3. Jabłkowe natarcie
Ciemna czerwień i złoto
Spadają z góry deszczem -
Jesienne pandemonium.
Trzy dni po swoim niespodziewanym przebudzeniu przestał uważać pieczone jabłka z ryżem za jadalne. Prawdę mówiąc, na sam zapach jabłek robiło mu się niedobrze. Podejrzewał, że dorobił się trwałej fobii. Na punkcie jabłek. Jak bardzo żałosny może się jeszcze stać?
– Dalej, jeszcze łyżeczka.
– Ny-yy.
– Tak, właśnie tak.
– Lito...
– Dobry chłopiec. Za mamusię. Chociaż... – jego oprawczyni zamyśliła się, przerywając na chwilę swoje mało wymyślne kulinarne tortury – Nie, nie „za mamusię". „Za tatusia" pewnie też nie. O! Wiem! Za braciszka – zachichotała.
– Yyy-yyy – próbował opierać się, możliwie szczelnie zamykając usta.
– Za braciszka też nie? Och, to bardzo nieładnie z twojej strony, bardzo nieładnie... No dobrze, sam tego chciałeś.
Poczuł dwa palce ściskające mu nos.
Jeśli człowiek jest zdesperowany, na przykład gdy jest uwięziony kilka metrów pod wodą, może wstrzymać oddech na naprawdę długo. Jego rekord, jeszcze za czasów Anbu, to było siedem minut. To znaczy – do niedawna.
– Bez pośpiechu, w końcu mamy caaaały dzień.
Boże, jak on nienawidził jej chichotu. Do tej pory nie miał pojęcia, że można tak dogłębnie i całkowicie nienawidzić jakiegoś dźwięku.
Czekała, nucąc coś wesoło, jednocześnie ściskając płatki jego nosa tak mocno, że nie mógł ruszyć głową nawet, jeśli starał się z całych sił.
Osiem i pół minuty później jego organizm wreszcie się poddał i razem z długo wyczekiwanym oddechem jego usta wypełniła porcja znienawidzonej papki. Wyobraził sobie, jak umiera, krztusząc się tym obrzydlistwem, ale ona zawsze jakoś tak to robiła, że jedzenie za każdym razem trafiało tam, gdzie powinno.
– Do diabła z tobą, kobie... – na wpół wyjęczał, na wpół wykrzyczał, kiedy już przełknął.
Błąd.
– O, widzisz, to nie było wcale takie straszne – pocieszyła. Trzymał usta szczelnie zaciśnięte, dopóki nie usłyszał cichego pacnięcia talerza o ceramiczną powierzchnię zlewu.
– Boże, dlaczego mi to robisz – westchnął, gdy już był pewien, że znalazł się poza zasięgiem jabłkowego natarcia. – Co ja ci takiego zrobiłem? Zabiłem ci kogoś bliskiego? Męża? Dziecko? Ulubione zwierzątko? Jeśli tak, to musisz wiedzieć, że mi przykro. Naprawdę mi przykro. Zrobię wszystko, żeby odpokutować za swoje grzechy. Wszystko. Proszę. Ja tylko nie chcę już więcej żadnych jabłek...
W założeniu miało to zabrzmieć sarkastycznie, ale mu nie wyszło.
– Och, po co zaraz tak dramatyzować – w jej odpowiedzi wyczuł skrywaną nutkę rozbawienia. Nic nowego, naigrawała się z niego przez cały czas – Źle mnie zrozumiałeś, chłopcze. Ja ci nie chcę zrobić krzywdy, wręcz przeciwnie. Moim jedynym celem i pragnieniem w tej chwili jest doprowadzenie cię do stanu względnej używalności.
– I szpikowanie mnie tym okropieństwem ma niby w tym pomóc? – zakpił. – Prędzej połknę własny język niż jeszcze jedną łyżkę tego czegoś, przysięgam...
– Cóż, jeśli nalegasz... – nagłe uczucie ulgi zmieniło się na niedowierzanie zmieszane z zimnym przerażeniem na jej następne słowa – Wielokrotnie udowodniłeś, że twój organizm może się obejść bez tlenu przez całkiem długi czas, więc odratowanie cię nie powinno stanowić problemu. A jeśli takie próby będą się powtarzać, zawsze mogę cię uśpić dopóki twoje ciało nie będzie w odrobinie lepszym stanie – ciągnęła tonem uprzejmego wyjaśnienia. – To nie tak, że potrzebujesz świadomości, żeby wyzdrowieć. Choć przyznam, przytomny jesteś znacznie zabawniejszy.
– Och – na bardziej kreatywny komentarz nie było go stać.
– Już ci powiedziałam, chłopcze, nie umrzesz tutaj, czy ci się to podoba, czy nie. Zwykle dotrzymuję słowa.
Wszystkie odpowiedzi na to wyczerpał już pierwszego dnia, więc dalsze kontynuowanie dyskusji uznał za bezcelowe. Postanowił za to pogrążyć się w ponurych rozważaniach i ogólnej depresji.
– Wiesz, to ma sens, wbrew pozorom.
Och, więc już nawet poużalać się nad sobą w spokoju nie wolno?!
Westchnął.
