4. Wolna od ciebie

Próbowałam przejść wprost przez ulicę, ale po kilku minutach musiałam zdecydować się na skorzystanie z kładki dla pieszych. Jednak gdy tylko na nią weszłam, zatrzymałam się. Nie byłam w stanie iść dalej, kiedy w duszy czułam taką burzę. Spojrzałam w dół, na przejeżdżające ulicą samochody i — bezwolnie — wyobraziłam sobie jak spadam. Dość pocieszające było to, że nigdy nie byłam tchórzem i ten raz również nie był wyjątkiem. Nie pozwoliłam, by moje bariery opadły i abym straciła samokontrolę. Nie, wtedy to już nie byłabym ja. Osobiście zawsze wolałam stawiać czoła przeciwnościom, nawet gdy bardzo się bałam.

Schodząc z kładki, przyspieszyłam kroku, wkładając przy okazji okulary przeciwsłoneczne. Nie miałam ochoty patrzeć na te wszystkie zaciekawione spojrzenia. Zatrzymałam się na przystanku autobusowym, wcale nie chcąc wracać jeszcze do domu. Z pewnym ociąganiem wsiadłam do autobusu linii B-16. Nie patrząc nawet na kierowcę, wyciągnęłam bilet. Nie uśmiechały mi się żadne rozmowy, a już na pewno nie z jakimś nieznajomym. Po chwili zajęłam jedyne wolne miejsce, koło jakiegoś osobnika liczącego nie więcej niż trzydzieści lat i spróbowałam skupić się na tym, co mnie czekało do zrobienia w domu, ale jakiś typ za mną zaczął wydawać dziwne dźwięki, które sprawiły, że zaczęło mnie mdlić. Nie cierpiałam ludzi, którzy pluli publicznie, ale jeszcze bardziej nie mogłam znieść tych, którzy głośno przełykali. Gdy tylko zobaczyłam jakąś kobietę wsiadającą do pojazdu, szybko zdecydowałam się ustąpić jej miejsca, widząc, że jest w ciąży. W dodatku brało mnie na mdłości, gdy słyszałam jej ciągłe bla bla bla. A biedny chłopczyk, który jej towarzyszył, kiwał tylko głową na wszystko, co mówiła. Trzy przecznice dalej opuściłam autobus, a zaraz za mną wysiadł mężczyzna, który siedział wcześniej obok mnie. Ruszyłam w kierunku domu, ale zanim zdążyłam przekroczyć próg, zatrzymała mnie czyjaś ręka.

— Witaj, Tonks — pozdrowił mnie nieznajomy, który nagle wydał się nieco mniej nieznajomy.

— Cześć — odparłam, marszcząc brew, nie mogąc skojarzyć jego twarzy.

— Widzę, że mnie nie pamiętasz. Szkoda, bo ja pamiętam cię bardzo dobrze — powiedział tamten z nutą zawodu w głosie. Ściągnęłam okulary i jeszcze raz przyjrzałam mu się uważnie, tym razem już przypominając sobie, kim jest.

— Nick! — wykrzyknęłam, poruszona.

— No proszę, a już myślałem, że mnie sobie nie przypomnisz.

Poczułam się jak idiotka. Przecież razem z Nickiem studiowaliśmy na jednej uczelni. Ta sama sympatyczna twarz, ten sam spokojny uśmiech, te same błękitne oczy. Jak mogłam go nie rozpoznać, szczególnie, że ten uśmiech był najcudowniejszym uśmiechem, jaki widziałam w życiu.

— Przepraszam — pośpieszyłam z wyrażeniem swojego żalu.

— Ale! — przerwał natychmiast z uśmiechem i dodał — Zawsze chodziłaś z głową w chmurach, Tonks, więc nie dziwię się zbytnio, że mnie nie poznałaś.

Jego uśmiech poszerzył się jeszcze bardziej i poczułam przyjemną sensację w okolicach brzucha. Tak, jego uśmiech był niezaprzeczalnie ujmujący.

— Dlaczego nie zaczepiłeś mnie w autobusie? — zapytałam z ciekawością.

— Chciałem, ale się trochę denerwowałem — odparł szczerze, wciąż z ujmującym uśmiechem na twarzy.

Spojrzałam na niego, nie rozumiejąc, co miał na myśli, kiedy nagle z nieba nad nami lunęła ulewa. Zjawisko dość dziwne, biorąc pod uwagę fakt, że był maj.

