Rozdział II

– Czyżbym w czymś ci przeszkodził Potter? – zakpił mężczyzna wkraczając do pomieszczenia. Omiótł wzrokiem bałagan, usta wykrzywił mu drwiący uśmieszek. – Słynny Złoty Chłopiec wybrał ścieżkę małych tchórzy? Mój drogi, uwierz mi proszę, z szubienicą ci nie do twarzy.

Machnięciem różdżki spalił prowizoryczny sznur. Harry patrzył przez chwilę tępo na spopielone szczątki.

– Naprawdę myślałeś, że pozwolę ci pożegnać się z życiem, mój mały horkruksie?

– Pieprz się!

Voldemort zacmokał z dezaprobatą.

- Musimy, mój chłopcze, popracować nad twoimi manierami, nie masz w sobie za grosz ogłady. Rodzice nie nauczyli cię, że nie pyskuje się potężniejszym od siebie? Och wybacz, zapomniałem. Ty nie masz rodziców – w końcu sam ich zabiłem.

Czerwona mgła wściekłości przesłoniła chłopcu wzrok, zrobił krok do przodu warcząc cicho:

- Ty sukinsynu, ty pieprzony morderco….!

Nie dbał o to, że jest pozbawiony różdżki, chciał po prostu rozszarpać gołymi rękami tego psychopatę i nie pozwolić mu nigdy więcej mówić o jego rodzicach. Ruszył do przodu gotowy bić, gryźć i szarpać.

Crucio!

Harry nie zrobił żadnego uniku. Upadł na ziemię drżąc niekontrolowanie z bólu. Podniósł się ciężko, kiedy przerwano zaklęcie. Jego oczy zdawały się miotać błyskawice, a meble w pokoju zaczęły niebezpiecznie drżeć. Magia zaczęła wymykać mu się spod kontroli, ale on o to nie dbał. Wręcz przeciwnie – chciał stracić nad sobą panowanie, całkiem się zatracić. Dać upust swojej nienawiści, to jest to czego w tym momencie najbardziej pragnął.

Następne zaklęcie torturujące wymazało jednak z jego umysłu ślad jakichkolwiek myśli. Ból trwał i trwał, przerywany tylko na kilka sekund, aby sprawdzić czy Harry jest nadal w stanie stawiać opór oprawcy. Ból który odczuwał był straszny i zdawał się narastać jeszcze bardziej z każdym rzucanym przez Riddla zaklęciem.

Kiedy Voldemort przerwał w końcu całkowicie czar, Harry nie był w stanie podnieść się z zimnej podłogi. Usłyszał zbliżające się kroki. Poczuł jak pod jego brodę wsuwa się delikatnie czubek buta, który następnie unosi mu głowę do góry. Podniósł mętne spojrzenie na górującą nad nim postać.

- Widok wrogów leżących u mych stóp jak popsute lalki jest naprawdę upajający. Brakuje jeszcze abyś błagał o litość, ale na takie zabawy przyjdzie jeszcze czas. – Riddle strząsnął go ze swojej stopy, jakby pozbywał się obrzydliwego robaka. – Pozbieraj się, mamy kilka spraw do przedyskutowania. Skrzacie! – Z cichym pyknięciem pojawiła się Służka. – Zajmij się nim.

Stworzenie bez słowa podeszło do półprzytomnego chłopca i zaaplikowało leczniczy eliksir oraz kolejny, od którego Harry zaczął jaśniej myśleć.

Riddle nie miał więc zamiaru już go dzisiaj torturować, a przynajmniej nie aż do utraty zmysłów. Przeklęty psychopata. Harry wbrew sobie czuł jak zimne macki strachu go paraliżują. Chciał być silny. Chciał przetrwać z godnością spotykające go tortury. Chciał po przerwaniu przekleństwa podnieść się i rzucić jakąś bezczelną odzywkę w stronę swojego prześladowcy. Kiedyś myślał, że tak właśnie się zachowa w podobnej sytuacji. Zakładał butnie, że jest do tego wszystkiego zdolny, jednak nie przypuszczał, że można doświadczyć takiego bólu w takim natężeniu i to w tak krótkim czasie. A to dopiero druga sesja tortur, pomyślał. Iloma cruciatusami dotąd oberwał? Ilu natomiast potrzeba, aby skończył tak jak państwo Longbottomowie?

