Rozdział I

Kiedy wylądowali na spowitym niską mgłą trawniku Voldemort puścił Harry'ego, a ten po raz kolejny tego dnia upadł na kolana. Oparł się dłońmi o zwilżoną rosą trawę. Był w głębokim szoku, niezdolny objąć rozumem wydarzeń sprzed chwili. Tymczasem nad jego głową toczyła się rozmowa.

– Panie, ja nie chciałam… Tam byli członkowie Zakonu… Przybyli znienacka, ja walczyłam z Blackiem, nie widziałam… Przepowiednia…. Panie wybacz mi! – Bellatriks padła na kolana obok chłopca, chyląc głowę w pokornym geście i łkając cicho.

– Bello nie myśl, że twoja nieudolność zostanie zapomniana. Jednak teraz mam ważniejsze sprawy na głowie niż twój bezwartościowy żal. – Voldemort odwrócił się od niej obojętnie stronę chłopca i wycelował w niego różdżką: – Copularis!

Harry poczuł jak zaklęcie rozbija się o jego zgięte plecy. Zobaczył, że zaczyna otaczać go srebrna, półprzezroczysta bańka, która uniosła go w górę. Będąc w niej uwięziony lewitował teraz swobodnie przy łokciu czarnoksiężnika. Usiadł niepewnie w swoim srebrzystym więzieniu. Widział bladą twarz Voldemorta, jego zmrużone oczy i to jak porusza ustami ale nie słyszał już ani słowa. Bańka skutecznie wyciszała wszystkie dźwięki.

Harry zamknął oczy. Jego ciało odzyskało już wstępną równowagę po bólu jaki sprawiło opętanie. Zaczął w końcu myśleć, próbując poskładać w całość wydarzenia sprzed paru minut, jednak przypominało to próbę składania stosu puzzli bez możliwości patrzenia na obrazek. Widział poszczególne elementy układanki ale nie miał pojęcia jak połączyć je w logiczną całość. Voldemort przejmujący kontrolę nad jego umysłem… Ból… Poczucie szczęścia… Dumbledore przepraszający… Dumbledore atakujący go… Dumbledore wypowiadający śmiercionośne zaklęcie… Ratujący go Voldemort… Dumbledore próbujący go zabić, swojego Złotego Chłopca. Jego. Poczuł jak jego serce rozsypuje się w gruzy po raz kolejny. Dumbledore… Dlaczego to zrobił…? Dlaczego próbował go uśmiercić? Dlaczego?!

– DLACZEGO?! – ryknął nagle odrzucając głowę do tyłu.

Nie potrafił powstrzymać gorzkich łez toczących się zza zaciśniętych powiek. Krzyczał tak długo, aż całkiem zachrypł ale to w ogóle nie pomagało. Potem zaczął miotać się po ciasnej bańce i walić pięściami w otaczającą go barierę ale to też nie przynosiło żadnego rezulatatu bo dłonie zagłębiały mu się tylko miękko w srebrne ścianki. W końcu zmęczony szamotaniną usiadł, objął kolana rękami, złożył na nich głowę i płakał cicho, żałośnie. Płakał za Syriuszem, z powodu zdrady dyrektora i nad swoją głupotą, bo gdyby nie jego naiwność na pewno żadna z tych strasznych rzeczy nigdy by się nie wydarzyła.

Po minutach rozdzierającego płaczu, chociaż może minęły godziny, Harry uspokoił się na tyle na ile pozwalały na to zaistniałe okoliczności. Podniósł głowę chcąc sprawdzić swoje położenie. Czuł mdlącą pustkę i wyrzuty sumienia tak silne, że zdawały się ciążyć mu fizycznym balastem na ramionach. Gdzieś błysnął wstyd. Powinien był wcześniej się opanować i rozejrzeć, ocenić sytuację. Zamiast tego znowu dał się ponieść emocjom.

