Poranek jest słoneczny jak na życzenie. Zbierają się pod domem Dereka i Stiles tym razem jest w luźnych dżinsach, chociaż ma na sobie zapinaną na guziki koszulę z krótkim rękawem. Jeremy ściska dłoń Scotta i na jego przedramieniu czerni się wytatuowana runa. Stiles swoją rękę ma opatrzoną.
— Nie rozchodzimy się — zaczyna Derek. — Każdy ma być w zasięgu głosu. Pozostali wyruszą za nami. Jeśli cokolwiek się stanie, musicie być przygotowani na jej odwet.
— Nie możecie pozwolić jej wrócić do wody, ponieważ bardzo szybko odzyska siły. Zanim my dojdziemy do siebie, będzie za późno — dodaje Stiles, a potem bez zażenowania zaczyna rozpinać koszulę.
Jeremy idzie w jego ślady i ściąga t-shirt. Scott przez chwilę się waha. Przeważnie nie rozbierali się do polowania, ale ubrania czasami naprawdę krępowały ruchy.
Derek kątem oka obserwuje niezbyt umięśnione ciało Stilesa. Wciąż pozostał szczupły, chociaż nie jest już chorobliwie chudy. Jego kończyny są o wiele bardziej proporcjonalne, a na prawym bicepsie widnieje blizna po zębach. Podobnie na biodrze, ponad linią bokserek.
Stiles podchwytuje jego wzrok, ale nie odwraca się. Skopuje tylko buty i zdejmuje skarpetki, a za nimi spodnie i zostaje w samej bieliźnie. Nie marnuje czasu, rzucając się do przodu od razu w postaci alfy. Robi kilka okrążeń, jakby chciał sprawdzić czy na pewno wszystko już jest z nim dobrze i Derek nie może oderwać od niego wzroku. Scott może nabijać się, że to najmniejszy alfa na tym świecie, ale Stiles jest piekielnie szybki. Gdyby Derek mógł wybierać między swoją siłą a zwinnością Stilinskiego, nie miałby wątpliwości, że wolałby jednak to drugie. Może i wzbudzał swoją posturą szacunek, ale atak z zaskoczenia był o wiele bardziej skuteczny.
— Nie wiedziałem, że jesteś typem Yorka — parska McCall i Stiles zbliża się do niego powoli.
Scott cofa się instynktownie, ale jest za późno. Stiles zdejmuje mu spodnie razem z majtkami, zanim zdąża mrugnąć okiem.
— Dobra, mało miałeś mnie nagiego w szkole? — mruczy Scott.
Słychać śmiech Isaaca, który podobnie jak Erica musiał obserwować ich z domu.
Jeremy staje krok za swoim alfą i kręci z niedowierzaniem głową. Najwyraźniej McCall zredukował jego przywódcę do rozbrykanego nastolatka i starszy wilkołak nie może w to uwierzyć. Derek przemienia się, upewniając, że runa, którą Allison wypaliła mu na skórze, nie zaleczy się, gdy jest w postaci alfy. Wszystko jednak wygląda dobrze. Kiedy Scott do niego dołącza, wyruszają.
Stiles prowadzi, chociaż ewidentnie stara się zrównać z nimi krok. Wodę czuć już z daleka, dlatego miejscem początku polowania jest dom Hale'ów. Zatrzymują się tuż przy brzegu jeziora i okrążają je. Stiles wydrapuje na najbliższych drzewach dziwne symbole, ale kelpia się nie pojawia.
Derek czuje obecność pozostałych członków watahy. Erica, Isaac i Boyd krążą wokół, ale nie podchodzą.
W końcu coś wyłania się z jeziora i Stiles przysuwa się do Dereka, osłaniając Jeremy'ego i Scotta, którzy są dodatkowym wsparciem.
Magia uderza w nich falami, a runy, które mają wydrapane na przedramionach, szczypią. Ból jest złośliwy, ale nie na tyle, by utrudniał im ruch. Cofają się ostrożnie, warcząc. Stiles musiał ją jakoś sprowokować do wyjścia z bezpiecznej kryjówki i teraz ich zadaniem było wyłącznie odciągnięcie jej od wody, żeby nie mogła uciec tam ranna.
Jeremy powoli ją okrąża, ale Stiles nagle sztywnieje i ku przerażeniu Dereka przybiera ludzką postać.
— To nie ona — mówi głucho i wtedy do ich uszu dociera wycie. — Damien! — warczy Stilinski, a potem w biegu ponownie zmienia się w alfę .
Nie mają szans go dogonić. Chociaż najdłużej chyba towarzyszy mu Boyd, bo skorzystał z przewagi, którą dawała mu odległość. Derek w zasadzie nie pamięta drogi przez las. Słyszy tylko pozostałych członków swojej watahy, którzy zostają coraz bardziej w tyle. Ledwo widzi Stilesa mijającego kolejne wykroty i drzewa. Czerwona mgiełka przysłania mu zdolność widzenia.
