Specjalne podziękowania: dla Lucreci Le Vrai, dzięki której ciąg dalszy nie został wyrzucony i zutylizowany wraz ze starymi twardymi dyskami, laptopami itp. szpejem - za anielską cierpliwość i kołczing ;) oraz dla mężczyzn mojego książkowego życia: sir Patrica Leigh Fermora i Nicolasa Bouviera – za nieustającą inspirację do życia.


Nad portową zatoką błądziły szare opary świtu. Przystań była zupełnie pusta, tylko na bazaltowych cokołach dreptało wodne ptactwo. Słońce wreszcie przebiło się przez dymne woale unoszące się znad wody i poranne niebo, przeźroczyste i płonące, zachwyciło swoim ogromem.

Spacery tutaj były dla niego niczym kontemplacja. Wiatr od morza odświeżał umysł i przywracał właściwe proporcje między sprawami ważnymi i mniej istotnymi.

Tym razem trening, dłuższy niż zwykle i bardziej wyczerpujący, nie dał spodziewanych efektów. Coś było nie tak. Zamiast się skoncentrować, pozwalał by jego myśli uciekały, a przecież podjął już decyzję. Dlaczego więc nadal się niepokoi i waha? Dlaczego zastraszenie Rothena i nowicjuszki uznał bez zbędnego rozczulania się za wyższą konieczność w imię dobra Gildii i kraju, a sama myśl o tym, co jeszcze musi zrobić Lorlenowi jest nie do zniesienia, budzi w nim wstręt i pogardę dla samego siebie?

W ciągu tych wszystkich lat nie nadużywał władzy, tak mu się przynajmniej wydawało. Wielokrotnie widział jak nawet najmniejsza jej dawka upaja, jak pycha odbiera rozum i zabija instynkty, powodując ostatecznie widowiskowe katastrofy i upadki.

A może jednak? Czy właśnie przyszła jego kolej, a to co teraz czuje jest ostatnim ostrzeżeniem przed nieuchronnym? Być może szpieg, z którym walczył ostatnio, którego przesłuchiwał i którego zabił – zimny dreszcz przeszedł mu po kręgosłupie – miał racje?

— Próbujesz kontrolować świat, którego kontrolować się nie da. I szalejesz, bo nie potrafisz. Niczym się od nas nie różnisz — wycharczał Sachakanin, umierając. — Jesteś taki sam. Lubisz zabijać, lubisz, gdy się ciebie boją...

Czy to są moje jedyne korzyści i przywileje z posiadanej władzy? Szacunek, który zyskuję przez wzbudzanie lęku i autorytet zbudowany na przemocy i zastraszaniu? Czy ochrona obywateli Imardinu jest tylko wygodną wymówką? Jestem jak Ichani?

Wyprostował się, obrócił twarz do słońca i powrócił do koncentracji nad oddechem.


Dogłębne przekonanie o wkroczeniu w nowy, nieznany obszar życia męczyło go cały wieczór. Teraz leżał w swoim łóżku i dziwił się, że mógł jednak zasnąć. Jeszcze w mroku, usłyszał pierwsze głosy ptaków, gdzieś za oknem, w ogrodach Gildii. Czuł, że oto dziś dokona się coś nieodwołalnego i ostatecznego. Co teraz?

Muszę wstać, wyjść i po prostu się z nim spotkać. Koniec tchórzostwa, jeżeli chcę poznać prawdę. Jeśli chcę mu pomóc. Zawahał się. Pomóc? Jemu? Czy to w ogóle możliwe?

Wczoraj przygotowywał się, obmyślał, co powie. W tej chwili to wszystko wydawało się nic niewarte. Od czego zacząć? Jak zapytać? W odpowiedzi przypomniał mu się fragment powiastki z dzieciństwa, który lubił cytować swoim studentom: „Zacznij od początku – odpowiedział z powagą Król – i czytaj dalej, aż dojdziesz do końca: a potem przestań."