Opuchniętymi od płaczu oczami zaczął błądzić po pokoju w którym lewitowała swobodnie bańka. Unosił się jakiś metr nad zrobioną z ciemnego drewna podłogą z ciemnofioletowym dywanem. Pokój był duży i pusty, pozbawiony zarówno mebli jak i obrazów. Harry odwrócił się aby przyjrzeć się części znajdującej się za jego plecami, kiedy natrafił na intensywnie wpatrujące się w niego szkarłatne oczy.

Voldemort siedział swobodnie w dużym, czarnym fotelu trzymając w dłoniach kieliszek wypełniony bursztynowym płynem. Połowa jego przystojnej twarzy była ukryta w cieniu, druga zaś była oświetlona ciepłymi promieniami buchającemu z kominka spod ściany. Po prawej stronie mężczyzny stał czarny okrągły stolik na którym leżała różdżka czarnoksiężnika.

Voldemort przypatrywał się chłopcu jeszcze przez chwilę, przechylając lekko głowę, jakby go oceniał. Cokolwiek wyczytał mu z oczu sprawiło to, że sięgnął po różdżkę. Harry na ten ruch jeszcze bardziej spiął mięśnie, ale nie przerwał kontaktu wzrokowego. Nerwy miał napięte jak postronki. Mężczyzna leniwym ruchem dłoni sprawił jednak tylko, że bańka opadła na podłogę i pękła z cichym trzaskiem uwalniając Harry'ego, który natychmiast wstał. Nie miał zamiaru więcej klęczeć przed tym potworem.

– Widzę, że postanowiłeś w końcu chociaż spróbować być odrobinę mniej żałosny niż dotychczas – drwiący głos rozszedł się z lekkim echem po obszernym pokoju.

Harry zacisnął pięści i zignorował obelgę. Nie chciał znowu poddać się emocjom, nie teraz. Chciał poznać prawdę.

– Dlaczego? – zdołał jedynie warknąć przez zaciśnięte wargi.

– Dlaczego? Ach, ale które „dlaczego"? Dlaczego odwróciłem rolę i to ja uratowałem ci życie zamiast pozwolić ci zginąć? Dlaczego na odmianę próbował zabić cię ten wielbiciel szlam i zdrajców krwi, ten sam którego dotąd śmiałeś nazywać swoim mentorem? A może powinienem wytłumaczyć ci dlaczego dzisiaj straciłeś swój jakże podniosły przydomek Wybawiciela Jasnej Strony? – blask ognia z kominka wydobywał złociste refleksy z trzymanego przez białe dłonie trunku. – Wiedz, że nie muszę udzielać ci odpowiedzi na żadne z tych pytań ale ze względu na zmianę dotychczasowych okoliczności będę na tyle łaskawy, że to uczynię.

Voldemort pieścił leniwie długimi palcami nóżkę kieliszka nie przerywając kontaktu wzrokowego z chłopcem. Harry stał nieruchomo zapatrzony w te nieznające litości oczy.

– Nie sądziłem, że mój plan zwabienia cię do ministerstwa odniesie tak niespodziewany skutek – rozpoczął cicho. – Chciałem zdobyć przepowiednię, mój klucz do zrozumienia czemu wydarzenia sprzed czternastoma lat potoczyły się dla mnie tak niekorzystnie... Niestety, perfekcyjnie przemyślany plan musiał zostać spartaczony przez nieudolność moich sług. Mimo, iż nie chciałem tego to musiałem znaleźć się w Ministerstwie. Jedynym dobrym aspektem tej sytuacji było to, że miałem w końcu możliwość pozbycia się ciebie. Opętując cię nie miałem zamiaru oszczędzić twojego bezwartościowego życia. To miał być twój ostatni przystanek przed śmiercią. Bo i na cóż mi twoje życie? Jesteś tylko bezwartościowym bachorem, rycerzykiem Jasnej Strony… Ale jednak okazało się, że nawet ty Potter masz w sobie coś co może sprawić, że będziesz przydatny.

– Nie przystąpię do ciebie! – wrzasnął Harry. Voldemort niczego nie tłumaczył, nic co dotychczas powiedział, nie sprawiło, że rozumiał coś więcej. Cokolwiek by od niego chciał i nigdy tego nie dostanie!

