Patrzę na Blaine'a w szoku. Mój płytki, niespokojny oddech jest jedynym odgłosem przerywającym ciszę. Chłopak przygląda mi się troskliwie, ale chyba boi się zbliżyć - jakbym był zbyt delikatny, by mnie dotknąć. Przecieram oczy wierzchem dłoni.

- Co tu robisz? - pytam cicho przez łzy. Głos mi się łamie i pociągam nosem. Po raz kolejny rozglądam się po pokoju, mając nadzieję na znalezienie chusteczek.

- Finn mnie wpuścił. Powiedział, że śpisz, ale niedługo powinieneś się obudzić. Nie miałem nic przeciwko siedzeniu samemu i oglądaniu ciebie podczas snu. Wyglądałeś tak słodko i niewinnie - jego głos brzmi odrobinę chłodno, jest wyprany z emocji. Chłopak w ogóle się nie rusza, jakby był zamrożony. Po prostu siedzi i patrzy mi głęboko w oczy. Po chwili zrywa się gwałtownie z krzesła i siada naprzeciwko mnie. - Zły sen? - pyta, wskazując brodą na łóżko. Wyczuwam troskę w jego pytaniu.

- Coś... coś w tym stylu - odpowiadam, ledwo widząc na oczy przez potok łez, który leje się ciurkiem po mojej twarzy.

Blaine przysuwa się bliżej, po czym zaciska swoje ramiona wokół mnie, a ja opieram się na jego klatce piersiowej i czuję, jak szybko bije mu serce. Chłopak zaciąga rękaw bluzy na dłoń i uroczym gestem ociera moją twarz z łez. Pamiętam podobne sytuacje z czasów, kiedy chodziliśmy do jednej szkoły. Blaine często mnie pocieszał, zawsze był przy mnie, kiedy potrzebowałem wsparcia. Szczególnie na początku.

- To tylko sen, wiesz? Te wydarzenia nie miały miejsca w rzeczywistości. To tylko sen. Twoja wyobraźnia. Zapomnij o tym.

Nawet nie wie, jak bardzo się myli.

„Jesteś najlepszym człowiekiem jakiego kiedykolwiek spotkałem. Nigdy cię nie zostawię. Nigdy cię nie zranię. Kocham cię."

Czasami nie zdajemy sobie sprawy, jak wiele rzeczy robimy wbrew samym sobą. W tej chwili mam ochotę odepchnąć go od siebie i krzyknąć, by dał mi spokój, jednak zamiast tego jeszcze mocniej wtulam się w niego.

- Kiedy ja wiem, że to zdarzyło się naprawdę... Wtedy, w Dalton... wybrałeś jego... zamiast... - Blaine patrzy na mnie uważnie. Na jego twarzy maluje sie strach - nie chce, żeby temat Matta znowu wypłynął. - Blaine, to boli tak bardzo... Chyba... chyba nie jestem w stanie... - nie kończę zdania, zanosząc się szlochem. Chłopak wzdycha ciężko, głaszcząc mnie po plecach.

- Ciii... - uspokaja mnie. - Będzie dobrze. Wszystko się jakoś ułoży. Ciii... - kołysze mnie lekko w swoich ramionach.

Po kilku minutach trwania w ciszy czuję i uspokajającego dotyku Blaine'a, czuję się już lepiej. Chłopak trzyma moją dłoń w swojej, przesuwając delikatnie palcami po mojej skórze. Zamykam oczy i zbieram się w sobie, aby zacząć mówić:

- Nie bądź na mnie zły... - Pociągnięcie nosem. - Ale może jednak lepiej będzie, jeśli... - zaciskam powieki, chcąc powstrzymać kolejny przypływ łez.

Czuję dłoń Blaine'a na moim udzie, otwieram więc oczy, nieco zaskoczony. Przysuwa się blisko mnie, składa nieśmiały pocałunek na moim policzku, ledwo muskając ustami skórę, po czym zaciska wargi w cienką linię i zamyka oczy na krótką chwilę. Powoli wstaje z łóżka i podnosząc swoją torbę z podłogi, znika bez słowa.


Są momenty, kiedy mocno żałujemy swoich decyzji. Chcielibyśmy cofnąć czas, by móc wybrać inną drogę, powiedzieć inne rzeczy, inaczej się zachować, mimo iż może wydawać się, że postąpiliśmy odpowiednio. Jednak nikt jeszcze nie wynalazł maszyny do podróżowania w czasie lub zmieniania przeszłości. Niestety.

