OoO
Można by pomyśleć, że odkąd zaczął pomagać zarówno Holmesowi, jak i Angelo, los zdawał się do niego uśmiechnąć. Nie chodził głodny, znalazł w miarę bezpieczne lokum do przespania. Fałszywe domy na Leinster Gardens. Niewielu bezdomnych się tam nie zapuszczało, więc miał spokój. Było ciasno i chłodno, ale przynajmniej miał światło. Nie lubił mroku.
Niestety tak nie było do końca. Nigdzie nie czuł się bezpiecznie na tyle, aby zostać w jednym miejscu dłużej niż parę dni, może jedynie właśnie Leinster Gardens. To było absurdalne, ale coś kazało mu nieustannie zmieniać miejsce noclegu. Uciekał, nie wiedząc przed czym. Wiedział, że powinien stawić temu czoła, aby przynajmniej się zorientował, z czym ma do czynienia.
Okazało się, że nie potrafił.
Nie był dzielnym i odważnym bohaterem świata magii, Złotym Chłopcem. Już nie. Ta część jego umarła wraz Riddlem. Pojawiła się za to nieufność i ciągłe pragnienie ucieczki. Początkowo sądził, że to kwestia nowej dla niego sytuacji i konieczności radzenia sobie na ulicy. Całe szczęście jego wytarty i znoszony plecak oraz cienkie okrycie wierzchnie wciąż chroniły czary zabezpieczające przez kradzieżą, a zabrane przemocą dzięki magii wracały. W ten sposób dwa razy odzyskał swoją własność po tym, jak został pobity i okradziony. Nie dociekał przez kogo.
Znowu to mu się przytrafiło dosłownie parę godzin po tym, jak wysłał panu Holmesowi ostatnią wiadomość i otrzymał sześćdziesiąt funtów za cenną wskazówkę. Od paru dni, miał coraz większe przekonanie, że ktoś go obserwuje z ukrycia, śledzi. Tym razem napastnicy nie chcieli jego rzeczy, zaatakowali z innego powodu. Tego był pewien, ale nie umiał wyjaśnić, dlaczego tak właśnie uważa.
Niestety tym razem zabrali mu wszystkie pieniądze i telefon, którym przesyłał informacje.
Było zimno, mokro i miał przemożną chęć rzucić na siebie czar ogrzewający, ale obawiał się konsekwencji. Starał się korzystać z magii jak najrzadziej, traktować ją jako ostateczne rozwiązanie, gdy już wszystko inne zawiedzie. Pokusa była ogromna, zwłaszcza w jego położeniu. Zziębnięty, pokrwawiony, posiniaczony, jakby walczył z rozzłoszczonym hipogryfem, był zdany tylko i wyłącznie na siebie i swoje umiejętności przetrwania. Rok poszukiwań horkruksów okazał się brutalną szkołą życia, ale niczym w porównaniu z jego krótkim, jak do tej pory, pobytem na ulicy.
Nie kontaktował się z innymi bezdomnymi, jeśli nie musiał. Należał od dobrych paru tygodni do siatki informatorów Sherlocka Holmesa, teoretycznie specjalnie wybranej grupy, ale teraz? Skąd weźmie telefon? Jak za niego zapłaci?
Tego dnia bał się pójść jak zwykle na tyły małej, włoskiej knajpki. Nie zaglądał tam od dwóch dni, chcąc uniknąć trudnych pytań dotyczących jego wyglądu. Polubił Angelo, choć jego wylewność nieco kłopotała Harry'ego. Nigdy nie wiedział, co zrobić w kontakcie z takimi ludźmi. Nie chciał łamać słowa danego mężczyźnie, który był dla niego wyjątkowo dobry, ale miał świadomość, że dziś niewiele zrobi i, co gorsza, nie będzie wystarczająco przekonywujący. Angelo, w przeciwieństwie do innych, choćby Dursleyów, widział zdecydowanie zbyt wiele. Co dziwniejsze, przejmował się nim. Harry wyobrażał sobie, jaka będzie reakcja, gdy go ujrzy, bo widział wielu, którzy odwracali od niego wzrok, kiedy szedł ulicą. Nie miał siły na przemykanie się po zaułkach, jakby był przestępcą.