— Zapraszam cię na gorącą czekoladę — zwróciłam się do Nicka.

Mrugnął do mnie i przyjął zaproszenie. Weszliśmy do budynku, a ja po drodze na piętro odebrałam od dozorcy kilka rachunków. W ciszy wsiedliśmy do windy, a kiedy weszliśmy do ciepłego mieszkania, przy kubkach parującej czekolady mogliśmy wreszcie spokojnie porozmawiać. A ja mogłam mu zadać pytanie o to, co mnie zastanawiało.

— Dlaczego się denerwowałeś?

Nick spojrzał mi w oczy i uśmiechnął się z zawstydzeniem.

— To nie było miłe, że mnie tak nabrałaś — odparł, krzywiąc się lekko.

Spojrzałam na niego, nie rozumiejąc ani słowa. On nie był z tych wstydliwych. Nie, byłam pewna, że nie mówi mi prawdy. Nick zauważył moją nieufność i powiedział już z uśmiechem na ustach:

— Zawsze byłaś podejrzliwa.

— Stałam się jeszcze bardziej, od kiedy zostałam aurorem — powiedziałam, wywracając oczyma. Upiłam łyk czekolady, czekając, aż wreszcie powie mi o co chodzi.

Kilka minut później Nick nagle wybuchnął śmiechem, a ja zaraz za nim. Czułam się z tym śmiechem tak dobrze, że nawet nie zwróciłam uwagi na ranę, wciąż jeszcze broczącą mi w piersi. Kiedy wreszcie odzyskaliśmy oddech, Nick przysunął się blisko mnie i, z tym swoim ujmującym uśmiechem, wyszeptał:

— Chciałbym wiedzieć, co porabiałaś.

Obróciłam głowę, a moje usta znalazły się kilka centymetrów od jego… jego ciepły oddech sprawił, że moje wargi zadrżały z pragnienia. Chciałam, żeby mnie pocałował, chciałam się z nim kochać tu i teraz. Nie miałam pojęcia, skąd wzięło się to nagłe pragnienie, ale jedynym, co wypełniało mi umysł, był uśmiech Nicka. Nie myśląc dłużej, chwyciłam go za kark i przyciągnęłam do siebie. Nick odpowiedział natychmiast, nie tracąc ani sekundy.

W jego ramionach czułam się wspaniale, całowałam go tak zapamiętale, że zapomniałam własnego imienia. Delikatność jego ruchów sprawiała, że traciłam oddech i przymykałam oczy z rozkoszy.

Remus… Remus… Remus, wzdychałam w myśli.

Wtedy zdałam sobie sprawę, że choć naprawdę próbowałam, nie potrafię wyrzucić Remusa z myśli, pomimo że w tym momencie moje ciało było pieszczone i całowane przez innego, moje serce i umysł wciąż wypełniał Remus. Teraz już wiedziałam, skąd brało się to nieopanowane pragnienie. Pochodziło z desperackiej chęci zapomnienia i wyrzucenia Remusa z serca — czy też z tego, co z niego zostało. Tak bardzo potrzebowałam znów poczuć, że żyję, że moje ciało reagowało samo, nie dając mi sekundy na pomyślenie o pustce w mojej piersi, tam, gdzie kiedyś miałam serce.

Nick całował z pasją, która dla mnie smakowała bólem i goryczą. Chciałam odrzucić od siebie wspomnienie Remusa, ale im bardziej przyciskałam swoje nagie ciało do ciała Nicka, aby się nim nasycić, tym mniej mi się udawało. Było to niemożliwe i niesamowite zarazem, ale tak właśnie to odczuwałam.

Czując się jak idiotka, odsunęłam się od Nicka, który spojrzał na mnie zaskoczony, nic nie rozumiejąc. Nie patrząc na niego, ubrałam się, a on w ciszy zrobił to samo. Dopiero kiedy już oboje byliśmy kompletnie ubrani, odważyłam się odezwać.

— Będzie lepiej, jeśli już pójdziesz.

Nick zbliżył się do mnie i po prostu przytulił, tak zwyczajnie, nie mając niczego na myśli. Przyszło mi do głowy, że może zauważył stan, w jakim się znajdowałam.

— Pójdę, ale najpierw chcę się dowiedzieć, co się dzieje — powiedział łagodnie.

