Rozdział IV

Od czasu przerażającej kontynuacji koszmaru, w postaci nocnych odwiedzin Voldemorta, minęły dwa dni. Przynajmniej tak wydawało się Harry'emu. Torturowany aż do utraty przytomności, rano został zbudzony przez skrzatkę, która i tym razem szantażem wmusiła w niego posiłek. Po zjedzeniu ogarnęła go obezwładniająca senność. Nie próbował z nią nawet walczyć. Obudzony przez Służkę przed następnym posiłkiem, pozwolił, aby powtórzyli schemat z rana, uzupełniając go o wizytę w toalecie i znowu zasnął. Tym razem jednak jego sen nie był już tak spokojny. Jakąś godzinę przed planowaną porą kolacji, leżał już nie śpiąc i gapiąc się bezmyślnie na czarny baldachim. Chłopiec pozwolił otępieniu przejąć nad nim całkowitą kontrolę. Czuł się pusty, niezdolny do ruchu ani do żadnej głębszej myśli. Przybycie Służki wytrąciło go na chwilę z tego stanu: skrzatka zmusiła go do wzięcia pachnącej kąpieli i zjedzenia przygotowanych przez siebie dań. Jego nikły sprzeciw ukróciła – po raz kolejny zresztą – groźbą pocięcia sobie uszu na kawałeczki. Po sycącym posiłku, chłopiec poczuł przemożne zmęczenie i był w objęciach Morfeusza, zanim nawet rozległo się charakterystyczne pyknięcie aportacji jego czujnej strażniczki.

Wizyta Voldemorta przypadła akurat w czasie, kiedy Harry był zmuszany do śniadania. Tym razem sesja tortur była zaskakująco krótka, okraszona jedynie kilkoma kpiącymi komentarzami. Pozostawionemu na kamiennej podłodze Harry'emu po raz kolejny pomogła Służka, wpakowując go do łóżka i aplikują wykończonemu gryfonowi Eliksir Słodkiego Snu.

Powyższy schemat trwał przez tydzień. Nie dawało się przewidzieć pory, którą Riddle wybierze sobie na rzucenie kilku cruciatusów. Tortury zmieniły też nieco charakter, bo Voldemort wydawał się być teraz czystą furią. Mimo tego, że nie padały więcej niż trzy zaklęcia, to ich siła była tak potężna, że Harry kończył nieprzytomny na podłodze, albo (gdy miał mniej szczęścia) przytomny i marzący jedynie o tym, aby ktoś, obojętnie kto, go dobił. Za każdym razem małe, poznaczone bliznami ręce pomagały mu dostać się do łóżka, gdzie mógł zwinąć się w drżący kłębek. Te same cierpliwe dłonie przykładały do spierzchniętych ust fiolkę z eliksirem i chłopiec znowu odpływał, aby następnego dnia zostać po raz kolejny obudzony, nakarmiony, torturowany i uśpiony. Kolejność tych czynności narzucał sadyzm Voldemorta.

Dziesiątego dnia od zawarcia przysięgi, Służka nie obudziła go, jak co rano. Kiedy Harry się ocknął, poczuł nieprzyjemne ściskanie w żołądku. Zignorował je łatwo, zaprawiony latami głodowej diety u Dursleyów. Zwinął się w pozycję embrionalną, obojętny na wszystko, zapatrzony bezmyślnie w jeden punkt na ścianie. Podświadomie oczekiwał nadejścia snu, podczas gdy minuty mijały, zmieniając się w godziny. Co jakiś czas chłopiec zmieniał tylko nieznacznie ułożenie ciała oraz przenosił pusty wzrok ze ściany na baldachim i z powrotem.

Upragniony sen nie nadchodził. Ciało zdawało się być całkowicie wypoczęte, a uśpiony do tej pory umysł, budził się powoli z wygodnego odrętwienia.

