Plaże na Ordonie dziewięć były zdecydowanie przepiękne. Kilometry koralowego piasku. To znaczy, piasku z korali, białego, nie koralowego koloru. Oczywiście wylądowali przed kolonizacją planety, więc Amy, która liczyła na coś więcej, niż biały piasek i turkusową wodę, marudziła trochę, ale potem przebrały się z River w kostiumy i poszły pływać, i wyglądały, z daleka przynajmniej, na zadowolone. Rory chrapał na leżaku, w cieniu wielkiego, kolorowego jak tęcza parasola, opartego o bok TARDIS.

Doktor po raz ostatni skropił wodą blanki przepysznego zamku, który wzniósł z piasku całkiem samodzielnie. Przygładził południową basztę. Przydałaby się flaga… A piasek to kiepski materiał na krużganki, zdecydował. Osypują się. Gdyby tak domieszać do piasku szkło wodne...

Otrzepał ręce i wstał. Ruda głowa Amelii migotała na niebieskim tle fal jak miedziane lusterko, ale gdzie jest River?

- River! - zawołał. W razie czego może powiedzieć, że chciał jej pokazać zamek. Zamek dla królowej.

- River!

Z morza wyłoniła się Afrodyta.

Jej głowę otaczała aureola ze szczerego złota. Złotem lśniły jej ramiona, krągłe i mocne, linie światła określały jej sylwetkę.

- Słoneczko! - zawołała, a Doktor otrząsnął się, czując, jak palą go policzki.

- Nie chcesz popływać?

Odchrząknął. - Nie, dzięki!

- Na pewno? - River odgarnęła włosy z oczu, a światło zamigotało na jej wilgotnej skórze. W zasadzie, pomyślał Doktor, zimny prysznic dobrze by mi zrobił.

- Nie za gorąco ci? Nie zdjąłeś nawet marynarki – River podeszła z zatroskaną miną. Czarny kostium, bardzo oszczędny, żeby nie powiedzieć skąpy, podkreślał jej złocistą opaleniznę.

Doktor pokręcił głową. Zasada numer jeden.

- Uhm. Widzę, że się pocisz, wiesz?

- Tak? - Odruchowo przesunął dłonią po czole.

River roześmiała się melodyjnym, miodopłynnym śmiechem, a jego zamrowiło w kręgosłupie.

- Nie ma tam gdzieś mojego kremu do opalania?

Rozejrzał się spiesznie. Plażowa torba River leżała rozpięta obok stopy jej ojca, śpiącego snem sprawiedliwych.

- Na mokrą skórę? – zapytał Doktor, chwytając torbę. Potem spojrzał na River i ugryzł się w język.

- Wodoodporny. Chodź tu z tym.

Zatrzymał się na skraju strefy przyboju, wyciągając do niej rękę z torbą, ale River skinęła na niego, właśnie jak pani zamku.

I nagle stał po kolana w chłodnej wodzie, słońce rozgrzewało mu głowę, ręce prześlizgiwały się po krzywiznach, o których staremu Möbiusowi ani się śniło, i nie było niczego, tylko słońce, woda, River i on. I smak soli i karmelu na wargach.

- Kiedy zabierasz mnie na plażę – usłyszał w uchu aksamitny szept – musisz się przygotować na to, że zmokniesz, Słoneczko.

- River… Ej!

Doktor zgarnął mokre włosy z oczu.

- Mamuś, kochana, czy ja ciebie i tatę oblewam wodą? - zapytała River, otaczając go ramieniem.

- Pomagam ci tylko spełnić obietnicę – zachichotała Amy.

Doktor i River wymienili spojrzenia. Potem uśmiechy. Potem, doskonale zsynchronizowani, ruszyli do ataku, ochlapując rudzielca chłodną, słoną wodą.

Promienie słońca migotały na falach w rytm ich śmiechu.