- Paniczu, proszę za mną. – Służka patrzyła na niego wyczekująco.

Harry podźwigną się do pionu, ale mimo wypitego eliksiru czuł się osłabiony. Przez sekundę wahał się, czy wykonać polecenie skrzatki, ale stwierdził, że opór w jego sytuacji i tak nie ma większego sensu. Ruszył więc niepewnie za stworzonkiem.

Skrzatka poprowadziła go na ponury korytarz. Szedł za nią milcząc. Nie wiedział co Voldemort chce z nim przedyskutować. Był zbyt otępiały by się głębiej zastanawiać w ogóle nad ideą jakiejkolwiek dyskusji z nim.

Weszli do tego samego pomieszczenia w którym odbyli pierwszą rozmowę. Tym razem kominek był wygaszony, ale mimo tego oraz pomimo braku okien pokój był jasny. Oświetlało go bliżej nie zidentyfikowane światło unoszące się nad sufitem, przypominające wypuszczone wolno kule światła lumos.

Riddle usiadł w czarnym fotelu, a Harry stanął jakieś trzy metry od niego, drżąc delikatnie, ale nadal pozostając wyprostowanym. Resztki dumy jakie zachował nie pozwalały mu okazać strachu, a przynajmniej spróbować okazać go jak najmniej. Patrzył jak jego nemezis opiera swobodnie łokcie na oparciach fotela bawiąc się trzymaną w dłoniach różdżką. Białe palce obracały ją powoli, jakby od niechcenia, ale wzrok Voldemorta był skupiony i całkowicie skoncentrowany na stojącym przed nim chłopcu.

- Jesteś zaskakujący Harry Potterze. Zaskakująco głupi. Można by pomyśleć, że w sytuacji w jakiej się znalazłeś powinieneś raczej starać się nie narażać na mój gniew, a nie świadomie go wywoływać. Nigdy więcej nie próbuj odebrać sobie życia. Bez względu jak bardzo jesteś żałosny musisz nadal żyć, Potter – głos Voldemorta był ostry, a jego spojrzenie wyrażało całą pogardę jaką odczuwał do Chłopca-Który-Przeżył. Harry zaciskając pięści poczuł jak budzi się w nim jego osławiona gryfońska waleczność, ta z pograniczaodwagi i głupoty, z przewagą na to drugie.

- Pieprz się! – wybuchnął gwałtownie. Odzywanie się w tak wulgarny sposób do najmroczniejszego czarnoksiężnika ostatnich czasów sprawiało mu jakąś pokrętną satysfakcję. Podobnie jak widok gniewu jaki zapłonął w szkarłatnych tęczówkach.

- Będziesz się do mnie zwracał z szacunkiem albo…

- Albo co?! Będziesz mnie torturował?! I tak to zrobisz, więc co za różnica! Nic mnie już nie obchodzi…!

- A powinno, głupi bachorze! – Voldemort wstał, błyskawicznie pojawiając się przed zielonookim, wbijając końcówkę różdżki w gardło chłopca, tuż poniżej jego szczęki. – Myślisz, że bycie moim horkruksem sprawi, że ujdzie ci takie zachowanie na sucho? Myślisz, że tortury są jedyną rzeczą jaka może cię spotkać z moich rąk? Jesteś żałosnym głupcem!

Chłopak nawet nie drgnął na ten atak, wpatrując się tylko w niego z nienawiścią.

- Cokolwiek zrobisz, cokolwiek powiesz nigdy nie przestanę stawiać ci oporu. To ty jesteś żałosny – wysyczał z pogardą.

