Dziękuję wszystkim za Wasze dotychczasowe komentarze. Szczególne ukłony w kierunku FrejaAleeera1, jako jak dotąd najaktywniejszej :).
Rozdział III
Harry budził się powoli ze snu bez marzeń, takiego nie mającego za zadanie przynieść ulgi duszy, a jedynie zregenerować ciało. Nie otwierając jeszcze oczu, stwierdził, że wczorajszego dnia musiał zostać napojony Eliksirem Słodkiego Snu. Nie pamiętał ani wyjścia z pokoju, w którym go torturowano, ani tym bardziej podania mu eliksiru. Potrafił jednak bezbłędnie rozpoznać odczucia, jakie pozostawiał on po przebudzeniu dzięki tym sytuacjom, kiedy podawał mu go pani Pomfrey w czasie wielu wizyt w Skrzydle Szpitalnym.
Powoli otworzył oczy. Majaczył nad nim niewyraźny kontur czarnego baldachimu. Czyli wróciłem do „swojego" pokoju, pomyślał krzywiąc się niechętnie. Próbował przypomnieć sobie, jak zakończył się wczorajszy wieczór, ale ostatnie co pamiętał to nazwanie go głupcem. Reszta była tylko bezgranicznym bólem. Wywnioskował, że Riddle musiał go torturować, aż do utraty przytomności. Skrzatka pewnie jakoś zaaplikowała mu eliksir, już po dostarczeniu go tutaj.
Odruchowo sięgnął w stronę szafki po okulary. Kiedy jego palce dotknęły znajomego kształtu, aż sapną ze zdziwienia. Nie spodziewał się zwrotu okularów, skoro wczorajszego dnia mu ich nie oddano. Zaraz jednak stwierdził z goryczą, że postanowiono mu je oddać jedynie dlatego, że poprzysiągł nie zrobić sobie świadomie żadnej krzywdy. Gdyby wczoraj miał je przy sobie, mógłby rozbić szkła i wykorzystać ich odłamki do podcięcia sobie żył. Dzisiaj były one pod tym względem całkowicie bezużyteczne.
Voldemort wydawał się mieć absolutnie wszystko pod kontrolą.
Harry był przerażony swoją wczorajszą decyzją. To był pierwszy raz, gdy świadomie zrezygnował z walki. Teraz, kiedy jego ciało i umysł nie były osłabione cruciatusami oraz nie miał wycelowanej w siebie różdżki swojej nemezis, zaczął się zastanawiać, czy poddanie się Riddle'owi było naprawdę jedynym słusznym wyjściem. Złożenie przysięgi było aktem desperacji, gdy myślał o tym na spokojnie, był tego boleśnie świadomy. Z własnej woli zgodził się na odcięcie, chyba jedynego dostępnego w tej sytuacji sposobu, aby osłabić czarnoksiężnika.
Z drugiej strony, gdyby nie zawarł tej przeklętej umowy, zginęliby ci których kocha. Nie był w stanie poświęcić życia swoich przyjaciół. O nie, nie był zdolny z zimną krwią pozwolić na ich zamordowanie, a był pewny, że jego opór wobec Voldemorta sprowadziłby na nich śmierć. Zapewne poprzedzoną długą i bolesną agonią. Riddle użyłby każdego sposobu, aby go złamać. Nie, Harry nie był taki jak Dumbledore – nie był w stanie nikogo poświęcić. Nawet dla uzyskania przewagi w wojnie.
Myśl o dyrektorze spowodowała powrót mdlącego poczucia pustki. On nie zawahał się ani przez chwilę, wypowiadając śmiercionośne zaklęcie. Mimo tego, że przez cztery lata był opiekunem Harry'ego, mimo tych wszystkich chwil, kiedy go wspierał, nie miał żadnych zahamowani, aby wypowiedzieć dwa nieodwracalne w skutkach słowa. Harry rozumiał jego pobudki, w końcu sam usilnie próbował unicestwić tkwiący w nim fragment Voldemorta, kiedy tylko dowiedział się, że dzieli ciało z jego dusza. Mimo to bolała go sama myśl o swoim byłym mentorze. Jak długo wiedział? Od kiedy? Czy to możliwe, że od początku był świadomy jakiego rodzaju jest ta cholerna więź, po czym tak naprawdę pamiątką jest blizna? Po co więc zbliżył się tak do Harry'ego, skoro miał świadomość, że jest on jedynie marnym pojemnikiem na duszę Czarnego Pana? Po co sprawił, żeby Harry'emu zaczęło na nim zależeć, skoro od początku chciał go poświęcić?
