Święta, święta i po świętach. Ale że nadal jesteśmy w nastroju słodszym niż zwykle (takim akurat jak z Całą noc padał śnieg, które jest wzruszającą piosenką świąteczną; albo Nieście chwałę mocarze, albo oratoriów bożonarodzeniowych), to właściwie dobre rzeczy się dzieją w fiku. Nieidealne, ale dobre.
— Moja matka — oznajmił z westchnieniem Iorweth — była akuszerką. Ratowała ludzi. Ratowała nawet te dzieci, które były słabe, kalekie, skazane, te, które zabiliby wasi magowie. Była też najdalszą od rasizmu osobą, jaką kiedykolwiek znałem. Broniła Dh'oinne za wszelką cenę. Nie pozwalała nawet na nich mówić Dh'oinne. Orędowała za równością i godnym traktowaniem wszystkich ras. Na nikogo nie podniosła ręki, nawet na najbardziej żałosnych pijaków. Otacza ją, od ponad stu lat, opinia świętej. Nieskalanej świętej. Łagodnej i dobrej. Ves się zapytaj. Święta, prawda? A jednak tobie się udało w dwie minuty doprowadzić do tego, że rzuciła na ciebie zaklęcie torturujące. Masz czarującą osobowość, Roche.
— Nie jesteś pierwszym, który mi to mówi.
— Wierzę. Coś ty właściwie zrobił?
'
'
Roche, wróciwszy do Vergen, udał się w stronę karczmy. Na dworze nie miał ochoty się pokazywać, wiedział, jak go przyjmą. Drwiną, Yeylia pewnie chustą zaciskaną wokół szyi, pocałunkami tłumiącymi walkę o oddech, Iorweth teatralnym zastanawianiem, czy pozwolić mu jeść z ludźmi, czy odesłać do psiarni.
Gospoda wybuchła za to zgodną radością, jaką wszędzie na świecie wita się kompanów do dobrego picia. Śmiechem, jednak w miarę życzliwym. Kuflami uniesionymi na powitanie. Zapachem czosnku, ostrych przypraw i piwnicznych murów, typowym dla Vergen.
Oraz radosnym wrzaskiem „wujek!", który kazał mu spojrzeć w kąt na prawo, oczekiwać wybiegającej Anais. Dziewczynka jednak nadal siedziała za stołem – elfka, której nie znał, trzymała ją za rękę, szeptała coś do ucha. Elfka, która wyglądała, jak ze starych rycin, czyli raczej szokująco w obecnych czasach: dostojna, z ciemnymi włosami spiętymi w kok i pojedynczymi warkoczykami opadającymi po obu stronach twarzy, obu stronach ostrych, przeraźliwie ostrych kości policzkowych, ubrana w długą, prostą, zieloną suknię. Bez ozdób, za to z pasem bogato tkanym złotem.
A za nią, gdy się przesunęła, mówiąc coś – nie usłyszał słów – siedziała szczupła kobieta z kasztanowymi włosami do ramion. Oraz oczami, rysami, sylwetką...
— Ves? — wybąkał.
Dziewczyna się wbiła w ścianę. Elfka położyła dłoń na jej dłoni, uspokajająco. Któryś z krasnoludów oznajmił z dumą, że przecież Rzeczpospolita obiecała, że ją sprowadzi...
— I przypadkiem wpadła na nią matką hetmana, deportowana z Kaedwen. I tym przypadkiem tu wylądowały. Żadna zasługa Scoia'tael — upomniał go inny.
Vernon katalogował informacje, prawie odruchowo. O sytuacji na granicy słyszał, dość teatralna była, dość wielu świadków, szybko obiegła służby czy partyzantów. O tym, że na granicy była też Ves – że tamta kaedweńska swołocz naraziła też jego Ves – nikt oczywiście nie mówił. Znaczy, nie wiedzieli; w tej myśli była ulga. A ulga zwykle prowadziła Roche'a do popełniania straszliwych głupot.
— To jest matka Iorwetha? — wyrwało się mu. — To pani okropny mezalians popełnić musiała, że nie wspomnę o błędach wychowawczych... — urwał, zdawszy sobie sprawę z przekraczania granic straszliwych głupot i wpadania w rejony samobójstwa.
Uśmiechnęła się. Ciepło, szczerze, uprzejmie. Znał elfy dość dobrze, by go to zaniepokoiło.
