-Czy to jest Blaine? Mercedes, tam stoi Blaine? To naprawdę jest Blaine? Co tu robi Blaine? Mercedes, co Blaine tu robi?
-Zamknij się - ucina murzynka.
-Ale jakim cudem Blaine jest w McKinley? Co on tu robi? To naprawdę jest Blaine? Czy to jest Blaine?
-Rachel, na serio, zamknij się, albo zaraz oberwiesz moim najnowszym wydaniem Vogue'a - komentuję.
„Jesteś najlepszym człowiekiem jakiego kiedykolwiek spotkałem. Nigdy cię nie zostawię. Nigdy cię nie zranię. Kocham cię."
Nie mogę oderwać wzroku od postaci powoli zbliżającej się w naszym kierunku. Nigdy nie wydawał mi się taki pociągający, a z drugiej strony nigdy nienawidziłem go bardziej niż w tym momencie. Jakim prawem, po tym wszystkim co mi zrobił, śmie pokazywać się w mojej szkole?
-Witaj, Blaine - mówię, patrząc mu prosto w oczy. W tym momencie nie obawiam się, że wybuchnę płaczem i ucieknę wrzeszcząc jak mała dziewczynka. Jestem w zbyt wielkim szoku, by myśleć racjonalnie.
-Cześć, Kurt - odpowiada. - Wy dwie - wskazuje palcem na Mercedes i Rachel, które stały po moich bokach - mogłybyście dać nam minutkę? Dzięki wielkie.
Zszokowane, nie wiedzą co powiedzieć, więc po prostu odwracają się i odchodzą. Zaczynam trochę panikować. Mając przy sobie dziewczyny czułem się pewniej.
-Czego chcesz, Blaine? - pytam, zwęrzając oczy.
-Oh, pogadać - uśmiecha się. - Tęskniłem.
Szczęka mi opada. Unoszę brwi. „Tęsknił? Co za debil. Tęsknił! No pomyślałby kto, on za mną TĘSKNIŁ."
-Doprawdy?
-Wyglądasz prześlicznie, gdy robisz tą swoja minkę „jestem-zdziwiony-więc-uniosę-brwi", wiesz?
-Blaine, nienawidzę cię.
-Kocham cię - odparował, uśmiechając się zawadiacko.
Zamurowało mnie. Mogłem się tego spodziewać, oczywiście, ale nie w tak krótkim czasie.
„Jesteś najlepszym człowiekiem jakiego kiedykolwiek spotkałem. Nigdy cię nie zostawię. Nigdy cię nie zranię. Kocham cię."
-Blaine, to nic nie zmieni.
-Ależ zmieni. Chcesz się przekonać?
-Nie, jakoś nie bardzo.
-Jestem pewny, że jednak chcesz.
-Blaine, daj mi spokój. Nie masz pojęcia, ile się przez ciebie wycierpiałem. Nie było cię przy mnie. Ale nie chciałem żebyś był. Nienawidzę cię, Blaine. Nienawidzę cię, brzydzę się tobą i już nigdy cię nie pok... - w tym momencie nie jestem zdolny mówić dalej, bo chłopak zamyka mi usta całusem.
Jest to chyba najlepszy pocałunek jakim kiedykolwiek mnie obdarzył. Przyciąga mnie mocno do siebie i wpija się ustami w moje wargi. Dłonią przesuwa po moich plecach, która wreszcie spoczywa na mojej szyi i głaszcze mnie delikatnie. Zapominam o bożym świecie. Nawet nie zdałem sobie sprawy, że odwzajemniam pocałunek. Czuję, jak Blaine się uśmiecha. Popycha mnie lekko na szawki i nasz pocałunek staje się bardziej namiętny, niemalże agresywny. Kiedy wreszcie odrywa swoje usta od moich, nie mogę zaczerpnąc powietrza. Nie wiem jakim cudem jestem jeszcze bardziej na niego zły. Ah, no tak. Właśnie mnie pocałował, a przecież miałem go nienawidzieć.
-Zmieniłeś zdanie? - pyta. Jest zdyszany. Kolejny raz ma na twarzy ten zawiadcki uśmiech. Nie oduwa się ode mnie. Jego twarz dalej znajduje się w takiej odległości od mojej, ze wystarczyłyby milimetry i znowu moglibyśmy skończyć całując się.
-Daj mi spokój - ucinam.
Odwracam się i ruszam w stronę wyjścia. Wcześniej nie zwróciłem uwagi, że na korytarzu zgromadziło się bardzo wiele osób obserwujących naszą kłótnię. Momentalnie robię się cały czerwony i szybko wychodzę ze szkoły.
