mam magię — westchnęła. — Długo będziemy to ciągnąć?
Że niby co, mamy nagle przejść do zwierzeń, prychnął w duszy Iorweth, opisywać sobie nawzajem nasze mordy, zwycięstwa i klęski? Wspominać rodzinną wioskę, spaloną przeze mnie do gołej ziemi? Po tych dekadach niewidzenia mamy nagle otwierać przed sobą serca? Mało to elfie, czyż nie, mamé?
Nie ruszył się z progu, chociaż zamknął drzwi.
— Macie magię, pani. Potężną podobno — mruknął. — I wykorzystywaliście ją po co? Żeby bawić Dh'oinne. Feniror mi sporo opowiedział, mówił, że wasza magia broniła brodów na Likseli, że niemal same dałyście raz radę odeprzeć szturm całego oddziału…
— …oddzialiku raczej…
— …a wykorzystywałyście ją potem, żeby pokazywać dzieciom Dh'oinne światełka i kolory, żeby ich wszystkich bawić podczas festynów – myślicie, że jako dziecko nie czułem się upokorzony, widząc siłę naszej rasy, naszą tradycję, naszą broń, zaprzęgniętą do dawania rozrywki Dh'oinne, naszym oprawcom? Myślicie, że to mnie nie irytowało, jak moja mądra, genialna matka, potężna magią, czytająca starsze pismo, znająca nasze tradycje matka bawiła nimi półanalfabetów? Myślicie, że nie widziałem, jak nisko upadliśmy?
I po co to wszystko mówię, prychnął w duszy, zachowuję się, jak Dh'oine, a i to histeryczne, rodzicom, mojej matce zwłaszcza, należy się szacunek, tylko szacunek, najwyższy możliwy.
Sztylet znów wbił się w drewno. Bez skaleczenia, co go przecież cieszyło, bo nie chciał jej zranionej, więc czemu…
— Po pierwsze, to nie byli półanalfabeci, sama ich uczyłam, po drugie, ludzie w naszej wiosce to z pewnością nie byli oprawcy. Nie nas. Zajmowali się tobą i mną. Zajmowali się tobą, jak swoimi własnymi dziećmi. Nie masz prawa nazywać ich oprawcami — mówiła spokojnie, równym tonem.
— W sensie ogólnym. Systemowo.
— Oprawca to zbyt wielkie słowo, by używać go systemowo. Podobnie jak morderca, zbrodniarz czy zdrajca.
— A jednak nimi wszystkimi jesteśmy, oboje — wytknął nagle. — Pani matko.
Kolejne ciche, głuche łupnięcie sztyletu.
— Tak. Jesteśmy. I myślałam, że mój syn rozumie dzisiaj, że móc wykorzystywać magię bojową do bawienia, nie zabijania dzieci, to jest szczęście, wielkie szczęście. Że byłam szczęśliwa, jak nigdy, kiedy nie musiałam zabijać dzieci, tylko mogłam je leczyć i bawić, i pocieszać. To było twoje upokorzenie, mówisz? Przykro mi przez wzgląd na ciebie – ale dla mnie to było szczęście — zaakcentowała ostatnie słowo.
I nadal ani błędu. No oczywiście, przecież matka kocha tylko swoich mężczyzn, syknęło coś w umyśle Iorwetha, coś, co się mu wydało tak nieuczciwe, głupie, dziecinne, złośliwe, że natychmiast stłumił.
— Sądziłam, że po Dwórkach…
— Nie będziemy o tym rozmawiać — rzucił szybko, ostro, zaraz się reflektując. — Proszę was, pani.
Uśmiechnęła się wymuszenie, teatralnie, jak to ona, kiedy udawała Dh'oine.
— Przepraszam, moja wina. Nie powinnam. Nic… nic nie wiem o tych latach, a to, czego się domyślam po sobie, jest… I, i chciałabym – chciałabym, żeby między nami było dobrze mimo tego. Wiem, że minęło dużo czasu. Ale zrobię wszystko, czego potrzeba, by…
— Nie chciałyście nawet przyjeżdżać do Vergen.