W końcu nie wytrzymałam i wybuchnęłam płaczem prosto w jego ramiona. Nie wiem, ile czasu minęło, ale w końcu zmęczenie wzięło górę i nawet nie zauważyłam, kiedy zasnęłam.

Kiedy się obudziłam, była już prawie dziesiąta rano i natychmiast poczułam, że wracam do rzeczywistości. Powinnam była pójść do pracy, ale powlokłam się jedynie leniwie w stronę mojej sowy, Perełki, i szybko skreśliłam kilka słów do mojego szefa, tłumacząc, że dziś nie przyjdę, bo źle się czuję. Nie było to tak całkiem kłamstwo, ale wciąż nie czułam się z tym zbyt dobrze. Niestety jednak zmęczenie i ból głowy były o wiele silniejsze niż moje poczucie obowiązku. Powoli przywiązałam wiadomość do nóżki Perełki, która natychmiast wyleciała przez okno, nie obdarzając mnie ani jednym spojrzeniem. Poczułam się samotna, tak samotna i pusta, że musiałam się wysilić, żeby utrzymać normalny oddech.

Nagle usłyszałam hałas i natychmiast się spięłam. Chwyciłam różdżkę i cicho zbliżyłam się do kuchni. Powoli otworzyłam drzwi i zobaczyłam jakiegoś typa grzebiącego w mojej spiżarni.

— Zostań tam, gdzie jesteś — ostrzegłam, by sekundę później zawstydzić się, kiedy rozpoznałam Nicka. Biedak, wpatrywał się we mnie, trzymając ręce wysoko w górze. — Przepraszam, zupełnie zapomniałam, że tu jesteś.

— W porządku — odparł mężczyzna spokojnie, opuszczając ręce i wracając do swojego zajęcia sprzed kilku sekund.

— Co robisz? — zapytałam ze słyszalnym sceptycyzmem w głosie.

— Śniadanie — powiedział tylko.

Naprawdę umierałam z głodu, więc, nie mówiąc już nic więcej, usiadłam, czekając na jedzenie. Poza tym nie codziennie zdarza się, żeby gotował mi jakiś przystojniak. Uśmiechnęłam się smutno, wyobrażając sobie Remusa przygotowującego mi śniadanie. Po raz kolejny pogrążyłam się w zamyśleniu i gdyby nie Nick, zapewne spędziłabym w ten sposób cały ranek.

— Opowiedz mi, co się stało. — Jego głos był delikatny i zatroskany, choć nie zmuszał wcale do odpowiedzi. Spodobało mi się uczucie, które wywołała we mnie jego troska.

Spojrzałam mu w oczy, ale nie wytrzymałam długo. Nie mogłam zapanować nad poczuciem winy i w końcu łzy ponownie popłynęły po moich policzkach. Natychmiast poczułam obejmujące mnie ramiona Nicka.

— Ciiii, spokojnie, jeśli nie chcesz, nie musisz nic mówić — uspokajał mnie.

— Nie, to nie to — zaprzeczyłam pomiędzy szlochami.

— Nie zmuszam cię, Tonks — wyszeptał czule, nie wymagając niczego, ale mimo to zdarzenie ostatniej nocy przepełniło czarę. Poza tym, normalnie kiedy odmawiasz mężczyźnie seksu, to pewne, że następnego dnia zacznie cię unikać. Ale Nick nie zachowywał się jak zwyczajny mężczyzna.

Kiedy wreszcie udało mi się opanować płacz, opowiedziałam Nickowi wszystko, dokładnie wszystko. Gdy skończyłam, poczułam się dużo lepiej. Moje serce wciąż było złamane, ale ból zmniejszył się na tyle, że byłam w stanie go znieść. Nick przytulił mnie i nic nie mówił przez dłuższy czas, dopóki, z jakiegoś niewiadomego powodu, zaczął się trząść. Podniosłam głowę i spojrzałam mu w oczy. Płonęły gniewem.

— Wszystko w porządku? — zapytałam przestraszona, widząc jego twarz niebezpiecznie zaczerwienioną.

Nie odpowiedział mi, tylko przetarł twarz dłonią i odetchnął głęboko kilka razy, żeby się uspokoić. Dopiero potem spojrzał mi w oczy. Siedziałam nieruchomo, ale kiedy jego oczy spotkały moje, zadrżałam ze strachu. Nick był bardzo poważny, prawie ponury i wydawało się, że z każdego centymetra jego twarzy wypływa nienawiść.