Kiedy wbiega do domu Stilinskich, Stiles szamocze się już z istotą, która wydaje z siebie jakieś dziwne dźwięki. Derek nie waha się i dołącza, po prostu odgryzając kelpii głowę, gdy jest skupiona na odpieraniu ataków drugiego alfy. Jego ręka przez chwilę niemal płonie, gdy runa wypala się na jego skórze. Znak czernieje i pewnie zostanie tam na zawsze niczym tatuaż, który przypominać mu będzie o tym dniu.
Stiles cały we krwi klęczy między nieprzytomnym synem a Jamesem, który nie może się poruszyć. Runa na przedramieniu bety jest zniekształcona, przecięta pazurami i pogryziona, podobnie jak całe plecy Stilesa, które nie zaczynają się nawet goić.
Derek nie wie, co ma zrobić w tej sytuacji, więc klęka koło Damiena. Delikatnie sprawdza obrażenia chłopaka, ale syn Stilesa nie ma widocznych ran. Jego oddech jest płytki i miarowy. Wygląda jak Stilinski jeszcze parę dni wcześniej.
— Zabij mnie — szepcze James i Stiles sztywnieje.
— Nic ci nie będzie, to się zaleczy — mówi słabo. To nie jest kłamstwo. Stiles po prostu nie jest pewny czy to prawda. — Deaton… — urywa.
James kiwa przecząco głową i z trudem przesuwa dłoń aż dotyka czubkiem palca ramienia Damiena.
— Przysięgałem go chronić — chrypi.
Stiles oddycha ciężko i w końcu podejmuje decyzję. Na jednej z jego dłoni pojawiają się szpony, a potem przecina gardło mężczyzny, którego oczy na tę krótką chwilę rozbłyskają czerwienią.
Derek nie wie czego się spodziewał. Stiles zakrywa swoją twarz dłońmi i opada na podłogę. Oddycha z trudem i milczy. Jeremy i pozostali wpadają do pomieszczenia i zamierają. Najstarszy z grupy patrzy pustym wzrokiem na ciało przyjaciela, a potem na Damiena. Trudno cokolwiek wyczytać z jego twarzy, ale ten bezruch denerwuje Dereka.
— Co robimy? — pyta głucho.
Stiles jest cały umazany we krwi, gdy z trudem wstaje, podnosząc syna jak szmacianą lalkę. Ciało Damiena zwisa bezwładnie w jego ramionach, ale nikt nie pyta czy chłopak żyje. Słyszą jego serce, które wolno, ale jednak bije. Stiles kładzie go na swoich kolanach i na przedramieniu zaczyna wycinać runę za runą, ale dziecko nie reaguje. Stilinski nie wygląda jakby spodziewał się czegoś innego.
Scott nie opuszcza Stilesa nawet na krok, podobnie jak Jeremy. Obaj starają się wciągać go do rozmowy, ale Stiles odpowiada półsłówkami, pogrążony w lekturze. Damien śpi i nieruchomy wygląda nienaturalnie. Derek podejrzewa, chociaż nigdy nie widział go śpiącego, że dzieciak należy do tych rzucających się po całym łóżku. Anna trafia na kilka dni do szpitala. Na szczęście nie została zaatakowana, jedynie ogłuszona, ale z wstrząśnieniem mózgu nie należy ryzykować.
Stiles w końcu zgadza się iść do Deatona. To jemu pierwszemu pozwala dotknąć syna, ale weterynarz nie ma zbyt wiele do powiedzenia. Nie jest jednak zaskoczony, że Stiles wrócił do miasta, ani że jest alfą, więc Dereka to irytuje. Nigdy nie wiedzieli skąd Alan czerpał takie informacje, ale kiedyś w końcu powinien zacząć się nimi dzielić.
— Musimy coś zrobić — mówi Scott. — Ty coś zrób — dodaje. — Też straciłeś całą rodzinę, rozumiesz go — warczy niemal, gdy Derek nie odpowiada.
Prawda jest taka, że Hale nie wie co zrobić. Stiles traktuje wszystkich jak powietrze, jedynie snując się po korytarzach lecznicy, w której zamieszkał, gdy przenieśli tam Damiena.
— Kiedy Kate podpaliła mój dom... — zaczyna pewnego razu, czując w gardle gulę, ponieważ mówi o tym pierwszy raz.
— Nie — przerywa mu głucho Stiles. — Ze wszystkich ludzi ty nie będziesz okazywał mi empatii — dodaje i to jest najdłuższe zdanie, które wypowiada od tygodnia.