— Przepióreczko — powiedziała do królowej — masz rysunki dla wujka, prawda? Może pójdziesz po nie z Nieszkiem?
Mała pokręciła głową.
— Chcę do...
— Wujek na pewno chciałby porozmawiać z ciocią Ves, skarbie.
Zrozumienie przemknęło przez twarz dziewczynki. Podeszła do agenta, grzecznie, przytuliła się, przywitała, po czym, chwyciwszy za rękę krasnoluda, wyszła z karczmy. Vernon puszczał ją więcej niż niechętnie, aczkolwiek wizja rozmowy z Ves – żywą! żywą, naprawdę żywą – wiele mu osładzała.
— Pani Liwio — spytała z uśmiechem elfk... matka Iorwetha. — Odsunęłaby się pani od majora, proszę?
Kobieta, roznosząca piwo, posłusznie przeszła kilka kroków na lewo. Roche zrozumiał, natychmiast, zaczął robić unik, usłyszał jeszcze „dziękuję" elfki – i tej sekundzie zaklęcie wbiło go w ścianę.
Wbicie w ścianę by przeżył. Potem jednak zaczęło się piekło. Ból, czyściutki, niepozostawiający miejsca na ucieczkę. Nie taki, jak oparzenia, rany, miażdżenie, cokolwiek, co znał lub widział. Sam ból, niemal abstrakcyjny w pierwszej chwili, potem zaczął się zmieniać, przybierać wielorakie formy: jakby coś miażdżyło organy od wewnątrz, wypalało kości, rwało żyły na strzępy.
Ves krzyknęła, bez lęku, raczej prosząco.
— Miałam wrażenie, Veska, że prosiłaś, żebym ci przypomniała, że kiedy go wreszcie zobaczysz, to chcesz go otrzebić — mruknęła tamta; do agenta doszło, że klęczy obok.
Ból nie pozwolił mu poczuć ruchu ani obecności.
— Ale nie używałam tego zaklęcia od dobrych dwustu lat, mogłam nie opanować mocy. Nie chcę pozbawiać mojego syna zwierzątek.
Ręka przesunęła się po policzku agenta, badawczo, palce otworzyły mu powieki; światło zakłuło, wywołało atak mdłości, lecz miał zbyt ściśnięty żołądek – jeśli w ogóle miał jeszcze żołądek, przysiągłby, że tam istniała jedynie szarpiąca rana – by wymiotować, zakaszlał jedynie spazmatycznie. I dotarło do niego, że najgorszy ból ustał, inaczej nie byłby w stanie zrobić nawet tyle.
— Cii, cii. Już całkiem nieźle, prawda? Żyjesz, źrenice reagują, mózg raczej nieuszkodzony — mruknęła elfka. — A na przyszłość, Vernonie Roche, bądź tak miły i traktuj płeć niewieścią z należnym szacunkiem, dobrze? Możemy się tak umówić?
Prawdopodobnie oczekiwano od niego odpowiedzi. Nie wiedział, jakim cudem miałby odpowiedzieć, gardło miał zdarte, krew powinna iść mu z nosa, zalewać drogi oddechowe, nie powinien być – cokolwiek tak bolało, musiało być śmiertelne, musiało zostawić ślady...
Jednak miała biżuterię, pomyślał absurdalnie Roche, pierścionki, czuł chłód metalu na policzku, gdy jej palce ostrożnie przesunęły się wzdłuż jego dolnych powiek. Uświadomił sobie, że ma łzy na twarzy i natychmiast zaczął je wstrzymywać.
— Płacz, płacz. Poczujesz się lepiej. W tym nie ma żadnej hańby, to zaklęcie naprawdę boli.
— Ta — zdołał wystękać. — Coś mi uszkodziło, nerki... albo żebra... albo opłucną, albo żołądek, ale coś... coś na pewno.