Kiedy podniósł rękę, już wyobraziłam sobie najgorsze. Myślałam, że mnie uderzy, ale zrobił coś dokładnie przeciwnego. Delikatnie przyłożył dłoń do mojego policzka, jego oczy złagodniały, a wargi się rozluźniły.

— Teraz rozumiem twoje wczorajsze zachowanie — wyszeptał ze smutkiem. Widok, jaki sobą przedstawiał, zabolał mnie bardzo, więc z powrotem przytuliłam twarz do jego piersi i objęłam go.

Po tym wszystkim, co się stało w ostatnich dniach, tym, czego najbardziej potrzebowałam było poczucie, że istnieje dla mnie jeszcze jakaś maleńka nadzieja. Ale dni mijały wolno i szaro i nawet Nick (który stał się w tym czasie moim najlepszym przyjacielem i wsparciem) nie był w stanie podnieść mnie na duchu. Nie wiedziałam, co zrobić, by zwrócić moje życie na właściwy kurs, a już na pewno nie miałam ochoty robić czegokolwiek w tym kierunku, bo za każdym razem, kiedy patrzyłam w przyszłość, zdejmował mnie strach.

Minęło kilka dni (nawet upływu czasu nie byłam w stanie udźwignąć), kiedy otrzymałam wiadomość o zebraniu Zakonu. Moje ciało i coś, co znajdowało się w miejscu, gdzie wcześniej kryło się moje serce, zadrżało na myśl, że za kilka godzin znowu zobaczę Remusa.

Te godziny minęły zatrważająco szybko. Nick, który cały czas spędził ze mną, objął mnie, gdy nadszedł czas zebrania. Jego czułość uspokoiła mnie na tyle, że byłam w stanie nie rozpłakać się, gdyby przyszło mi zobaczyć Remusa. Jednak pierwszym, co chciałam zrobić po przybyciu do Kwatery, było znalezienie go, ale moje poszukiwania zostały przerwane przez przybycie Albusa.

— Dzień dobry, Tonks — powitał mnie z tą swoją charakterystyczną uprzejmością. Ograniczyłam się tylko do uśmiechu w odpowiedzi, bo wiedziałam, że gdybym otworzyła usta, wydobyłby się z nich tylko szloch.

Przeszliśmy do kuchni i usiedliśmy na naszych zwykłych miejscach, jednak miejsce Remusa było puste.

Próbuje mnie unikać, pomyślałam, nie widząc innego powodu jego nieobecności.

Zebranie rozpoczął Albus, ale nie mogłam się skupić, dopóki coś, co powiedział, nie przyciągnęło mojej uwagi.

— …dlatego właśnie dwa dni temu Remus dołączył do wilkołaków.

Zmroziło mnie i na kilka sekund wstrzymałam oddech. To niemożliwe, żeby Remus był aż takim idiotą… Jak mógł wyruszyć samotnie na taką misję?… To niedorzeczne… Nie wiem, do czego byłabym zdolna, gdyby coś miało mu się stać.

Byłam tak wściekła, że nie mogłam pohamować krzyku:

— Oszalałeś, Albusie! Jak mogłeś posłać Remusa samego? Przecież coś może mu się stać! Masz pojęcie, jak niebezpieczne mogą być wilkołaki?… Najwyraźniej nie. Gdybyś to wiedział, nie posłałbyś Remusa do nich!

Wszyscy wpatrywali się we mnie, a moje włosy stały się w tym momencie wściekle czerwone. Byłam zaskoczona widząc, że nadal jestem zdolna do metamorfomagii. Kilka dni wcześniej próbowałam przemiany i nic z tego nie wychodziło. Albus spoglądał na mnie zza swoich okularów-połówek w ten charakterystyczny sposób, który mógł człowieka wyprowadzić z równowagi, ten, który mówił „wiem coś, o czym ty nie masz pojęcia"… Szalony starzec, właśnie teraz dostałam dowód na to, że biedny dyrektor był kompletnie stuknięty.

Kiedy wyszłam z zebrania, czułam przerażenie dławiące mnie w piersi i tłumiące oddech… Co zrobię, jeśli coś mu się stanie?… Nie potrafiłam sobie nawet tego wyobrazić, a gdy próbowałam, zaczynałam się po prostu dusić. To był mój pierwszy dzień bez żadnej nowej informacji o Remusie, pierwszy z wielu i pierwszy wśród tygodni wypełnionych niepokojem o tę jego głupią misję.