-Kurt! Daj spokój! Gniewasz się? Kurt? Kurt!
Lekceważę go i szybko przechodzę przez parking, do bramy szkolnej, żeby tylko znaleźć się w otoczeniu większej liczby ludzi. Może wtedy nie zaatakuje mnie znowu pocałunkiem. Inaczej przepadłem.
„Jesteś najlepszym człowiekiem jakiego kiedykolwiek spotkałem. Nigdy cię nie zostawię. Nigdy cię nie zranię. Kocham cię."
Zaczynam zastanawiać się, jaki sens miały te słowa. Powoli dochodzę do wniosku, że może wtedy Blaine faktycznie coś do mnie czuł. „Ale to nieważne. Zepsuł wszystko tym, co zrobił. Już nigdy nie będę w stanie mu zaufać."
Znowu przed moimi oczami miga jasne światło, jakby strzelił piorun. Jesteśmy w moim pokoju w internacie. Jestem smutny, ale nie przez Blaine'a.
-Będzie dobrze. Zobaczysz. Wszystko się ułoży - mówi pocieszająco, używając swojego delikatnego, przekonującego tonu głosu.
-Jakim cudem zawsze wiesz, co powiedzieć, żeby mnie uspokoić i pocieszyć?
-Bo cię kocham - uśmiecha się lekko, a w jego oczach naprawdę widzę miłość.
-Ja też ciebie kocham, Blaine. Kocham cię. - Słysząc te słowa, uśmiecha się szerzej.
-Już wszystko w porządku?
-Tak. Dzięki tobie.
Przybliża się, patrząc mi na usta. Czuję, że zaraz znowu nastąpi pocałunek. Ale on zatrzymuje się w odległości kilku milimetrów ode mnie i szepcze:
-Do zobaczenia później.
Po czym szybko wychodzi, zostawiając mnie samego, z walącym sercem i bałaganem w głowie.
Wciągam szybko powietrze. Czuję łzy w oczach. Przecieram je szybko ręką, żeby nikt nie zauważył. Ktoś łapie mnie za rękę. Odwracam się, przygotowany do ataku, gdyby był to Blaine.
-Co znowu!
-Kurt, spokojnie. - To tylko Mercedes. - Czego on od ciebie chciał?
-Nic. Tylko porozmawiać. - „I pocałować" dodaję w myślach.
-I co powiedział?
Zajmuje mi chwilę przypomnienie sobie, co tak naprawdę mówił.
-Że tęsknił. - „I że wyglądam prześlicznie."
-Naprawdę? I co, zejdziecie się teraz?
-Co? - nie rozumiem. - Nie, Mercedes, on mnie zranił. Ufałem mu. Kochałem go. Nie będziemy już razem. Nigdy.
-Oh... no tak. Ale wiesz, że jeszcze nie powiedziałeś mi, o co się pokłóciliście?
-I niech tak zostanie. Przynajmniej na razie. Nie jestem w stanie o tym mówić. Przepraszam.
-Okej, rozumiem. Wiem, że jak będziesz chciał, to mi powiesz. Prawda?
-Yhm? Tak, oczywiście - nie zwracam dłużej uwagi na moją przyjaciółkę.
„Jesteś najlepszym człowiekiem jakiego kiedykolwiek spotkałem. Nigdy cię nie zostawię. Nigdy cię nie zranię. Kocham cię."
Zaciskam zęby i próbuję odgonić od siebie wspomnienia. Na marne.
Siedzę na lekcji i próbuję skupić się na słowach nauczyciela, jednak mój wzrok cały czas ucieka w stronę Blaine'a. Chłopak zauważa moje spojrzenie i uśmiecha się znacząco. Odwraca się szybko, pisze coś na kawałku papieru, który po chwili mi przekazuje. Rozprostowywuję kartkę powoli, ale ciekawie.
„Kocham cię. Wiesz o tym? B."
Nie mogę powstrzymać uśmiechu i szybko odpisuję.
„Chyba powiedziałeś mi to dzisiaj jakieś... tysiąc razy? K."
Czekam z niecierpliwością na odpowiedź. Kiedy znowu mam liścik w rękach, śmieję się sam do siebie.
„To dobrze. Bo cię kocham. Kocham to mówić. B."