— Chciałem tylko... — zaczyna Derek ponownie, ale atmosfera w pomieszczeniu staje się gęsta.
Emocje Stilesa wypierają niemal całe powietrze, a na korytarzu słychać pierwsze warknięcia. Pozostali wyczuwają zagrożenie, ale dodatkowa obecność alfy niepokoi ich.
— Wiem, co czułeś, gdy Kate podpaliła twój dom. Tylko tobie się wydawało, że jesteś w tym sam — cedzi Stiles przez zęby. — Wszyscy byliśmy w to wplątani. Nie jestem wściekły — dodaje odrobinę spokojniej.
Chyba chce jeszcze coś powiedzieć, ale wchodzi Deaton i pochyla się nad Damienem. Ma w dłoniach coś, co wygląda jak oprawiona w ludzką skórę księga. Derek nie chce się nawet domyślać co to jest.
— Ile dzieci mieszka w Ellsworth? — pyta weterynarz.
— Około dwunastki, która należy do watahy. W tym piątka ludzkich. W okolicznych domach nie ma nikogo, kto nie byłby członkiem naszej grupy — odpowiada Stiles.
— Kelpia pojawiała się tylko pod waszym domem? — pyta dalej i Stiles kiwa potakująco głową. Deaton marszczy brwi i po raz pierwszy wygląda na zmartwionego. Przewraca kolejne strony, starając się dotykać kartek jak najmniejszą powierzchnią skóry. Jeremy wsuwa się do środka i staje za Stilesem. Od kilku dni jest milczącym wsparciem.
— Wiesz jak działa śpiew kelpii? — pyta w końcu Deaton.
— Kelpie zwabiają swoich wybranków za pomocą magii i topią ich, by ci mogli pozostać z nimi na zawsze — mówi obojętnie, jakby cytował podręcznik i możliwe, że tak jest. — Damien jest w letargu wywołanym nadmiarem magii i jest za młody, żeby ją zwalczyć. Nie wspiera go wataha — dodaje.
— Nie w tym rzecz — przerywa mu Deaton. — Zastanów się, dlaczego chciała akurat jego? Miała do wyboru wiele innych dzieci. Dlaczego Damien?
Stiles wzdycha.
— Jest alfą? — To jest bardziej pytanie niż odpowiedź, ale Alan kiwa przecząco głową.
— Ona nie chciała go zabrać ze sobą jako partnera, ale jako dziecko. Nawoływała go, dlaczego? — pyta Deaton.
Stiles blednie, opierając się o stół, na którym leży nieprzytomny chłopak. Przez chwilę w pomieszczeniu słychać tylko równomierny oddech Damiena.
— Nie mów ani słowa, dopóki nie skończę — mówi Stiles i w jego głosie pobrzmiewa groźba. — Ojciec Damiena nie uznał go. I nie wie o nim — dodaje, a Deaton otwiera usta w szoku. — Zamknij się! — warczy Stiles używają głosu alfy, gdy Alan zamierza coś powiedzieć. — Derek instynktownie wystawia kły, a Jeremy ze Scottem przywierają do ścian. — Nie wie o nim — mówi Stiles już spokojniej. — Czyli ona chciała zająć jego miejsce? Uznać go? To ma jakieś magiczne powiązania? — pyta, ale Alan się nie porusza. — Deaton, co jest potrzebne do tego, żeby Damien się obudził? — nalega. Alan przełyka głośno ślinę i z powrotem sięga do księgi. Serce Stilesa bije bardzo głośno i przyspiesza, gdy Deaton po raz wtóry czyta ten sam fragment. — Upewniłeś się? — pyta Stiles.
— Krew. Muszą wymienić się krwią — mówi Alan. — Jest twoim synem, bo jest krwią z twojej krwi, ale nie miał do czynienia z… ojcem — kończy. — Wilkołaki gryzą swoje dzieci tuż po urodzeniu, by oznaczyć je jako swoje.
Stiles oddycha ciężko, zagryzając wargę.
— Czyli on musi ugryźć Damiena? — pyta słabo.
— Nie. Jego magia zastąpi magię kelpii, gdy zmiesza się krew. Ona musi być świeża — dodaje Deaton i Stiles zaciska pięści tak mocno, że na stole pojawiają się rysy.
Scott porusza się niespokojnie w rogu pomieszczenia, ale na wszelki wypadek nie podchodzi.
— Znajdziemy go Stiles i przywieziemy tutaj. Z krwią potem nie będzie już problemu — obiecuje i coś niebezpiecznego brzmi w jego głosie. McCall rzadko posuwa się do gróźb, ale jeśli już to robi, należy trzymać się od niego z daleka.