– Nie musisz. – Czarny Pan nie wydawał się oburzony tym, że mu przerwano. Przechylił tylko kieliszek upijając łyk trunku i spokojnie kontynuował.

– Nie oszczędziłem cię po to abyś zasilił moje szeregi. Prawdę powiedziawszy z przyjemnością patrzyłbym jak umierasz z rąk kogoś komu bezgranicznie ufałeś – zimny uśmiech wykrzywił na moment jego wargi. – Jednak nie było by to w moim interesie.

– Dlaczego?!

– Ponieważ masz w sobie coś mojego. Coś czego nie jestem ci w stanie odebrać nie ponosząc przy tym straty, a uwierz mi, że jest to zbyt cenne aby tak ryzykować.

Harry poczuł narastające mdłości. Coś mojego? Co to miało znaczyć? On nie chciał być bardziej związany z tym potworem niż był dotąd! Uczucie bycia skalanym powróciło z dużo większą siłą niż wtedy gdy pan Weasley przebywał w szpitalu. Teraz to było bardziej realne. Skoro nawet Dumbledore się od niego odwrócił, to jak straszna musiała być ta prawda, którą miał usłyszeć?

– Tej nocy kiedy pierwszy raz próbowałem cie zabić, no cóż, moja dusza musiała być bardziej niestabilna niż mogłem się kiedykolwiek spodziewać. Odbity promień zaklęcia nie pozbawił mnie życia tak jak dotąd wszyscy uważali, o nie. Dotknął mnie o wiele głębiej, sięgając poza cielesność. Sprawił, że kawałek mojej cennej duszy opuścił mnie i zalągł się w jedynej żywej istocie znajdującej się wtedy w pokoju.

Voldemort wstał nagle i ruszył w stronę Harry'ego, zanim ten zdążył w pełni pojąć usłyszane słowa. Chłopiec w pierwszym odruchu chciał się cofnąć ale powstrzymał się w ostatniej chwili. Nie da więcej satysfakcji temu potworowi okazując strach. Czarny Pan zatrzymał się tuż przed nim. Wyciągnął dłoń w stronę twarzy chłopca i dotknął długim, bladym palcem jego policzka.

Harry nie poczuł takiego bólu jak się spodziewał. Blizna piekła go nieprzyjemnie ale był to ból nieporównywalnie mały z tym jakiego doświadczył przed rokiem na cmentarzu. Szarpnął głową do tyłu tak, że opuszek palca Voldemorta zawisł milimetry nad jego skórą.

– Nie dotykaj mnie – wysyczał z odrazą.

– Jesteś moim horkruksem Harry Potterze. – Jedną ręką złapał nagle szczękę chłopaka w miażdżącym uścisku i przysunął go bliżej siebie tak, że ich nosy dzieliły centymetry. – A ja z moją własnością mogę zrobić co tylko zechcę.

Druga z dłoni zacisnęła się na gardle młodzieńca.

– Nie jestem twoją własnością! – szarpiąc się wycharczał Harry. Zaciskał dłonie na duszącej go ręce, próbując ją odsunąć i zmniejszyć bolesny nacisk ale bezskutecznie. Zaczynało mu już brakować tchu. Nie przypuszczał, że Riddle dysponuje aż taką siłą fizyczną.

– Masz w sobie moją duszę Potter. Ona żyje w tobie. To wystarczający powód aby nazwać cię moim – odrzucił go od siebie tak nagle, że Harry upadł po raz kolejny tego dnia na podłogę, kaszląc przy tym gwałtownie. Podparł się drżącymi dłońmi i uniósł głowę łapiąc z trudem oddech. Popatrzył na górującą nad sobą postać z bezgraniczną nienawiścią.

– Nigdy. Nie. Będę. Twój – każde słowo z trudem wydobywał z obolałego gardła.