Mam ochotę przejść przez całą klasę i pocałować go przy wszystkich uczniach i nauczycielu. Nie obchodzi mnie, co sobie pomyślą. Po prostu chcę być jak najbliżej niego. Zamiast tego odpowiadam szybko:
„Też cię kocham. K." Chłopak odczytuje wiadomość i mruga do mnie, sprawiając, że jeszcze trudniej jest mi się powstrzymać od publicznego okazania mu uczuć.
Po raz kolejny tego dnia tęsknię za starym Blainem. Za Blainem, któremu wierzyłem, kiedy mówił, że mnie kocha.
Tydzień mija powoli, ale spokojnie. Nie dzieje się nic niepokojącego, nic, co zaprzątałoby porządek kolejnych dni. Staram się zapomnieć o wiadomym incydencie, ale mimo to cały czas wracam myślami do tamtego momentu. Jego usta znów w połączeniu z moimi, jego ręce znów na moim ciele. Czuję, że tak po prostu ma być. Jakbyśmy byli sobie przeznaczeni od wieków. Jednak nie mógłbym tak po prostu mu wybaczyć.
Blaine nie pokazuje się ponownie w McKinley. Nie pokazuje się też nigdzie poza szkołą. Zniknął, chyba już na dobre. Nienawidzę siebie za to, że mimo wszystko chciałbym go znowu zobaczyć.
-Czemu po prostu o nim nie zapomnisz? - pyta Rachel.
-To nie takie proste - wzdycham.
-To jest proste jak drut. Zapominasz i ot tak - pstryka palcami - już go nie ma. Tak jak ja i Finn. Już mi z nim przeszło.
-Jesteś pewna? Wtedy, na próbie chóru nie wyglądałaś, jakby ci przeszło.
A była to doprawdy komiczna scena. Nie powinieniem tak mówić, bo w końcu chodziło o Rachel, moją przyjaciółkę, ale do teraz nie mogę powstrzymać śmiechu, wspominając tamten dzień. Minęło już sporo czasu, odkąd dziewczyna rozstała się z Finnem i według ich „rozkładu" powinni już dawno do siebie wrócić. Rachel nie mogła dłużej znieść tej rozłąki. Postanowiła zaśpiewać chłopakowi piosenkę, korzystając z odrobiny wolności, którą dał nam pan Shuester w tym tygodniu - pozwolił nam śpiewać dowolne utowory, żadnych zadań domowych. Było to dziwnie do niego niepodobne. Wracając do tematu - pewnego wieczoru Rachel przyszła do mnie z prośbą. Chciała, bym pomógł jej znaleźć jakąś piosenkę, przez którą mogłaby wyrazić swoją tęsknotę i oddanie Finnowi. Wspólnie zdecydowaliśmy się na jeden utwór (cóż, ona zdecydowała, ja tylko siedziałem i kiwałem głową, bo osobiście wybrałbym coś innego, ale byłem zbyt pogrążony w myślach, by zaprotestować). Kiedy przyszło do śpiewania, Rachel nie mogła spokojnie usiedzieć w jednym miejscu, więc jak tylko pan Shuester spytał, czy ktoś przygotował jakąś piosenkę na lekcję w tamtym dniu, jej ręka od razu wystrzeliła w górę. Finn przewrócił oczami, przeczuwając już, co się wydarzy. Nie wyglądał na zadowolonego, kiedy Rachel zaczęła śpiewać.
-So pretty, so smart
Such a waste of her young heart
What a pity
What a shame
What's the matter with you, man?
Przy ostatniej linijce wzruszyła ramionami, jakby chciała podkreślić winę Finna, że jeszcze do siebie nie wrócili. Ledwo udało mi się zapanować nad wybuchem śmiechu.
-Don't you see it's wrong?
Can't you get it right?
Musiałem opuścić wzrok, by nie przerwać jej występu atakiem dzikiego śmiechu.
-Out of mind and out of sight.
I'm a satellite heart
Lost in the dark
Przyłożyła rękę do swojej piersi i udała, że ociera łzę z policzka. Przedstawienie robiło się coraz bardziej komiczne.
-I'm spun out so far
You stop I start
But I'll be true to you.
I hear you've living out of state
Running in a whole new scene
You know I haven't slept in weeks
You've the only thing I see.
O ironio - Finn naprawdę zdawał się zapomnieć o Rachel. Zastanawiałem się, jakim cudem jeszcze nie zdążyłem go spytać co mysli o całej tej sytuacji. A nadarzyło się przecież tak wiele okazji, na przykład kiedy oglądaliśmy razem mecz footballu i brat tłumaczył mi zasady gry, lub podczas wspólnego kupowania prezentu na urodziny dla Carol. Teraz siedział zmieszany i jakby znudzony, podczas gdy dziewczyna starała się go przekonać do siebie, śpiewając piosenkę. Popatrzyłem na niego z rozbawieniem, ale nie odwzajemnił mojego spojrzenia. Wpatrywał się z żalem w Rachel, która ciągle śpiewała.
