Część II
Theta


Tony bierze pierwsze pigułki z pomarańczowej fiolki, za wiele o tym nie myśląc. Czuje się jak strażnik snów Lokiego, zawsze gotów wyciągnąć go z koszmarów, gdy te zaatakują.

Jego organizm jest w stanie wojny z samym sobą. Szuka regeneracji, odpoczynku, lecz gdy sięga po oczywiste rozwiązania, sen przynosi jeszcze większe wyczerpanie. Tony nie zastanawia się, czy mieszanie w to chemii jest dobrym pomysłem. Autodestrukcja to jego zawsze powracająca kochanka.

- Sir, pańskie funkcje życiowe przedstawiają się dość alarmująco. Czy powinienem kogoś wezwać?

- Kogo? – pyta się miliarder i parska cichym śmiechem.

ж

Tony już tu kiedyś był, w tej rozległej przestrzeni ociekającej przepychem, z tronem na podwyższeniu. Tutaj odbył się jeden z pierwszych snów, tutaj wspólnie odkrywali, co stoi za tą mentalną więzią. Byli wtedy tak pełni gorzkiego gniewu…

Lecz tym razem to Loki siedzi na tronie - i może wyglądałby bardziej majestatycznie w pełnej zbroi, gdyby nie siedział w pozie, której nie powstydziliby się w żadnym burdelu. Tony uśmiecha się do własnych myśli i ma ochotę wyjść zza kolumny, ujawnić swoją obecność i opowiedzieć psotnikowi o swoim spostrzeżeniu – wiedząc, że ten pewnie wpierw oburzy się jego komentarzem, ale potem wszystko przemienią w ożywiony seks. Tony wciąż czuje się jak narkoman na wiecznym głodzie. Ma wrażenie, że nagle stał się nastolatkiem, który nie potrafi trzymać rąk przy sobie. To prawie groteskowe jak z takiej emocjonalnej ruiny, którą dzielili od samego początku tego „efektu ubocznego", narodziło się takie pragnienie, potrzeba.

Nagle w sali pojawia się czwórka wojowników. Tony poznaje z poprzednich mar blondwłosego mężczyznę nazywanego Fandralem. Kiwa z uznaniem, gdy dostrzega, że jedną z przybyłych jest kobieta. Delegacja wydaje się wstrząśnięta widokiem Lokiego na tronie, lecz utrzymują odpowiednią fasadę. Proszą psotnika o odwołanie banicji Thora, który został zrzucony na Ziemię. Loki odmawia i chociaż nazywa czwórkę „przyjaciółmi", Tony słyszy za tymi słowami jad, nawarstwiający się latami, który teraz – w sytuacji, gdy to oni są wreszcie na jego łasce – przejmuje kontrolę.

Gdy wojownicy wycofują się, a Loki odwraca się, by powrócić na swój tron, odkrywa, że ktoś zdążył go podsiąść.

Jego usta bezwiednie wyginają się w uśmiechu, a królewska włócznia znika z jego rąk, gdy podchodzi powoli do miliardera.

- Siedzisz na tym tronie jak dziwka, wiesz? – prowokuje Tony, szczerząc się swawolnie. W odpowiedzi Loki uśmiecha się w sposób, który powoduje dreszcze podniecenia i strachu, biegnące równocześnie wzdłuż kręgosłupa śmiertelnika.

Ale potem, gdy Loki bierze go na tym samym tronie, to Tony czuje się jak dziwka i nie pamięta, kiedy upadł tak nisko, by delektować się każdą tego sekundą.

ж

- Sir, obawiam się, że nie jestem w stanie pomóc.