— Nie. — Pokręciła głową. — To jest... powidok mózgu. To zaklęcie działa tylko na mózg. — Przesunęła ręce nad jego skronie. — Jeśli się pobudzi odpowiedni ośrodek, ten odpowiedzialny za ból, to mamy, cóż – już doskonale wiesz, co mamy. Czar jest o tyle wygodny, że nie wymaga wiele energii, bo oddziałuje na stosunkowo niewielki obszar, w bardzo prymitywny sposób, jakbyś walił młotkiem po prostu. Mój lud pracował nad zwiększeniem precyzji, nad wywoływaniem bardziej konkretnych wrażeń, ale cóż, cóż, nie zdążyliśmy. Czarodzieje mają za to aparaturę o podobnym działaniu, do siłowego wyciągania informacji... No, już powinno przechodzić. Mózg po prostu działa logicznie, zakłada, że skoro bolało, to powinny być uszkodzenia – ale zaraz zauważy. — Poklepała go po policzku. — Śledczy zawsze przypominają mi Aleksego. To coś w spojrzeniu albo wygięciu ust... okrucieństwo?
Zabrzmiała prawie żartobliwie. Vernon nie miał pojęcia, o jakim Aleksym mowa. Ale faktycznie, było już znacznie lepiej, cierpienie znikało szybko, jak poranna mgła. Czemu mnie nagle wzięło na poezję, przemknęło mu przez głowę, czemu...
A potem Ves przyłożyła mu z całej siły w twarz.
'
'
— Kim jest Aleksy, tak właściwie?
— Był, Roche, był. Zdychacie, jak jętki, nie pamiętasz? Śledczy. Przed dwustu laty, po powstaniu Aelirenn, przez kilka lat torturował i przesłuchiwał moją matkę. Jak tylko wydano wyrok i ją zwolnili, została jego kochanką. Konkubiną. Oficjalną partnerką. Jak zwał, tak zwał.
Vernon skrzywił wargi, minimalnie.
— Skurwiel. Czarodzieje to jakoś nazywają, syndrom, syndrom...
— Daj mi spokój z chędożeniem czarodziejów.
— Fakt, oni zawsze głupio teoretyzują. Ale znam to z praktyki. Przesłuchiwanym niekiedy... od bólu i emocji – kobietom trudno się...
— Daj mi spokój z twoją kurewską praktyką. Moja matka była z nim szczęśliwa podobno. Dziesięć lat. Dwa razy zaszła w ciążę, dwa razy poroniła. Po czym się rozstali. Bo zaczęła mu zawadzać w karierze. Albo sama chciała. Ożenił się dobrze, został generałem, miał dzieci, zmarł, ród jego dalej dzielnie służy Kaedwen. Przynajmniej tak mi opowiedziano. Bo Ves chyba ci zdążyła donieść, że nic nie wiedziałem o przeszłości mojej drogiej matki aż do tego incydentu na granicy? A propos incydentu – wezwałem cię, bo mam zadanie. Bojowe. Rozkaz, właściwie.
'
'
— A to za co było? — spytał Roche, kiedy wreszcie Ves przestała go bić.
I zawisła z kolei na szyi. Najchętniej zbyłby problem starym, dobrym westchnieniem „kobiety!", ale z kobietami właśnie zawsze szło o coś głębiej, coś, czego zbycie kończyło się katastrofą. Ves co prawda dotąd działała jak żołnierz raczej niż kobieta, nie widział jej wszakże dobre półtora roku. Wiele przeszła. Była pod wpływem matki Iorwetha – cholera, to na pewno rozwala psychikę, wystarczy spojrzeć, co rzeczonemu elfowi zrobiło.
No co, niby?, spytał złośliwy głos w jego umyśle, zaprowadziło do bycia hetmanem małej republiczki i delii z soboli; faktycznie, dramat.
— Zostawiłeś mnie! — rzuciła dziewczyna, ściskając go gwałtownie. — I mnie po drodze gwałcono, bito, znów gwałcono, prawie zamarzłam, dopiero Sh'aenid i Brend, i w ogóle nieludzie mnie uratowali... Myślałam, że nie żyjesz, wiesz, jak mi żal było?
— Miałam ci przypomnieć — uprzejmie wtrąciła matka hetmana — że chcesz go otrzebić. Ponawiam przypomnienie, bo mam wrażenie, że poprzednie zignorowałaś. I daj mu wstać, królowa za chwilę wróci, chyba nie powinna widzieć swoich sług...
— Anais mnie już w niejednym stanie widziała — bąknął Vernon.
Nie, żeby był z tego dumny. Po co więc gadasz, syknął sam na siebie.
— Ocierała wargi i podtrzymywała, jak się upiłeś? — zapytała z cieniem zainteresowania tamta... Sh'aenid.