— To nie tak, gromada nie chciała, potem, jakbym wszystko się ustawiło, pewnie spróbowałabym…
— Inni zawsze na pierwszym miejscu — parsknął Iorweth.
Bloede pest, zachowuję się gorzej niż dziecko. Matka milczała długą chwilę. Nie zaprzeczyła.
— Bałam się — wyrzuciła wreszcie.
Iorwetha zamurowało. Ze zdumienia. Niedowierzania. Złości.
— Bałaś się — powtórzył głucho, nagle zapominając o grzecznościowej formie.
Cień zmieszania przeleciał elfce przez twarz – potem, kiedy jęła tłumaczyć, wszystko zakryła rasowa maska. Matka przemawiała, słyszał, wyrzucała z siebie słowa może drżące i rwane, lecz z pewnością wcześniej rozważone, wybrane jakoś.
— Nie wiedziałam, czy zechcesz mnie zobaczyć. Nie utrzymywaliśmy kontaktu, miałam tylko plotki… Domyślałam się, przez co musiałeś przejść, ale nie wiedziałam, jak ci się przyznać do mojej przeszłości. Matnia. — Zagryzła wargi, leciuteńko. — Chciałbyś szczerości, prawda? Należy ci się. Ale ja nawet nie wiem, co myślałam. Bałam się. Od dnia, kiedy poszedłeś do lasu. Ja przecież wiedziałam, co tam się… Ale nie mogłam cię powstrzymać. Miałeś prawo, a sprawa jest święta. I myślałam… wiedziałam, że to moja powinność: puścić cię, zapomnieć, uznać, że jesteś martwy tego samego dnia, gdy zniknąłeś, czekać wieści, być dumną matką męczennika. Nie czuć nic. Jak przystoi naszemu ludowi. I tak się zachowywałam i to było czasem trudne. — Patrzyła w przestrzeń, ostrze śmigało. — A czasem diabelnie trudne. — Znów błysk. — A czasem niemożliwe. I kiedy wyobrażałam sobie, że cię zobaczę po tych dekadach… Bałam się. Że wszystko pójdzie nie tak. Że nie wytrzymam z tęsknoty, nie wstrzymam emocji. Zobaczyć cię i stracić znowu… Raz cię pogrzebałam. Nie wiedziałam, nadal nie wiem, czy przeżyję grzebanie cię po raz drugi.
W takim razie wolałbym być pogrzebany, pomyślał ze ściśniętym gardłem, w takim razie wolałbym umrzeć, mamé, czy tak powinienem odpowiedzieć, tak będzie zgodnie z duchem dawnych, prawdziwych Aen Seidhe? Umrzeć raczej, niż zawieść, skrzywdzić starszych, rodziców? Przeciwko temu zgrzeszyliście i dlatego się was i nas wyparli?
Umrzeć raczej, niż to usłyszeć, niż myśleć, że boisz się rozmowy ze mną żywym, że lękasz się straty, która przecież nadejdzie, bo Vergen, oboje wiemy, to piękny sen, godzinka ulgi, przerwa, nic więcej. Nie powiedział tego na głos, coś musiało się jednak odbić mu w twarzy, bo matka zamilkła nagle. Odwróciła głowę ku niemu, gwałtownie, spróbowała się uśmiechnąć ironicznie, wyszła raczej melancholia.
— Przykro mi, jeśli się zachowuję, jak człowiek. Że cię rozczarowuję.
Iorweth nie wiedział, co odpowiedzieć. Co czuć. Stał w tych drzwiach, patrzył – przecież za nią tęsknił, przecież marzył o domu, przecież to wobec niej czuł się naprawdę winny, zabijając Dh'oinne, jej wybaczenia pragnął, o niej bał się myśleć – a potem przyszły wieści z granicy, potem prawie umarł ze strachu, potem nagle matka okazała się… Czym, właściwie? Partyzantem, jak on? Zwykłą istotą, nie świętą, nie pomniczkiem? Pomniczkiem kilku spraw, bóstwem o twarzach zwróconych w każdą stronę świata? To chyba normalne, sarkał w duchu, każdy to odkrycie przechodzi w relacjach z rodzicami, dorastając.