Tony przeciera oczy, czując się, jak gdyby podczas ostatnich tygodni, jakimś magicznym sposobem, pustynia z afgańskich snów, zmaterializowała się w jego spojówkach. Kilka godzin spędził nad skanowaniem i analizowaniem swojego organizmu, harmonogramu spania i równi pochyłej, jaką stał się jego stan zdrowotny. I nie doszedł do żadnych wniosków. Żadnych rozwiązań. Niewyjaśniona więź reaktora łukowego z magią Tesseraktu, która połączyła fazy REM umysłów genialnego śmiertelnika i przeklętego psotnika, okazuje się wyrokiem śmierci. I jednym z najlepszych błędów jego życia.

- Wiesz, Jarvis... Zastanawiam się, czy bardziej powinienem się martwić tym, że nie wiem jak to przerwać, czy tym, że wcale nie chcę się ratować.

- To pana zabija, sir.

Tony jest ciekaw, czy odpowiada tylko za swoje grzechy, czy może dorzucili mu też te jego ojca. Bo sprawienie, by odnalazł szczęście w autodestrukcyjnej pomyłce to kawał chorej pokuty.

ж

Chociaż stół jest długi na kilka metrów, siedzi przy nim jedynie szóstka – Tony potrafi już rozpoznać Trójcę wojowników oraz często towarzyszącą im Sif. Oczywiście pośród zebranych jest też Thor i Loki. Wszyscy są w wybornym humorze, chociaż ich twarze i ręce pokryte są licznymi drobnymi ranami. Muszą, więc świętować jedno ze swoich zwycięstw.

Grupa głośno rozmawia, omawiając kolejne etapy walki. Tony postanawia nie przerywać wspomnienia. Obserwuje Lokiego z fascynacją – psotnik jest swobodny w towarzystwie i entuzjastycznie bierze udział w rozmowie. Gdy sługa przynosi danie głównie dla Thora na tacy ze srebrną pokrywą, a zniecierpliwiony bóg piorunów zdejmuje przykrycie, z talerza z głośnym jazgotem wyskakuje żywa kura i sadowi się na jego głowie. Wszyscy wybuchają śmiechem i gdy po długiej salwie chichotów się uspokajają, Loki pstryka palcami – kura znika, a na srebrnej tacy paruje kawał dobrze przysmażonego mięsa.

Tony czuje nieznany uścisk w piersi, gdy przygląda się szczeremu uśmiechowi na młodej twarzy Lokiego. Były chwile, gdy był szczęśliwy u boku swojego brata. Miliarder widzi tę czułość w zielonych oczach, gdy wzrok Lokiego jest zwrócony na Thora.

Jak ci cholerni Asi mogli doprowadzić go do takiego upadku? Chociaż Loki opowiadał mu, że zawsze żył w cieniu brata, to mimo wszystko w tych młodych oczach, prócz wrodzonego psotnego blasku, jest też swoista niewinność, czystość uczuć… A jego rodzina pozwoliła, by to wszystko zatruły żal i alienacja.

- Anthony?

Tony podnosi wzrok znad swoich zaciśniętych pięści i dopiero teraz zdaje sobie sprawę, że został dostrzeżony, Asowie zniknęli, a Loki podchodzi do niego powoli.

- Coś się stało? – bóg lekko przechyla głowę, obserwując jak miliarder rozluźnia palce.

- Nie, nic – Tony kładzie jedną dłoń na bladym policzku i uśmiecha się czule. – Po prostu, dobrze było widzieć, że nie męczy cię kolejny koszmar.

Loki staje bliżej i składa pocałunek na ustach kochanka. Wydaje się jakby beztroska tej wizji, obudziła jego zapomnianą łagodną stronę.

- Lepiej sypiam, od kiedy… - przerywa nagle, jak gdyby złapał się na mówieniu czegoś, czego nie powinien. Tony opiera głowę o jego ramię.

- Uśmiech ci pasuje – miliarder mamrocze w jego ramię.

- Co tam mruczysz?

- Nie powtórzę.

Tony podnosi oczy i tak jak się spodziewa, na ustach boga gości szczery szeroki uśmiech. Skutecznie ignoruje nagłe uczucie, jak gdyby odłamki szrapnelu w jego piersi postanowiły poćwiczyć robienie piruetów.