Zaschło mu w ustach.
— Nie, do cholery — oznajmił, oburzony.
Ale było blisko, podpowiedział, znów, ten chędożony wewnętrzny ironista.
— To się nie wymiguj i wstawaj — oznajmiła elfka, z uśmiechem anielskiej dobroci na ustach. — Pomóc?
Agent, który właśnie zaczynał dochodzić do siebie na tyle, by wejść w tryb pracy, sklasyfikował ją, ostatecznie i z niezbitą pewnością, jako stworzenie co najmniej tak niebezpieczne, jak Iorweth. Co najmniej, bo w końcu starsze, bardziej doświadczone.
'
'
Roche był zaś stworzeniem przede wszystkim konkretnym.
— Kto cię gwałcił? — zapytał, ledwie znalazł się z Ves sam na sam.
Czyli dobre kilka godzin później, bo najpierw bawił opowieściami Anais, a potem się dowiedział, że panienka Vesanna poszła do kwater nieludzi, z którymi przybyła. Kiedy Vernon tam podczłapał, dowiedział się zaś, że owi go widzieć raczej nie chcą. Nie pozostało mu nic innego, jak czekanie – i poczekał. Przed samiutkimi drzwiami tych kilku wynajmowanych przez gromadę domów.
Kobieta, gdy wyszła, sprawiała wrażenie głównie zaskoczonej. Potem uradowanej. A potem pełnej poczucia winy, co major wiązał z matką Iorwetha – matką Iorwetha, jak to absurdalnie brzmiało – która się wynurzyła tuż za nią, opiekuńczo objęła ramieniem.
— Mam go stąd zabrać, Veska? — spytała.
W agencie się zagotowało z oburzenia. Jak to, zabierać jego od Ves? Jego? Jakby on zagrożeniem był, jakby jej krzywdę robił, on, który ją chronił i znał, i się martwił, i dbał, jak nikt na świecie?
Dobrze, ostatnie lata może tego nie pokazywały, ale to był ciąg wypadków przy pracy. Poza tym, zaraza, próbował naprawić. Gorliwie próbował.
Dziewczyna pokręciła głową. Nadal nic nie powiedziała, przenosiła wzrok z niego na elfkę. Zagubiona. Tak, jak od czasu, gdy ją z komanda wyzwolili raczej nie bywała – no, może na początku – więc majora trafił szlag. Co jej tamci zrobili?
— Chciałbym porozmawiać — wydusił przez zaciśnięte zęby. — Z Ves. Sam na sam.
Sh'aenid, Tinnithel, czy jak jej tam było, nawet nie odwróciła w jego kierunku głowy.
— Chcesz z nim porozmawiać? — spytała za to dziewczynę.
— Chyba powinnam — mruknęła tamta cicho, niepewniutko, rzucając obojgu rozmówcom przepraszające spojrzenie; jakby ich oboje zdradzała.
— Chyba? — wykrzyknęli równocześnie elfka i Roche; no dobrze, ona nie krzyczała, ona tylko uniosła delikatny głos w pytającej intonacji.
Ves słabo skinęła głową.
— Należy się mu — bąknęła. — Był dla mnie... Mówiłam ci — zakończyła błagalnie.
— O mnie tu nie chodzi — przypomniała elfka. — Nie myśl o mnie. Dla mnie jak zrobisz, dobrze będzie. Twoja decyzja. Na pewno warto podsumować pewien etap życia — dodała ciepło — ale nie musisz tego robić teraz, tak nagle, z doskoku. Ani na jego warunkach. Nie ma tutaj żadnej władzy. Mój syn nie pozwoli cię skrzywdzić, ja mu nie pozwolę...
Iorweth nie pozwoli skrzywdzić Ves, powtórzył powoli w głowie mężczyzna. Iorweth. Mnie nie pozwoli. Wpadłem do lustrzanego świata.
— Zrób, jak uważasz — mruknęła znów tamta. — Ja cię tak czy siak poprę. Zrozumiem.
— Dlaczego miałabyś nie chcieć ze mną porozmawiać, Ves? — spytał cicho, poważnie, jak wtedy, gdy ją znaleźli.
Nie skuliła się dosłownie, bardziej jakby skurczyła.