Po rozstaniu z chłopakiem jestem w tak podłym nastroju, że kilka kolejnych godzin spędzam w praktycznie tej samej pozycji. Nie mogę uwierzyć, że to koniec. Blaine zostawił mnie samego. Nie przyjdzie mnie pocieszyć. Nie przytuli mnie. Ale tego chyba chciałem, prawda?

Z zamyślenia budzi mnie dźwięk przychodzącej wiadomości. Po chwili sięgam po telefon leżący obok lampki nocnej. Specjalnie przeciągam moment odczytania sms'a, chcąc dłużej żyć w przekonaniu, że może jest to wiadomość od Blaine'a. Nic z tego. Kilka chwil zajmuje mi przypomnienie sobie, kto to jest Jared i czego może ode mnie chcieć.

„Masz ochotę wyjść dzisiaj do kina? Powiedzmy, na siódmą wieczorem?" - sam nie wiem co sądzić o tej propozycji. Przez chwilę rozważam różne opcje, kiedy w mojej głowie słyszę tylko kilka słów: „Jesteś najlepszym człowiekiem jakiego kiedykolwiek spotkałem. Nigdy cię nie zostawię. Nigdy cię nie zranię. Kocham cię."

Szybko odpowiadam na wiadomość i zaczynam zastanawiać się, co na siebie włożyć wieczorem.


Przebieram nogami w miejscu i pocieram dłońmi ramiona. Na zewnątrz jest dość chłodno, a Jared się spóźnia. Jednakże, mimo niskiej temperatury, moje dłonie są spocone. Na ulicy panuje zgiełk i rumor - ludzie mijają się szybko, by jak najwcześniej znaleźć się w zaciszach domów po męczącym dniu pracy. Nagle dostrzegam znajomą sylwetkę Jareda po drugiej stronie jezdni i uśmiecham się lekko sam do siebie. Już na sam jego widok nieco poprawia mi się humor. Chłopak przebiega przez ulicę i szybko zbliża się do mnie.

- Cześć! - wita się zdyszany. - Przepraszam za spóźnienie, ale coś mnie zatrzymało. Musiałeś strasznie zmarznąć! Przepraszam jeszcze raz - powtarza, posyłając mi ciepły, serdeczny uśmiech.

- Nie ma sprawy. To co, wchodzimy? - pytam, wskazując brodą na budynek kina.

Chłopak potwierdza skinieniem głowy i ruszamy w kierunku drzwi. Zastanawiam się, na jaki temat zacząć rozmowę, kiedy Jared nagle przerywa moje rozmyślania.

- Więc... już poukładałeś ten... bałagan? - pyta niepewnie. W mojej głowie zapala się czerwona lampka i zaczynam nieco panikować. „Nie zaczynaj tematu Blaine'a, nie ciągnij tego, Kurt. Nie dasz rady."

- Hm... tak, ale... - przygryzam wargę. - Proszę, możemy o tym nie rozmawiać - bardziej stwierdzam niż pytam. Chłopak przez chwilę wydaje się być zdezorientowany, ale nie zadaje więcej pytań. - Nie mogę się doczekać, żeby zobaczyć ten film. Pięć nominacji do Oskara? - potrząsam głową. - Musi być naprawdę dobry. - Ściągam rękawiczki, kiedy wchodzimy do środka budynku. Jared rozpina płaszcz i zauważam, że ma na sobie podobny sweter do tego, który kupiłem Blaine'owi na urodziny. Zaciskam mocno oczy na krótką chwilę, by powstrzymać łzy.

- Słyszałem, że wciska w fotel. Poza tym, uwielbiam tego reżysera. „Requiem dla snu" to jeden z moich ulubionych filmów! - wyznaje z entuzjazmem, uśmiechając się jeszcze szerzej. Nie sądziłem, że to możliwe.

- Ten sam kompozytor zajmował się muzyką do obu filmów, prawda? - pytam, mrużąc oczy. Jared potwierdza skinieniem głowy.

- Mam nadzieję, że znowu odwalił kawał dobrej roboty.

Podchodzimy do kasy, by kupić bilety. Chłopak upiera się, by zapłacić za mój, jako że to on zaprosił mnie do kina, ale pozostaję nieugięty i oddaję mu równowartość swojej części zapłaty. Następnie zaopatrujemy się w popcorn i napoje, po czym udajemy się do sali. Prowadzimy dość banalne konwersacje, jednak w jego towarzystwie czuję się bardzo dobrze - jest wesoły, uśmiechnięty i najwyraźniej mną zainteresowany. Odpycham myśli na temat Blaine'a na dalszy plan, jednak nie udaje mi się całkowicie o nim zapomnieć. Po chwili gasną światła i cała sala milknie w oczekiwaniu na rozpoczęcie seansu. Zerkam na Jareda, bo zauważam, że przygląda mi się uważnie od jakiegoś czasu.