— Czy to ma być jakiś rytuał? Czy wystarczy, że przetnę nadgarstek Damiena? — Stiles ignoruje uwagę Scotta, skupiając się głównie na Deatonie.
— Nie. Wystarczy kilka kropli. Magia sama zrozumie, co ma robić — odpowiada weterynarz.
Puls Stilesa wyraźnie przyspiesza. Derek nie wie, jakim cudem jeszcze Stilinski nie wałęsa się po lecznicy w postaci alfy. Musi jednak panować nad sobą o wiele lepiej niż na to wygląda.
Stiles gładzi opuszką palca nadgarstek chłopca, a potem przecina go szponem wzdłuż niebieskiej żyły, krew spływa powoli na stół, ale rana się jeszcze nie zasklepia. Derek prawie przestaje oddychać, gdy czuje na sobie jego dłoń. Stiles bez słowa przecina jego skórę i przyciska otwartą ranę do ręki syna. Oczy Damiena na krótką chwilę otwierają się i rozbłyskują czerwienią, ale chłopak zapada ponownie w sen. Tym razem jego oddech jest normalny, nie tak płytki jak wcześniej, a rana się zabliźnia. Nie widać po niej śladu. Derek jednak tego nie zauważa, bo gapi się z otwartymi ustami na Stilesa, który uparcie unika jego wzroku.
— Wynoś się — warczy Stilinski i dopiero wtedy Derek porusza się, jakby wytrącony z transu.
— On… — mówi, wskazując na leżącego na stole Damiena.
— Wynoś się — powtarza Stiles o wiele głośniej.
Jeremy porusza się za nim, ale po chwili obaj ze Scottem lądują na ziemi. Deaton przezornie opuścił pomieszczenie, gdy tylko Stiles zrobił pierwsze nacięcie.
— ...on jest mój — wykrztusza w końcu Derek. Nie wie co czuć. Ulgę czy złość. Patrzy na Damiena i nie może przestać. Wszystko zwalnia, więc gdy Stiles uderza go w twarz, nie ma czasu nawet się zasłonić. Ląduje na ziemi obok Scotta, który jest równie skołowany co on.
— Stiles — zaczyna McCall.
— Wynoście się — mówi Stilinski przez zęby.
Scott chyba chce coś powiedzieć, ale nie wie co w takiej chwili powinien. Podnosi się i zatrzymuje w progu zdezorientowany.
— Stiles — mówi ponownie.
— Wynoście się — powtarza Stilinski, a w jego oczach błyszczą łzy. Derek nie wie czy to ból, czy złość.
— Nie możemy. Deaton użył popiołu — informuje go Scott.
Stiles spogląda w stronę Alana, który stoi po drugiej stronie pomieszczenia z woreczkiem w dłoni.
— Nie wyjdziecie, dopóki sobie wszystkiego nie wyjaśnicie — mówi Deaton.
— Nie możesz nas trzymać tutaj wiecznie, a gdy wyjdę, zabiję cię — odpowiada Stiles beznamiętnie.
— Kiedy przyszedłeś do mnie pytać o ciążę wilkołaczą, myślałem, że prowadzisz badania — ciągnie dalej weterynarz. — Powinieneś był mi powiedzieć — dodaje, odchodząc i Stiles go nie zatrzymuje ani słowem.
Scott przestępuje nerwowo z nogi na nogę, ale nie wie co zrobić. Obaj z Derekiem stoją po jednej stronie sali, a Stiles i Jeremy po drugiej. Damien wciąż leży nieprzytomny i to chyba tym razem błogosławieństwo.
— Dlaczego mi nie powiedziałeś? — pyta słabo Derek.
Wciąż jeszcze wszystko do niego nie dotarło. Stiles przez chwilę milczy i wydaje się, że nie odpowie. Serce Stilinskiego bije szybko, widać, że jest zdenerwowany, chociaż woń ulgi roznosi się po pomieszczeniu, gdy Damien po raz pierwszy od tygodnia obraca się na bok.
Derek ma ochotę podejść, ale nagle rozbrzmiewa cichy warkot — ostrzeżenie.
— Chciałem to zrobić, ale powiedziałeś mi, że osłabiam watahę — odpowiada Stiles.
Jeremy marszczy brwi i zaczyna się wpatrywać w Dereka z nieskrywaną nienawiścią.
— Ja… — urywa, bo nie wie jak się bronić.