Myśli Harry'ego, początkowo mętne i nieskładane, zaczęły klarować się w coraz bardziej świadome przebłyski. Towarzysząca mu dotąd obojętność przerodziła się w podenerwowanie. Było to tak różne uczucie od tego co odczuwał, a raczej czego nie odczuwał w minionych dniach, że aż zadał sobie trud podniesienia się do pozycji siedzącej. Objął dłońmi zgięte kolana i ze zmarszczonym czołem patrzył przed siebie. Próbował ogarnąć chaos w jakim znajdowały się jego myśli i emocje. Przesiedział tak jeszcze prawie godzinę, zanim w końcu wybudził się całkowicie z tego dziwnego letargu.

Pierwszy raz od czasu podpisania umowy z Riddle'em był w stanie myśleć logicznie. Starał się skupić na ocenie swojej aktualnej sytuacji. Próby doliczenia się ile czasu jest już uwięziony w Czarnym Dworze spełzły na niczym. Minione dni zlewały mu się w jedno długie pasmo bólu i koszmarów, myląc go w rachunkach. I do tego ta dziwna apatia… Harry domyślał się, że nie była ona niczym naturalnym. Był pewny, że mimo wszystko sam z siebie nigdy, ale to nigdy nie zatraciłby się do takiego stopnia. Do głowy przychodziło mu tylko jedno wyjaśnienie tej zagadki.

Został czymś naćpany.

Nałożywszy okulary, podźwignął się zbyt szybko na nogi, wywołując tym ruchem zawroty głowy. Również jego mięśnie zaprotestowały przeciwko tak gwałtownym zrywom. Czując jak drżą mu kolana, na wszelki wypadek podparł się jedną ręką ściany. Skierował się ostrożnie w stronę łazienki, mamrocząc gniewnie sam do siebie:

- Cholerny, mały, usłużny diabeł… Trucicielka jedna…

Nad czarną, granitową umywalką wisiało wielkie, pozbawione ram lustro. Kiedy Harry spojrzał zza brudnych szkieł na jego taflę, zamarł zaskoczony swoim wyglądem. Ostatni raz widział swoje odbicie jeszcze w Hogwarcie, rankiem przed wydarzeniami w Ministerstwie Magii.

Prezentował się teraz niewiele mniej żałośnie niż Służka.

Głębokie cienie pod oczami były najmniej rzucającą się w oczy oznaką zmęczenia. Zmizerniał. Mimo usilnych prób karmienia przez skrzatkę oraz serii eliksirów odżywczych, było widać, że sporo schudł w zastraszająco krótkim czasie. Skórę na twarzy miał bladą, sprawiającą wrażenie, że jest cienka jak pergamin. Wyglądała tak, jakby była siłą naciągnięta na wystające kości policzkowe. Wydawało mu się wręcz, że gdyby mocniej przejechał paznokciem po podbródku, to skóra w tym miejscu pękłaby bez trudu.

Odwrócił wzrok od swojej zmaltretowanej postaci. Ochlapał twarz zimną wodą, po czym odetchnął głęboko. Musiał się opanować i przemyśleć wszystko co go dotychczas spotkało, a nad czym nie był dotąd w stanie rozmyślać, dzięki zabiegom skrzatki.

Harry nie miał pojęcia, jaki cel miała Służka w przetrzymywaniu go w stanie odurzenia. Czyżby robiła to na polecenie Voldemorta? Z miejsca odrzucił ten pomysł. Riddle był sadystycznym psychopatą, jaką miałby satysfakcję z dręczenia obojętnej na wszystko marionetki?

Czy to dlatego wydawał się być tak wkurzony, kiedy mnie katował? Bo byłem zbyt bierny jak na jego wynaturzony gust? Skoro więc nie zlecił tego Voldemort, to czemu ona to robiła? Dla własnej przyjemności? To nie ma sensu!

Harry zaczął krążyć nerwowo po przestronnej łazience, a odgłos ciężkich kroków rozlegał się echem po jej wnętrzu. Chłopiec nie mógł oderwać myśli od swojej małej strażniczki.