— Nie rozczarowujecie mnie — powiedział; proste wyjście.
— To miłe, że tak mówisz. Strasznie dużo gadałam, przepraszam. Zupełnie od rzeczy. Przepraszam.
Wykonał nieokreślony gest dłonią.
— Też tęskniłem — rzucił w ramach koncesji. — Bardzo. Zwłaszcza w Dwórkach, bo dzieci. — Szczerość za szczerość, pomyślał, a potem przymknął uciekł spojrzeniem w kąt podłogi, ciemnej, dębowej; dlaczego dotąd nie zauważył, że słoje na niej przypominają łabędzie albo kaczki? — I w lesie, kiedy było ciężko. Myślałem, że byłybyście złe, pani, że nigdy mi nie wybaczycie… Napisałem w tamtym liście.
— Sama zabijałam. Dzieci też. Nie mam prawa ci tego wypominać.
To akurat padło z jej ust szybko, łatwo, pewnie. Jakby faktycznie mordy nie były problemem. Przerażające w pewien sposób – do Iorwetha dotarło, jak czekał na tę połajankę, na głos sumienia, moralności, kogoś, kto przywróci światu sens, proporcje. Uczciwość. Rodzic mu pasował do tej roli. A dostawał kolejną odmiankę „popełniłeś błąd, jednak nie ty zabiłeś Foltesta". Dziwne. Powinno go cieszyć, nie irytować, prawda?
— Wszyscy dorastamy — szepnął; czuł, jak martwieją mu wargi.
— I dlatego myślałam, że rozumiesz. Królowa Temerii sprawia wrażenie do ciebie przywiązanej.
— To co innego. Przysięgałem ją chronić.
— Roche'owi.
Potaknął. Matka patrzyła na niego wyczekująco. Powinien podejść bliżej, dotknąć jej wreszcie. Tylko ciało jakoś nie chciało usłuchać tego głosu rozsądku.
— Mogę powiedzieć, jako twój rodzic, że się mi to nie podoba, czy wypomnisz mi historię z Aleksym?
— Nie mam prawa wam nic wypomnieć. I wiem, że nie lubicie Roche'a, pani.
— Prawie mi ciebie odebrał.
Las odebrał mnie tobie znacznie wcześniej, mamé, myślał, zaskoczony dziecinną nutą w jej tonie, las odebrał wam, rodzicom, nas wszystkich. Pewnie nigdy się nie dowiemy, czy nie na próżno.
— Ves także.
— To biedna dziewczyna. Scoia'tael ją skrzywdziło, tamten uratował. Roche ponosi odpowiedzialność, był dowódcą — zawahała się. — Masz do mnie o nią żal?
— Nie mam prawa mieć do was o nic żalu — automatyczna odpowiedź.
Matka zrobiła dla niego wszystko. Kochał ją, bloede carme, najbardziej na świecie. Ją i Saskię. Poza tym tylko sprawę i komanda.
— Jeżeli nie zasłużyłam na twoją szczerość ani na twoje emocje…
— Mówicie pani, jak Saskia. I się podobnie mylicie. Dostajecie moje emocje i moją szczerość, więcej niż ktokolwiek inny. Więcej, niż ja sam — dorzucił, próbując weselszego tonu.
Nadal nie podszedł bliżej. Zapadła niezręczna cisza.
— Chciałam cię przeprosić — stwierdziła nagle matka.
O. To wywołało u watażki drobne zaskoczenie.
— Ze wszystkich istot wy, pani? Za co?
— Za moje milczenie. Próbowałam cię nim chronić…
— Domyśliłem się.