Znów aż go korciło, aby sięgnąć po magię, ale po raz kolejny zdusił tę naglącą potrzebę. Nie mógł i nie powinien zwracać na siebie uwagę. Był taki zmęczony i obolały. Wyrzucał sobie, że nie zadbał o lepsze ukrycie pieniędzy, ale niestety na to nic nie mógł już poradzić. Może Angelo zgodzi się zamienić posiłek na rzecz paru funtów przez kilka dni, albo do czasu aż nie uzbiera na telefon? Wtedy skontaktuje się z kimś, kto jeszcze jest w siatce informatorów pana Holmesa.
Wytrzyma tyle?
A mam wybór?
Kątem oka zobaczył wysokiego mężczyznę w płaszczu, a obok niego niższego, w ciepłej kurtce. Przechodzili przez ulicę, żywo rozmawiając, a sądząc po minach, spojrzeniach i gestykulacji znali się bardzo dobrze. Niższy mężczyzna kręcił głową, jakby wiedząc, że nie przekona do czegoś swojego przyjaciela. Ten wyższy uśmiechnął się blado, wskazując głową szyld knajpki Angelo.
Jak ja i Ron...
Nie, o tym nie chciał nawet myśleć. A jednak, wspomnienia jednego z najbliższych mu ludzi znowu w niego uderzyły.
Te chwile, kiedy razem się śmiali, dyskutowali beztrosko na temat quidditcha, a potem planowali kolejne posunięcia przeciw Voldemortowi, już nigdy nie wrócą.
To była jego wina. Nie był w stanie cofnąć tamtych wydarzeń.
Zatrzymał się, zapatrzony w tę dwójkę, nawet nie mając świadomości, że po policzkach płyną mu łzy.
Gdy go mijali, wyższy spojrzał na niego z wyraźnym zaskoczeniem i niezrozumieniem, które po ułamku sekundy znikły i twarz mężczyzny stała się nieprzenikniona. Bez słowa wszedł do środka, wpuszczając tego drugiego. A Harry sam nie rozumiał, co się stało. W końcu ruszył na tył budynku, ganiąc się w duchu, że zdecydował się podejść od frontu, choć wiedział, że nawet nie ma na co liczyć.
Nie zobaczył Angelo, który dostrzegając jego postać przez okno, wskazał go szczególnym gościom.
OoO
— Czemu mnie powstrzymałeś? Ten mały potrzebuje pomocy lekarskiej, a sądząc po tym, jak wygląda, nikt mu jej nie udzieli. Pieprzona znieczulica ludzka! — warknął John, obrzucając detektywa ostrym, zranionym spojrzeniem.
Z równą zajadłością zaatakował przyniesione zamówienie, a po paru chwilach odsunął talerz, zerkając za okno.
— Poszedł, ale daleko nie zajdzie — mruknął Sherlock i popatrzył na Johna z leciutkim uśmiechem.
Oczywiście, że wyglądało na to, iż nie chciał, aby jego partner pomógł bezdomnemu, mocno pobitemu dzieciakowi. Prawda jednak nie była tak oczywista.
Zwłaszcza teraz, kiedy ktoś wziął sobie za cel jego ludzi. Od śmierci Generała minęło niewiele czasu, ale zdążył polecić, aby wybrani przez niego mieli oko na pozostałych.
Dobrze rozumiał, że nie jest to takie łatwe.
Wciąż nie potrafił zrozumieć motywów, jakie kierowały sprawcą do zabicia tych paru konkretnych osób. Policyjne śledztwo na krótko utknęło w martwym punkcie, choć Lestrade nie odpuszczał. Każde morderstwo łączyła jedynie kwestia bezdomności i należności do jego siatki. Poprzedniego popołudnia znaleziono nowe zwłoki, które zostały podrzucone w pobliże Scotland Yardu. Tym razem podduszenie i wykrwawienie. Sprawca namęczył się, aby przygotować Chudego Claude'a do pokazu, jaki urządził.