– To ciekawe, że naprawdę uważasz, że masz cokolwiek do powiedzenia w tej sprawie – głos Voldemorta zmienił się na podejrzanie miękki. – Chyba czas abyś zrozumiał w końcu w jakiej sytuacji się znalazłeś. Crucio.

Każda jego kość płonęła i czuł jakby głowa pękała mu wzdłuż blizny. Krzyczał ochryple. Chciał, żeby to się skończyło... Niech to się w końcu skończy… Jeszcze nigdy nie czuł tego bólu tak długo… Niech się skończy…

Wraz z przerwaniem zaklęcia przyszła wyczekiwana ulga. Chłopiec zemdlał.


Harry Potter powoli budził się z niespokojnego snu. Nie wiedział gdzie się znajduje a wydarzenia poprzedniej nocy spowijała jeszcze mgła nieświadomości. Uchylił powieki ale ponieważ nie miał okularów nie widział zbyt wyraźnie pokoju w którym się znajdował. Podniósł nieco głowę ale na ten prosty gest jego ciało odpowiedziało falą bólu, który podziałał jednak orzeźwiająco. Wspomnienia uderzyły w niego z pełną mocą.

Syriusz. Voldemort. Dumbledore. Horkruks i dusza Riddla.

Harry jęknął. Nie potrafił powstrzymać odruchu wymiotnego i w ostatniej chwili przetoczył się na krawędź łóżka. Jednak ten gwałtowny ruch sprowadził nową falę bólu, powodując, że chłopiec zakrztusił się własnymi wymiocinami. Płacząc i charcząc walczył o oddech. Wtedy poczuł silne uderzenie w plecy, któro pomogło mu pozbyć się palącej cieczy z tchawicy. Złapał łapczywie oddech.

– Czy panicz czuje się już lepiej? – lekko piskliwy głos rozległ się za jego plecami. Skrzat domowy, pomyślał Harry. Pokręcił powoli głową, nadal nie otwierając oczu, bojąc się, że gdy zobaczy zrobiony przez siebie bałagan to znowu ogarnął go mdłości. Usłyszał podwójne pstryknięcie i znowu ten głos, całkowicie wybrany z emocji:

– Może panicz spokojnie otworzyć oczy, Służka już posprzątała.

Harry powoli uniósł powieki, ale nie był w stanie podnieść się do pozycji siedzącej. Miał wrażenie, że boli go każdy fragment ciała a do jego kończyn poprzyczepiano tytanowe odważniki. Pokręcił znowu bezradnie głową. Skrzatka musiała go zrozumieć, bo małe dłonie pomogły mu podnieść się do pozycji siedzącej, opierając plecami o zagłowię łóżka. Następnie skrzatka podsunęła mu kubek z pachnącym miętą płynem. W drugiej dłoni trzymała małą metalową miedniczkę.

– Niech panicz wypłucze tym usta, poczuje się panicz świeżej.

– skrzatka patrzyła na chłopca wyczekująco ale on tylko gapił się na nią oniemiały.

Nigdy nie widział takiego skrzata domowego jak ona. Była malutka, dużo mniejsza od Zgredka czy nawet Mrużki. Ubrana była w białą szmatkę, udrapowaną jak togę i białe skarpetki. Harry nie mógł jednak oderwać wzroku od jej twarzy. Miała duże, wypukłe błękitne oczy z ciężkimi powiekami, przy czym tylko lewa powieka posiadała rzęsy, prawa była tymczasem zupełnie bezwłosa. Skrzatka nie miała też żadnych włosów poza tą resztką rzęs. A w miejscu gdzie powinny być uszy sterczały tylko ich marne kikuty jak gdyby ktoś poszarpał jej uszy ostrym narzędziem. Całą skórę miała pokrytą gęstą siatką blizn i szram różnej wielkości, dostrzegalnych nawet dla pozbawionego okularów Harry'ego. Ze zgrozą stwierdził, że nawet Szalonooki Moody nie był aż tak poharatany. Ale najgorsza była kompletna pustka widoczna w jej oczach. Takie spojrzenie widział dotąd tylko u osób pod wpływem imperiusa. Harry'emu ścisneło się serce od samego patrzenia na tą zmaltretowaną skrzatkę, której płeć dało się rozpoznać tylko po głosie.