ж

Wpatruje się w ekran brzęczącego telefonu i wie, że nie może już dłużej go ignorować. Jednak wciśnięcie zielonego klawisza i podniesienie aparatu do ucha, to dla Tony'ego prawie jak naduszenie spustu, gdy lufa znajduje się przy własnej skroni.

- Tony, na miłość boską, czemu nie odbierasz?

- Przepraszam, Pepp – mamrocze zmęczonym tonem, kładąc głowę na przyjemnie chłodnym blacie w kuchni.

- Nie brzmisz dobrze.

W odpowiedzi miliarder potrafi jedyne prychnąć.

- Bierzesz te tabletki, które ci kupiłam?

- Tak…

Tony nie ma już siły kłamać. Więc milczy.

To już drugi raz, gdy nie potrafi zebrać się i wyznać rudej, że jest na autostradzie do piekła i nie ma hamulców, którymi mógłby zwolnić w drodze do nieuniknionego.

- Błagam, Tony. Pozwól mi pomóc.

Tony nie wie, co mógłby jej odpowiedzieć.

ж

Tony jest świadom, że powinien iść, lecz jego ciało zaczyna dobijać do swoich granic. Gorączka i upał obejmują go śmiercionośnymi łapskami, brązowe oczy mają dosyć oślepiającego dwukolorowego piekła. Gardło drapie go niemiłosiernie, w zębach chrzęszczy piach, a język ciąży mu w suchych ustach. Dosyć.

Zamyka zmrużone od niezliczonych godzin powieki i z drobnym (szaleńczym) uśmiechem na ustach, upada.

Lecz zamiast nieprzyjemnej miękkości pustyni, obejmują go silne ramiona.

Zmusza się by otworzyć oczy. Powoli tonie w zielonych tęczówkach, gdy chłodna dłoń odgarnia włosy z jego czoła, po czym rozplątuje go z kurtki, którą chronił głowę przed słonecznym żarem.

- To koszmar czy wspomnienie? – głos Lokiego jest ledwie głośniejszy od szeptu. Tony uśmiecha się smutno i bóg nie potrzebuje innej odpowiedzi.

- Co się stało? W jaki sposób tu trafiłeś?

Tony przypomina sobie, że choć kiedyś Loki towarzyszył mu podczas jednego ze snów-wspomnień z tego okresu, to był to jedynie krótki epizod, gdy pracował nad Markiem I, a terroryści grozili zabiciem jego współwięźnia. Więc poddaje się dotykowi chłodnych dłoni i z przymrużonymi oczami, opowiada. O porwaniu i o Yinsenie, który podłączył go do samochodowego akumulatora, o zbudowaniu reaktora łukowego, bez którego teraz nie może żyć. O ucieczce i stracie swojego przyjaciela. O tym jak potem odkrył, że za wszystko odpowiedzialny był Obadiah. I gdy zdaje sobie sprawę, że nie ma siły kontynuować swojej opowieści, nagle dociera do niego skala tego, co już powiedział. Z nikim wcześniej nie rozmawiał o Afganistanie w ten sposób. Nawet Pepper nie słyszała nigdy o Yinsensie. Tony oddaje swoją duszę Bogowi Niegodziwości i nagle czuje błogą lekkość.

Podnosi wzrok i po raz pierwszy od pojawienia się Lokiego w tym pustynnym koszmarze, przygląda mu się szeroko otwartymi oczami. Zielone oczy błyszczą nieopisanymi emocjami, a jasne promienie grają w kruczoczarnych włosach.

- Jesteś piękny, wiesz?

Loki parska śmiechem, lecz dla Tony'ego brzmi to jak zdławiony szloch. Ale to pewnie tylko złudzenie. Ostatnio jest już pewien, że zaczyna tracić resztki racjonalności.