— Kiedy nam powiedziano to samo, wywołaliśmy powstanie. — Uśmiechnęła się sztucznie. — Przepraszam. Za moje kłamstwa. Za Veskę też. Za wszystko, co cię unieszczęśliwiało w dzieciństwie. Za moją zgodę na decyzję twojego ojca. Ale najbardziej za to, że,,, że skrewiliśmy. Że ja się urodziłam w pałacu, w pozłacanej kołysce, wśród złota, bibliotek, lodowisk, a ty się urodziłeś w ludzkiej wiosce, na prowincji, w obszerniejszej chałupie, z kilkoma moimi książkami. Wy nie mieliście już niczego, bo my skrewiliśmy. Bo nie utrzymałam brodów na Likseli. Gdybyśmy dali radę, nie musiałbyś iść do lasu, nie... nic z tego by się stało. To nasza – moja – wina. Płacicie za nasze błędy, ty za moje. Przepraszam. Przepraszam, ale nie oczekuję wybaczenia. — Przymknęła oczy, odłożyła sztylet. — Ja sobie nie wybaczę. Moja nieudolność wysłała ciebie do lasu, nasza klęska zabiła twoich przyjaciół, nasze dzieci. Nigdy tego nie wybaczę. Sobie. Naszemu pokoleniu.
Prawie słyszał załamanie, drżenie w jej głosie. Prawie. Matka to w końcu naprawdę stara szlachta była. Co grała dla Dh'oinne, to grała dla Dh'oinne. Albo, przemknęło watażce przez głowę, co grała dla Scoia'tael, to grała dla Scoia'tael.
— Spróbowaliście — rzucił głucho. — Czcimy wasz zryw i wasze staranie. Był... jest jedynym punktem odniesienia, jaki mieliśmy...
— Klęskę i śmierć — przerwała mu brutalnie matka. — Daliśmy wam tylko klęskę i śmierć, kiedy nam dano pałace, złote kołyski i biblioteki, potęgę i życie.
— My nie tak nie uważamy — przypomniał cicho, przestrzeń pokoju zdawała się rozciągać, zmieniać w szeroki wąwóz. — A nasze jest prawo sądzenia, pani.
— Wspólne — mruknęła. — Wasze i nasze. Ja sobie nie wybaczę. Bo i czegośmy was nauczyli? Ładnego, honorowego umierania? Pogardy? Wytrzymywania tortur? Ale już nie tego, jak żyć i bawić dzieci, jak żyć wspólnie z ludźmi...
— Wy się akurat starałyście, pani. Ale nie można żyć bez wolności. Nikt tego nie może nikogo nauczyć. Do tego można tylko złamać.
— Nie można żyć bez wolności — powtórzyła spokojnie, prawie obojętnie, ledwie usłyszał mgnienie drwiny, jak błysk stali — ale wy umarliście dopiero, gdy poszliście walczyć. O wolność. I my też. I to my, nasze działania, was postawiły przed tą decyzją.
Iorweth gdzieś to już słyszał, tylko inaczej ujęte. Nie raz, nie dwa. I coś nagle zrozumiał.
— Mówisz, jak ludzcy śledczy — zauważył, tym razem celowo machając ręką na konwenanse.
— Oni wygrali, my od powstania ponosimy klęskę za klęską, a wasza śmierć, śmierć naszych dzieci jest największą możliwą – i wynikiem poprzednich.
— Mówisz, jak ludzcy śledczy, gdy nas łamią, mamé — oznajmił z nutą deklamacji, wreszcie znajdując siłę, idealistyczny, retoryczny gniew, by podejść bliżej, szybkimi, długimi krokami, mało elfio. — A ciebie torturowano, gwałcono, bito, łamano na wszelkie sposoby przez długie lata. Czczę to, mamé, i nie śmiem podnosić oczu na twe rany — wyciągnął do niej dłoń — ale ty to mówisz, bo ciebie oni w końcu zatruli…
— Myśmy zobaczyli prawdę o naszej nędzy w tym więzieniach… — syknęła nagle; nie wyciągnęła ręki.
Wybuchnął śmiechem.
