UWAGA!
Nie poleca się czytania w obecności osób trzecich (w zasięgu słuchu).
Pairing: Jioro (czytane „Dżiiioro", z akcentem na „o" XD)
Zaleca się przeczytanie podpunktu piątego ostrzeżenia zawartego w pierwszym rozdziale.
N/A:
Było późno...
Nie wierzę, że to napisałam...
Rany, jak mnie boli wyobraźnia...
Niech ktoś mnie uszczypnie...
ROZDZIAŁ 2
W poszukiwaniu natchnienia
„Trzeba ci wiedzieć, że inspiracja, natchnienie, jeżeli ma przyjść, to przyjdzie niezależnie od wszystkiego."
Henryk Ibsen, "Dzika kaczka"
"Geniusz to wynik 1 procenta natchnienia i 99 procent wypocenia."
Thomas Alva Eddison
To wszystko była wina Tsunade – westchnął w myślach Jiraya, poprawiając się na kocyku, tak, żeby słońce nie raziło go w oczy. Wredna, zazdrosna baba. Kilka razy skomplementował (na swój jedyny w swoim rodzaju sposób) jej biust, pozalecał się trochę, ogólnie odstawił kilka tradycyjnych numerów komediowych, a ona od razu myśli, że jest w niej na śmierć zakochany.
No dobrze. Lubił ją – przyznał przed sobą, starając się znaleźć wygodniejsza pozycję, co skutecznie uniemożliwiał mu pewien ciężar, spoczywający na nim w tej właśnie chwili. Całkiem niezła przyjaciółka. Silna. Utalentowana. Przydawała się w nagłych wypadkach. Umiała wypić, nie to co Oro, który już po trzech kieliszkach zaczynał nieskładnie chichotać i obmacywać przypadkowych, Bogu ducha winnych przechodniów. Czasami nawet bywała zabawna. Ale żeby od razu miłość? On zwyczajnie nie był tego rodzaju facetem. Kobiety po prostu nie interesowały go w ten sposób.
Owszem, lubił sobie popatrzeć, takie zboczenie zawodowo-estetyczne. Poza tym, musiał jakoś zarabiać na życie, a materiały do jego książek raczej nie rosły na drzewach (lubiły za to pluskać się w publicznych łaźniach , a czasem – przy odrobinie szczęścia i właściwym doborze lokalizacji – opalały się toples na plaży). To dzięki jego skrupulatności i nieustającemu poszukiwaniu natchnienia jego dzieła tak dobrze się sprzedawały.
Cóż, jeśli chodzi o te, które pisał pod pseudonimem, to sprzedawały się nawet lepiej (zrozumiałe, wziąwszy pod uwagę stężenie fangirls na metr kwadratowy powierzchni współczesnego świata), choć tu z szukaniem natchnienia miewał trudności. Wymagało to mianowicie pewnego wysiłku i zaangażowania z jego strony, na innym poziomie, niż jego „oficjalna" twórczość.
Tsunade dowiedziała się, a potem kazała mu z tym skończyć. Że niby musi dawać przykład młodemu pokoleniu (które w jego mniemaniu miało się najlepiej, gdy je zostawić w spokoju), a „bratanie się z wrogiem" najlepszym przykładem nie jest.
– Czy te... linki... naprawdę są... konieczne? – zapytał swojego osobistego wena, będącego jednocześnie wrogiem, z którym się, w tej właśnie chwili, „bratał" (termin implikujący kazirodztwo, pomyślał rozdrażniony, co przecież nie miało wcale miejsca, głupia Tsunade). Ostrożnie sprawdził wytrzymałość więzów.
– Tak... ummm... konieczne... – usłyszał w odpowiedzi.
Milczał przez parę sekund, kontemplując otoczenie. A przynajmniej próbował, co mu średnio wychodziło, biorąc pod uwagę sytuację (i pozycję), w której się obecnie znajdował oraz różne inne wysoce rozpraszające czynniki.
– Ale przecież jesteśmy na plaży – kontynuował, zauważając nutkę paniki we własnym głosie. Widok sporej butelki z dziwnym, fioletowym płynem niewiadomego pochodzenia i przeznaczenia odrobinę go niepokoił. Zwłaszcza, że owa butelka znajdowała się w dłoni Orochimaru.
– Oro, to, co trzymasz... Co to jest?
– Olejek do opalania.
– A nie wygląda.
– He, he, he.
Jiraya przełknął ślinę, zastanawiając się już po raz któryś z kolei, czy sfingowanie własnej śmierci i wyjazd do luksusowego kurortu na wyspach Baranich to na pewno był taki dobry pomysł.
Ale przecież – pocieszył się – nic nie może być gorsze od tego numeru z wężami ostatniej nocy, prawda?
Orochimaru pogrzebał chwilę w leżącej opodal na piasku kupce ich ubrań i wyciągnął skądś strzykawkę wielkości przedramienia dorosłego mężczyzny.
No, prawda?!
– To... Ch-chyba się nagle r-rozmyśliłem...
– Ależ dlaczego? – Oro nie wyglądał bynajmniej na zawiedzionego, w końcu to nie on leżał na słonecznej plaży, na kocyku, związany jak świąteczna szynka. – Przecież mówiłeś, że pilnie potrzebujesz materiałów do następnej książki...
– Myślę... myślę, że mam dość materiałów na jakiś czas.
Jego prywatny (i nieco nadgorliwy) wen sięgnął do kupki ubrań jeszcze raz i wygrzebał knebel (własnego projektu, z dodatkowymi funkcjami), po czym uśmiechnął się paskudnie. Od dnia, w którym się poznali, jeszcze jako dzieci, Jirayę zawsze oblewał zimny pot na widok tego konkretnego uśmiechu.
– Materiałów nigdy dość XD