– Paniczu, proszę wypłukać tym usta, to panicza odświeży – powtórzyła cierpliwie, podsuwając ponownie pod dłonie Harry'ego kubek.

– Och – chłopiec powoli wykonał polecenie. Poczuł się lepiej zamieniając gorzki smak na miętowy. Kiedy skończył przed oczami została mu umieszczona fiolka z jasnożółtym eliksirem. Na wypicie nieznanego specyfiku nie był już jednak tak chętny.

– Co to? – zapytał słabym głosem.

– Eliksir leczniczy, paniczu.

– A co jeśli go nie wypiję? – zaryzykował pytanie, chociaż domyślał się już odpowiedzi.

– Służka będzie musiała się ukarać.

Harry westchnął i skrzywił się sięgając po eliksir. Mimo wszystko nie miał ochoty być kolejnym katem dla tego stworzenia. Po chwili od wypicia mikstury poczuł się znacznie lepiej.

– Panicz uda się za mną do łazienki. Musi panicz wziąć kąpiel. Inaczej Służka nie dopełni swoich obowiązków – Harry po raz drugi niechętnie wykonał jej polecenie.

Wstał chwiejnie i kierowany przez skrzatkę, gdyż nigdzie nie było jego okularów, poszedł w stronę drzwi z czarnego drewna, znajdujące się na prawo od łóżka. Weszli do przestronnej, czarno–białej łazienki z wielką wanną, przypominającą tą znajdującą się w łazience prefektów w Hogwarcie. Harry mimo wszystko czuł sprzeciw przed rozebraniem się przed istotą płci żeńskiej i poprosił o odwrócenie się skrzatki, która wykonała polecenie bez słowa.

Chłopiec rozebrał się powoli i ostrożnie zanurzył w przygotowanej bąbelkowej kąpieli. Oparł się plecami o ścianki wanny. Kiedy siedział woda sięgała mu odrobinę powyżej pępka a gruba piana sprawiała, że czuł się komfortowo zakryty. Ciepła woda rozgrzewała mięśnie, które go już praktycznie nie bolały, czuł się tylko osłabiony. Wolałby jednak aby go bolało, bo wtedy nie byłby przynajmniej zdolny do myślenia, a tak natrętne myśli zaczęły osaczać go jak sfora wściekłych psów.

Poczuł, że znowu robi mu się niedobrze więc zaczął głęboko oddychać, próbując opanować mdłości. Wtedy drobne dłonie zaczęły go głaskać powoli po głowie. Podniósł wzrok i zobaczył skrzatkę, która co prawda głaskała go w czułym geście ale oczy nadal miała jak martwe. Wyuczone reakcje by jak najlepiej służyć panu, pomyślał gorzko Harry i uchylił się z zasięgu jej rąk. Istotka posłusznie odsunęła się od niego. Harry pomyślał, że może skupienie się na rozmowie odgoni wspomnienia. Przynajmniej na razie.

– Eeee, wybacz nie pamiętam jak masz na imię – zaczął ostrożnie.

– Służka paniczu.

–Yhm, wiem, że jesteś tutaj służącą, ale chciałbym poznać twoje imię…

– Moje imię brzmi: Służka, paniczu – powtórzyła cierpliwie.

Harry'emu po raz kolejny ścisnęło się serce. To biedactwo nie dostało nawet prawdziwego imienia. Służka była służącą, niczym więcej i takie też imię otrzymała.

– Okey, więc eee… Służko… Gdzie my jesteśmy? Co to za dom?

– To Czarny Dwór paniczu, siedziba Czarnego Pana.

– A mogłabyś mi powiedzieć, gdzie znajduje się ten Czarny Dwór? – zaryzykował Harry.

Może gdyby wiedział gdzie jest miałby zawsze większe szanse na ucieczkę.