Jakież to proste. Zachować spokój i przytomność umysłu. Tak jak wczoraj poczuł przypływ ekscytacji i odwagi. Popijając sumi, wertował notatnik. Nagle drgnął olśniony nową ideą. Wydało mu się, że znalazł odpowiedź. Chaos faktów i podejrzeń w jego głowie ułożył się w całość.

Od lat, w Elyne, ale też i w Lonmarze, narastało niezadowolenie z monopolu Kyraliańczyków na wiedzę magiczną i kształcenie nowicjuszy. Przez stronnictwa chcące wykorzystywać potencjał mocy do swoich partykularnych interesów, Gildia coraz częściej była przedstawiana jako instytucja opresyjna i bezwzględnie tępiąca wszelkie odstępstwa od wyznaczonych standardów uprawiania i nauki, i magii. Organizacja, która nie tylko zazdrośnie strzegła swoich tajemnic, ale przede wszystkim traktowała poszczególnych władców Krainach Sprzymierzonych jak posłuszne narzędzia wszechpotężnych magów.

Niezadowolenie gdzieniegdzie przekształciło się w aktywne ruchy separatystyczne, zwłaszcza w ogromnym Elyne, gdzie władza królewska nad poszczególnymi prowincjami i Demami często była tylko formalna. Szukanie sojuszników, wsparcia finansowego, politycznego i z pewnością magicznego na północy, u odwiecznego wroga Kyralii, było logiczne i uzasadnione. Konsekwencje takich posunięć i alternatywny rozwój każdej z opcji zapierały dech w piersiach Administratora. Wizja magii i magów silniejszych od najlepszych wojowników Gildii i jej Wielkiego Mistrza stała się nagle niebezpiecznie realna.

Mam nadzieję, że to tylko moja wyobraźnia podsycona lekturą, opisami Dannyla i najzwyklejszym strachem przed Akkarinem. Król ma doskonałą siatkę szpiegów, stosunki z elyńskim dworem są nienaganne, wiedzielibyśmy, że coś się dzieje, uspakajał się, ale jednocześnie nie znajdował innego sensownego wytłumaczenia utraty magicznej mocy i okaleczeń u przyjaciela.

Obcy magowie, pomyślał machinalnie i przeraził się. Są gdzieś blisko, może nawet w mieście. Czy Akkarin uczy się od nich czarnej magii, czy z nimi walczy, tego nie był pewien.

Wstał gwałtownie od stolika. Niedopite sumi rozlało się na intarsjowany perłową macicą blat.

Musi to wyjaśnić. Wyjaśnić teraz i natychmiast, bez względu na wszystko. Nieistotny jest jego własny komfort a nawet sprawy wewnętrzne Gildii. W tej chwili kluczowe jest bezpieczeństwo ojczyzny. Ufał, że gdy ujawni przed Wielkim Mistrzem to, do czego właśnie doszedł, Akkarin wyzna prawdę i wtajemniczy go w swoje plany. Chwycił notatki i listy Dannyla, poprawił przed lustrem fałdy szaty, przygładził włosy i wyszedł z apartamentu.

Wstrząśnięty swoim odkryciem z trudem hamował zamaszyste kroki. Absurdalna, jak mu się na początku wydawało, propozycja Wielkiego Mistrza porannej przejażdżki niespodzianie okazała się całkiem racjonalnym rozwiązaniem. Porozmawiamy poza Gildią, na neutralnym gruncie, z dala od ciekawskich oczu i uszu. Będę spokojny, ale stanowczy, obiecywał sobie.

Idąc długimi korytarzami Domu Magów, zastanawiał się, dokąd mogliby pojechać. Było wiele takich miejsc, w tym jedno ulubione, dokąd wyrywali się, beztrosko wagarując. Skały nad rzeką, gdzie wody Talii pieniły się w wyżłobionych kanionach, były jeszcze czyste, wolne od portowego smrodu, brudu, mułu bagiennego i zgnilizny. Bielejące nad brzegami potężne wapienne ostańce stanowiły nie lada wyzwanie dla co zuchwalszych nowicjuszy. Kamień, woda, brawurowe wyścigi wspinaczkowe, dzika przyroda i wspaniałe widoki. Dla ich kompanii nic więcej wówczas się nie liczyło, nawet jeśli chwile wolności okupione były surowymi karami.