– Cóż takiego ma sens?
– Jabłka.
Zemdliło go.
– Nie, naprawdę. Twoje komórki są w paskudnym stanie, strasznie nadużywałeś ostatnio tych swoich oczek. Do ich regeneracji potrzeba odrobinkę więcej niż czasu i dobrej woli. Nawet leczenie czakrą tu nie wystarczy. Co zresztą robię cały czas, jakbyś nie zauważył.
Nie zauważył.
Muszę być w naprawdę paskudnym stanie, żeby nie poczuć zmian pola energii wokół własnego ciała – pomyślał.
– Tylko moim wysiłkom zawdzięczasz to, że twoja szanowna osoba jeszcze nie rozpadła się na mnóstwo małych kawałeczków. Mnie i jabłkom.
– Dobrze – przerwał jej, pierwszy raz od swego niefortunnego przebudzenia okazując szczere zainteresowanie swoim stanem – czakrę rozumiem. Ale co jabłka – mało się nie zakrztusił samym słowem – mają z tym wspólnego?
– Widzisz, mój drogi, od trzech dni prawie co godzina szpikuję cię mieszanką medykamentów, której pojedyncza dawka prawdopodobnie zabiłaby średniej wielkości słonia. Do tego składniki owej mikstury nie za dobrze znoszą swoje towarzystwo i mają tendencję do wchodzenia w dziwne reakcje, których efektem bywa obłok gęstego, fioletowego dymu. Albo małe ka-boom. W przeszłości zdarzało mi się odbudowywać laboratorium po doprowadzeniu do spotkania zaledwie trzech z ponad setki składników twojego leku. Na szczęście kiedyś zgłodniałam podczas eksperymentów i trochę mojej szarlotki dostało się do jednej z probówek. W ten oto sposób odkryłam, że jedyną rzeczą, która sprawia, że ta mieszanka jest stabilna... w miarę... są jabłka.
– To niedorzeczne.
– Owszem. Muszę jednak przyznać, że nadspodziewanie skuteczne. Poza tym – wiele współczesnych wynalazków jest dziełem przypadku.
Milczał chwilę, przysłuchując się stukotowi zmywanych naczyń. Po trzech dniach nie miał już takich problemów z określeniem jej położenia, jak na początku. A może po prostu przestała się pilnować i zwyczajnie robiła więcej hałasu. Szurnięcie tu, stuknięcie tam. Czasem jakieś ciche westchnienie.
Co ciekawe, ciągle nie słyszał bicia jej serca. Może ta wredna baba wcale go nie miała?
Bardzo prawdopodobne.
– Ooo? – usłyszał jej głos tuż nad sobą. Kiedy ona...
– C-co?
– Znowu przychodzą nam do głowy jakieś głupie pomysły?
– N-nie, skądże znowu... A tak na marginesie, to draństwo, którym mnie szprycujesz, nie ma przypadkiem jakichś naprawdę nieciekawych skutków ubocznych, co? Skoro już tak się nieszczęśliwie złożyło, że przeżyłem, to nie chciałbym skończyć z jakąś dodatkową kończyną w dziwnym miejscu albo łysy.
– He, he, he, to dopiero byłby widok, nieprawdaż – zaśmiała się. – Nie martw się. Wiem, co robię. Włosy ci nie wypadną – zapewniła. – Chyba – dodała pod nosem.
Zmarszczyłby brwi, gdyby nie miał zabandażowanej całej górnej połowy twarzy.
– Myślę, że wolałbym jednak poradzić się innego specjalisty – wykrztusił.
– I znów źle mnie zrozumiałeś, dzieciaku. Nie ma innego specjalisty.
– Jak to – nie ma? Czyżby przez te kilka dni ktoś zdążył zamknąć wszystkie szpitale? – zakpił.
– Oczywiście, że nie. Ale żaden z współcześnie żyjących konowałów, i innych takich, nie zdołałby ci pomóc. Jesteś skazany na mnie. Najbliższe tygodnie byłyby dla ciebie bardziej znośne, gdybyś się z tym faktem wreszcie pogodził.
Zacisnął pięści, chociaż tylko w myślach, ciągle jeszcze nie mógł poruszać palcami. Jego przyszłość zaiste rysowała się różowo. Caaałe tygodnie z nią i jabłkami.
– A co też czyni cię taką wyjątkową? Poza zaawansowanym wiekiem – dodał, próbując ukłuć ją w te „stulecia", o których wspominała wcześniej.
– Hmph – znów wydawała się raczej rozbawiona niż obrażona. – Owszem, żyłam troszeczkę dłużej niż ty. No, może nawet odrobinę więcej niż „troszeczkę" – dodała po namyśle. – Przyznaję się do tego i się tego nie wstydzę. To jednak nie jest aż takie niezwykłe, jak ci się zdaje, chłopcze, znam kilka osób nawet starszych ode mnie, nie ma to też żadnego znaczenia jeśli chodzi o ciebie i twoje zdrowie. Pozwól za to, że uświadomię ci teraz fakt, który znaczenie ma: otóż nikt na świecie nie zajmie się twoim przypadkiem lepiej ode nie, ponieważ to właśnie ja stworzyłam Sharingana.
