Kawiarnia
- Myślałam, że nie przyjdziesz – powiedziała, udając brak zainteresowania, ale gdy tylko na niego spojrzała, wiedziała już, co ma zamiar jej powiedzieć i nie chciała tego słuchać. Nie mogła jednak tak po prostu uciec, jakby była kompletnie wytrącona z równowagi. Bez względu na to, jak bardzo by bolało, nie okaże żadnego znaku rozpaczy. Nie, nigdy. Utrzyma fason i dopiero w zaciszu swojego domu będzie krzyczeć i płakać jak dziecko.
- Wybacz – przeprosił Remus, próbując utrzymać serdeczny ton głosu, aby nie okazać słabości. Gdyby to zrobił, jego kłamstwo zostałoby odkryte.
Usiadł naprzeciwko i skierował wzrok na plac znajdujący się przed kawiarnią, w której siedzieli.
Tonks utkwiła wzrok w swoich dłoniach, próbując trzymać je spokojnie na kolanach. Żałowała, że umówiła się z nim w swojej ulubionej kawiarni, bo wiedziała, że po usłyszeniu słów odrzucenia z jego ust, już nigdy w życiu nie postawi tu nogi.
- Lubię to miejsce. Podają tu najlepsze ciasto czekoladowe w mieście – powiedział Remus, obserwując stolik przed nimi, gdzie jakieś dziecko zajadało ze smakiem swoje ciasto truflowe.
- To moje ulubione miejsce – mruknęła Tonks ze wzrokiem utkwionym we własnych dłoniach.
To było o wiele bardziej skomplikowane niż Remus myślał i pomimo, że ćwiczył, co ma jej powiedzieć i jak to zrobi, teraz wszystko się rozsypało. Wydawało się, że cały ten plan legł w gruzach, kiedy zobaczył ją siedzącą tam, z nieobecnym wzrokiem i włosami koloru zbyt normalnego jak na jego gust. Bardziej podobała mu się z włosami różowymi lub fioletowymi, a nie w kolorze zwyczajnego mahoniu.
Tonks zadawała sobie pytanie dlaczego tak zwlekał z odrzuceniem jej miłości. Czy chciał skrzywdzić ją jeszcze bardziej?... Niemożliwe, nic już nie mogło być bardziej bolesne od tego, co Remus zamierza jej powiedzieć, bo nic na świecie nie uzdrowi złamanego serca. Westchnęła, chciała zakończyć to jak najszybciej i jeśli on nie zacznie, ona to zrobi.
- Powiedz, co musisz, Remus. Nigdy nie lubiłam czekać – nie miała pojęcia, skąd wzięła odwagę, by to powiedzieć, ale nie zamierzała się wycofać. – Czekałam już wystarczająco długo – dodała oschłym tonem.
Remus spojrzał na dziewczynę, nie rozumiejąc jej zachowania. Jeszcze nic nie powiedział, a ona już zachowywała się ozięble, tworzyła dystans między nimi. W tym właśnie momencie można było zauważyć w niej krew Blacków. Bolało go to. Oczywiście, że odczuwał ból w głębi serca, bo wiedział, że ta obojętność, którą emanowała Tonks, wynikała z tego, że kobieta wiedziała już, co chciał jej powiedzieć.
- Myślą, że już znasz moją odpowiedź – powiedział z całym spokojem, ale ból był widoczny w jego oczach.
Tonks wciągnęła powietrze, żeby rozluźnić węzeł, który ściskał jej gardło. Chciałaby na niego krzyknąć, uderzyć go, wykrzyczeć, że jest idiotą, zmusić go, żeby ją pokochał, ale nie potrafiła tego zrobić… Za bardzo go kochała, żeby to zrobić. Serce biło jej powoli, zmuszając się do wielkiego wysiłku. Kręciła głową, nie mogąc myśleć jasno, ale pomiędzy oparami myśli, jeden głos dźwięczał wyraźnie.
„Tchórz, tchórz! Przeklęty tchórz!"
Z zębami zaciśniętymi z wysiłku, aby powstrzymać szloch, Tonks wymamrotała ciężko:
- Jesteś tchórzem.
Remus zacisnął usta. Wiedział już, że jest tchórzem i hipokrytą, ale nienawidził tej urazy w jej słowach. Co mógł na to odpowiedzieć?... Nic, ona to wiedziała i go nienawidziła. Nie tak, jak on siebie nienawidził, ale jej niechęć była o wiele bardziej dotkliwa.
- Naprawdę bardzo mi przykro – wyszeptał Remus z poczuciem klęski, ale Tonks miała już dość tego jego wiecznego męczeństwa.
Wcześniej czuła smutek z powodu życia, jakie prowadził, z powodu jego samotności i dyskryminacji, jaką cierpiał. Teraz jedynym, co była w stanie czuć względem Remusa, była wściekłość. Wściekłość, bo jeśli jego życie było tak żałosne, to tylko dlatego, że on sam tak zadecydował. To był jego wybór, a on był tchórzem, który krył się we własnej żałości.
- Wiesz, Remus, myślałam, że jesteś o wiele mądrzejszy, ale widzę, że jednak nie –dopiekła mu Tonks. Teraz już nic jej nie powstrzyma, powie Remusowi kilka słów prawdy. – Wiesz, nie pojmuję tego twojego przeklętego uporu w litowaniu się nad sobą i twojej głupiej manii pogardzania sobą. – Łzy spływały nieprzerwanie po jej policzkach, a głos podniósł się o kilka tonów. – Jesteś tchórzem, przeklętym tchórzem, który potrafi tylko użalać się nad sobą!
Remus patrzył na nią zdumiony. Nigdy jeszcze nie widział Tonks tak wściekłej i był naprawdę zaskoczony, widząc jak bardzo się kontroluje, aby jej włosy w złości nie zmieniły koloru.
Dziewczyna wciągnęła powietrze, aby się uspokoić, zrobiła kilka głębokich wdechów. Kiedy odzyskała panowanie nad sobą, schwyciła mocno swój plecak i, nie zaszczycając nawet jednym spojrzeniem żadnego z zaintrygowanych klientów kawiarni, wyszła sztywnym krokiem. Była wdzięczna za to, że złość nie pozwoliła jej potknąć się o nic po drodze.