- Odważne słowa Potter, ale czy jesteś pewny, że nic cię nie złamie? – sposób w jaki wypowiedział te słowa sprawił, że Harry poczuł pierwsze ukłucie niepokoju.

- A dajmy na to widok twojego przyjaciela wijącego się w agonii i krztuszącego się własną krwią pana… Weasleya. Ronald, tak ma na imię ten mały zdrajca krwi, zgadza się? – Voldemort z przyjemnością obserwował jak strach zakrada się do tych butnych, niesamowicie zielonych oczu. Pozwolił sobie na drwiące wykrzywienie ust. – Chociaż czystokrwiści, to jednocześnie tak niegodni tego miana… Czy to nie przykre? Ale gdyby tak usunąć tą całą rodzinę… Tak ku przestrodze innych czarodziejów, co o tym myślisz, Harry?

- Oni są bezpieczni. Nie jesteś w stanie się do nich zbliżyć. – Chłopak próbował zachować zimną krew, ale zalewające go emocje miał wręcz wypisane na twarzy. Mężczyzna nie musiał nawet sięgać do jego umysłu, aby czytać w nim jak w otwartej księdze.

- Może i nie jestem w stanie zbliżyć się tak łatwo do ich bachorów które są obecnie w Hogwarcie, ale reszta rodziny? Myślisz, że Dumbledore jest w stanie zapewnić im wszystkim stuprocentowe bezpieczeństwo przez cały czas? Szczególnie teraz, kiedy po tobie jako Wybrańcu zostało tylko wspomnienie? Dumbledore nie ma już powodu zapewniać im jakichkolwiek przywilejów. Rozpoczęła się wojna, a ci wielbiciele szlam byliby po prostu pierwszymi z jej ofiar.

Uderzył w sedno. Chłopak zbladł wpatrując się w niego z paniką w oczach. Voldemort cofnął się do fotela, siadając na niego z gracją. Czuł, że znowu miał władzę nad tym bezmyślnym bachorem. Widok strachu w zielonych oczach był słodką nagrodą, pozwolił więc sobie na podziwianie bólu jaki sprawiły jego słowa chłopakowi. Skoro ten głupiec nosi swoje serce jak na dłoni, to aż szkoda było zmarnować taką okazję i nie wbić w to bezbronne serce sztyletu.

Tymczasem mózg Harry'ego pracował na najwyższych obrotach. To co powiedział Voldemort miało w sobie ziarnko prawdy, myślał będąc bliski paniki. Jeśli Weasleyowie zostaliby obrani jako pierwszy cel Ciemnej Strony to czy jest pewność, że Zakon i Dumbledore da radę ich obronić przed atakami śmierciożerców? Nie wątpił, że dyrektor starałby się ze wszystkich sił zapewnić im bezpieczeństwo. Tylko czy to by wystarczyło? Przed oczami stanął mu bogin pani Wealsey: zwłoki jej bliskich. Wzdrygnął się. Nie, nie może pozwolić, aby ziścił się jej największy koszmar.

A Hermiona? Jako czarownica mugolskiego pochodzenia, do tego przyjaciółka „Wybawiciela", była celem numer dwa po Ronie i jego rodzinie. A co z resztą moich przyjaciół? Remusem? Hagridem?

Co on, Harry, mógł zrobić aby ich wszystkich ochronić? Nie wierzył, że błaganie Voldemorta o litość dla jego przyjaciół przyniosłoby jakikolwiek pozytywny skutek. Ale gdyby to miało pomóc zrobił by to bez żadnego sprzeciwu. Jeśli ich życie miałoby cenę tyko jego dumy, to bez wahania by ją zapłacił, szczególnie, że on nie ma już nic do stracenia. Gdyby tylko mógł coś zrobić, cokolwiek… Ale w tej sytuacji nie miał żadnej karty przetargowej, nie było nic czym mógłby kupić bezpieczeństwo swoich przyjaciół. Chyba, że…

W głowie zakiełkowała mu niespodziewanie szalona myśl. Oczy rozbłysły mu determinacją. On i tak nie miał już nic do stracenia. Postanowił działać zanim się rozmyśli.