Cichy głosik w jego głowie podpowiadał, że po to, aby pozyskać jego zaufanie. Dyrektor nie mógł przecież pozwolić, aby nieświadomy niczego horkruks robił co chciał i znajdował się poza czyjąkolwiek kontrolą. Stając się dla niego mentorem, miał za to szansę ukształtować go według własnego planu: miał szanować oraz respektować jego decyzje, co miało skutkować tym, że będzie posłuszny.
Ale nie zastosowałem się do wszystkich jego decyzji, pomyślał Potter. Nie przykładałem się do lekcji oklumencji. Wręcz chciałem, aby umocniła się ta więź między mną a tym psychopatą, zanim jeszcze wiedziałem na czym ona tak naprawdę polega. Pragnąłem mieć dalej te wizje, myślałem, że będę w stanie dzięki nim kogoś uratować, tak jak ocaliłem pana Weasleya…
Leżał zwinięty w kłębek i drżał delikatnie, kiedy kolejne fale bólu rozrywały jego serce na strzępy. Mimo wmawiania sobie, że rozumie postawę dyrektora, to i tak czuł się zdradzony. Ktoś, kto miał być mu podporą, okazał się być tylko zwykłym manipulatorem, dążącym do celu nie bacząc na nic. Gdyby chociaż nie przywiązywał go do siebie, gdyby nie udawał, że o niego dba… Chociaż, czy aby na pewno o niego dbał? A to coroczne wysyłanie do Dursley'ów na wakacje? Choć Dumbledore wiedział jak Harry jest tam traktowany, to i tak był głuchy na prośby jego i Weasley'ów, aby go tam nie wysyłał. Twierdził, że dzięki ochronie jego matki jest tam bezpieczny. Nie obchodziło go, to jakie blizny pozostawiają mu na sercu jego jedyna żyjącą rodzina. Nie, lidera Jasnej Strony obchodziło tylko to, aby Harry był fizycznie bezpieczny. Ale po co? Skoro i tak koniec końców miał zginąć? Nie mógł przecież żyć, bo tak długo jak żył, Voldemort nie zniknąłby z tego świata.
Jedyne wyjaśnienie to takie, że Dumbledore miał wobec mnie jakiś określony plan… Pewnie miałem umrzeć w odpowiednim momencie, pomyślał gorzko. Poczuł całkowitą pewność, że jego przypuszczenia są słuszne. Wbrew pozorom, to nie polujący na niego szaleniec wytyczał ilość życia jaka mu pozostała – tym, który miał zadecydować o dacie jego śmierci był dyrektor Hogwartu. Chroniony, aż do odpowiedniej chwili, zostałby postawiony przed straszliwą prawdą w najdogodniejszym momencie wojny, po to, aby wypełnić swoją jedyną powinność wobec reszty świata: umrzeć.
Niewątpliwie wiedza o horkruksie popchnęłaby chłopca do własnoręcznego odebrania sobie życia, co byłoby oczywiście częścią większego planu. W końcu Albus bardzo dobrze go znał. Założył więc słusznie, że Harry nie zmarnuje szansy, aby uwolnić czarodziejski świat od terroru Ciemnej Strony, nawet za cenę własnego życia. Jego śmierć przechyliłaby natomiast szalę zwycięstwa na stronę Dumbledora.
Był tylko marionetką, nikim więcej. Naiwnie sądził, że dyrektor go kocha, a tym czasem był tylko narzędziem – myślącym i czującym, ale nadal tylko narzędziem w rękach starca. Bronią w wojnie. Kimś, kogo można pozbyć się bez żadnych skrupułów, kiedy okaże się już bezużyteczny.