— Nie chciałem przyjąć ugryzienia, więc mnie odrzuciłeś — ciągnie dalej Stiles beznamiętnie. Nie wie co odpowiedzieć, bo to jest jedna z prawd. — Chciałem przekonać cię, że wataha ze mną jest silniejsza, ale nie pozwoliłeś mi skończyć — mówi dalej z pozoru opanowany. — I wtedy powiedziałeś mi, że nigdy nie byłem członkiem watahy — urywa, bo głos grzęźnie mu nagle w gardle. — I coś we mnie pękło. Wiedziałem, że nie traktujesz mnie tak poważnie jak ja ciebie, ale…
On mnie nie kochał, a ja nie potrafiłem być z kimś, kto mnie nie kocha. — Derek przypomina sobie słowa Stilesa, gdy ten opowiadał o ojcu Damiena, o nim.
— Nie. Nie! — zaprzecza Derek. — Ja, ty… — jąka się, bo to nie tak, ale Stiles zaplata ręce na piersi, dodatkowo się od niego odgradzając.
— Pieprzyliśmy się przez niemal rok i ani razu nie spytałeś, czy chcę gdzieś wyjść, co słychać w szkole albo jak udaje mi się wymykać na noc do ciebie. Za każdym razem, gdy wychodziłem, brałeś długi prysznic i zmieniałeś pościel, żeby nikt z pozostałych nie dowiedział się, że u ciebie byłem — ciągnie dalej i Derek czuje, jak Scott sztywnieje tuż obok. — Wysyłałeś mi smsy z miejscem i czasem spotkań watahy albo tym, co chciałeś, żebym wyszukał — dodaje i z jego ust wymyka się westchnienie. Wydaje się nagle bardzo zmęczony i o wiele starszy. Jeremy kładzie mu rękę na ramieniu i Stiles instynktownie pochyla się w jej kierunku, chociaż się do niej nie przytula. — Mówisz; 'ja, ty', więc sam wiesz, że nie istniało coś takiego jak 'my'. Zdałem sobie z tego sprawę, gdy było już za późno. — Przez chwilę milczą, bo Derek nie wie co powiedzieć, a Stiles najwyraźniej skończył. Scott uparcie wpatruje się w podłogę i zagryza wargi. Stiles obraca się ponownie w stronę drzwi. — Wystarczy, Alan?! — podnosi głos.
Deaton jednak się nie pojawia. Jeremy przysuwa się bliżej Stilesa, instynktownie dając mu wsparcie, którego on teraz potrzebuje.
— Porozmawiajmy — prosi Derek, bo ponownie zapada cisza.
— Nie mamy o czym — odpowiada Stiles. — Nie szukam zemsty. Zrozumiałem lata temu, jak głupi byłem sądząc, że mógłbyś się mną zainteresować — dodaje i w jego głosie słychać gorycz. — Dzieciak, który nie potrafi utrzymać swoich ust zamkniętych nawet na pięć minut. Dzieciak, którego trzeba non stop pilnować — wylicza.
— Stiles — przerywa mu Scott. — Nigdy tak o tobie nie myśleliśmy. Nigdy — powtarza odrobinę mocniej. W głosie McCalla nie słychać kłamstwa. Scott faktycznie mówi prawdę, ale obaj — Stiles i Derek — wiedzą, że to nie zdanie bety było tutaj decydujące. Alfa odpowiada za watahę. Za przyjmowanie nowych członków. Za odrzucanie innych.
— Ja… — zaczyna ponownie Derek, ale milknie.
Nie wie jak Stiles to robi. Zawsze był dobry w tych emocjonalnych sprawach. Potrafił artykułować swoje uczucia, spajać ludzi swoją otwartością.
— Nie, to ja byłem problemem i dostrzegłem to później — mówi Stiles. — Jako człowiek narażałem was na niebezpieczeństwo. Nie mogliście się skupić na wykonywaniu zadań. Zamiast kooperować ze sobą i uczyć się współpracy, musieliście cały czas na mnie uważać.
Palce Jeremy'ego zaciskają się na ramieniu alfy, ale Stiles zdaje się tego nie zauważać.
— Nie chodziło o ugryzienie — mówi w końcu Derek, przełykając ślinę.
Stiles po raz pierwszy wydaje się zaskoczony, ale po chwili uśmiecha się krzywo.
— Więc chodziło po prostu o mnie — parska, ale to nie jest przyjemne rozbawienie. — Pocieszające — wzdycha.
— Nie. Ja… — Derek powtarza po raz któryś i urywa. Tu jest za dużo ludzi na takie rozmowy. Spogląda na Scotta i Jeremy'ego, ale Deaton wciąż nie usunął popiołu. Stiles zerka nerwowo na zegarek, a potem Damiena, który powoli zaczyna się chyba wybudzać. Przykrywa syna swoją marynarką i unosi go, a do nozdrzy Dereka dochodzi zapach Anny. Kobieta musiała dostać jakąś wiadomość od Jeremy'ego, który jako jedyny nosi przy sobie telefon. Nie mijają nawet dwie minuty, gdy Anna pojawia się w drzwiach. Ostrożnie przecina linię popiołu, a potem wyciąga bez słowa ręce po Damiena. Stiles przechodzi obojętnie koło Dereka, jakby wiedział, że nie zostanie zatrzymany. Scott i Jeremy są już za zewnątrz, i Hale widzi dziwny błysk w oku Scotta zanim ten popycha z powrotem do środka Stilesa. Anna bez słowa poprawia linię popiołu i na wszelki wypadek dosypuje odrobinę z własnych zapasów.