- Zawrzyjmy układ Riddle. – Nie mógł zapanować nad drżeniem które objęło całe jego ciało. – Proponuję wymianę.

- Mam zawrzeć układ z tobą? – Mężczyzna patrzył na niego z jawną drwiną, ale pozwolił kontynuować.

- Wiesz jak będzie wyglądała przyszłość, jeśli zostanę tutaj, domyślasz się tego, prawda? Nienawidzę cię! Gardzę tobą i twoimi działaniami. Będę stawiał ci z całych sił opór, aż do końca moich dni! – Harry wypluł wręcz te słowa, a jego głos drżał od nagromadzonych w nim emocji. Riddle pozostał niewzruszony. – Nigdy nie przestanę się buntować i kombinować jak cię zabić albo chociaż odebrać sobie życie. Wykorzystam każdą okazję! Ale jeśli… - jego głos załamał się nagle.

Zawahał się. Było mu niedobrze. Zdawał sobie boleśnie sprawę co on chce właśnie zaproponować czarnoksiężnikowi. Merlinie, co ja wyprawiam, pomyślał przerażony.

- Złoty Chłopiec przestraszył się wagi własnego pomysłu? – zakpił czerwonooki. – Czyżbyś chciał w zamian za oszczędzenie kilku żyć przejść na moją stronę?

- Nie! – krzyknął impulsywnie.

- Więc czego chcesz, głupcze? Z resztą nie ważne, nudzisz mnie dziecko. – Voldemort zaczął sprawiać wrażenie jakby nagle stracił nim zainteresowanie. – Skrzacie!

Z cichym pyknięciem pojawiła się obok nich Służka.

- Tak, panie?

- Zabierz dzieciaka do jego komnaty.

- Nie! – Harry zrobił krok do przodu, a w głowie miał taki chaos, że z trudem nad sobą panował. Miał wrażenie, że traci jedną, jedyną szansę na ocalenie przyjaciół. Nie mógł na to pozwolić. Świadomość, że mógłby zrobić cokolwiek w tej beznadziejnej sytuacji był dla niego jak światełko w tunelu. Uczepił się tej myśli i nie dbał w tym momencie o konsekwencje swojego planu.

Zadziałał impulsywnie, kierowany paniką, że Voldemort naprawdę go odeśle. Odtrącił wyciągniętą dłoń skrzatki i stanął tuż przed Voldemortem. Słowa, które wyrwały się z jego ust, nawet jak dla niego brzmiały histerycznie:

- Będę ci posłuszny jeśli oszczędzisz moich bliskich. – Jego oczy rozszerzyły się, a oddech był urywany. Powiedział to. Zaproponował uległość w zamian za życie przyjaciół. Merlinie…

Czerwonooki odrzucił głowę do tyłu i zaśmiał się śmiechem, który spowodował podniesienie się włosków na karku Pottera.

- Myślisz, że z twojej strony konieczna jest współpraca abym osiągnął to co chcę? Crucio!

Krzyknął z bólu, kompletnie zaskoczony zaklęciem, ale czar został przerwany zanim zdążył upaść.

- Widzisz? Wystarczy wypowiedzieć jedno słowo, aby wymusić posłuszeństwo. Po cóż mi twoje dziecinne zapewnienia, kiedy mogę wykorzystać po prostu moją władzę nad tobą?

- Będziesz zawsze obok, aby rzucić zaklęcie? – Czuł, jak grunt usuwał mu się spod nóg, a on nie mógł przecież zaprzepaścić tej szansy. – Będziesz zawsze na tyle czujny aby powstrzymać mnie w odpowiednim momencie? Jakoś nie wierzę, że jesteś na tyle cierpliwy by się ze mną non stop użerać.