Z każdym dniem tajemniczy morderca nabierał pewności, że nie zostanie pochwycony i będzie bezkarny, ale niestety ta arogancja stanie się gwoździem do jego trumny.
Sherlock analizował każdy detal i ewentualne znaczenie wybranych ofiar, aby znaleźć wspólną niewiadomą. Kolejne ataki pozwoliły mu zepchnąć współczucie ofiarom, gniew i żal na dalszy plan i skupić się na złapaniu mordercy, który z niego wyraźnie kpił, wciągając go swojej gry. Bardziej drażniąc i prowokując. A przynajmniej próbując to zrobić.
Zamrugał, chcąc coś powiedzieć i wyjaśnić swoje powody, ale ku jego zdziwieniu, Johna nie było przy stoliku. Musiał niedawno opuścić miejsce, ale zbyt cenił przysmaki Angelo, aby je zostawiać praktycznie nietknięte. I swoją kurtkę.
Coś się stało? Tylko co?
Wstał i narzucił na siebie płaszcz, okręcając szyję szalikiem. Gdy brał do ręki kurtkę Johna, podszedł do niego Bill, jeden z kelnerów i teatralnym szeptem poprosił, aby za nim poszedł.
Sherlock wywrócił oczami i bez słowa ruszył na tyły restauracji. Obok kuchni, w jednym z niewielkich pomieszczeń używanych zapewne jako pokój socjalny dla pracowników, zauważył Johna pochylającego się przy wytartym, starym fotelu, w którym półleżał nieprzytomny chłopiec.
Rozpoznał tę twarz pokrytą siniakami i zadrapaniami. W jednej chwili znalazł się obok Johna.
— Istotnie daleko nie zaszedł. — John ostrożnie badał twarz i głowę dzieciaka. — Aż dziw, że jeszcze kilka minut temu prosił Angelo o zajęcie.
— Był tu wcześniej, nasz kochany Angelo podsuwa mu jedzenie w zamian za drobne prace na zapleczu. — Sherlock podniósł wzrok na właściciela, który wydawał się mocno poruszony. I wtedy też niepozorny element układanki wskoczył na miejsce. — Mój tajemniczy lokator, ależ oczywiście.
John zaskoczony spojrzał na detektywa. Nie skupił się jednak na tym, katalogując kolejne zasinienia, urazy. Niestety wstrząśnienia mózgu nie mógł wykluczyć, a ledwo zakrzepła krew we włosach niestety nie uspokajała.
Rozchylił ostrożnie cienką, zdobytą zapewne kurtkę – zupełnie nieodpowiednią na obecną pogodę i zgrzytnął zębami. Nie wiedział, czego się spodziewał, ale na pewno nie tego. Spojrzał na schodzone, brudne trampki. Dzieciak nie był dobrze przygotowany do panujących warunków.
Fakt, pogoda nagle się zmieniła i z łagodnego babiego lata przyszło nagłe ochłodzenie oraz przejmująca wilgoć. Zatem prawdopodobnie na ulicy mógł być najwyżej kilka ostatnich miesięcy.
Kątem oka dostrzegł, że Sherlock również wydedukował podobne wnioski.
— Od połowy czerwca. — Detektyw zmrużył oczy, a potem gwałtownie wstał i wyjął telefon komórkowy. Wystukał wiadomość, a gdy odczytał odpowiedź, nie wydawał się wcale zdziwiony. — Oto nasz tajemniczy, nieuchwytny Szukający, John.
Mina doktora Watsona była ze wszech miar ciekawa.
OoO
Severus siedział w niewielkim pubie w pobliżu swojego sklepiku, na przeciwko siebie miał zakłopotaną twarz Kingsleya Shacklebolta. Od dobrej godziny próbował dociec sedna sprawy, ale bez rezultatu. Przechylił niedopite piwo, przewiercając wzrokiem aurora i dawnego kompana.