To właśnie tam pierwszy raz praktykował swoje umiejętności uzdrowicielskie, lecząc poparzenia słoneczne na plecach towarzyszy i chirurgiczne, gdy nastawiał Akkarinowi wywichnięty bark. Krzyki jego przyjaciela niosły się szeroko nad wodą, konie rżały przestraszone, a Makin i Jarred prawie płakali ze śmiechu. Widział to jakby zdarzyło się wczoraj. Akkarin wysoko w skalnej rysie, finezyjnie przewieszony na lewej ręce, szukający oparcia dla stóp, wykruszające się fragmenty skały, seria soczystych przekleństw, głuchy łomot ciała uderzającego o ziemię i jęk przyjaciela.

Żyjesz? Pierwszy podbiegł do rannego. Jarred i Makin siedzieli na jednym z ostańców i obserwowali ich z góry.

Nic mi nie jest. Akkarin głos miał nieswój, ale starał się przybrać obojętny wyraz twarzy i jak najszybciej się podnieść. Jednak gdy tylko oparł się na przedramieniu, z jękiem opadł z powrotem. Jego lewy bark był nienaturalnie powyginany.

Oddycha?! Całkiem siadła mu asekuracja. Jarred, najlepszy spośród nich we wspinaczce, wychylił się ze skalnej półki. — A mówiłem, klinuj całym ciałem!

Zamknij się! – odwarknął Akkarin, znowu próbując wstać.

Daj mi spojrzeć. Lorlen pochylił się nad przyjacielem, bo ten wił się już z bólu na trawie.

Nie! krzyczał. Nie dotykaj mnie! Przyprowadź konia, pomóż mi wsiąść. Wracamy do Imardinu. Gdzie moje szaty?!

Histeryzuje jak przekupka! Wracaj na ścianę, mięczaku i skończ drogę! — Jarred nie odpuszczał, ale Lorlen widział, że sprawa jest poważniejsza.

Akkarin, blady i spocony zaciskał zęby.

Przyprowadź konia. – powiedział cicho.

Lorlen pomógł mu usiąść.

Wstawię ci to ramię, teraz, i będzie mniej bolało. Uwierz mi zawiesił głos. Mam doświadczenie.

Akkarinowi na pewno nie polepszyłoby się, gdyby wiedział gdzie nabyte. Wiejskie szeptuchy i pasterze, od których już w dzieciństwie nauczył się podstaw ziołolecznictwa, miewali takie przypadki na co dzień. Delikatnie dotknął ramienia kolegi.

Kurwa mać! Akkarin wrzasnął, a oczy mu się zaszkliły. Ból był paraliżujący. – Wracamy!

Nie zadziała, jeżeli się nie zrelaksujesz. Lorlen pogładził delikatnie okolice łopatki.

Wcale nie zadziała! Bierz te łapy! Gdzie moje szaty?!

Spokojnie. Mięsień czworoboczny Lorlen w napięciu przesuwał palce po barku w stronę łokcia. Naramienny, biceps. Już.

Coś chrupnęło.

Ożesz szlag! Akkarin gwałtownie wyprostował się.

Bardzo proszę. Lorlen uśmiechnął się, ale i odsunął na bezpieczną odległość.

Nie boli! Jego przyjaciel ruszył ramionami i wyciągnął ręce przed siebie. Ale jak, do cholery…?

To magia, Akki. zaśmiał się. Najpotężniejsza.

Przywołane w myślach sceny wywołały niespodziewane wzruszenie i rozrzewnienie.

— Tyle wspomnień — szepnął. — Tyle nas kiedyś łączyło, a teraz spodziewam się po nim najgorszego.

Wyszedł z budynku i skierował się w stronę ogrodów Gildii. Równo przycięte szpalery delikatnie kołysały się muskane chłodnym porannym wiatrem, a krople rosy błyszczały ozłocone pierwszymi promieniami słońca. W odległej alejce zauważył sędziwego mistrza Mazarisa i mu się skłonił. Starzec, zbyt zajęty precyzyjnymi ruchami wykonywanych ćwiczeń, nie zauważył go. Zwolnił kroku.