To było takie surrealistyczne: stał i przekonywał największego czarnoksiężnika ostatniego stulecia, a zarazem swojego największego wroga, aby ten pozwolił mu stać się jego posłusznym pieskiem.

- Pięć osób. – Harry, aż sapnął zaskoczony tym, że Riddle jest skłonny się zgodzić, ale momentalnie się otrząsnął.

- To za mało! Dwadzieścia.

- Crucio.

Tym razem Harry upadł na kolana. Kiedy przerwano zaklęcie, wypluł krew z przegryzionej wargi, czując jak jej metaliczny smak miesza się z gorzkim smakiem dumy: nie krzyknął mimo bólu.

- Dwadzieścia osób.

- Crucio.

Ból trwał dłużej, a siła zaklęcia była większa, krzyk dławił w gardle, prawie nie możliwy do przełknięcia.

- D-dwadzieścia. – W tym momencie szczerze nienawidził się za to, że był taki słaby, że jego głos drżał, a kark miał zgięty przed tym potworem. Nienawidził bycia bezsilnym.

- Jesteś upartym dzieckiem. To takie żałosne, skąd pewność, że nie będę cię torturować, aż do utraty zmysłów? Sądzę, że szalony nie będziesz bardziej problematyczny niż teraz.

- P-potrzebujesz mnie świadomego.

- Ja miałbym potrzebować ciebie?

Zimny śmiech znowu rozległ się w pokoju. W następnej chwili Harry jęknął głośno, nie spodziewał się wymierzenia silnego kopniaka, który spowodował, że przewrócił się na plecy. Kiedy podniósł wzrok, zobaczył nad sobą te bezlitosne oczy. Nie wiedział już co najbardziej go boli – miejsce po ciosie, blizna, przegryziona warga czy drżące po cruciatusie mięśnie. A może jego zdeptana godność czarodzieja?

- G-gdybyś mnie nie potrzebował, to nie c-cuciłbyś mnie wcześniej – słowa były zniekształcone, ale pewne.

- Może masz rację… Crucio!

Tym razem nic nie powstrzymało go od krzyku. Plecy wygięły mu się w łuk, zaklęcie sprawiało, że płonął mu każdy nerw, pozostawiając za sobą tylko zgliszcza pełne bólu. Kiedy zaklęcie ustało, łapał z trudem powietrze czując, że policzki ma całe mokre od łez. Riddle patrzył na niego pociemniałymi oczami z jakąś przerażającą, niezdrową fascynacją: zdawał się wręcz upajać widokiem jego żałosnej pozycji.

- Posiadasz mimo wszystko zaskakująco wysoki próg odporności na ból. Wiedz chłopcze, że Lord Voldemort potrafi docenić swoich sojuszników. Dziesięcioro ludzi, Potter.

- P-pięt…naście.

- Głupie dziecko, nie nadwyręża się łaski Czarnego Pana. Chociaż… dlaczego by nie. Błagaj - na te słowa leżący u jego stóp chłopiec drgnął gwałtownie. - Błagaj mnie o łaskę dla swoich maleńkich przyjaciół Potter, a pozwolę ci na tych piętnaścioro zdrajców krwi i plugawych szlam.

Nadal błyszczące od łez zielone oczy z trudem skupiły się na szkarłatnych tęczówkach. Brak okularów sprawiał, że Harry miał wrażenie jakby patrzył w dwa płonące węgielki.

- P-proszę.

- Błagaj!

Przez kilka sekund w pomieszczeniu trwała idealna cisza, którą przerwał ledwo słyszalny szept:

- Błagam.

- Nie jesteś zbytnio przekonywujący Potter, chyba bez motywacji w postaci czyiś wyprutych wnętrzności się nie obejdzie, jak widzę…

- Nie! – jego spanikowany głos potoczył się echem po komnacie. Kolejne słowa, podszyte ogromnym strachem o bliskich, były ostre jak rozbite szkło. – B-błagam, błagam cię o łaskę dla moich przyjaciół… Błagam, pozwól mi na piętnaście osób... Nie rób im krzywdy, błagam cię!