- Co takiego? Ubrudziłem się gdzieś? - Zdezorientowany przecieram usta wierzchem dłoni.

- Nie, nie, po prostu... - śmieje się cicho i lekko wstrząsa głową, po czym łapie moją rękę leżącą na oparciu fotelu, spoglądając mi głęboko w oczy. - Naprawdę, naprawdę bardzo się cieszę, że mogę tu z tobą być.

„Popatrz, Blaine - obok mnie siedzi osoba, dzięki której uda mi się o tobie zapomnieć."


Jared towarzyszy mi podczas całej drogi powrotnej do domu. Opowiada zabawne historie o szkole, rodzinie i przyjaciołach. Doceniam to, jak bardzo jest otwarty i nie boi się mówić o sobie. Dowiaduję się, że ma siostrę, Laurę, która jest młodsza od niego o osiem lat. Dziewczynka choruje na ostrą cukrzycę, a jej starszy brat jest dla niej największym bohaterem na świecie, ona zaś oczkiem w głowie Jareda. Jego rodzice zajmują się prawem - tato jest adwokatem, mama zaś notariuszem. Kilka lat temu przeprowadzili się z Chicago do Limy, ponieważ życie w tak dużym mieście było męczące i szukali miejsca, w którym Laurze żyłoby się łatwiej z jej chorobą.

Droga mija mi zaskakująco szybko w towarzystwie Jareda i jestem zdziwiony, kiedy zauważam, że dotarliśmy już na miejsce. Chłopak upiera się, by odprowadzić mnie pod same drzwi. Stoimy jeszcze przez chwilę na ganku, podczas gdy szukam kluczy w kieszeni płaszcza. Czuję chłodny metal dotykający mojej skóry i wyciągam brzęczący przedmiot. Jared zauważa breloczek w kształcie litery „B", którego nie zdążyłem jeszcze odpiąć i w środku modlę się, by nie pytał, co on oznacza. Chcę już pożegnać się z chłopakiem, kiedy niespodziewanie drzwi otwierają się i dołącza do nas mój tato.

- Kurt. Już wróciłeś. - Jego spojrzenie mogłoby zabić - czasami jest nad wyraz opiekuńczy, jeśli chodzi o mnie, Carol lub Finna. Zamierzam przerwać ten niesamowicie niezręczny moment, więc przedstawiam ich sobie.

- Cześć, tato. Poznaj Jareda - wskazuję ręką na chłopaka. - Byliśmy razem w kinie.

- Miło mi pana poznać, panie Hummel. - Uśmiechając się przyjaźnie, nastolatek wyciąga rękę, a Burt ściska ją mocno.

- I wzajemnie. - Tato kontynuuje świdrowanie nastolatka spojrzeniem. - Więc wy dwaj - szybko przenosi wzrok na mnie - byliście na randce?

- Tato! - oponuję szybko.

- Muszę wiedzieć takie rzeczy. Też jesteś gejem? - pyta Jareda, nie zwracając uwagi na żadne zasady moralne. „Pewnie, tato, dlaczego od razu nie spytasz go, ilu miał przede mną chłopaków?"

- Tato, skończ natychmiast to przesłuchanie! - ucinam. Zerkam na Jareda, który przewraca oczami niepewnie. Na twarzy jest cały czerwony. - Czynisz tą sytuację niesamowicie niezręczną. Jeśli mógłbyś proszę wrócić do środka...

- Ale... - przerywa mi.

- Porozmawiamy potem - ucinam, akcentując mocno oba wyrazy.

Nagle drzwi otwierają się ponownie i wygląda zza nich głowa Finna. Moja ręka w ekspresowym tępie wędruje do czoła. Mam wrażenie, że zaraz zapadnę się pod ziemię.

- Wszystko w... O, kto to? - zdumiewa się, zauważając Jareda. Na jego twarzy pojawia się szeroki uśmiech. Podchodzi do nas i przedstawia się. - Jestem Finn, przyrodni brat Kurta. A ty?

- Jared. Jestem... - cała trójka kieruje wzrok na mnie, jakby czekając, aż dokończę zdanie. Czuję, że moja twarz płonie. - Przyjacielem Kurta - kończy chłopak z nieśmiałym uśmiechem.