Gildia – ogarnął spojrzeniem rozświetlone różowawą poświatą budynki – tak się skupiłem na życiu tutaj, że zapomniałem o tym, co lubię. A przecież kiedyś wsłuchiwanie się w pomrukujące u brzegu fale, w huk sztormu miażdżącego skały, było skuteczniejsze niż godziny medytacji. Rozmarzył się. Morze promienne i błękitne w letnie ranki, pełne utajonego czaru i grozy w mroźne noce. Niegdyś uwielbiał patrzeć na oszałamiający żywioł i zachwycać się jego zmiennością.

Tak, równie dobrze mogliby znowu pojechać nad otwarte morze. Dawniej za tym przepadali. Znikali z Gildii na cały dzień, a gdy udało im się wywieść w pole przełożonego Domu Nowicjuszy, nawet na dłużej. Sobie tylko znanymi szlakami docierali do bezludnych zatoczek, biwakowali w pieczarach, na kamienistych plażach lub dzikich klifach. Pachnący dymem z ogniska i morską solą zasypiali wpatrzeni w gwiazdy odbijające się w granacie wody. Miał znowu przed oczami urywki z ich wspólnych włóczęg.

Podziwiam ich Akkarin wskazał ręką ledwie widoczne na horyzoncie statki jadą długo i daleko, i nie muszą potwierdzać miejsc pobytu. Zazdroszczę im, wędrowcom, życia bez zobowiązań, podróży, gdzie oczy poniosą bez celu, terminów, bez dokładnie wyliczonej marszruty.

Siedzieli jak zwykle na klifie, ogień dogasał, wiatr nieco ustał. W oddali kilka kóz skubało wykręcone wiatrem krzewy i rachityczną trawę przebijającą się przez kamienie.

Za rok skończę uniwersytet i wyjadę. Głos Akkarina już nie był melancholijny, ale zdecydowany i twardy.

Na razie wyjeżdżasz do Capii na letnią przerwę. Lorlen zauważył grymas na twarzy przyjaciela. Tam też czeka cię masa przygód. Pewnie jeszcze bardziej ekscytujących niż rok temu.

To nie jest mój pomysł. Ojcu i matce zależy, żebym przy siostrze nabył stosownej ogłady. Twierdzą, że towarzystwo w Imardinie mi nie służy. Nie ty wyprzedził pytanie. Byliby zadowoleni, gdybym zadawał się tylko z tobą. Naprawdę nie możesz jechać? W zeszłym roku dobrze się bawiliśmy.

Nie ma mowy. Lorlen przeplatał między palcami długie źdźbło wysuszonej trawy. Spośród wszystkich nowicjuszy tylko mnie Vinara zaproponowała miesiąc indywidualnej nauki w Domu Uzdrowicieli. Zmarnować taką szansę? Wyobraź sobie…

Więc to już postanowione. Akkarin przerwał sucho jego żarliwy wywód. Nie zostaniesz Wojownikiem. Wpatrywał się intensywnie w płomień.

Walki z tobą skutecznie mnie do tego zniechęciły. Lorlen poczuł się w obowiązku rozładować nagłe i dziwne napięcie między nimi. Niech każdy z nas doskonali się w tym, w czym jest najlepszy. Zostaniesz wojowniczym podróżnikiem lub podróżującym wojownikiem. Oba tytuły doskonale do ciebie pasują.

Uśmiechnął się do swoich wspomnień, wydobyty z otchłani pamięci fragment nabrał nowych znaczeń.

Jeśli nie pozwalamy, aby podróż trochę nas oszpeciła, to lepiej zostać w domu – w ostatnim roku studiów Akkarin zwykł cytować swojego ulubionego pisarza. Oszpeciła, co za dosłowność – Lorlen poczuł, jak coś w środku w nim drży. Błyskotliwa dewiza przyjaciela zabrzmiała po latach jak złowróżbna przepowiednia.