— Jeremy! — warczy ostrzegawczo Stiles.
— Nie — odpowiada mężczyzna. — Nie próbuj używać głosu alfy.
Stiles sięga po jeden ze stołków, ale nie rzuca nim, bo Anna wciąż stoi obok z jego synem na rękach.
— Jeremy! — Warkot, który wydobywa się z ust Stilesa jest jak grzmot. Wilkołak instynktownie zaczyna nadstawiać gardło, ale Scott w ostatniej chwili po prostu popycha mężczyznę na ścianę.
— Skarbie, przestań — zaczyna spokojnie Anna. — Nie chcesz chyba wystraszyć Damiena — dodaje i Stiles na chwilę traci ten morderczy wyraz oczu.
— Wypuść mnie stąd — prosi, ale kobieta kiwa przecząco głową. — Zabiję twojego alfę, jeśli nie usuniesz popiołu, McCall — zwraca się do Scotta, ale wilkołak marszczy tylko brwi.
— Stiles, nie wiem o co chodzi i nie chcę się do tego mieszać. Jedziemy do domu. Damiena znajdziesz na pewno w pokoju Stilli — mówi, a potem wskazuje pozostałym drogę wyjścia.
Zanim znikają na korytarzu, Stiles wyrzuca krzesło na zewnątrz, a potem rozbija szafkę z lekami. Miota się kilka minut, a Derek nie przeszkadza mu początkowo, ale kiedy Stilinski zaczyna podnosić metalowy stół, w końcu warczy ostrzegawczo.
— Przestań — mówi, ale drugi alfa ignoruje go. Podchodzi szybko i kładzie mu rękę na ramieniu. Okazuje się to błędem, bo po raz drugi dostaje dzisiaj w twarz i ląduje pod ścianą, odrzucony siłą uderzenia.
— Nie dotykaj mnie — warczy Stiles. Stoi w lekkim rozkroku, pochylony do przodu, z rękami zwisającymi wzdłuż ciała. Dyszy.
— Dobrze, ale usiądź — mówi spokojnie Derek, powstrzymując instynktowny odruch, żeby zaatakować zagrożenie. — Deaton pewnie jest gdzieś tutaj i czeka aż porozmawiamy — dodaje.
— Już rozmawialiśmy — warczy Stiles, ale mimo to siada po drugiej stronie pomieszczenia. Wyciąga swoje długie nogi, ale układa je tak, żeby w każdej chwili swobodnie wstać. Oddycha przez usta, starając się uspokoić, ale jego serce wciąż bije jak szalone. — Nie oddam ci go — mówi w końcu. — Nie oddam ci mojego syna. James mówił, że go chciałeś, gdy dowiedziałeś się, że jest potomkiem dwóch alf — dodaje. — Jeśli mu zagrozisz, moja wataha zrówna Beacon Hills z ziemią. Scott i Isaac nie wtrącą się nawet po mojej śmierci.
— Ja… — urywa Derek i prawie ma ochotę wyć, bo znowu nie wie co powiedzieć. Znalezienie odpowiednich słów przychodzi mu z trudem, jak zawsze. — Nigdy nie stanowiłem i nie będę stanowił zagrożenia dla Damiena — mówi w końcu. Stiles uspokaja się odrobinę, ale wciąż spogląda na niego nieprzyjaźnie. — I nie chodziło o to, że odmówiłeś przemiany — dodaje po chwili. — Czułem się odrzucony, bo w ten sposób dałeś mi do zrozumienia, że nie chcesz do nas dołączyć, ale nie chodziło o to. — Robi głębszy wdech.
— Nie chcę o tym rozmawiać — mówi Stiles. — Rozpamiętywanie przeszłości nie ma sensu.
— Nie. Chcę ci wytłumaczyć… chcę powiedzieć, że wiesz jaki wtedy byłem. Nie byłem materiałem na partnera i na pewno nie na alfę — przyznaje Derek. — Nie traktowałem cię jak zabawkę — dodaje, chociaż Stiles wysuwa kły. — Było mi łatwiej żyć ze świadomością, że jesteś gdzieś tam szczęśliwy i bezpieczny, niż patrzeć jak każdego dnia się narażasz. Nie chciałeś przyjąć ugryzienia, nie wiedziałem jak miałbym cię chronić — ciągnie, a słowa nagle same zaczynają płynąć. — Nie panowałem nad watahą, nad okolicą i na pewno nie do końca dawałem sobie radę z rolą alfy. To ty uspokajałeś wszystkich, dawałeś im rady i… i nie byłbym dobrym partnerem… — powtarza.