ж

Tony wpatruje się w wysoką szklankę stojącą przed nim na blacie. Naczynie wypełnione jest zielonkawym płynem, który często w siebie wpakowuje, gdy zapomina prawidłowo się odżywiać. Teraz, w chwilach jasności umysłu, znów sięga po swoją witaminową papkę. Ma ochotę znów łyknąć kilka magicznych pigułek z pomarańczowej fiolki od Pepper. Ale mówią, że jest geniuszem.

Nie wie ile czasu już siedzi w krzywej pozycji, która z bliżej nieokreślonego powodu, pomaga mu utrzymać przytomność i nie potrafi zebrać się, by sięgnąć po szklankę. Na samą myśl o zimnym płynie przepływającym przez jego przełyk, Tony czuje nudności. Już dawno przeszedł etap, gdy odczuwa się głód.

Gdy zmusza się, by podnieść rękę i sięgnąć po szklankę, jego dłoń trzęsie się mocno. Z plaskiem uderza nią o blat, by zatrzymać drżenie. Oddycha ciężko, przejeżdżając suchym językiem po popękanym ustach.

- Pomyśl, że to whiskey, Tony.

Walka spojrzeń z zielonym płynem wciąż trwa.

- Zrób to. Po śmierci się nie śni.

Wypija duszkiem połowę szklanki, nim jego mózg zdąży przetworzyć informację przesłaną z żołądka i zechce go opróżnić.

Tony z całej siły próbuje nie myśleć o tym, kiedy stał się taką ruiną.

ж

Otaczająca go flora jest zdecydowanie nieziemska. Kolory liści, oprócz soczystej zieleni, prezentują również całą paletę czerwieni i fioletów. Trawę pochłaniają całe dywany egzotycznych kwiatów. Chociaż Tony jest miastowym typem, dostrzegającym piękno w wieżowcach i metalowych konstrukcjach, nie może odmówić zapierającego dech w piersiach piękna tego miejsca. Idzie przed siebie, wdychając słodkie powietrze i gdyby nie to, że jest ateistą z zarezerwowanym miejscem w piekle, uznałby, że znalazł się w Raju.

Gdy dociera do krystalicznie czystego stawku, otoczonego drzewami o pomarańczowych kwiatach, wreszcie go dostrzega.

Loki siedzi na samym brzegu, w lekkiej białej tunice i ciemnozielonych spodniach, bose stopy moczy w wodzie. Tony czuje uśmiech, który bezwiednie zarysowuje się na jego ustach, gdy widzi boga ogarniętego takim spokojem ducha. Siada koło niego i bez słowa składa krótki pocałunek na jasnym czole. Loki uśmiecha się, przymykając oczy.

- Piękne miejsce – przemawia wreszcie miliarder.

- To królewskie ogrody Asgardu, ich głęboko położona część. Często uciekałem tutaj przed dworskim gwarem.

Tony kładzie głowę na kolanach Lokiego, sekundę później czując smukłe palce w swoich włosach.

Każdy sen, który nie jest koszmarem, jest błogosławieństwem.

- Nie chcę się budzić – mówi nagle miliarder, wpatrując się w spokojną taflę wody.

- Wiem, Anthony – bóg wzdycha z bólem. Tony zaciska dłonie w pięści, gdy przed oczami maluje mu się wspomnienie psotnika przykutego łańcuchami do skał. On również nie chce się budzić, by powracać do tego przepełnionego cierpieniem więzienia.

- Coś się stało? – pyta Loki, czując nagłe napięcie kochanka.

- Czy ty… bardzo cierpisz?

Ręka w jego włosach nieruchomieje.

- Nie myśl o tym.

- Nie potrafię.

- Więc muszę odwrócić twoją uwagę – stwierdza bóg, pochylając się i składając zachęcający pocałunek na ustach śmiertelnika. Tony nie jest pewien, czy gniewa się, czy jest wdzięczny za rozproszenie, lecz nie potrafi długo opierać się pieszczocie.