– W bezpiecznym miejscu paniczu. Proszę się umyć paniczu zanim woda wystygnie. Proszę nie utrudniać zadania Służce – dodała, kiedy Harry przybrał zacięty wyraz twarzy. On nie widział jakiegokolwiek sensu w doprowadzaniu się do staniu używalności.

Powinienem planować ucieczkę a nie wylegiwać się w kąpieli, rozmyślał namydlając ciało pachnącą pianą. Powinienem uciec, tylko jak? Spłukiwał mydliny myślami będąc daleko od eleganckiej łazienki. Zdał sobie boleśnie sprawę, że on nie ma już gdzie uciec. Bo i gdzie miałby się potem udać? Do Dumbledora? Ta myśl sprowadzała uczucie pustki. Ręce wydawał się mieć jak z ołowiu, kiedy z trudem wycierał się puszystym, czarnym ręcznikiem.

Rzucił na mnie avadę, chciał mojej śmierci bo mam w sobie kawałek mordercy. Dusza Voldemorta w moim ciele…

Małe dłonie poprowadziły go w stronę drzwi, poddał się im bezwiednie. Czuł się brudny, skalany. Rozejrzał się wokoło z zaskoczeniem rejestrując, że znowu siedzi na łóżku w samym ręczniku na biodrach.

– Służka musi już wracać paniczu, tutaj jest szata dla panicza, proszę ją założyć.

Skrzatka skłoniła się nisko i znikła z charakterystycznym pyknięciem. Harry automatycznie sięgnął po ubranie leżące obok. Była tam tylko bielizna i czarna, długa szata z kapturem. Ubrał się pośpiesznie, wdrapał na łóżko i zwinął w kłębek.

Dłonie zacisnął boleśnie na ramionach, wbijając paznokcie w skórę. Czuł jak panika szarpie jego wnętrznościami. Nigdy nie znalazł się jeszcze w tak złej sytuacji. W momencie kiedy odwrócił się od niego Dumbledore stracił wszystko. Przynajmniej jego zdrada nie bolała już tak bardzo po wyjaśnieniach Voldemorta. Rozumiał po części zachowanie dyrektora, był w końcu jedynie cholernym pojemnikiem na duszę mordercy. Jego dusza i dusza Voldemorta obok siebie w jego ciele. Dreszcz obrzydzenia przeszedł mu wzdłuż kręgosłupa. Nic dziwnego, że Dumbledore chciał go zabić. Teraz Harry był wrogiem Jasnej Strony, bo przecież nawet jeśli Riddle zginie to i tak jego dusza przeżyje, właśnie przez niego. Dopóki Harry żyje to ten potwór nie zniknie z tego świata. Przypomniały mu się bezwiednie słowa Voldemorta, usłyszane na cmentarzu w noc jego odrodzenia: Ja, który zaszedłem dalej niż ktokolwiek inny na drodze do nieśmiertelności… Więc miał na myśli wtedy te… horks–coś?

Więc poświęcenie jego matki było daremne? Czy nie lepiej by było gdyby zginął wtedy razem z rodzicami, niż żeby jego przeżycie pomogło Voldemortowi w dążeniu do nieśmiertelności? Powinien był umrzeć będąc jeszcze niemowlęciem.

Umrzeć… Poczuł nagły przypływ zrozumienia.

Harry podniósł się powoli. Nie może pozwolić aby Voldemort był nieśmiertelny ani mieć jakikolwiek wkład w jego zwycięstwo. Nie czuł się jednak dłużej bezbronny, bo wiedział już co musi zrobić. Rozejrzał się po pomieszczeniu w poszukiwaniu czegokolwiek co pomogłoby mu zrealizować jego plan. Wstał aby przeszukać pokój.

Voldemort uratował mu życie, nie chciał aby umarł bo wtedy straciłby jakąś część swojej duszy. On go nie zabije. Istniało więc tylko jedno wyjście z tej chorej sytuacji, musiał zrobić to czego Riddle nie chciał zrobić. Nie pozwoli stać się Voldemortowi nieśmiertelnym.