Nie tak wyobrażał sobie dalekie podróże. Oczywiście, planowali wspólne zwiedzanie świata. Rozmawiali o odległych regionach i niezbadanych krainach, studiowali mapy i ryciny. Ostatecznie jednak przedsięwzięcie Akkarina wydało mu się niedorzeczne, pomysły zbyt mgliste i nieprecyzyjne. Na dodatek to nie był dobry czas na wyjazdy. Szaleńczo zakochany układał wspólne życie z Areią, miał szansę rozpocząć własne badania na uniwersytecie a jego talent medyczny został właśnie doceniony przez arcymistrza uzdrowicieli. Zbyt zajęty zmianami w swoim życiu, słuchając o konceptach podróży przyjaciela, nie potrafił wykrzesać z siebie dość entuzjazmu. Ich pożegnanie przy bramie Uniwersytetu było braterskie, niezbyt wylewne i bardzo krótkie. Prawdę mówiąc, nie wierzył, że przyjaciel zniesie trudy ambitnie zaplanowanych wojaży i spodziewał się go wkrótce z powrotem w Gildii. Obruszył się, gdy Akkarin, wskakując do powozu, powiedział coś o smutku nudnych pedantów. Później z ciekawością czytał listy przychodzące z Capii, ale bardziej absorbowały go inne sprawy.

Nie tęskniłem za nim, uświadomił sobie. Nie tęskniłem tak, jak wydawało mi się w dniu jego wyjazdu, że będę tęsknić. Były chwile, kiedy żałowałem, że nie może służyć mi radą i wsparciem, ale byłem taki skupiony na swojej pracy. Chyba w tym leży mój problem, w moim patrzeniu na świat. Widziałem tylko to, co przede mną, to, co pod mikroskopem. Wszystko dookoła mi uciekło. Czasem o nim myślałem, ale stanowczo za rzadko. Nawet gdy wrócił, wolałem udawać, że nic się nie zmieniło, a przecież widziałem, że nic nie jest takie samo. Wygodniej mi było zostawić wszystkie moje pytania na później. Tyle że to później nigdy nie nadeszło. Czy gdybym wtedy zapytał, on by odpowiedział?

Przy froncie rezydencji zatrzymał się na chwilę, a czując, że serce bije mu zbyt szybko, odetchnął głęboko, zanim zapukał. Drzwi nie otworzyły się same, jak to zazwyczaj bywało. Nacisnął mocno klamkę i wszedł do pustego salonu. Wejścia do klatek schodowych były zamknięte, znikąd nie dobiegały żadne odgłosy. Teraz, tak wczesnym rankiem, cała rezydencja sprawiała wrażenie jeszcze niezmącenie uśpionej. Ruszył dalej, do właściwego pomieszczenia wewnątrz domu. Przebudowa, jaką Akkarin zrobił w rezydencji, sprawiła, że większość odwiedzających go gości przyjmowana była w holu tuż przy wejściu głównym, który pełnił rolę salonu. Niewielkiego, eleganckiego i skutecznie strzegącego prywatności mieszkańców rezydencji. Lorlen zastanowił się, czy nie jest jedynym magiem w Gildii, który wie, co znajdowało się w głębi domu za masywnymi podwójnymi drzwiami. Pchnął jedno ze skrzydeł i przekroczył próg dużego pomieszczenia.

Imponujący stół jadalny z osiemnastoma krzesłami stał centralnie na osi drzwi wejściowych i drzwi do kuchni. Ostatnie duże przyjęcie wydane tutaj odbyło się tuż po zaprzysiężeniu Akkarina na Wielkiego Mistrza. Prawdopodobnie wtedy też wszyscy członkowie starszyzny byli razem w rezydencji po raz ostatni. Pokój jadalny miał wówczas jeszcze swój pierwotny wygląd klaustrofobicznej, ciemnej izby bez okien, której posępny nastrój potęgowało wykonane z czarnego dębu belkowanie sufitu oraz ciemnoszare obicia ścian, i w niczym nie przypominał jasnego, przestronnego miejsca, jakim był teraz.