Triumfalny uśmiech wykrzywił wąskie wargi.

- Twoje słowa są niczym pieśń feniksa dla moich uszu. Słucham cię więc chłopcze, kogo mam umieścić na liście? – Machnął różdżką, a obok pojawił się zwitek pergaminu i samonotujące pióro, które zawisło posłusznie u góry strony.

Harry spróbował przetoczyć się na plecy, ale jego ciało odmówiło współpracy. Wtedy, ponaglone rozkazem, małe dłonie skrzatki pomogły mu podnieść się do siadu i po raz drugi dzisiejszego dnia wlano mu do ust eliksir regenerujący. Mimo tego, każdy ruch sprawiał ból, jednak nie aż tak duży by nie mógł się skupić na wydanym mu poleceniu.

- Hermiona Granger, Weasleyowie: Ron, Ginny, Molly, Artur, Fred, George, Bill, Charlie, Percy, Rubeus Hagrid, Remus Lupin, Luna Lovegood, Nevile Logbottom… - W głowie zapanowała mu kompletna pustka. Miał oto powiedzieć ostatnie nazwisko, a nie wiedział kogo umieścić na liście.

I nagle w jego umyśle zapłonęła nieoczekiwana myśl.

- … i Severus Snape.

- Rozczarowujesz mnie jednak chłopcze. – Krótkie machnięcie różdżki i nazwiska zapisane na pergaminie zajarzyły się na złoto.

Riddle stał przed chłopakiem, który z trudem podźwignął się na nogi. Blada dłoń ujęła w silnym uścisku mniejszą i drżącą. Opuchnięte wargi chłopca wykrzywił grymas odrazy, podczas gdy twarz mężczyzny była obojętną maską.

- Powtarzaj za mną: Ja, Harry James Potter przysięgam…

- Ja, Harry James Potter przysięgam…

Brzmi jak jakaś popieprzona przysięga małżeńska, pomyślał Harry w napadzie bardzo czarnego humoru.

- Nigdy nie targnąć się w sposób umyślny na swoje życie ani nie doprowadzić w pełni świadomie do sytuacji jego bezpośredniego, śmiertelnego zagrożenia. Przysięgam chronić swoje życie, więc i obecną we mnie cząstkę duszy Thomasa Marvolo Riddle'a przed zniszczeniem. Niedopełnienie umowy i spowodowanie zniszczenia ukrytego we mnie horkruksa będzie skutkowało śmiercią osób zapisanych na sporządzonej przeze mnie liście.

Harry po przetworzeniu słów przysięgi w myślach powtórzył posłusznie jej słowa, a kiedy skończył, Voldemort przemówił ponownie:

- Ja, Thomas Marvolo Riddle przysięgam nigdy nie nastawać z premedytacją na życie osób znajdujących się na liście: nie wydać bezpośredniego rozkazu zabicia ich ani też nie doprowadzić do ich śmierci osobiście. Niedopełnienie umowy i zabicie przeze mnie lub na mój bezpośredni rozkaz kogokolwiek z tej listy będzie skutkowało zerwaniem umowy i związanych z nią ograniczeń wobec Harry'ego Jamesa Pottera.

Kiedy skończył mówić wokół ich połączonych dłoni pojawił się świetlisty, cienki łańcuszek, który niczym wąż oplótł się wokół nich. Jego ogniwa zalśniły złotym blaskiem a coś przypominającego języczek ognia wystrzeliło w stronę pergaminu sprawiając, że napisane na nim słowa na chwilę zapłonęły. W następnej chwili zarówno łańcuch jak i pergamin rozpłynęły się w powietrzu. Harry wyszarpnął od razu dłoń z uścisku, przyciskając ją kurczowo do piersi. Voldemort patrzył na niego intensywnie, a jego spojrzenie pełne było mściwej satysfakcji. Upiorny uśmiech wykrzywiał mu wargi, kiedy przemówił:

- Mój mały głupiec.