Doszedł do komody stojącej przy drzwiach do łazienki. Metodycznie otwierał szuflady i wyrzucał całą ich zawartość szukając czegoś ostrego, jednak każda z nich zapełniona była jedynie ubraniami, niczym przydatnym. Sprawdził jeszcze szafę w przeciwległym kącie pokoju i nocną szafkę która okazała się pusta, podobnie jak stojący pod oknem kufer. Zajrzał nawet pod lóżko, ale tam też nic nie znalazł. Z frustracji próbował nawet roztrzaskać szafkę, chcąc użyć jakiegoś ostrego kawałka drewna ale musiała być ona zaczarowana czarem trwałego przylepca bo ani drgnęła, kiedy próbował ją przewrócić. Podobnie nie dało się wyjąć szuflad, ani z niej ani z komody. Ale Harry był zdeterminowany. Ruszył do łazienki. Nie pamiętał czy było tam lustro które mógłby zbić ale jeśli nawet nie było to zawsze pozostaje wanna. W końcu jaka to różnica czy podetnie sobie żyły czy się utopi?

Drzwi do łazienki okazały się być zamknięte. Harry krzyknął sfrustrowany i uderzył w nie pięściami. Niemożliwe, czyżby domyślili się co planował? Jeśli tak to nie miał nawet po co podchodzić do drugich drzwi, które jak się domyśliły prowadziły pewnie na jakiś korytarz i do dalszej części dworu. Mogły prowadzić ku wolności, ale to było nieistotne.

Oparł się plecami o czarne drewno i odetchną. Myśl, myśl, myśl! Nakazał sobie spokój, na pewno da się to jeszcze inaczej zrobić. Jego wzrok padł na bezwładną, lekko zamazaną przez brak okularów, masę ubrań które wrzucił z komody. Potem spojrzał na łóżko. Otoczone było ciemnym baldachimem, spływającym kaskadami wokół jego brzegów. A umocowany był on na grubych drewnianych belkach.

Harry podszedł powoli do kupki szmat i uklęknął. Drżącymi rękami zaczął szukać najodpowiedniejszego ubrania. Wśród masy szmat była między innymi wąska, długa peleryna, oczywiście czarnego koloru. Zaczął obracać materiał w dłoniach, starając się go odpowiednio zwinąć, tak aby postało coś na kształt wisielczego sznura. Dłonie trzęsły mu się tak bardzo, że cudem utrzymywał w nich materiał.

To jedyne wyjście, myślał. Inaczej stanowię zagrożenie dla całego czarodziejskiego świata. Jak mógłby spojrzeć w oczy swoim przyjaciołom niosąc na sobie takie brzemię? Był skalany. Czy wytrzymałby gdyby Ron i Hermiona patrzyli na niego z odrazą, wiedząc czym jest? Oczywiście zakładając, że jeszcze kiedykolwiek miałby okazję z nimi porozmawiać, co było więcej niż wątpliwe. Miał tylko nadzieję, że są bezpieczni i wyszli cało z wydarzeń w Departamencie Tajemnic. Ból ścisnął mu serce kiedy przypomniał sobie Rona po ataku tych dziwnych mózgów. A jeśli on… Nie! Nie myśl o tym, rozkazał sam sobie. Mój przyjaciel na pewno jest bezpieczny, pani Pomfrey już go na pewno poskładała. Nie wolno mi myśleć inaczej. Skierował swoje myśli na postać dyrektora. Dumbledorze, zaraz dokończę to czego nie udało się tobie zrobić w atrium. Byłbyś dumny? Pochwaliłbyś moją decyzję? Na pewno, w końcu sam chciałeś mnie zabić.

Prowizoryczny sznur był gotowy, Harry z determinacją wypisaną na twarzy zbliżył się do łóżka. Niespodziewany trzask otwieranych gwałtownie drzwi spowodował, że materiał wyślizgnął mu się ze spoconych dłoni.

W drzwiach stał Lord Voldemort.