— Kto dał ci prawo o tym decydować? — przerywa mu Stiles. — Prawo do decydowania o moim szczęściu… Bezpieczny? — parska. — Wyjechaliśmy jak najdalej z moim ojcem, a potem okazało się, że z dzieckiem dzieje się coś dziwnego. Musieliśmy szukać kolejnej watahy, żeby uzyskać jakiekolwiek informacje. A alfa tej watahy próbował mnie uwieść, a potem zabić — informuje go sucho. — Szczęśliwy? Przez dziesięć lat nie wiedziałem, co mam powiedzieć mojemu dziecku, bo nie wiedziałem, jak mu wytłumaczyć, że nie jesteś złym człowiekiem, tylko mnie nie kochasz — dodaje.
— Nie, Stiles — Derek wchodzi mu w słowo i podnosi się. Nie wie czy powinien podejść bliżej, bo serce alfy zaczyna bić w zastraszająco szybkim tempie i na dłoniach Stilesa ponownie pojawiają się pazury. Zatrzymuje się więc. — Gdyby Laura żyła, byłbyś po niej najważniejszą osobą w moim życiu — wykrztusza w końcu i Stiles wygląda na zaskoczonego. — Nie chcę odebrać ci syna, mojego syna, naszego syna — poprawia się. — Powinieneś był mi powiedzieć, wymyślilibyśmy coś. Wiem, że James nie żyje. Wiem kim dla ciebie był i jeśli się zgodzisz, zajmę jego miejsce — dodaje w końcu. — Scott poradzi sobie jako alfa, ma predyspozycje, a ja mogę mieszkać na waszym terytorium, jeśli mnie uznasz — łamie mu się głos.
Nie przemyślał tego wcześniej, ale to wydaje się jedynym wyjściem. Zaatakowanie Stilesa i odebranie mu dziecka nie wchodzi w grę. Nie potrafiłby tego zrobić. Wątpił czy dałby radę wygrać, a nawet jeśli, Damien nigdy by mu nie zaufał. A chce poznać syna. Nawet jeśli nie wisiałaby nad nim groźba odwetu watahy Stilesa, nie podjąłby się czegoś takiego.
Stiles podnosi się z podłogi i przez chwilę patrzy na niego, jakby nie dowierzał temu, co usłyszał. Przechyla głowę na bok i marszczy brwi, a potem kręci nią, odrzucając najwyraźniej jakąś natrętną myśl.
— Kim był dla mnie James? — pyta w końcu, nie rozumiejąc. — Myślisz, że James był moim kochankiem? — dochodzi do niego, gdy obserwuje twarz Dereka. Podświadomie kiwa przecząco głową. — James przysiągł opiekować się Damienem, gdy go urodziłem.
— Nie powiesz mi, że to było całkiem platoniczne — mówi Derek, bo te słowa same wyrywają mu się z ust.
— Chyba trochę za późno na zazdrość — zwraca mu sucho uwagę Stiles i Hale przytakuje głową.
— Mogę zająć jego miejsce — powtarza jednak uparcie. — Wiem, że nie pozwoliłbyś przyjeżdżać tutaj Damienowi, a chcę go mieć blisko siebie. Mogę zastąpić Jamesa — mówi z pewnością w głosie. Nie chce brzmieć na zdesperowanego, ale sam czuje jak emanuje z niego strach. Tak samo pachniał, gdy Kate podpaliła ich dom, gdy Peter zamordował Laurę, gdy Stiles wyjechał. Drugi alfa patrzy na niego, jakby widział go po raz pierwszy i milczy, co nie jest dobrą oznaką.
— Wiesz, że James był alfą — mówi w końcu powoli. — Rozumiesz, co proponujesz?
— Moja wataha jest stabilna, poradzą sobie. Scott w zasadzie nie potrzebuje poleceń i podejmuje samodzielne decyzje — dodaje, ale Stiles kręci przecząco głową. — Zaproponowałeś przymierze, więc jeśli cokolwiek by się działo, zawsze mógłby zadzwonić do ciebie — próbuje ponownie i ta wizja staje się coraz bardziej sensowna, ale Stiles zasłania twarz dłonią. — Wiem, że mnie nie chcesz znać, ale pomyśl o tym. Nikt nie będzie bronił Damiena tak jak ja — dorzuca, ale Stiles coraz mocniej kręci głową.