Loki ma go w garści i Tony wcale nie chce się z niej wydostać.

- Wciąż za dużo myślisz – mruczy bóg, gdy jego usta wędrują w dół szyi kochanka. Tony słyszy szelest trawy i niezliczone długie źdźbła, niczym pnącza zaczynają oplatać jego nadgarstki i utrzymują jego ręce skrzyżowane nieruchomo nad głową.

- L-Loki…

W odpowiedzi dłoń psotnika zaczyna masować krocze miliardera poprzez gruby materiał dżinsów i Tony przygryza mocno wnętrze policzka, by zatrzymać jęk, próbujący uciec z jego gardła.

- Przestań myśleć, geniuszu – wargi Lokiego muskają Tony'ego, gdy bóg po raz kolejny powtarza swoją inkantację. Tony wygina się lekko, jak gdyby szukając więcej punktów styku z kochankiem. Drocząc się, Loki cofa dłonie, pozostawiając jedynie ich złączone usta, nadając pozostającej pieszczocie dodatkowej intensywności. Pocałunek ma metaliczny posmak, a psotnik wydaje się celowo drażnić świeżą ranę na delikatnej tkance.

- Wypuść mnie – prosi prawie bezgłośnie Tony, próbując uwolnić nadgarstki. – Chcę cię dotknąć.

- Nie, dopóki jesteś w stanie ułożyć spójne zdanie – upiera się bóg i zdejmuje tunikę, odkrywając kuszące linie swojego torsu. Tony ma wrażenie, że opuszki palców pieką go na sam widok bladej skóry. – Po prostu oddaj mi się. Nie myśl.

Smukłe palce zaciskają się na koszulce śmiertelnika i rozrywają ją, by móc pozbyć się materiału bez zwalniania więzów. Twarz Lokiego zbliża się do jego torsu i gorący język zaczyna rysować tylko sobie znane wzory wokół reaktora łukowego. Tony wreszcie oddaje się na łaskę boga i spełnia jego rozkaz. I wcale nie jest to takie złe uczucie.

Loki powoli sprowadza go do poziomu jęczącej kałuży pełnych chaosu uczuć.

ж

Wciąż oddychają ciężko, a ich rozpalone ciała nie zwracają uwagi na chłód rozpościerającej się pod nimi posadzki. Zaczyna spadać poziom adrenaliny płynącej w ich żyłach, mijają kolejne minuty i Tony czuje, że po tym razie zdecydowanie będzie miał problemy z normalnym chodzeniem.

Gdy przypomina sobie, że trwają w śnie, gdzie fizyczne konsekwencje nie obowiązują (wszystko jest iluzją i nie ma żadnego znaczenia w realnym świecie, prócz ciągłych uścisków w klatce piersiowej), odwraca się w stronę leżącego obok boga i z determinacją atakuje jego usta. Pocałunek jest lubieżny, brutalny i gdy Loki wydaje z siebie zdezorientowany jęk i próbuje odsunąć kochanka od siebie, Tony unieruchamia go i gryzie dolną wargę, aż gorący czerwony płyn zaczyna spływać po brodzie psotnika.

- Anthony?

Śmiertelnik nie odpowiada, lecz zniża się płynnym ruchem i bez ostrzeżenia bierze członka Lokiego w swoje usta. To wyciąga z boga niepowstrzymany jęk, a chłodne dłonie zatapiają się w brązowych włosach, zaciskając się mocno. Tony syczy z bólu, jednak nie przerywa rozpoczętego aktu. Drażni kochanka zębami, by zaraz potem odwrócić od tego jego uwagę, wymierzonym ruchem języka. Jego dłonie zaciskają się na idealnie zarysowanych biodrach, aż pod jego palcami zaczynają rozkwitać siniaki.

Nie wycofuje się, gdy Loki mamrocze w kółko jego imię, połyka wpływające do jego ust nasienie i nadal nie może zapomnieć, że to wszystko jest iluzją.