Były Wybraniec czarodziejskiego świata rozpłakał się, dając upust nagromadzonemu w nim bólowi. Pozbawiony iluzji wolności, całkowicie świadomy tego, że jego dotychczasowe życie było tylko okrutnym kłamstwem, kulił się w czarnej pościeli, zaciskając zęby na knykciach, aby powstrzymać głośny szloch. To co nie udało się Voldemortowi, mimo wielokrotnego użycia klątwy cruciatus, Dumbledore dokonał znajdując się setki kilometrów od Czarnego Dworu – doprowadził do całkowitego złamania Harry'ego Pottera.
Nie wiedział nawet, kiedy usnął, kompletnie wyczerpany płaczem. Obudziło go szarpanie za ramię i monotonny głos powtarzający:
- Paniczu Harry, Służka przyniosła obiad. Niech panicz się obudzi.
Harry zerwał się gwałtownie, prawie spadając z łóżka ze strachu.
- C-coo?
- Niech się panicz ocknie. Służka przyniosła paniczowi jedzenie.
Powoli uspokajał swoje szaleńczo bijące serce, po niespodziewanej pobudce. Poprawił przekrzywione okulary i spojrzał na stojącą przy łóżku skrzatkę. Teraz, kiedy miał z powrotem okulary, jej żałosny wygląd raził go jeszcze bardziej. Po chwili odwrócił od niej wzrok, speszony tym, że zagapił się na jej blizny. Spojrzał na ustawioną na nocnej szafce tacę z jakąś gęstą zupą, puddingiem, koszykiem owoców i dzbankiem parującej, aromatycznej herbaty. Od apetycznego zapachu jedzenia poczuł, jak do ust napływa mu ślina, ale jednocześnie jego żołądek zrobił salto, powodując, że poczuł się jakby miał zaraz zwymiotować. Oddychając z trudem, odwrócił głowę ze wstrętem.
- Nie dam rady niczego przełknąć. – Przycisnął dłoń do ust, tak jakby miało to pomóc mu opanować narastające mdłości.
- To normalne po zaklęciu cruciatus paniczu, ale panicz Harry musi jeść. Inaczej opadnie panicz z sił.
- Niedobrze mi – zaprotestował.
- Pierwszy kęs będzie najtrudniejszy paniczu. Musi panicz jeść, aby zachować siły.
Harry zacisnął tylko mocniej usta. Mimo całego współczucia jakie czuł dla tego stworzenia musiał przyznać, że strasznie go irytowała swoim uporem. Zwinął się powrotem w kłębek, masując delikatnie rozszalały żołądek i ostentacyjnie unikając patrzenia na tacę z obiadem.
Patrzyła na niego bezmyślnie, czekając, aż zacznie jeść. Kiedy stało się jasne, że chłopak naprawdę nie tknie naszykowanego posiłku, skrzatka westchnęła cichutko, przymykając na chwilę wyłupiaste oczy. Zaintrygowało to Harry'ego – była to jak dotąd najbardziej emocjonalna reakcja, na jaką pozwoliło sobie stworzonko w jego obecności.
Patrzył jak Służka sięga bez słowa do kieszonki, tak zmyślnie ukrytej w boku służącej jej za okrycie szmatki, że na pierwszy rzut oka nie było jej w ogóle widać. Mała rączka zacisnęła się na czymś i Harry zobaczył jak skrzatka wyciąga krótki, ale już na pierwszy rzut oka widać, że ostry nóż. Z przerażeniem patrzył, jak kieruje ostrzę stronę resztek swoich uszu.
Ona chyba nie chce…
Harry nie czekał ani sekundy dłużej, aby się upewnić, czy ta szalona skrzatka chce się naprawdę pociąć na jego oczach. Nie zważając na mdłości, rzucił się w jej kierunku, wyrywając w ostatniej chwili ostrze.
- Oszalałaś?! – zapytał, dźwigając się na nogi i podnosząc na wszelki wypadek nóż wysoko nad głowę.
Stworzenie spojrzało na niego z idealnie obojętną miną.
- Panicz nie chciał jeść. Służka musiała się ukarać. Służka nie wykonała zadania, które powierzył Służce jej pan.