— Chcesz się zrzec swojego statusu? — pyta w końcu, odrywając ręce od twarzy. Jego policzki są zarumienione, a oczy błyszczą czerwienią. — Co się stało z: 'Teraz ja jestem alfą'? — cytuje go. Jego głos jest teraz o oktawę wyższy.
Derek przełyka ślinę, ale nie zamierza odpowiadać. Na pewne pytania nie ma dobrych odpowiedzi. Pochyla się tylko, bo wciąż jest wyższy od Stilesa, i przechyla głowę tak, żeby wyeksponować szyję, a potem zamyka oczy. Słyszy, że Stiles podchodzi bliżej, a jego serce bije jak szalone. Jeśli chciałby się teraz go pozbyć, to była idealna okazja. Przez chwilę nic się nie dzieje, ale czuje ciepło drugiego ciała. Stiles w końcu dotyka go i Derek czuje na policzku łzy.
— Zaproś mnie na kolację — mówi cicho Stiles i Derek zastanawia się czy się nie przesłyszał. Jednak ciepłe dłonie obejmują jego twarz i Stiles całuje go spierzchniętymi ustami. To w zasadzie nie jest nawet pocałunek, a bardziej ugryzienie. Jego warga krwawi, więc instynktownie wysuwają też swoje kły. Zatapia je w miękkim ciele, ale Stiles nie walczy ani nie warczy.
— Nie mogę się na to zgodzić — szepcze tylko centymetr od jego warg.
Przez chwilę stoją tak w bezruchu, jedynie opierając się o siebie. Derek nie wie, który z nich pierwszy ponownie otwiera usta, ale teraz faktycznie się całują. I to jest całkiem spontaniczne, kompletnie pozbawione jakiejkolwiek finezji. Metaliczny smak krwi rozprowadza się po jego języku, który wkrada się do ust Stilesa, ale to nie jest ważne, bo kiedy budzą się rano, ich czoła się stykają. Są splątani i pogryzieni, i brudni, i zmarznięci, bo chociaż mają na sobie spodnie, to podłoga w lecznicy jest lodowata.
I Deaton stoi w progu, a za nim Jeremy, który trzyma za rękę Damiena.
Stiles sztywnieje w pierwszej chwili, przypominając sobie najwyraźniej o niesubordynacji ze strony członków własnej watahy, ale uspokaja się, gdy syn podchodzi do niego.
Damien marszczy nos, spogląda najpierw na Dereka, a potem na własny nadgarstek, na którym nie ma ani śladu po wczorajszym nacięciu. Jest blady i wciąż osłabiony, ale w pełni przytomny. Wydaje się lekko zdezorientowany i próbuje rozeznać się w sytuacji. Stiles tylko podnosi się na łokciach, a potem otwiera szeroko ramiona i Damien bez słowa przytula się do niego, ignorując Dereka. Stiles po chwili wstaje, nadal obejmując syna i wysuwa kły.
— Wystąp przeciwko mnie jeszcze raz… — zaczyna i Derek nie wie czy groźba jest skierowana do Deatona, czy Jeremy'ego, ale obaj kiwają głową, że zrozumieli.
Kiedy John Stilinski wraca do swojego domu w Beacon Hills, upewnia się, że jego broń jest naładowana. Zanim Derek mówi 'dzień dobry, szeryfie' zostaje postrzelony, a John bez słowa wchodzi do budynku z wnukiem za rękę. Stiles uśmiecha się krzywo, ale nie przeprasza, a Derek nie spodziewa się żadnego komentarza. To Scott wyciąga kulę i wkłada ją do słoiczka na pamiątkę.
Wataha Stilesa przyjeżdża z pierwszą wizytą w Święto Dziękczynienia i muszą z tej okazji wynająć cały hotel. Są hałaśliwi i kompletnie nieskoordynowani. Dzieciaki biegają po lesie i Isaac chodzi niewyspany przez niemal cały tydzień.
Kiedy jednak robią pierwsze wspólna zdjęcie, Derek odkrywa, że wyglądają jak rodzina. On i Stiles stoją na samym środku, otoczeni przyjaciółmi, a Damien opiera się o nich plecami, trzymając za rękę dziadka. Cała trójka spogląda z fotografii, błyskając czerwonymi tęczówkami.
Chris i Melissa stoją za Scottem i Allison, która trzyma na rękach Stilli. Anna opiera się o Jeremy'ego, który z kolei próbuje rozdzielić bijące się dzieciaki u swoich stóp. Boyd, Erica i Isaac wmieszali się w grupę dwudziestoparolatków, którzy udają znudzonych rodzinnym spotkaniem, chociaż starszyzna rzuca im odpowiednio karcące spojrzenia.
Derek zna imiona wszystkich z nich, a Stiles właśnie tego dnia przenosi swoje rzeczy do jego sypialni.