ж

- Sir, nie radziłbym w tym stanie…

- Zamknij się, Jarvis!

Musi się stąd wyrwać. Chociaż krótki lot. Musi poczuć swoją drugą skórę.

- Sir, przy pańskim natężeniu zmęczenia i braku snu…

- Nie jesteś moją niańką.

- Jestem, sir.

Na jego usta wpływa złamany uśmiech. Jednak znika po sekundzie.

- I tak to zrobię. Znasz mnie, Jarvis. Kto zna mnie lepiej niż ty.

Głos AI już więcej nie rozbrzmiewa. Tony wylatuje ponad swoją posiadłość, czując w żyłach przypływ adrenaliny. Brakowało mu tego. Tej swobody, beztroski, zwykłego lotu w swojej metalowej puszce.

Wzbija się coraz wyżej i wyżej. Przez chwilę czuje się jak podczas pierwszego razu, gdy przywdział zbroję Iron Mana. To niepowtarzalne uczucie wolności wypełniające każdą komórkę jego ciała.

Gdy hełm pochłania ciemność, budzi się w nim panika. Jest pewien, że to nie sen. Chociaż ma problemy z rozwarstwianiem rzeczywistości i snów, nie potrafi powstrzymać krzyku. Zbroja ciągnie go w dół. Jego strój będzie jego końcem.

Rozpościera ręce, jak w dziesiątkach prześladujących go snów. Nie zginie w strachu.

Anthony!

Ten głos. Loki?

Czy już stracił zmysły? Czy to jednak sen? Czy psotnik za bardzo wgryzł się w jego świadomość?

Anthony!

Uderzenie o powierzchnię wody zdaje się złamać mu wszystkie kości.

ж

Tony budzi się na podłodze, jego ciało samowolnie zwija się z bólu. Uspokaja oddech, próbując zorientować się w rzeczywistości.

Po raz kolejny upadał we śnie. Jeżeli był to sen. To musiał być sen. Przecież żyje.

Nagle słyszy czyjeś przyspieszone kroki. Kątem oka dostrzega Bruce'a i Pepper, którzy wparowują do jego sypialni. Słyszy ich głosy, lecz słowa mieszają się w niezrozumiały biały szum.

Och, tak bardzo nie ma siły.

ж

Gdy otwiera oczy, oślepia go ostra jasność jarzeniówek. Mruczy pod nosem z niezadowoleniem i gdy próbuje podnieść rękę, by zasłonić rażące światło, czuje czyjś uścisk na nadgarstku.

- Nie ruszaj się, jesteś podłączony do kroplówki.

Tony zna ten głos. Pepper.

- Co… - próbuje spytać, ale słowa nie chcą wydostać się z suchego gardła.

- Znaleźliśmy cię w warsztacie… Tony, jesteś na kompletnym wyczerpaniu. Twój organizm przestaje to wytrzymywać. Jak mogłeś dopuścić…? – jej głos łamie się na ostatnim zdaniu.

- Jestem… w szpitalu? – udaje mu się wykrztusić.

- Tak – potwierdza ruda i Tony zdaje sobie sprawę, że jej dłoń wciąż spoczywa na jego ręce, drżąc lekko.

- Przepraszam. Nie chciałem, żeby… - nie jest w stanie dokończyć, zanosząc się atakiem suchego kaszlu.

- Przyniosę ci coś do picia.

Miliarder uśmiecha się z wdzięcznością, jednak nie potrafi utrzymać przytomności do jej powrotu.

ж

Czyjaś ręka brutalnie szarpie go za włosy i Tony ma jedynie sekundę, by złapać oddech, zanim ponownie zostaje wepchnięty pod wodę. Otaczają go krzyki we wschodnich językach, a więzy na jego nadgarstkach wrzynają mu się w skórę. Jednak Tony potrafi jedynie myśleć o swoim sercu zależnym od samochodowego akumulatora.