23, 24, 25, 26, 27… odznaczałam dni w kalendarzu i, z każdym kolejnym, który mijał, coraz bardziej czułam się, jakbym go już nigdy nie miała zobaczyć. Nick praktycznie ze mną zamieszkał, bo biedak bał się o moje bezpieczeństwo… jakbym miała sobie podciąć żyły albo coś podobnego… dobrze, prawdę mówiąc, to była moja druga opcja, ale pierwszą było poszukanie Remusa na własną rękę.

Tydzień, dwa, trzy i nadal żadnych wieści. Stałam się tak drażliwa, że kompletnie przestałam sobie radzić w wypełnianiu obowiązków, bardzo martwiąc tym rodziców, Nicka i Zakon.

Leżałam tylko w łóżku, obserwując owady biegające po suficie, aż w końcu zdałam sobie sprawę z czegoś całkiem oczywistego, a czego nie byłam w stanie zauważyć wcześniej: zachowywałam się tak, jak Remus. Przesiadywałam w mieszkaniu, zamknięta, sama, nie robiąc nic poza użalaniem się nad sobą.

Poczułam do siebie wstręt, bo moje zachowanie było dokładnie takie, jakiego nigdy nie tolerowałam u innych. Nie zastanawiając się po raz drugi, wstałam i ubrałam się, nie mając zamiaru kolejnego dnia spędzić na pochłanianiu ogromnych ilości lodów, jak jakaś głupia nastolatka, której złamano serce… Skoro Remus podjął swoją decyzję, ja również powinnam to zrobić. Z tą myślą opuściłam mieszkanie.

Pierwsze, co postanowiłam zrobić, to spełnić pewne szalone marzenie z dzieciństwa, które wskazali mi jeszcze moi rodzice i które, przez pewne wydarzenia w moim życiu, potrafiłam spełnić całkiem dobrze: fotografia. Ale zanim jeszcze zaczęłam szaleć, musiałam pójść do banku i wyjąć nieco oszczędności.

Kiedy już miałam pieniądze w ręku, skierowałam się do mugolskiej części miasta. Dobrze wiedziałam, gdzie znaleźć to, czego szukałam, więc szybko weszłam do odpowiedniego sklepu i dużo później z niego wyszłam, dzierżąc w rękach wszystko, czego potrzebowałam. Wróciłam do mieszkania, gotowa rozpocząć pracę.

Kolejne dwa tygodnie zostały wykorzystane w pełni, a co najważniejsze, ani razu nie wróciłam do rozczulania się nad sobą. Nick pomagał mi, dźwigając statyw i resztę sprzętu… Prawdę mówiąc, bez niego moje zajęcie okazało by się o wiele cięższe.

Był czwartek i wszystko było gotowe do mojej własnej wystawy. Miałam wynajęty lokal, goście byli zaproszeni i, co najważniejsze, miałam wszystkie fotografie — cudowne, wspaniałe obrazy uchwycone przeze mnie… Ok, wiem, że to bardzo egocentryczne, ale też całkowicie prawdziwe, równie prawdziwe jak to, że Albus jest kompletnym szaleńcem. Wszystko szło mi tak dobrze, a to dzięki różdżce i kilku wejściówkom (bo moja wystawa był mugolska)… Czego jeszcze mogłam chcieć?… Po raz pierwszy od kilku miesięcy poczułam się naprawdę szczęśliwa.

Wystawa okazała się sukcesem, wszystkim podobały się moje zdjęcia, nawet udało mi się sprzedać kilka tych „dzieł"… Cóż za wspaniałe słowo! Dzie-ło, aj, to tak jak wtedy, gdy jakiś Francuz (uwielbiam to słowo) powiedział mi, że wykonałam magnifique travail. Prawie go wtedy pocałowałam, ale opanowałam się i, jak na prawdziwą damę i artystkę przystało, uśmiechnęłam się tylko z wdzięcznością.

Moje życie zaczęło na nowo nabierać sensu i czułam, że ta zraniona część mojego serca zaczyna się w końcu zabliźniać. Wszystko było wspaniale. Nerwy nie zawiodły mnie nawet, gdy dostałam informację o kolejnym zebraniu Zakonu.

Kiedy spotkanie się skończyło, Albus i Moody poprosili mnie, żebym została chwilę, bo mają dla mnie zadanie. Bardzo mnie to poruszyło, bo minęło już sporo czasu, od kiedy ostatni raz byłam na jakiejś misji, a powinnam przecież utrzymać formę.