— Idź i to powiedz Roche'owi, gdy już wróci. Idź i słuchaj, jak się śmieje. To cię uwolni. Póki czerpiemy z historii poczucie słabości, póty rozważamy i dokonujemy samokrytyki, póty pomagamy tylko Dh'oinne. Bohaterom sława i cześć – i nic więcej. Żadnej winy, żadnego lęku, bo on nas paraliżuje i zabija, mamé. Jeśli nasza przeszłość ma sprawiać, że ty, która mnie wychowałaś i zapewniłaś warunki godne syna pomniejszej ludzkiej szlachty, czujesz się winna – cudzym zbrodniom! – jeśli ma nas wstrzymywać od działania, pętać ręce – to cuach vie aep arse.
Teraz spojrzała mu w oczy, zaskoczona. Widział, jak odruchowe „nie wyrażaj się" zastyga jej na wargach.
— Jeśli nasza przeszłość ma być bronią Dh'oinne, to chędożyć Shaerrawedd, chędożyć brody na Likseli, chędożyć nawet pokój cintryjski. Wyciągać wnioski, nie winę i nie klatkę. Chędożyć nasze rytualne biczowanie za urojone winy. Wybaczam ci, mamé, jeśli potrzebujesz wybaczenia; wybaczmy sobie wszyscy. Rozpatrywanie w nieskończoność przeszłych potknięć nas zabija. Rozdrapywanie ran, by błoną nie zarosły, to jest objaw choroby psychicznej, bloede pest, zarastanie ran błoną to jest jedyna dobra rzecz na tym łez padole. Mamy teraz republikę — chwycił ją wreszcie za dłonie; suche, suchsze niż pamiętał, tak samo drobne, delikatne, z wyraźnie wyczuwalnymi żyłami. — Wygraliśmy, choćby na chwilę. Żyjemy. Idziemy do przodu. I to próbujemy zrobić w Scoia'tael. Wywalczyć przyszłość, nie rozliczać przeszłość, z pewnością nie waszą. Czczę twoje rany, mamé, ale nie pozwolę się spętać twoimi lękami.
Przygryzła wargę. Widział, że chce coś powiedzieć, waha się tylko nad słowami. Perorował więc dalej, żeby zagłuszyć ciszę.
— Chędożyć wszystko, co nas zniewala, co mówi, że nie umiemy, że się nie nadajemy, nieważne, czy uzasadnia to rasą, czy tłumaczy historią, nieważne, czy mówi to z kpiną, czy troską. „Biedne elfy nic nie umieją stworzyć, bo dostały w spadku po Aelirenn tylko samobójcze szańce" nas osłabia tak samo, jak „elfy nie umieją nic stworzyć, bo to głupie elfy". To śledczy i propaganda tak nami manipulują. Nie możemy sobie robić tego samego, co nam robią śledczy w więzieniach – im na pewno nie zależy na naszym zwycięstwie. Nie wierz im, mamé. Ja się oduczył...
Przyciągnęła go do siebie nagle, zamknęła w ramionach. W pierwszym odruchu chciał się wyrwać, nawet zaczął, zaraz potem zastygł, przerażony. Pięknie, jeszcze mamé pomyśli, że jej nie kocha, że się jej...
— W porządku — wyszeptała mu we włosy, tym swoim łagodnym tonem, którego używała wobec małych dzieci, zwierzątek oraz jego samego, jak sobie coś w dzieciństwie zrobił. — Ja wiem. Wszystko w porządku. Nie bój się. Rób, co chcesz. Nie jestem zła. Nie będę. Rozumiem. Kocham cię — wyrzuciła z siebie nagle, stłumione, rwane; Iorweth uświadomił sobie, że matka prawie płacze. — Kocham cię.
No, to było łatwe, znowu.
— Ja też cię kocham. Bardzo. Żadne powstanie tego nie zmieni. Żadni śledczy. Mamé?
Teraz już całkiem płakała, czuł wilgoć na szyi.
— Mój malutki, malutki synek, me ellainemil, me vente, me vislle...
— Mamé, daj spokój... — prychnął, jakoś tak po dziecinnemu zażenowany.
Westchnęła.
— Zrobiłeś się taki mądry w tym lesie. Beze mnie.
— Że niby przyznajesz mi rację?