Kolejne wynurzenie. Wdech. Fala bólu promieniująca od dziury w klatce piersiowej, przeszywająca go przy każdym gwałtownym pochyleniu. I kolejne zanurzenie.

Nagle brutalny uścisk na jego włosach znika, zapada cisza, a silnie ramiona obejmują go ostrożnie i wyciągają z wody. Oddycha ciężko i próbuje się wyrwać – ktokolwiek jest jego nowym oprawcą. Dopiero wtedy słyszy uspokajający, znajomy głos.

- Anthony, spokojnie, już po wszystkim.

Opada w objęcia Lokiego, czując momentalnie odpływające z niego napięcie. Zostaje tylko obezwładniające uczucie bezsilności, ściskające jego wnętrzności.

Loki mamrocze kojące słowa bez znaczenia, a Tony powoli przestaje drżeć.

- Loki, muszę ci o czymś powiedzieć…

- Tak, Anthony?

Miliarder chwyta jedną z dłoni kochanka, zaplatając razem ich palce.

- Tam, na jawie… Nie jest ze mną najlepiej.

Tony czuje nagłe napięcie w ciele boga, lecz psotnik nie przerywa mu, więc wraca do rozpoczętego wyznania.

- Moje ciało od początku nie reagowało dobrze na tę całą więź. Te sny, one nie dają mi odpoczynku. To tak jakbym żył dwa życia, nie zatrzymując się ani na chwilę, by zregenerować siły. Nie wiem, jak ty na to reagujesz, ale ja jestem zwykłym człowiekiem i nie jestem przystosowany do długotrwałej magii. Gdy ostatnio się obudziłem… byłem w szpitalu.

Loki podnosi ich splecione dłonie do swoich ust i składa na przegubie śmiertelnika drżący pocałunek.

- Ale nie jestem zły, wiesz? – Tony czuje, że balansuje na granicy snu, a to oznacza, że za chwilę obudzi się w rzeczywistości. A jeszcze nie powiedział wszystkiego. I chyba już nie zdąży. – Jeżeli mogłem przeżyć to wszystko z tobą za taką cenę, chyba było warto. Prawdziwe życie nigdy nie pozwoliło mi przestać czuć się tak samotnym. Może to moja ostatnia nagroda…?

Bóg parska głuchym śmiechem. – Skąd ty się wziąłeś, Anthony?

ж

Tony zna ten pokój. Beżowe, zdobione ściany, marmurowa podłoga usłana książkami, wielkie łoże z baldachimem i wiecznie zasłonięte zasłony; ogień w szklanych kulach nigdy się nie wypala - teraz Tony wie, że to płomień pochodzący od samego psotnika, jego żywioł, płonący w jego ciele Lodowego Olbrzyma. Kolejny dowód na to, że Loki jest chodzącym paradoksem.

Był już kilka razy w asgardzkich komnatach Lokiego, więc nie czuje się zagubiony. Psotnik siedzi przy wielkim biurku z ciemnego drewna, pochylony nad zwojami pisma. Tony podchodzi do niego i kładzie dłonie na ramionach kochanka. Loki spina się tylko na ułamek sekundy i szybko rozluźnia się pod delikatnym dotykiem silnych dłoni śmiertelnika. Odwraca się powoli i podnosi wzrok na Tony'ego. Zielone oczy mrużą się lekko z troską.

Wplatając jedną z dłoni w kruczoczarne włosy, miliarder uśmiecha się lekko – jednak grymas nie dosięga jego oczu, brązowe tęczówki wydają się puste.

Loki wstaje i Tony musi wznieść głowę, by móc ocalić jeszcze kilka chwil tego snu, gdy może bezmyślnie zatopić się w toksycznej zieleni.

