Rating: K
Rodzaj: Drama
Postaci: Aizen Sousuke, OC
Uwagi: Pisane z "World of Conflicts IV: Kings ASMV" w tle.


"Behind every great man there's a great woman."

Więzienie. Doprawdy muszą być głupsi niż zakładałem, skoro wydaje im się, że są w stanie uwięzić umysł, który nie widzi żadnych granic. A może to dlatego, że nie mieli nigdy okazji porozmawiać z Tobą?

Zadziwiające, że właśnie Ciebie wspominam i ten okres, który spędziłem u Twojego boku, jakże krótki, w porównaniu do dziesiątek lat, które przeżyłem bez Ciebie, i kolejnych setek, które na mnie czekają. Wspominam, chociaż nie jestem w stanie przywołać w pamięci Twojego wyglądu, nie pamiętam koloru Twoich włosów, ani oczu. Pamiętam jedynie Twój uśmiech, uśmiech osoby, która zna jakąś tajemnicę, ale nie ma żadnego zamiaru, by tą tajemnicą się z kimkolwiek dzielić. Bardzo dobrze przyswoiłem sobie ten uśmiech, jak i wiele z Twoich słów. Zapytałbym, czy jesteś ze mnie dumna, ale przecież nie zrobiłem tego, by Ci się przypodobać. Właśnie tego mnie uczyłaś - by drugi człowiek, nigdy nie był wyznacznikiem moich celów. Uczyłaś, chcąc jednocześnie pozostać nic nie znaczącym wydarzeniem w moim życiu. Dlatego nigdy nie poznałem Twojego imienia. Dlatego nigdy nie zwracałaś się do mnie po imieniu. Dlatego zniknęłaś bez słowa.

Nie mogę szczerze powiedzieć, by tamten dzień szczególnie zapisał się w mojej pamięci. Był dokładnie taki sam jak wiele wcześniejszych i wiele późniejszych w odległych dystryktach Rukongai. Jednak pamiętam moją własną, dziecięcą wtedy dłoń zaciśniętą na Twojej yukacie. Jednak pomyliłby się ten, który uważałby, że był to gest powodowany strachem. Nie bałem się, w końcu była to pierwsza z rzeczy, której mnie nauczyłaś - "nie moge się bać. Strach zabija duszę, strach to mała śmierć, a wielkie unicestwienie." Chociaż mogłoby by się wydawać, że mam powody do strachu. Byliśmy tylko kobietą i dzieckiem, a ich było więcej i byli uzbrojeni. Jednak wystarczyły Twoje wiele obiecujące, ale nic nie dające słowa, Twój nie znoszący sprzeciwu gest skierowany do ich dowódcy, by ten wydał rozkaz puszczenia nas wolno. Pamiętam, że byłem zdziwiony z jaką łatwością można rządzić ludźmi i z jaką łatwością ludzi oddają się pod rządy innych. Wyraziłem na głos swoje wątpliwości. "Dlaczego?" odpowiedziałaś. "Każde stworzenie potrzebuje kogoś innego, komu może zaufać i być posłuszne, by przetrwać. Kogoś lepszego od nich samych". Pamiętam Twój, tak nieczęsty, głośny śmiech, jakbym powiedział jakiś dobry żart, gdy spytałem, co mają w takim wypadku zrobić ci, którzy są lepsi od innych. "Ci którzy są lepsi od innych, szukają swoich własnych przywódców. Ci z kolei szukają, jeszcze silniejszych stworzeń, którym mogą wierzyć." Po tych słowach pochyliłaś nade mną, resztę dopowiedziałaś szeptem, jakbyś właśnie wyjawiała mi swoją tajemnicę. "W ten sposób rodzą się królowie. W ten sposób rodzą się bogowie". Uniosłaś mi brodę, "ufasz mi?" zapytałaś, wciąż w ten sam sposób, co zawsze uśmiechnięta - miałaś więcej niż jedną tajemnicę. Musisz wybaczyć dziecięcą naiwność, która była powodem mojego gorliwego przytaknięcia na to pytanie. "To niedobrze" powiedziałaś, a ja w pierwszej chwili nie zrozumiałem.

Zrozumiałem dopiero po tym, jak dotarliśmy do miejsca, gdzie mieszkaliśmy. Powiedziałaś wtedy "zostań, zaraz wrócę". Nie wróciłaś. Z początku poczułem się oszukany, z początku próbowałem znaleźć przyczynę. Jednak szybko zrezygnowałem, przyczyny były potrzebne tym, którzy nie mają niczego innego, na czym mogliby polegać - to też Twoje słowa. A ja miałem siebie i tylko siebie, jednak było to aż nadto wystarczające. Zrozumiałem Twoją ostatnią lekcję. Od tej chwili nie miałem zamiaru ufać, ani być nikomu posłusznym. Zatem jedynym sposobem by przetrwać, było stać się bogiem.

Teraz z perspektywy lat, w ciszy jaką zapewnia mojemu umysłowi to chwilowe odosobnienie, widzę, jak wiele z Twoich własnych marzeń spełniłem, wybierając taką, a nie inną, ścieżkę. Tobie nie starczyłoby siły i możliwości, zbyt wiele czasu w Twoim życiu zajęła walka z więzami i hierarchią, w którą zostałać wepchnięta wbrew swojej woli, a które uniemożliwyły Ci sięgnąć wyżej. Zabrakło Ci chciwości godnej królowej. Nie potrafiłaś śmiać się na tyle głośno, by inni Ci zazdrościli.

Skąd pewność w tym osądzie? Jak mogę mówić, jakbym Cię znał, skoro nigdy nie pozwaliłaś mi się poznać? Zastanawiam się, czy zostawiłaś tą podpowiedź z pełną premedytacją, czy może wydawało Ci się, że nie będę potrafił, albo chciał z niej skorzystać. Przychylam się bardziej do pierwszej możliwości, druga byłaby obrazą mojej i Twojej inteligencji.

"Nie mogę się bać. Strach zabija duszę. Strach to mała śmierć, a wielkie unicestwienie". Jest jeden klan, jeden z Wielkich Rodów Seireitei, który te słowa przekazuje z pokolenia na pokolenie. Ten sam ród, którego głową przez pewien czas była wbrew tradycji najmłodsza córka. Plotki mówily, że jej starsza siostra umarła podczas porodu albo że uciekła z kochankiem. Jednak nie te mnie zainteresowały. Interesująca była plotka mówiąca, że ta siostra, przeciwstawiając się wiekowej już tradycji, urodziła syna i to z tym synem uciekła.

Wiedz, że jestem Ci wdzięczny. Wdzięczny za to, że wyrwałaś się z ograniczeń tradycji i więzi, żebym ja nie widział nakreślonych przez nie granic. Bym, tak jak mi mówiłaś, patrzył szerzej, sięgał dalej. Bym dotarł tam, gdzie to ja będę nakreślał wszelkie prawa.

Jednak chcę żebyś wiedziała, skoro było to po części również Twoje marzenie, że stając się bogiem, godzisz się na wieczną samotność. Czy jakbyś wiedziala o tym wcześniej, wciąż chciałabyś, żebym podążał tą ściężką?

Matko.


Jakby co, ród o którym mowa to ród Hashimoto, więcej o wydarzeniach, do których jest nawiązanie, można znaleźć w "Pokoleniach" w rozdziale 12 - Seireitei, rok 1811