— Roche. Vernon — prawie jęknęła — nie chodzi o ciebie, ja... ja bardzo nie chcę, żeby ci było przykro. Zrobiłeś dla mnie dużo i pomogłeś mi i ja jestem wdzięczna... — urwała.
— Veska, jego potrzeby są zdecydowanie mniej ważne niż twoje. Masz dziecko — wtrąciła matka hetmana. — Nie powinnaś w ogóle tyle stać na dworze, przecież to męczy. Usiądźmy gdzieś i omówmy kwestię? W gospodzie? W twoich pokojach?
— One są Roche'a — mruknęła kobieta. — Tylko mi je pożyczyli.
— Możesz w nich zostać — zapewnił Vernon. — Do licha, Ves, przecież w Pasach praktycznie żyliśmy razem.
Dziewczyna teraz drgnęła już widocznie. Sh'aenid westchnęła.
— Mordowaliście też razem, prawda? Veska niekoniecznie chce do tego wracać. Ale jeśli chce, to ja jej nie zabronię — dodała z ciepłym uśmiechem. — Zrób, jak uważasz, dobrze? Jak chcesz. Nie myśl o nim ani o mnie. Myśl o sobie i małym.
— Jakie właściwie dziecko? — spytał Roche, powoli dochodząc do siebie.
Elfka spojrzała na Ves. Cisza trwała parę sekund.
— Moje. Z burdelu — wyszeptała wreszcie dziewczyna, bardzo cicho. — Chłopiec. Właściwie... właściwie go ciągle nie nazwałam. A mam już go trochę. Znaczy... miesiąc?
— Trzydzieści dwa dni — podpowiedziała Sh'aenid.
— Myślałam, że to będzie dziewczynka. Miałam imiona tylko dla dziewczynek i... I był trochę słaby, trochę... komplikacji było przy porodzie, nie chciałam – wiesz, co mówią o imionach — kobieta urwała czy raczej: wygasiła głos, powoli.
O imionach nadawanych dzieciom za szybko mówią, że przywabiają licho. Major spróbował poskładać fakty w głowie, jakoś. Ves się znalazła, dobrze. W towarzystwie nieludzi, to jeszcze nic tragicznego, chociaż też nie najszczęśliwiej. W towarzystwie matki Iorwetha, niedobrze. Matki Iorwetha, którą miała na nią wpływ, bardzo źle. Po drodze Ves jakiś skurwiel zrobił bachora – ale najwyraźniej dziewczyna postanowiła dzieciaka uznać. Brzmiała, jakby go uznawała. Czyli...
Czyli dobrze, uznał po ułamku sekundy wahania, czyli dobrze, patrz, zajmują się nią, uciekła z tego burdelu, tak, wiele złego się po drodze stało, ale wyżyła, Ves to nie twoja matka, bachor jej nie popchnie na ulicę. Przeciwnie, cieszy się, znaczy, pomaga jej. Kobiety lubią dzieci. Potrzebują. Kochają, pieszczą, bawią się.
— Gratulacje — bąknął więc, wargi same rozciągnęły się mu w uśmiechu. — To świetna nowina. Dzieciak, znaczy.
— Nie nazwałam go jeszcze — powtórzyła Ves, ciut pewniejszym głosem.
— Mamy dużo czasu — odparł pogodnie Roche. — Dzieciaki są głupie. Bylebyś go nazwała go przed pierwszym rokiem, nawet nie zauważy.
Dziewczyna syknęła. Ano tak, kuszenie złego.
— Wymyśliłam dużo imion dla dziewczynek — dorzuciła. — Leliana. Tifa. Celia. To mi zajmowało myśli. W... w burdelu i później.
— Nie musisz mi o tym opowiadać, jeśli nie chcesz.
Chciał powiedzieć „póki", ale instynkt w ostatniej chwili go powstrzymał. Nie pora była na sugerowanie wieczystej więzi. Ves pokiwała tymczasem głową.
— Omówmy to w cieple i przy szklaneczce, dobrze? Pani może iść z nami — mruknął w kierunku elfki, próbując nie brzmieć zdawkowo; wyszło, jak wyszło.
— Nie muszę — odparła szybko. — Jak wolisz, Vesanna?
Tym razem kobieta wahała się krótko.
— Chodźmy razem. Tylko niech mi ktoś dziecko przyniesie. Nie chcę zostawiać samego we dworze.