Bóg kładzie jedną z dłoni na karku kochanka, wnętrze drugiej spoczywa na reaktorze łukowym. Zaczyna składać delikatne pocałunki na twarzy miliardera, od linii ciemnych włosów na czole, wędrując wzdłuż skroni, do linii szczęki. Tony zamyka oczy, poddając się pieszczocie. Jego ciało wydaje się bezwładne, jak gdyby tylko dotyk Lokiego utrzymywał go w pionie. Wyczerpanie przytłaczające go na jawie, jak nigdy wcześniej, zdaje się wpływać do jego podświadomości. Przez chwilę zastanawia się, czy umiera. I chociaż był pewien, że zginie we własnym warsztacie w wyniku nieudanego eksperymentu lub na polu walki w zbroi Iron Mana – teraz nie ma nic przeciwko, gdyby miał odejść w taki sposób.

To wszystko za bardzo zdaje się pożegnaniem.

ж

Tony spogląda na ziejącą przed nim przepaść. Palce jego stóp wystają zza krawędzi budynku, lecz nie odczuwa żadnego lęku przed kilkunastoma piętrami powietrza, które zarysowałyby jego drogę w dół, gdyby tylko zrobił jeszcze jeden krok w przód.

Ma wrażenie, że na coś oczekuje. Cierpliwie, obserwuje mgłę obejmującą rozciągające się przed nim miasto. Mijają godziny lub tygodnie, gdy niszczejące drapacze chmur zaczynają wydawać się wyrastać z białego nieprzeniknionego puchu.

Na pewnym etapie, siada powoli, pozwalając, by jego nogi zwisały wolno za krawędzią. Przypomina mu się dotyk czyjejś dłoni na jego dłoni i mocny uścisk chłodnych palców i nagle czuje się obezwładniająco samotny.

I wciąż czeka.

Mgła zaczyna dotykać jego gołych stóp i niespodziewanie coś wilgotnego uderza go w policzek. Tony wyciąga przed siebie rękę, zafascynowany przyglądając się drobnym kroplom deszczu, które wyłaniając się z mgły, wzbijają się do jasnego nieba.

- Gdzie jesteś? – ucieka z jego ust, choć nie jest pewien, do kogo kieruje to pytanie. Deszcz uderza w jego rękę, mgła sięga już kolan. A Tony pamięta jedynie jaskrawozielone oczy.

ж

Gdy Tony otwiera powieki, jego oczy znów potrzebują kilku sekund by przywyknąć do szpitalnego oświetlenia. Jednak wreszcie dostrzega, że na jednym z foteli pod ścianą czeka na niego gość. I to nie byle gość.

- Czym zasłużyłem sobie na te odwiedziny, dyrektorze Fury? – próbuje z całych sił wycisnąć z siebie swój zwyczajowy sarkazm, ale jego głos brzmi żałośnie słabo.

- Nie wiem, co znowu sobie zaaplikowałeś, że doprowadziłeś się do takiego stanu, Stark – stwierdza jednooki z niezadowoleniem, nie kłopocząc się odpowiedzią na zadane pytanie. – I chociaż nie jesteś w stanie stanąć do walki, jesteś jednym z Avengerów i czuję się w obowiązku poinformować cię o pewnym fakcie, o którym sami dopiero co się dowiedzieliśmy.

- Cóż takiego wymagałoby twojej osobistej wizyty?

Tony czuje ogarniające go zmęczenie. Ta rozmowa to już zbyt wiele.

- Wczoraj na Ziemię przybył Thor, w roli wysłannika. Miał nam do przekazania wiadomość z Asgardu.

Tony ma problemy z utrzymaniem przytomności. – Do rzeczy, Fury.

- Przed dwoma dniami Loki uciekł ze swojej celi. Na razie nie potrafią go namierzyć, lecz jest możliwe, że z jakiegoś powodu znów spróbuje dostać się tutaj.

Aparatura odmierzająca rytm serca miliardera przyspiesza.

Loki uciekł.

жжж

/ koniec części drugiej /