— Możliwe. — Pocałowała go, jak małe dziecko, w czoło, po włosach. — Może... może dobrze się pewne rzeczy stały. Wiedza... wiedza czasem zaciemnia rację. Czasami znamy tak dużo szczegółów, że nie umiemy już wskazać właściwego kierunku.
Zastygł.
— Nadal uważam, że powinnaś była mi powiedzieć.
— Moim prawem było podjąć decyzję. Twoim prawem jest mieć o nią żal. Ja sobie i tak nie wybaczę. Wielu rzeczy. Wszystkich, które doprowadziły do twojego cierpienia. — Ciepły oddech na czubku jego głowy, uszach, policzkach; ale ton już miał rzeczowy.
— Jak sobie nie wybaczysz — powiedział z odcieniem kapryśności, żeby złagodzić powagę słów — to ja wolę umrzeć. Rozumiesz, mamé? Nie wybaczaj sobie, ile chcesz, ale nie przeze mnie. Nie chcę żyć, jeśli mam być przyczyną twojego żalu.
Chłodne dłonie na jego karku i plecach się zatrzymały. Matka stężała.
— A ty z kolei nie chcesz tego — dokończył lekko, odchylając się nieco. — Wobec czego może po prostu się umówmy, że oboje przestaniemy mówić bzdur... takie rzeczy?
Zaśmiali się, bardzo wymuszenie. Mama go nie puszczała, ale to też było, uznał, koniec końców w porządku. Tak, jak być powinno.
— Nie ma słów w żadnym języku na to, jak cię kocham. I jak tęskniłam. I na to wszystko, co ci chcę opowiedzieć. Tyle, tyle rzeczy...
— Mamy czas — szepnął. — Mamy czas, mamé.
— Nadchodzi burza.
— A pewnie — teraz użył zawadiackiego tonu, odruchowo; miliony razy rozmawiał o tym z komandami. — I będziemy w niej walczyć. Z całych sił. I wygramy.
— Albo zginiemy z honorem. — Matka zaśmiała się gorzko. — Już to kiedyś słyszałam. Mówiłam. Zabijałam z tym na ustach. Ale życie pokazało, że jest jeszcze jedna opcja. Więzienie. Tortury. Gwałty. Hańba. Wszystko to, co tak ładnie podsumowałeś przed chwilą.
Przesunął wzdłuż jej rąk dłońmi, objął niezręcznie. Spróbował pocałować.
— Jesteś złamana, mamé. Ja pewnie też. Ale wygramy. Wygramy. I potem będziemy mieli czas na wszystko. — Jej włosy znów pachniały ziołami, miętą, rumiankiem – i fisstechem; mniej niż kilka dni temu, lecz nadal. — Chociaż możemy zacząć dzisiaj. Zaczniemy dzisiaj. Teraz. Kiedy tylko zechcesz. Mamy tyle do nadrobienia, że szkoda tracić czasu. Zwłaszcza na politykę i dylematy historyczne.
Trwali sobie chwilę w ciszy. Potem matka wzięła się w garść, wyprostowała, uśmiechnęła uprzejmie, ironicznie.
— A jeśli przegramy, to tym bardziej nie należy zwlekać, prawda?
'
'
— Rozżarzone węgle i kamienie? Dh'oinne nic się nie zmieniają — chichotał Iorweth, zaciągając się. — Mnie gwałcili tym samym. I jeszcze żelazo było, też rozgrzane, aż nie można było patrzeć, nawet nie czerwone, a białe...
Siedzieli z matką ma podłodze w jej saloniku.
— A fakt, żelazo. Zapomniałam. — Tinnithel zastygła, też z lufką w palcach, po czym wybuchnęła radosnym śmiechem. — Zapomniałam, rozumiesz? A byłam pewna, że nigdy tego koszmaru nie zapomnę. Ponad dwa lata trwało, nimeśmy z Aleksym zaczęli normalnie... Chociaż mi załatwił magiczne leczenie zaraz po tym, jak wyszłam, zapłacił, po miesiącu nawet najmniejszej blizny nie zostało. A teraz o tym zupełnie nie pamiętałam.