'
'
Roche postarał się udawać, że Sh'aenid mu nie przeszkadza. Bez wielkiego skutku, ale miał nadzieję, że panie przynajmniej docenią jego próby, rzadko takowe podejmował.
Rozmowa początkowo się nie kleiła, chociaż siedzieli w prywatnym pokoju, głównie dlatego, że Ves milczała, a elfka nie zamierzała za nią odpowiadać. Chociaż nie pozwalała też na ciszę. Słusznie, dumał Vernon, cisza wpędzałaby dziewczynę w poczucie winy, przytłaczała. Gadali więc o głupotach, pogodzie, polityce, plotkach vergeńskich, tym tycim chłopcu, który spał i bardzo mało płakał, właściwie aż niepokojąco mało, patrząc na jego chudość, maleńkość, kruchość. Kobieta wtrącała czasem, znad dzieciaka, kilka słów.
Potem zaczęła dodawać kilka zdań. Skrępowanie powoli ustępowało, chociaż nadal wszyscy starannie omijali temat przeszłości, zwłaszcza Pasów. Ves mówiła za to sporo o swojej podróży z nieludźmi. Po jakimś czasie zaczęła się nawet uśmiechać i rzucać anegdotki, aż wreszcie, gdy Sh'aenid wstała, powiedziała, że już późno, że już wróci do dworu, ale niech oni zostaną, jeśli chcą, nie potrzebuje pomocy w dojściu do łóżka – dziewczyna się zgodziła.
I wtedy zapytał, kto ją gwałcił. Drgnęła, owinęła się szczelniej ubraniami.
— Różni ludzie — bąknęła wreszcie. — Pewnie z pół Ard Carraigh. Nie ma sensu... dociekać. Ustalać. Nie szukaj, Vernon — dorzuciła miękko. — To już nie ma znaczenia. Wszystko w końcu wyszło na dobre. Mam dzieciaka i... i Sh'aenid, Brend, wszyscy dbają o mnie. Nawet elfy tutaj. Jest dobrze. Nie potrzebuję zemsty.
'
'
Ves nadal spała w kwaterach Vernona. To on się wyniósł. Początkowo chciał na dowolny przyzwoity fotel, choćby w sali spotkań – o, to coś a la tron wyglądało na bardzo wygodne, jeśli wartę pełniły krasnoludy, to go nawet wpuszczą – ale po drodze zaszedł jakoś do koszar, w koszarach czekała zaś Yeylia. Nad książką. Trochę po dziecinnemu nadąsana, głównie chyba jednak śpiąca. I z prezentem.
— Zrobiłaś mi coś — wyjąkał zdumiony Roche. — I to nie jest obroża.
Yeylia wzruszyła ramionami.
— Obrożę też zrobiłam. Ale to raczej prezent dla mnie, prawda? I nie zrobiłam, tylko ozdobiłam. Nie jestem dość dobra z metaloplastyki, żeby mi wyszedł ładny puchar. Ale się uczę zdobnictwa – przeszłam na poziom kursu zawodowego ostatnio, podobno mi nieźle idzie... — urwała, najwyraźniej zdawszy sobie sprawę, że brzmi jak podekscytowane dziecko.
Puchar był srebrny, grawerowany w kwietne wzory, na dole kielicha przyozdobiony kryształami górskimi, sterczącymi jak ostrza tuż nad dłonią. Nawet lilijki, wplecione w całe to florystyczne bogactwo, którego nazw oczywiście Vernon nie znał, się znalazły.
— Bardzo ładne — oznajmił. — Dziękuję. Naprawdę dziękuję.
— Muszę ćwiczyć — prychnęła elfka. — A wszyscy inni dostali już całe komplety stołowe.
— Aha — bąknął major, nie wstrzymawszy ironii. — Dziękuję mimo wszystko.
Znów wzruszyła ramionami.
— Iorweth chce cię wysłać, żebyś zabił tego chuja, który złapał jego matkę, prawda? I twoją dziewczynę — dodała z bardzo teatralnym odcieniem uprzejmości.
Skinął głową.
— Jak najszybciej. Pewnie za parę dni wyjadę — dodał, bo Yeylia wydawała się na coś czekać.
Teraz się uśmiechnęła. Zęby błysnęły na jej wardze.
— To nie marnujmy czasu, Dh'oine.