-I'm a satellite heart
Lost in the dark
I'm spun out so far
You stop I start
But I'll be true to you
No matter what you do
Yeah, I'll be true to you.
Melodia dobiegła końca. W sali było tak cicho, że słyszeliśmy trenerkę Sylvester na drugim końcu korytarza, wrzeszczącą na jakiegoś ucznia. Ktoś musiał zabrać głos, bo cisza robiła się naprawdę krępująca.
-Więc oczekujesz, że teraz pozwolę ci rzucić się mi w ramiona i do ciebie wrócę, czy... - zaczął mój brat niepewnie.
-Wiem że mnie kochasz! Finn, wróć do mnie. Wiem, że za mną tęsknisz. Nie możemy bez siebie żyć!
Chłopak wyglądał na bardzo zmieszanego i zrobił się cały czerwony. Najwyraźniej nie wiedział co powiedzieć.
-To jest głupie - wtrąciła Santana. - Możemy zakończyć to przedstawienie, proszę? Pogódź się z tym, krasnoludku, on cię nie kocha. Tak będzie lepiej i dla jego reputacji, i własnego zdrowia psychicznego.
-Moje zdrowie fizyczne jest bardzo dobre - podzieliła się Brittany. Santana popatrzyła na nią z rozczuleniem i uśmiechnęła się. Wstrząsnąłem głową, chichocząc cicho.
Rachel zwęziła oczy i usiadła, zła i naburmuszona.
-Proszę pana... - zaczął Finn, ale nie skończył, tylko po prostu wybiegł z sali.
Wszyscy zaczęliśmy chichotać, nie wiedząc, jak się zachować.
-Okej - zaczął pan Shue. - Na dzisiaj wystarczy piosenek. Zajmijmy się przygotowaniami do zawodów.
Od tamtego dnia nie wspomniałem na głos o tym wydarzeniu, ani przy Rachel, ani przy Finnie.
-Ale to było dawno temu - oponuje dziewczyna.
-Rachel, to było przedwczoraj - przypominam.
-No właśnie! Wiesz, ile może zmienić się przez dwa dni?
-Włosy mogą urosnąć o całą jedną setną milimetra? - pytam sarkastycznie.
-Zabawne. Ale ja mówię na poważnie. Zapomniałam o nim. Spotkałam innego chłopaka - zdradza z satysfakcją.
-Naprawdę? - jestem zszokowany. - Kogo? Znam go? Chodzi do naszej szkoły? Jak ma na imię? - bombarduję pytaniami.
-Nie, nie chodzi do naszej szkoły. I nie wiem czy go znasz. W sumie, szczerze w to wątpię. Są bardzo małe szanse, że mógłbyś go wcześniej poznać - tłumaczy Rachel.
-To zapoznaj nas z nim! Czemu tego jeszcze nie zrobiłaś? Chyba że powiedziałaś Mercedes. Jeśli jej powiedziałaś, a mnie przy tym nie było, to będę na ciebie zły.
-Przestań, nic jej jeszcze nie powiedziałam. Nie miałam okazji. Byliśmy dopiero raz w Breadstix.
Uśmiecham się. Dobrze wiedzieć, że Rachel znalazła kogoś, z kim może nareszcie znajdzie szczęście na dłużej. Przynajmniej taką mam nadzieję, bo jej związki były dotychczas dość burzliwe.
-Koniecznie musisz nas z nim poznać.
-Odrobiłeś zadanie z algebry? - pytam.
Jest już późny wieczór. Siedzimy z Finnem w kuchni i rozmawiamy o wszystkim i o niczym jak ostatnio dość często nam się zdarza. Pijemy ciepłe mleko, każdy ze swojego ulubionego kubka, a Carol i Burt już poszli spać.
-Tak - odpowiada zmieszany - ale chyba mam zły wynik.
-Finn, nie możesz tak olewać tego przedmiotu. Wiesz, że to jeden z najważniejszych - mówię. Po prostu troszczę się o niego i jego wyniki w nauce.
-No tak, wiem... - odpowiada, marszcząc czoło. - To nic. Jutro poproszę Artiego, żeby mi poprawił.