Nie musiała dodawać „i ty też zapomnisz". I tym razem watażka nawet jakoś bardziej uwierzył. Dobrze mu było. Wesoło. A więzienie, inaczej niż partyzantkę, rzadko się udawało wspominać naprawdę na wesoło. Saskii było dziwnie, widział potępienie albo otchłanie współczucia, czające się w jej oczach. Komando czy Ciarana natychmiast zaczynały zżerać wyrzuty sumienia.
— Czas to jednak potężny lekarz. Nie ma prawdy nad banały.
— Mhm. Nie pal tak dużo, nie brałeś dawno, może ci krzywdę zrobić.
— Teraz zachowujesz się, jak stereotypowa matka, mamé.
— Muszę czymś nadrabiać. Palimy razem narkotyki. I wspominamy tortury.
— I wszystko to zabawne, jak już się przeżyje.
Potaknęła.
— Z nami, ze mną, też tak było... Coś ci szczególnie śmiesznego utkwiło w pamięci?
Iorwethem wstrząsnęła kolejna fala śmiechu.
— Och, tam były same śmieszne rzeczy. Na czele z tym, jak Dh'oinne próbowały wymawiać nasze imiona.
— Albo czasem ktoś się potknął — podrzuciła matka. — Coś pomylił w procedurze. Zaplątał się. Coś mu spadło. To też było śmieszne. Jeden sobie kiedyś przypalił w ten sposób nogi, płonąca żagiew mu zleciała, tak śmiesznie podskakiwał, próbował zdusić ogień, wył i wył, i wył, tak prześmiesznie... Śmiałam się tak bardzo, że mnie rozbolał brzuch, to samo w sobie zabawne, bo byłam po kilku godzinach – no, pytania – i nie czułam już nic, przepona to najmniejszy problem był.
— A pewnie. Zawsze jakaś niezdara była. Albo jakieś mięciutkie serduszko. Jeden mi kiedyś lżej nogi zawiązał, bo miałem zgorzel w ranach. Dałem dzięki temu radę złamać chyba z połowę kości w twarzy przesłuchującemu. Rzeczywiście, śmiesznie jęczał. Chciał chyba kląć, ale to nie jest proste, gdy masz zęby wbite w podniebienie.
Nadal sprawiało przyjemność. Satysfakcję. Zwłaszcza teraz, gdy miał fisstechem wyostrzoną wyobraźnię. Prawie widział skurwiela, jego zmasakrowaną na krwawą miazgę twarz.
— Zostawili cię z nim samego? — prychnęła ze zdumieniem matka. — Bardzo głupi ludzie, ja bym cię nigdy nie zostawiła choćby z pokłóconym kolegą. Nawet kiedy mieliście jeszcze tylko mleczne zęby.
— Nie zostawili samego, ale Trifta akurat obsługiwała dziwka – miał ten zwyczaj, wiesz, zapraszać dziwki na... na zabawę, jak to ujmował, żeby jego obsługiwały, bo był nakręcony, i żeby nam było , jak mawiał. W każdym razie, Trift nie za bardzo mógł szybko reagować, dziwka była dość profesjonalna, by mu nie odgryźć chuja, szkoda, ale jednak się nieco dławiła, tego jednego strażnika właśnie... zajmowałem, kolejny się rzucił, ale trochę był w szoku, poślizgnął się na czymś... Jedna z najzabawniejszych scenek w moim życiu. Prześmieszne. Może nawet warto było trafić do więzienia, żeby to przeżyć...
— Dobra, to jest historia warta kolejnej lufki — uznała matka, turlając fisstech po podłodze. — Czyn, znaczy.
— Mhm. Obrona Vergen to przy tym nic, chcesz powiedzieć? — Wszystko brzmiało tak cudownie lekko, uroczo, śmiesznie. — Dziwki Trifa w ogóle były zabawne, widać było, że niektóre są niedoświadczone, strasznie je ruszało, jedna nie wytrzymała i zaczęła wymiotować... Trift się zirytował, wsadził jej twarz w wymiociny. Ale potem polubił, pewnie właśnie dlatego, że ją to aż tak... że tak cierpiała. Tak bardzo go to bawiło, że ją sobie zatrzymał, tępy chuj.