Lorlen rozejrzał się. Promienie słońca wpadały przez nieosłonięte okna i odbijały się w kryształowych szybkach stojących pod ścianą kredensów, wiszących pod sufitem żyrandolach i wypolerowanej powierzchni stołu. Ogromne, poczerniałe ze starości obrazy w wybujałych zdobieniami ramach nie były już tak upiorne w dziennym świetle, przyznawał to za każdym razem, kiedy tu był. Na tle kremowych ścian nabierały nawet swoistego dostojnego uroku. Podobnie kominek z ciemnoszarego kamienia. Otwarte osmalone palenisko i surowe szczapy drewna kontrastowały ze zbyt bogato rzeźbionymi węgarami. Pilastry na szponiastych zwierzęcych łapach dźwigały na głowach woluty, na nich spoczywało belkowanie i ozdobny szeroki gzyms z kartuszem, w którego polu znajdował się inkal Wielkiego Mistrza. Akkarinowi udało się zminimalizować ten wybuch przepychu z dawnych lat skromnością pozostałych mebli. Fotele i sofy miały drogie, gustowne tapicerowanie, ale bez modnych, krzykliwych wzorów. Nieliczne bibeloty, najprawdopodobniej prezenty od odwiedzających Wielkiego Mistrza osobistości, stały na półkach obok oprawionych w skórę i drogie materiały woluminów. Zamknięty w misternie zdobionej szkatule mechanizm zegara cicho odmierzał czas.

Legendarna rezydencja Wielkich Mistrzów Gildii – Lorlen uśmiechnął się cierpko. Zbudowany na planie prostokąta masywy blok z ciemnego kamienia nie zachwycał wymyślną budową czy funkcjonalnością, był też przeraźliwie zawilgocony i wychłodzony, bo – jak podejrzewał Administrator – poprzedni Wielki Mistrz, wdychając nazbyt często podczas pełnienia swoich obowiązków zapach stęchlizny, stracił czucie na długo przed śmiercią. No i ten smród dochodzący ze stajni. Tylko ktoś o niezbyt zdrowych zmysłach mógł zgodzić się na konie i wozownię w takiej odległości.

Było to na pewno ostatnie miejsce Gildii, które można było nazwać przytulnym, wytwornym czy w ogóle nadającym się do zamieszkania przez młodego, pełnego życia i towarzyskich wyzwań mężczyznę. Zdziwił się więc bardzo, gdy Akkarin, nie zważając na niedogodności, szybko przeprowadził się z Domu Magów do nowego lokum.

Obaj zastanawiali się, jak przerobić stary i przytłaczająco ponury budynek w miejsce wygodne do życia i podobne do miejskich pałaców czy ogromnych wiejskich posiadłości, które znali od dzieciństwa.

Akkarin miał wiele pomysłów, ale nie chciał niszczyć symbolicznego zabytku architektury Gildii. Przedstawione przez niego plany przebudowy i rearanżacji siedziby przyjęto wśród Starszyzny z ulgą. Być może część magów słusznie obawiała się, że gmaszysko zostanie zrównane z ziemią. Na piętrze powiększył swoją sypialnię o sąsiadujący z nią pokój dla służby i polecił zmodernizować umywalnię. Na parterze przeznaczył dla Takana jeden z dawnych pokojów gościnnych sąsiadujący z południową klatką schodową, a oprócz wydzielenia holu, nakazał, wbrew obowiązującym trendom, połączyć część dolnych pomieszczeń w całkiem sporą bawialnio-jadalnię.

Miejsce mojego ostatecznego upokorzenia – Lorlen przejechał dłonią po miękkiej tkaninie fotela i podszedł do stojącej miedzy oknami konsoli. Dotknął leżącej na niej srebrnej tacy.

Ze wszystkich ludzi, Lorlenie, tobie chciałbym móc powiedzieć. Widzę bowiem, jak bardzo ta wiedza zmieniła twój stosunek do mnie – zabrzmiało mu w uszach. Gdybyś uważał, że moglibyście mnie pokonać, wysłałbyś przeciwko mnie całą Gildię.

Tak, zrobiłby to, zrobiłby bez wahania. Wtedy. Jeszcze wczoraj, ale czy teraz?