Wzdycham, zgadzając się na takie wyjście. I tak nie mam siły już sprawdzać obliczeń Finna.
-Jak tam nowy odcinek Chirurgów? - pyta brat.
-Lexie jest dalej zła na Marka, niestety. Mogłaby mu wybaczyć. To nie jego wina, że zapłodnił Callie. Zdarza się - uśmiecham się szeroko. - Boję się, że Lexie zacznie umawiać się z Avery'm.
-To ten przystojny rezydent, który przeniósł się z Mercy West?
-Tak, to on - potwierdzam.
-Dlaczego nie chcesz, żeby byli razem?
-Lexie i Mark bardziej do siebie pasują niż Lexie i Avery - tłumaczę, nie wdając się w szczegóły.
-Aha - mówi z zamyśleniem Finn. - To trzymam kciuki żeby Lexie i Max wrócili do siebie.
-Mark, Finn, on ma na imię Mark, nie Max - śmieję się. - No, nieważne. Idę spać. Dobranoc - żegnam się, poklepując brata po ramieniu.
-Słodkich snów - mówi i dopija resztkę swojego mleka.
Wchodzę na górę i znikam za drzwiami mojego pokoju. Ściągam szlafrok i podchodzę do łóżka, jednak coś mnie zatrzymuje. Słyszę stukanie w szybę. Wyobraźnia od razu podsuwa mi przeróżne wizje rodem z horrorów. Dzielnie odsuwam je na bok i zbliżam się powoli do okna. W ciemności na zewnątrz nie mogę nic dostrzec, więc łapię za klamkę. Kiedy okno już jest otwarte, wychylam się troszeczkę. Spoglądam na dół i nie mogę uwierzyć w to, co widzę.
-Lecz cicho! Co za blask strzelił tam z okna!
Ono jest wschodem, a Kurt jest słońcem!
Wnijdź, cudne słońce, zgładź zazdrosną lunę,
Która aż zbladła z gniewu, że ty jesteś
Od niej piękniejszy.
Odebrało mi mowę. Pod moim oknem stał Blaine, w ręce trzymał gitarę i cytował Szekspira. Nie mogłem w to uwierzyć. Czy ten chłopak zupełnie oszalał, stracił resztki rozumu i wyczucie jakichkolwiek norm społecznych?
-Blaine! Zamknij się natychmiast! - szepnąłem, ale zdawało się, że krzyczę. Moje serce biło tak szybko, że zdziwiłem się, że jeszcze nie wypadło mi z piersi.
-Cicho! coś mówi.
O! mów, mów dalej, uroczy aniele;
Bo ty mi w noc tę tak wspaniale świecisz
Jak lotny goniec niebios rozwartemu
Od podziwienia oku śmier...
-Blaine, zamknij się! Przestań, słyszysz? Przestań natychmiast!
-Przestanę jak zejdziesz do mnie, tutaj, na dół - w ciemności mogłem dostrzec, jak uśmiecha się zawadiacko.
-Oszalałeś. Nigdzie nie schodzę. Jest późno i idę spać. Poza tym, nienawidzę cię.
-Kocham cię.
-Nie kochasz mnie. Inaczej byś nigdy tak nie postąpił - wypominam.
-Mówisz o cytowaniu Szekspira? Wolisz innego dramaturga? Kogo, powiedz, oh moja Julio? Dla ciebie nauczę się każdej sztuki na pamięć, jeśli zajdzie taka potrzeba.
Uśmiecham się mimo woli, mając nadzieję, że w ciemności chłopak tego nie dostrzeże.
-Nie, głupku, mówię o tym, co zrobiłeś w Dalton - przypominam.
-To nie miało znaczenia. Kocham cię.
-Blaine, to miało ogromne znaczenie, nie pamiętasz? Nienawidzę cię.
-Kocham cię.
-Idę spać.
-Kocham cię. Zejdź do mnie.
-Oszalałeś. Idę spać.
-Kocham cię.
-Nienawidzę cię! - dodałem jeszcze, zamykając okno.
-Kocham cię! - usłyszałem zza szyby.
Mimowolnie uśmiechnąłem się jeszcze szerzej. Już wiem, że będzie mi bardzo trudno zasnąć tej nocy.
„Jesteś najlepszym człowiekiem jakiego kiedykolwiek spotkałem. Nigdy cię nie zostawię. Nigdy cię nie zranię. Kocham cię."
Może te słowa miały jakieś znaczenie? Może dalej mają?
Z mętlikiem w głowie kładę się do łóżka.