- Ale nie możesz… Nie możesz ciąć się nożem na moich oczach!
- Czy panicz życzy sobie, aby Służka ukarała się, kiedy panicz tego nie widzi?
- Ta..nie! Na Merlina, nie chcę abyś się w ogóle karała!
-Ale panicz nie chce jeść. Póki panicz nie zje, Służka nie wykona swojego zadania.
Chłopiec popatrzył na nią z udręką w oczach. Po chwili skinął głową z ciężkim westchnięciem.
- Dobrze Służko, spróbuje zjeść to co naszykowałaś. Tylko nie zdziw się, jeśli będziesz musiała po mnie posprzątać, gdy zrobi mi się niedobrze.
Usiadł i pokonując narastające mdłości, nabrał na łyżkę odrobinę gęstej zupy dyniowej. Przełknął z wysiłkiem, po czym z trudem powtórzył czynność. Z zaskoczeniem stwierdził, że Służka miała rację i z każdą kolejną wlaną w siebie odrobiną pokarmu, uczucie głodu pokonywało wcześniejsze mdłości. Już bez większych problemów zjadł pudding i wypił filiżankę herbaty. Miseczkę z owocami ominął jednak szerokim łukiem, mając wrażenie, że nie byłby zdolny do zjedzenia czegokolwiek, co nie miałoby konsystencji kremu.
Po posiłku Służka oznajmiła, że ma on od teraz swobodny dostęp do łazienki, ale drzwi od jego sypialni będą nadal zamknięte. Odebrała Harry'emu za pomocą magii swój nóż, skłoniła się nisko i zniknęła z charakterystycznym pyknięciem.
Chłopiec opadł ciężko na poduszki, czując się z powrotem bardzo śpiący. Doszedł do wniosku, że to potworne zmęczenie musi być skutkiem ubocznym nadmiaru zaklęć torturujących. Ułożył się wygodnie, zapadając w drzemkę tak szybko, że zapominał nawet zdjąć okularów.
Tym razem jednak śnił, ale ten sen nie miał przynieść ze sobą ukojenia. Znowu znajdował się w Ministerstwie, bezradnie obserwując śmierć Syriusza. Jednak zamiast Bellatrix widział postać Dumbledora, rzucającego obojętnie mordercze zaklęcie. Kiedy Łapa wpadł za zasłonę, starzec odwrócił się w stronę Harry'ego. Chłopiec zobaczył, że w rękach trzyma nóż Służki, a jego ostrze było zakrwawione. Młodzieniec cofnął się przerażony. Dumbledore posłał mu jeden ze swoich słynnych, dobrodusznych uśmiechów, przemawiając piskliwym głosem domowego skrzata:
- Panicz Harry nie wykonał swojego zadania. Zły chłopiec! Panicz Harry musi zostać ukarany…
Obudził go własny krzyk. Krztusząc się łzami, poderwał się do siadu. Kiedy zdał sobie w końcu sprawę, że to tylko senna mara, a dyrektor nie poderżnie mu z uśmiechem gardła, odetchnął z ulgą. Przesunął drżącymi dłońmi po twarzy i wplótł palce we włosy. Pociągnął boleśnie niesforne kosmyki, starając się skupić na czymś innym myśli, niż na świeżo przeżytym koszmarze.
- Mój mały horkruks miał zły sen? – Harry aż krzyknął ze strachu, kiedy dobiegł go od strony drzwi drwiący szept Voldemorta. – Nie martw się, zaraz coś na to poradzimy.
Przerażony, nie zdolny do żadnego ruchu patrzył, jak Voldemort przekracza próg pokoju, unosi różdżkę i uśmiechając się wypowiada jedno, jedyne słowo.
Krzyk, tym razem bólu, na powrót rozdarł ciszę nocy w Czarnym Dworze.
Tymczasem kilka pomieszczeń niżej mała skrzatka wciskała sobie z całej siły piąstki do uszu, żeby nie słyszeć jak ten młody panicz, który był dla niej dzisiaj tak łaskawy, cierpi z rąk jej pana.