— Oczekuję konkretnej odpowiedzi na jedno pytanie. Czemu dowiaduję się dopiero teraz, że chłopak wylądował na ulicy?! — warknął ponownie mistrz eliksirów.
— Nic o tym nie wiem. — Kingsley posłał mu przepraszające spojrzenie — Naprawdę, Severusie. To po prostu niemożliwe. Musiałeś się pomy…— urwał auror i westchnął, powtarzając z uporem: — To absolutnie niemożliwe.
Niedługo potem Shacklebolt musiał wracać, a Severus miał niejasne poczucie, że coś jest nie tak. Sherlock potrafiłby zapewne wyjaśnić to w ciągu paru chwil. Czasami żałował, że nie posiada umiejętności detektywa.
Dowiedziawszy się od Holmesa, że Szukający – niech cię Potter! – to jeden z jego bezdomnych, śledził lokalne wiadomości ich dotyczące . Wkrótce doszły do niego słuchy o dziwnych i bardzo niepokojących morderstwach. Ofiarami niezidentyfikowanego seryjnego już mordercy padali bezdomni. I to ci, którzy w jakiś sposób związani byli z Sherlockiem Holmesem.
Nie mogąc znieść oczekiwania na informację o podłożeniu kolejnego ciała, tym razem być może Pottera, Severus zaproponował swoją pomoc. Sławny detektyw przyjął ją, o dziwo, z entuzjazmem. Od tej pory rozmawiali głównie o profilu psychologicznym sprawcy.
To było kłopotliwe, nie wiedzieć pewnych rzeczy, które mogły okazać się kluczowymi wskazówkami do schwytania sprawcy. Teoretyzowanie i opieranie się jedynie na nikłych śladach pozostawionych przez niego nie przybliżało w znaczący sposób do odgadnięcia tożsamości zabójcy.
Severus był wściekły, bo wiedział, że magia niewiele tu wskóra. Nawet jeśli istniałaby taka możliwość, nie miał dostępu do żadnych śladów biologicznych, które mógłby użyć.
Holmes miotał się niczym dziki zwierz, próbując rozwikłać jedną z tych spraw, jakie mniej lub bardziej dotykały go osobiście i Snape go rozumiał.
Złapał się na tym, że po zamknięciu sklepu zapuszczał się w miejsca, gdzie chronili się bezdomni. Jednak nie znalazł Harry'ego, mimo wyspecjalizowanego zaklęcia namierzającego.
Co takiego Potter zrobił, że Zakon praktycznie go wyklął i zostawił samemu sobie bez środków do życia?
Dlaczego odcięli go od majątku, który spokojnie starczyłby zapewne na dwa, albo i trzy następne pokolenia?
Komu na tym zależało?
Dlaczego Harry Potter miał zniknąć ze świata magii, znaleźć się na marginesie mugolskiej społeczności?
O czym czarodzieje zapominali?
Severus potrząsnął głową, czyżby za morderstwami bezdomnych stał ktoś posiadający magię? Niezbyt prawdopodobne, choć możliwe.
Holmes wspominał coś o swoim bracie, który był szarą eminencją w rządzie brytyjskim i pociągał za sznurki ze swojej ciepłej, skromnej posadki w departamencie bezpieczeństwa. Może Mycroft niefortunnie złapał nie tę marionetkę co trzeba i zwrócił uwagę niebezpiecznych ludzi. Pewnie nawet nie był świadomy, jak bardzo są groźni, do czego są zdolni, gdy zostaną sprowokowani.
OoO
Otwierając oczy, chłopak wzdrygnął się niekontrolowanie, co dało Sherlockowi wiele do myślenia. Nieprzytomny wzrok omiatający ich twarze również. Detektyw dostrzegł to samo smutne spojrzenie, co wcześniej. Nagle zrozumiał. To przecież było takie banalne.