Obiecał, że pewnego dnia powie. Dzisiaj? Zapewnił, że nie chce ani zniszczyć, ani przejąć władzy w Gildii i w kraju. Więc czego chce? Kogo chroni, bo przecież nie siebie?

Lorlen westchnął i zatrzymał wzrok na wiszącej na ścianie, oprawionej w posrebrzane ramy, starej mapie. Wyblakłe kopczyki wyznaczały wzgórza miedzy Agen i Fennin, wybrzeże Corres pociągnięte było grubszą linią a drobne kreski tworzyły sieć dawno zapomnianych dróg obu prowincji.

Wiesz, Lorlenie, wędrówka sama w sobie jest lekcją. Mnóstwa pozornych problemów, które miałem w wieku dojrzewania, pozbyłem się, podróżując. Z porażki i słabości też płynie morał, który na pewno warto poznać.

Doskonale pamiętał wieczór, w którym jego przyjaciel wypowiedział te słowa. Nieledwie dwa lata temu, ekspedycja królewskich geografów i zajmujących się geologią alchemików wróciła do Imardinu po długiej i bezowocnej wyprawie do prowincji Felgar. Złoża szlachetnych metali, które zapowiadały się bardzo obiecująco i rozpalały wyobraźnię w Gildii i w całej stolicy okazały się ułudą. Nikt nie krył rozczarowania ani w Sali Nocnej, ani na monarszym dworze. Skarby, a w zasadzie ich brak, poniesione nakłady i wielki wysiłek uczonych były jedynym tematem pełnych rozżalenia rozmów.

Dlatego refleksyjny i niespodziewanie melancholijny komentarz Wielkiego Mistrza na tak fatalne wieści, nie umknął uwadze Lorlena.

Czyżby miał wtedy na myśli własne doświadczenia? Nie chciałem go słuchać. Nie chciałem poznać morału. Rozmyślałem i zgłębiałem swoje teorie zamiast wsłuchać się w niego. Mówił. Przecież mówił nie raz o podróżach. Nigdy wprost. Może gdybym słuchał uważniej – zastanowił się. Wtedy, w moim gabinecie, gdy z lekko nieobecnym wzrokiem opowiadał o Lonmarczykach i czekał na moje pytania. Ale ja byłem zbyt zatrwożony, żeby spytać o cokolwiek. Struchlały, że odkryje listy Dannyla. Raporty ambasadora znałem na pamięć, szukałem w każdym zdaniu podwójnego dna, dodatkowych znaczeń, podczas gdy Akkarin chciał rozmawiać. Przespałem i przegapiłem. Może gdybym…

Drzwi prowadzące do kuchni otworzyły się nagle i do salonu wszedł Takan. Zaskoczony, szybko skłonił się uprzejmie:

— W czym mogę pomóc, Mistrzu Administratorze?

— Akkarin — Lorlen, wytrącony z rozmyślań, nie wiedział, co odpowiedzieć. — Byliśmy umówieni.

— Jaśniepan… — Takan zawahał się na chwilkę, jakby w myślach szukał właściwej odpowiedzi, a po chwili odparł całkiem swobodnie — Wielki Mistrz jest już w drodze. Prosi, żebyś zaczekał tutaj, Administratorze.

Lorlen skinął głową. Chciał jeszcze zapytać, jak dużo czasu zajmie Akkarinowi powrót, ale służący już zniknął. Przez moment było słychać, gdzieś w kuchni, stukot drewniaków na kamiennej posadzce a potem powróciła krępująca cisza. Lorlen podszedł do regałów z książkami, i by rozładować nerwowy niepokój, wyciągnął jeden z tomów Wielkiej Genealogii Kyralii. Rozłożył pokaźnych rozmiarów księgę na jednym z pomocników stojących przy oknach i wpatrywał się w przepiękne, ręcznie zdobione złotem i purpurą inicjały, barwne ornamenty i iluminacje rodowych inkali.

— Ciekawa lektura. — Akkarin pojawił się, jak to miał w zwyczaju: cicho i znikąd.

Lorlen odwrócił się zaskoczony, ale gotowy na konfrontację. Nie zdążył jednak nic powiedzieć.