- Miło mi ciebie poznać. - Finn dalej uśmiecha się szeroko, po czym mruga do mnie. Zauważył groteskowość tej sytuacji. - Może chcesz wejść do środka? - proponuje, zanim udaje mi się go powstrzymać. - Moja mama właśnie upiekła ciasto. - Ledwo udaje mu się powstrzymać wybuch śmiechu.

- Nie! - protestuję. - Jared pewnie jest... zmęczony, jest już późno.

- Racja - popiera mnie chłopak. - I mam jeszcze kawałek drogi do domu. Będę już się żegnał. Do widzenia, panie Hummel. Cześć Finn. Miło mi było poznać. - wymienia z nimi uściski dłoni, po czym odwraca się do mnie. - Wspaniale się bawiłem, Kurt. Musimy się jeszcze kiedyś umówić. No to...

- Dam ci znać kiedy będę wolny... - mamroczę pod nosem, wlepiając wzrok w podłogę i udając zainteresowanie wzorem ułożonym z płytek.

- Świetnie. To do usłyszenia. - Poklepuje mnie lekko po ramieniu i odchodzi.

Podnoszę wzrok na tatę i Finna, którzy chichoczą między sobą.

- Wprost komiczne. Ale jesteście dowcipni! - komentuję, wpadając z furią do domu. - Uśmiałem się do łez. - Rzucam torbę na podłogę w holu i opadam na krzesło w kuchni.

- Hej, Kurt! Nie gniewaj się! - prosi Finn, podążając za mną.

- To było trochę niezręczne... - komentuje tato z szerokim uśmiechem na twarzy.

- Trochę!

- ... ale przynajmniej masz przedstawienie rodziny za sobą!

Oboje wybuchają głośnym śmiechem i klepią się nawzajem po plecach. Finn o mało nie płacze ze śmiechu.

- Gdybyś tylko widział swoją minę! - ciągnie. - Chyba nigdy nie widziałem niczego zabawniejszego. Serio, musisz częściej przyprowadzać nowych chłopaków do domu. Kabaret za darmo. - Burt niemalże nie może złapać oddechu. Łapie się za brzuch i zanosi się głośnym śmiechem, a Finn mu wtóruje.

- Jestem otoczony samymi idiotami. - Wzdycham ciężko, masując skroń. Jednak patrząc na ich wesołą dwójkę, mi także nie udaje się powstrzymać śmiechu.


Przez kolejne dni spotykam się z Jaredem codziennie. To ciekawe, jak bardzo i szybko przyzwyczaiłem się do obecności chłopaka - chyba dlatego, że lubię to towarzystwo, które pozwala mi chociaż częściowo zapomnieć o Blainie. Przynajmniej nie myślę cały czas o jego dotyku, o jego ustach złączonych z moimi, o jego ciepłym, przyjaznym głosie. Powoli zapominam o złamanym sercu.

Pewnego wieczoru wybieramy się na wspólny spacer. Jared pyta mnie o plany na weekend. W panice przypominam sobie o urodzinach Finna, na które przecież Blaine także jest zaproszony. Zwątpiłem w pojawienie się chłopaka na imprezie, mimo że w głębi serca naprawdę chciałbym się z nim spotkać. Chciałbym wiedzieć, co u niego słychać. Nie rozmawialiśmy już od kilku dni i ten stan dziwnie przypomina mi okres po ponownym przeniesieniu się do McKinley.

- W sumie nie mam zaplanowanego nic ciekawego. - Wzruszam ramionami. Idziemy powoli krętą parkową alejką prowadzącą do centralnej części parku, w której znajduje się wielka fontanna, plac zabaw dla dzieci i mnóstwo ławek. - Chociaż, chciałbym zaprosić cię na imprezę - dodaję, czując, jakby słowa wychodziły z moich ust wbrew mojej woli. Wcale nie miałem tego na myśli. Nie nie nie. A co, jeśli Blaine się jednak pokaże?

„Zapomnij o tym. On nie przyjdzie. A nawet jeśli, to dobrze. Zobaczy, że już o nim nie myślisz" - uspokajam sam siebie w myślach.

- Imprezę? - Jared wygląda na zdziwionego. - Jaką imprezę?

- Siedemnaste urodziny mojego brata - wyjaśniam, patrząc w ziemię. - Miałeś okazję go poznać, wiesz, jak wróciliśmy z kina... - dodaję, rumieniąc się na wspomnienie tamtego wieczoru.

- Pamiętam - zapewnia z uśmiechem, co zawstydza mnie jeszcze bardziej. Postanawiam po raz kolejny nakrzyczeć na Finna za tamten wyskok. I na tatę też. - Z chęcią przyjdę.