Służka była dziwnym skrzatem domowym. Z okropnie poharatanej twarzy patrzyły na człowieka puste, obojętne na wszystko oczy. Była zawsze gotowa służyć, ale też jej postawa nie była przesadnie służalcza. Posłusznie wypełniała polecenia, będąc jednocześnie nad wyraz samodzielną. Harry dobrze pamiętał ile na początku kosztował Zgredka jego indywidualizm. W przypadku nie wypełnienia jakiegoś zadania, ukaranie się było dla niego czymś całkiem oczywistym i naturalnym. Ona natomiast, o ile to w ogóle możliwe, świadomie go szantażowała po to, aby tego uniknąć. Gdyby nie to, że mowa jest o domowym skrzacie, Harry powiedziałby, że ta mała jest wyrachowana. Ale to przecież kompletnie sprzeczne ze skrzacią naturą, kłócił się sam ze sobą w myślach chłopiec.

Nie tylko sprawa Służki go zastanawiała. Było także kilka innych elementów, które mu nie pasowały.

Dlaczego zajmowała się nim jakaś obca skrzatka, a nie na przykład Pettigrew? Przecież, kiedy Voldemort nie odzyskał jeszcze ciała, to właśnie ten tchórzliwy szczur dbał o Riddla. Dlaczego tymczasem zajęcie się nim zlecono nie dorosłemu czarodziejowi, a magicznemu stworzeniu? I do diabła, od kiedy Czarny Pan w ogóle trzyma skrzaty?!

Chłopiec czuł się sfrustrowany tym, że z każdą chwilą dochodzi coraz więcej pytań, a on nie ma pomysłu na racjonalną odpowiedz na którekolwiek z nich.

Zdenerwowany bezowocnymi rozmyślaniami, chcąc zająć się czymś konkretniejszym, obszedł każdy kąt łazienki, a potem swojego pokoju, ale nie znalazł tam nic interesującego ani przydatnego w potencjalnym starciu z Voldemortem. Szarpał się przez chwilę z drzwiami na korytarz, ale te nie chciały go przepuścić. Spróbował więc przywołać do pomocy magię, mimo bycia pozbawionym różdżki. Miał nadzieję, że będzie w stanie przywołać dziką, pierwotną magię, tą która sprawiała, że w dzieciństwie zdarzały mu się dziwaczne wypadki. Chciał ją wezwać i jakoś ukierunkować, aby móc się wydostać z tego pomieszczenia. Miał bowiem wrażenie, że jeśli będzie zmuszony, chociażby godzinę dłużej oglądać wciąż te same ściany, to chyba oszaleje.

Początkowo starał się użyć bezróżdżkowej Alohomory, ale drzwi nie wykazały chęci do współpracy. W złości zmienił koncepcję i próbował sprawić, aby nieposłuszne rozkazom drewno stanęło w ogniu, zamiast się otworzyć. Jedyny efekt jaki udało mu się osiągnąć, to dotkliwy ból głowy. Zrezygnowany usiadł na łóżku.

Niespodziewane skrzypnięcie spowodowało, że poderwał gwałtownie głowę.

W drzwiach stał Czarny Pan.

Nieodzowna czarna szata zafalowała za nim lekko, kiedy przekraczał próg pokoju, jednocześnie podnosząc leniwym ruchem różdżkę. Harry spiął wszystkie mięśnie, przygotowując się do nadchodzącego ataku. Zmusił się jednak do pozostanie w bezruchu.

- Potter – rzucił mężczyzna zaskakująco obojętnym tonem.– Crucio.

Tym razem nie czekał biernie, aż dosięgnie go czerwone światło zaklęcia. Przeturlał się błyskawicznie przez łóżko, unikając trafienia i stanął wyprostowany przed mężczyzną. Riddle przekrzywił głowę, niczym zaciekawione czymś dziecko. Patrzył przez chwilę oceniająco, zanim przemówił.

- To coś nowego, Potter. Czyżby nie odpowiadał ci dotychczasowy rodzaj oferowanej przeze mnie rozrywki?

Harry zacisnął pięści. Bał się. Cholernie się bał, że znowu skończy na podłodze, wijąc się z nieludzkiego bólu. Jednocześnie nie chciał okazać przed tą gadziną słabości. Postawił więc na starą, dobrą, gryfońską bezczelność.

- Przyznaję, że cruciatus na dłuższą metę zaczyna wiać nudą.

Szkarłatne tęczówki rozbłysły niedowierzaniem na te nieoczekiwane słowa.