— Fakt — zgodziła się matka. — Typowy błąd. Ciaran opowiedział Ves, a ona mi. Znaleźliście ją potem, prawda? I wydała skurwiela?
Iorweth zarzucił głową do tyłu, oparł o szezlong.
— Wydała? Mało powiedziane, mamé. Wszystko opowiedziała. Z rozkoszą. Rzadko kiedy miałem tak dobrą współpracę z Dh'oine. A jak jej opowiedziałem, co zrobimy temu skurwysynowi, to już w ogóle. Nawet parę pomysłów podrzuciła, jestem zresztą pewien, że skurwiel je wcześniej na niej przetestował. Chciała być przy tym, jak go złapiemy.
— Pozwoliłeś?
Pokręcił głową. Może trochę za gwałtownie, zbyt bezwładnie. Obraz falował mu przed oczyma.
— Skądże. Ona tak tylko gadała. Była... wrażliwa. Nie dałaby rady. Nawet po tym wszystkim, co jej chuj zrobił, nie dałaby rady. Wysłałem ją do Temerii. Dla bezpieczeństwa. Roche ją potem znalazł i powiesił. — Wzruszył ramionami. — Szkoda dziwki — mruknął matowo. — Ostatek życia spędziła w lesie.
— Szkoda — potaknęła matka. — Ale przynajmniej jej więcej nie gwałcono. Sznur, zapadnia, trochę strachu. Ot, wszystko. To nie boli. Uwolniliście ją. Na trochę. Rodziny Trifta też szkoda, w sumie.
Nagle się zrobił tak bardzo, bardzo zmęczony. W dobry sposób, ale jednak.
— Szkoda — oznajmił obojętnie. — Nie ich wina, że mieli tchórzliwego skurwiela w familii. Jak się zabraliśmy za ekipę śledczą, zaraz się ukrył, nie szło go wydostać z miasta, myślisz, że nie próbowałem? Trzeba go było wywabić — zawahał się. — Na waszej wojnie pewnie było inaczej. Mieliście... mieliście jeszcze czego bronić.
— Robiliśmy potworne rzeczy. Mordowaliśmy wioski wzdłuż całej Likseli, żeby nas nie wydali, torturowaliśmy dla kurażu... Ale nie ma chyba powodu, by się licytować na zbrodnie.
Nie było. Położył głowę na jej kolanach, zwijając się w kłębek. Zaczęła go głaskać po włosach, spokojnym, stałym ruchem. Paznokcie miała króciutko przycięte, jak to lekarka, ledwo je wyczuwał.
— Dobrze być znowu razem, prawda?
Wymruczał potwierdzenie.
— Będę miał straszne zaległości w pracy.
— Nie przesadzaj. Możesz równie dobrze zrobić sobie urlop. Dzień. Dwa. Tydzień. Miesiąc. Tydzień ze mną, tydzień z Ciaranem, tydzień z Saskią.
— Nie możemy...
— A pytałeś? Zresztą, to bez znaczenia. Nie musimy sobie opowiadać dzisiaj wszystkiego. Przez najbliższe parę miesięcy nigdzie się nie wybieram.
'
'
W jakieś dwa miesiące załatwiwszy najpilniejsze sprawy Temerii, Roche zamierzał się zająć majaczącą na horyzoncie zagadką współpracy tego-skurwiela-który-wciągał-trzynastolatków-do-partyzantki-będąc-prowokatorem.
I wówczas przyszła informacja, że Iorweth życzy go sobie widzieć. Natychmiast. Życzenie wszakże, głosił dopisek Talara, posiedziało parę tygodni między porcelanowymi laleczkami, a szklanymi różyczkami, czekając, że major misję dla Temerii skończy, więc, cytując, „spodziewaj się w Vergen ostrego opierdzielu".