Zielone oczy, które widziały zdecydowanie za wiele, nieposkromione, ciemne włosy zakrywające częściowo niezwykłą bliznę na czole. W tej chwili dawno nie myte, przydługie kosmyki przestały spełniać swoją rolę w tym względzie.
Na ulicy od paru miesięcy, a niewielki, wysłużony plecak sprawiał wrażenie, jakby był niemal pusty, a jednak on wiedział, że tak nie jest.
Severus się niewątpliwie ucieszy, choć zapewne zażąda dokładnych wyjaśnień. Pewnie zaspokojenie jego ciekawości zajmie dużo więcej, niż zazwyczaj. Jego znajomy powinien się przyzwyczaić, że zawsze rozwiąże sprawę, nawet jeśli okaże się tak niespodziewana. Jedyne, co go naprawdę zaskoczyło, to fakt, że obaj szukali tej samej osoby. Z drugiej strony, mógł się tego domyślić wcześniej.
Nie mógł się doczekać dzisiejszego wieczoru. Nie sądził, aby Szukający robił mu wymówki, że zdradził miejsce jego pobytu Snape'owi.
Dobrze wiedział, jak dokuczliwa jest tęsknota za czyimś przyjaznym głosem, dotykiem. Parę miesięcy na ulicy i na dobrą sprawę nieustanna walka o przetrwanie z dnia na dzień wcale nie ułatwiały sprawy.
Szukający skrywał coś dużo więcej niż brutalna przeszłość, od której zapewne próbował się odciąć. Takich jak on na ulicy było wielu, a jednak jego tajemnica przyciągała Sherlocka jak magnes. Musiał ją poznać i zrozumieć.
Z uśmiechem patrzył na swojego partnera. Działając w trybie lekarza – można powiedzieć nawet lekarza wojskowego pracującego na polu bitwy – John był jak zwykle w swoim żywiole i bez problemu potrafił opanować zarówno płochliwego pacjenta, jak i osoby postronne.
— To wygląda naprawdę nieciekawie, trzeba będzie zaszyć. — Nie zważając na słabe protesty, John ponaglił Sherlocka, aby pomógł mu podnieść rannego chłopaka i powoli wyprowadzić na zewnątrz.
O dotarciu do kliniki nie było mowy, najbliżej ze wszystkich miejsc, gdzie mógł się odpowiednio zająć pacjentem, było ich mieszkanie na Baker Street. Ludzie Sherlocka zawsze byli w pobliżu, ale trzymali dystans. Nigdy nie sprowadzali do domu nikogo nieznajomego. John zaciął zęby. Nie chciał, żeby chłopak zniknął zaraz po tym, jak zostanie opatrzony, a tak się niestety mogło zdarzyć. Na Baker Street mógł go przypilnować przynajmniej ze dwa dni. Perspektywa powrotu dzieciaka na ulicę wcale mu się nie uśmiechała, jednak z tym niewiele mógł zrobić. Nawet Sherlock był bezradny w tej kwestii.
— Pani Hudson! — zawołał detektyw od progu. Doktor Watson chrząknął znacząco, mając nadzieję, że zwróci jego uwagę. Zazwyczaj subtelne sygnały nie trafiały w podobnych sytuacjach. Tym razem było podobnie.
— Chłopcy, na li…— Starsza pani znieruchomiała, widząc swoich lokatorów praktycznie niosących czyjeś ciało. Sherlock uśmiechał się szeroko, kiedy podszedł do niej i ucałował ją w policzek. Potrząsnęła głową z uśmiechem, który znikł z jej twarzy, gdy usłyszała ciche pojękiwania biedaka podtrzymywanego przez Johna. — Co się stało?! Kto to jest?
— To mój Szukający — odparł detektyw z radosnym błyskiem, wbiegając na schody. Zatrzymał się i dodał: — Będziemy potrzebować coś lekkiego i pożywnego, pani Hudson. John nic jeszcze dziś nie jadł, a nasz gość dawno nie miał nic w ustach.
OoO