- Wolałbyś abym zaproponował ci coś bardziej pomysłowego? Może zaklęcie odrywające ciało od kości? Mięsień po mięśniu, ścięgno po ścięgnie... Albo Ignitio*, sprawiające, że poczujesz się jakby w twoim wnętrzu zapłonął nie dający się niczym ugasić ogień. A może wolałbyś coś z innej dziedziny? Eliksir sprowadzający iluzję, która przepełni cię rozpaczą, przy której spotkanie z dementorem wyda ci się zaledwie popołudniową herbatką. Nadal za mało finezyjne, panie Potter?

Obserwowali się przez chwilę. Harry czuł, że robi mu się niedobrze od roztoczonych przed nim wizji. Riddle wydawał się być jednak bardziej skłonny do konwersacji, niż do udowadniania swojej fantazji do wymyślania tortur. Takiej okazji chłopiec nie mógł przepuścić.

- Miałem na myśli, że to jest raczej nudne dla ciebie.

- Cóż za wzruszająca dbałość o moje samopoczucie – zakpił Voldemort, ale jego spojrzenie wskazywało, że jest zaintrygowany. – Co więc zaproponowałbyś będąc na moim miejscu, Harry?

- Gdybym był na twoim miejscu, Tom, to nie pozbawiałbym sam siebie możliwości przebywania, tak dla odmiany, z kimś kto się mnie nie boi. – Harry specjalnie wypowiedział z naciskiem jego imię, starając się uwiarygodnić odwagę, której tak naprawdę wcale nie odczuwał. – Raczej nie bawiłoby mnie patrzenie na kogoś, kto tylko cały czas krzyczy, albo jest nieprzytomny.

- Interesujące… – głos Voldemorta stał się miększy w brzmieniu, a jego oczy lśniły czymś na kształt rozbawienia. – Twierdzisz więc, że się mnie nie boisz?

Zaczął zbliżać się powoli, nie spuszczając z niego spojrzenia. Harry nie poruszył się nawet wtedy, kiedy mężczyzna stanął bardzo blisko, naruszając jego przestrzeń osobistą. Patrzył nań z góry, z groźbą czającą się w szkarłatnych tęczówkach, a różdżkę przesunął leniwym ruchem wzdłuż szczęki chłopaka. Harry skupił się na tym, aby się nie cofnąć ani nie zerwać kontaktu wzrokowego. Miał wrażenie, że serce zaraz wyskoczy mu z piersi.

- Nie boję się… – odpowiedział cicho i zaraz zdał sobie sprawę, że nie są to tylko czcze słowa.

Bardziej niż samego Voldemorta bał się bólu, który czarnoksiężnik może mu zadać, używając niewybaczalnego zaklęcia. Bał się też bezradności, braku możliwości obrony. Przerażało go bycie zdany na czyjąś łaskę, szczególnie jeśli tym kimś miałby być okrutny psychopata. Ale czy bał się samej osoby Voldemorta?

Nigdy nie rozumiał strachu jaki czuli inni, gdy wypowiadał jego imię. Nigdy nie bał się spojrzeć w te gadzie oczy. Teraz było tak samo i stojąc przed swoim oprawcą odczuł prawie ulgę, uświadamiając to sobie.

- Straszna jest ciemność, którą nosisz w sobie, nie ty sam… - wyszeptał.

Takich słów czarnoksiężnik kompletnie się nie spodziewał. Pionowe źrenice rozszerzyły się, nadając mu na moment bardziej ludzki wygląd, ale szybko się opanował. Wykrzywił wargi w pogardliwym uśmiechu, zanim przemówił:

- To było całkiem błyskotliwe.

Mierzyli się jeszcze chwilę wzrokiem, po czym Riddle niespodziewanie odwrócił się i skierował w stronę drzwi, całkowicie zaskakując tym Harry'ego. Będąc już w progu, odwrócił się do czarnowłosego.

- Miejmy nadzieję, że twoje zapewnienia nie okażą się tylko pustymi przechwałkami, mój mały horkruksie. – Po czym wyszedł z pokoju, zostawiając osłupiałego chłopca samemu sobie.

* Ignitio (łac.) – zapłon