- To... fajnie - odpowiadam, zamyślony. Powoli zbliżamy się do fontanny. Szum wody zagłusza nieco naszą rozmowę. Siadamy na jednej z metalowych ławek, dotykając się ramionami.

„Kurt, ciołku, co ty wyprawiasz? Zapraszasz go na urodziny swojego brata, mimo że spotykasz się z nim dopiero od kilku dni?" - karcę sam siebie w myślach.

- W sobotę o 18, u mnie - dodaję, lekceważąc głosy sprzeciwu w mojej głowie, a Jared uśmiecha się przyjaźnie. Do moich uszu dochodzi dźwięk przychodzącej wiadomości i sięgam do kieszeni po telefon. - Przepraszam - mamroczę pod nosem, z oczami utkwionymi w ekranie.

„Widzę cię! ;) "

Moje serce zaczyna bić jak szalone. Wpatruję się w telefon z niedowierzaniem. Jared szturcha mnie lekko i słyszę, że coś mówi, jednak nie mogę skupić się na jego słowach. Blaine tu jest. Blaine jest w parku. Blaine widzi mnie w towarzystwie Jareda. Podnoszę wzrok znad wyświetlacza i rozglądam się zdezorientowanym wzrokiem po otoczeniu, ale nie dostrzegam nic, tylko kolorowe plamy, kształty, które rozlewają się jakby rozpuszczone w wodzie. Mrugam szybko kilka razy, oddychając głęboko, by się uspokoić.

- Hej, Kurt? Coś się stało? Wszystko w porządku? - dociera do mnie głos Jareda. Kiwam energicznie głową, próbując wrócić do rzeczywistości.

Po drugiej stronie placu zauważam znajomą sylwetkę i atak paniki powraca. Chłopak macha mi z daleka, po czym rusza w kierunku naszej dwójki. Próbuję oddychać spokojnie i zachowywać się normalnie.

- Cześć - wita się niepewnie, zatrzymując się obok ławki. - Co słychać? - Uśmiecha się lekko. - Nie przedstawisz mnie? - pyta, zerkając na Jareda i nie dając mi szansy na odpowiedzenie na pierwsze pytanie.

- Cześć, tak... ja właśnie... - wstrząsam lekko głową. - Poznaj Jareda. Jared, to jest Blaine. - Chłopcy wymieniają uściski dłoni. Widząc ich obok siebie zauważam, jak bardzo się różnią. Blaine jest niższy, ma ciemniejsze, kręcone włosy i cieplejszy uśmiech. Nie dba za bardzo o to, w co jest ubrany. Ma na sobie tylko obcisłe, ciemne dżinsy i czerwony T-shirt. Za to Jared przewyższa mnie wzrostem, jego włosy są w kolorze podobnym do moich, a jego ubrania wyglądają niczym prosto z wybiegu. To dziwne, że są tak różni od siebie, a mimo wszystko oboje mi się podobają.

- Więc, co tu robicie? - Blaine kontynuuje zadawanie pytań.

- Tylko... rozmawiamy - odpowiada Jared.

- A ty? - patrzę na bruneta ciekawie.

- Właśnie wracałem do domu. Byłem w centrum handlowym, kupić prezent dla Finna - kontynuuje. - Impreza już w sobotę. - dodaje.

- Ty też się wybierasz? - Jared jest zdezorientowany.

- A TY też idziesz? - odbija piłeczkę chłopak.

- Czyli jednak przyjdziesz? - zwracam się do Blaine'a.

- Oczywiście, przecież w końcu mnie zaprosiłeś - przypomina. - Chyba że coś się zmieniło od tego czasu - dodaje niepewnie.

- Nie, w sumie to... nie.

- Bo dalej chciałbym się z tobą przyjaźnić, żeby to było jasne - zapewnia śmiertelnie poważnym tonem. - O ile ty jesteś zainteresowany. - Kiwam głową na potwierdzenie.

- Jesteście przyjaciółmi? - Jared zerka to na mnie, to na Blaine'a. Wymieniamy niepewne spojrzenia, po czym odpowiadam twierdząco na pytanie chłopaka.

- Muszę już iść. Tak czy siak, do zobaczenia w sobotę - żegna się brunet, ponownie wymieniając z nami uściski dłoni i zostawiając nas z powrotem samych. Przez długą chwilę panuje niezręczna cisza, przerywana jedynie okrzykami dzieci bawiących się na placu zabaw nieopodal i szczekaniem psów.

- To ktoś więcej niż tylko przyjaciel, prawda? - pyta Jared, nie patrząc mi w oczy. Milczę. - I najwyraźniej dalej go kochasz.

Nie odpowiadam.