— Na południe od Tulsy ma się odbyć spotkanie śmierciożerców. Musimy dowiedzieć się, czy te informacje są pewne — powiedział Albus, patrząc na mnie przyjaźnie.

— I dlatego pomyśleliśmy o tobie. W końcu znasz teren, a twój talent na pewno by ci pomógł — dodał Moody.

— Oczywiście, możecie na mnie liczyć — odparłam podekscytowana, czując buzującą w żyłach adrenalinę.

— Nie możesz jednak iść sama — powiedział Moody ojcowskim tonem, jak to zwykle miał w zwyczaju w stosunku do mnie.

Zgodziłam się z nim, zresztą z kimś zawsze będzie zabawniej.

— Proponuję Nicka — powiedziałam, wiedząc, że mój przyjaciel bardzo chciał uczestniczyć w jakiejś misji, ale jako nowy członek na razie mógł wykonywać tylko różne proste zadania.

— Nie, nie jest jeszcze gotowy na tego typu misje — zaprzeczył Albus. Mimo że jego słowa były stanowcze, oczy wciąż błyszczały łagodnie i przyjaźnie.

Wielka szkoda, to byłoby bardzo zabawne… naprawdę szkoda.

— W takim razie kto będzie mi towarzyszył? — spytałam, wiedząc, że w grę wchodzą tylko trzy osoby. Reszta albo była na jakiejś misji, albo musiała być obecna tutaj.

— Remus Lupin — odpowiedział Moody z uśmiechem, zniekształconym przez masę blizn.

O nim nie pomyślałam, z resztą sądziłam, że nadal przebywa wśród wilkołaków. Ale skoro Albus i Moody chcieli, aby wyruszył ze mną, nie mogłam się nie zgodzić.

— W porządku — odpowiedziałam, wzruszając ramionami. Teraz, kiedy powiedzieli, że to Remus ma być moim towarzyszem, nie poczułam absolutnie nic, choć wiem, że gdyby zakomunikowali mi to choćby dwa miesiące temu, jestem pewna, że skakałabym ze szczęścia.

Z rozmowy wyrwało nas chrząknięcie. Wszyscy podnieśliśmy wzrok, żeby zobaczyć, kto nam przeszkadza i z zaskoczeniem zobaczyliśmy Remusa opartego o futrynę drzwi. Zaskoczyło mnie, że ubrany był na modłę mugolską.

Przystojny, pomyślałam.

Albus uśmiechnął się i podszedł do mężczyzny, który podał mu jakieś papiery, zapewne raporty.

— Właśnie o tobie rozmawialiśmy, Lupin — powiedział dyrektor.

Zobaczyłam, jak Remus marszczy brwi, nie rozumiejąc, o co chodzi starszemu mężczyźnie. Tak po prawdzie, to niewielu ludzi rozumiało Albusa, ale to teraz nie istotne.

— Szukamy ochotników na misję, Remusie — wyjaśnił Moody. Jego oko zaczęło obracać się szaleńczo w poszukiwaniu śmierciożerców.

Podniosłam brew, zauważając, że mnie powiedzieli coś zupełnie innego. A może Moody powiedział tak, aby dać Remusowi możliwość odmowy… cóż, jeśli mam być szczera, Albus i Moody byli dla mnie kompletnie niezrozumiali.

— Możecie na mnie liczyć — powiedział Remus zdecydowanie.

Już zapomniałam, jak brzmi jego głos, i teraz głęboko poczułam ten jego męski, choć łagodny, tembr. Uśmiechnęłam się, zdając sobie sprawę z tego, że słuchanie tego głosu i patrzenie na twarz Remusa nie powoduje żadnego bólu… Najwyraźniej byłam silniejsza niż nie spodziewałam, i, jak się zdaje, uwolniłam się od niego.

— W takim razie wszystko ustalone — powiedział Szalonooki z miną, która zapewne miała być uśmiechem, jednak wyglądała bardziej na grymas, po czym, kilka sekund później, dodał — Tonks pojedzie z tobą, Remusie. Już ona wyjaśni ci wszystko.

Skinęłam głową życzliwie, jednak gdy spojrzałam w oczy Lupina, natychmiast stałam się czujna. Nigdy wcześniej nie widziałam go tak… nie wiem… tak pewnego… czegoś?