Rozdział V
Harry'ego obudziło potrząsanie za ramię i znajomym, monotonny głos powtarzający:
- Panicz Harry musi wstać, śniadanie czeka.
Kiedy, nie do końca jeszcze rozbudzony, spojrzał na Służkę, krzyknął zszokowany jej wyglądem. Skrzatka przypominała bowiem ofiarę spotkania ze wściekłym hipogryfem. Na prawie każdym odkrytym skrawku skóry widoczne były siniaki i zadrapania, ale najgorzej prezentowała się jej twarz. Lewe oko miała tak zapuchnięte i zaropiałe, że chłopak nie wierzył, by była w stanie cokolwiek nim widzieć. Od skroni aż do brody szła krwista, nabrzmiała szrama, zahaczająca o powiekę zmaltretowanego oka. Podejrzewał, że wykonano ją jakimś sztyletem lub czymś podobnym. Harry starał się jednocześnie nie zastanawiać, czy cięcie ostrza dosięgło delikatnej gałki ocznej. Poza tym stworzenie stało dziwnie pochylone, jakby nie było w stanie utrzymać wyprostowanej pozycji.
- Śniadanie, paniczu. – Służka odsunęła się niezgrabnie na bok, pokazując dłonią na ustawioną na stoliku tacę.
- Na Merlina… Co ci się stało? – zapytał ze zgrozą, siadając na brzegu łóżka.
Skrzatka uniosła głowę i łypnęła na niego obojętnie zdrowym okiem. Wtedy też zauważył, że na szyi miała siną pręgę z wyraźnym odciskiem palców. Ludzkich palców, jak ocenił na pierwszy rzut oka.
- Służka nie wykonała poprawnie zadania. Służka musiała zostać ukarana.
- Kto ci to zrobił?
- Służka zdenerwowała gościa swojego pana. Służka była bardzo nieposłusznym skrzatem.
- To dlatego wczoraj do mnie nie przyszłaś – szepnął ze zrozumieniem. Jednocześnie zaczął się zastanawiać, w jak bardzo złym stanie musiała być poprzedniego dnia.
- Paniczu Harry, jaką karę ma panicz dla Służki?
- Karę? – zapytał kompletnie zdezorientowany tym pytaniem.
- Za niedopełnienie obowiązków względem panicza. Służka zaniedbała posiłki panicza, Służka zasłużyła na ukaranie.
- Nie będzie żadnego karania! – wkrzyknął zbulwersowany tym pomysłem Harry.
Wydawało mu się, że jakaś emocja zamigotała w błękitnej tęczówce, ale uznał to jedynie za grę świateł w pomieszczeniu.
- Służka ma się nie karać, paniczu Harry? Czy takie jest życzenie panicza?
- Tak Służko – powiedział stanowczo. – Masz się nie karać z mojego powodu. Nigdy. Nawet jeśli będzie ci się wydawało, że powinnaś. Rozumiesz?
Stworzonko przetrawiało przez chwilę rozkaz, po czym skinęło lekko głową.
- Dobrze, jeśli takie jest pańskie żądanie paniczu, Służka się nie ukarze. Niech panicz zje teraz śniadanie, paniczu Harry.
Wspomnienie o posiłku przypomniało mu pewną kwestię.
- Czekaj! Zatruwałaś mi posiłki, prawda? Dodawałaś mi coś do nich!
Jego rozmówczyni drgnęła gwałtownie na te oskarżenia. Wykonała przeczący ruch dłonią, ale tylko prawą. Wtedy zauważył, że lewa zwisała bezwładnie wzdłuż skrzywionego boku.
- Służka nigdy by nie dodała trucizny do pożywienia panicza. Skrzaty domowe mają za zadanie dbać o swoich państwa, nie ich truć.
- Ale coś mi ciągle dosypywałaś, prawda?! Aż do wczoraj byłem jak naćpany!
- Służka nie rozumie słowa „naćpany" paniczu, ale Służka nigdy nie zaszkodziłaby paniczowi Harry'emu.
- Ale przyznajesz, że coś mi podawałaś?
- Podawałam paniczowi posiłki i eliksiry mające zachować panicza w zdrowiu.
Chłopak aż jęknął słysząc, jak przeinacza jego słowa. Zaczynał powoli wątpić w to, czy miał przed sobą zwykłego domowego skrzata, czy raczej złośliwego chochlika bądź inne stworzenie z piekła rodem. Odetchnął głęboko, aby się uspokoić. Spróbował być bardziej konkretny w swoim wypytywaniu.
- Służko powiedz mi szczerze, czy dodawałaś jakieś eliksiry do tego co jadłem? To znaczy, czy dawałaś mi jakieś inne mikstury niż te, które dostawałem do wypicia w fiolkach?
Od tak sformułowanego pytania skrzatka nie umiała już się wywinąć. Najpierw zacisnęła mocno usta, tak że utworzyły cienką linię, a po chwili ciężkiej ciszy odpowiedziała idealnie obojętnym głosem.
- Tak, paniczu Harry.
Teraz, kiedy stworzenie przyznało się w końcu, że przez blisko dwa tygodnie ogłupiano go jakimś świństwem, dał upust całej skumulowanej w sobie złości.
- Czyli miałem rację! Jak do diabła możesz od tak sobie chodzić i szprycować ludzi jakimś świństwem? Co jest z tobą do cholery nie tak, co?! I jaki to był eliksir? Po co mi go dawałaś? Kto ci kazał to robić?! – Wszystkie te pytania wyrzucił z siebie na jednym wydechu. Służka wykorzystała ten moment, kiedy musiał nabrać powietrza, aby odpowiedzieć:
- Eliksir Spokoju z dodatkiem korzenia kaliny, waleriany i kwiatów lawendy. Służka miała dbać o panicza i robiła, to co jej kazano. Panicz musiał być silny, aby przeżyć.
Harry poczuł jak jego złość ulatnia się równie szybko, jak powietrze z przekłutego balonika. Musiał przyznać, ze usłyszane właśnie słowa były dezorientujące.
Dbać o panicza? Na Merlina! Jak trzymanie mnie w stanie ciągłego odurzenia, miałoby niby w czymkolwiek pomóc.
- Służko powiedz mi, co ci dokładnie kazano i kto to zrobił.
- Czarny Pan rozkazał Służce: Doprowadź go do porządku, skrzacie. Masz się od dzisiaj nim zajmować, póki nie rozkażę inaczej.
- Dlaczego więc faszerowałaś mnie tym eliksirem? Jaki to miało sens? – zapytał cicho, nie rozumiejąc jej toku myślowego. Właściwie, jeśli miał być ze sobą szczery, to w ogólnie nic a nic nie rozumiał z jej zachowania. Rozkaz Riddla był przecież bardzo ogólny, dlaczego więc skrzatka interpretowała go tak dziwacznie? Czemu była dla siebie bardzo surowa w małoznaczących szczegółach, jak na przykład zjedzenie śniadania, a pozwalała sobie na rażącą samowolkę przy naprawdę ważnych decyzjach? To pozornie nie miało żadnego sensu.
- Służka zajmowała się paniczem najlepiej jak umiała.
- I dlatego podawałaś mi to świństwo, od którego nie mogłem jasno myśleć?!
- Panicz był wtedy spokojny.
To oświadczenie spowodowało, że westchnął zrezygnowany. Nie miał ani siły ani ochoty na jakąkolwiek dalszą rozmowę z tym niemożliwym uparciuchem.
Najwyraźniej ona na poważnie sądzi, że mi pomagała… Na swój własny, totalnie pokręcony sposób, pomyślał ponuro.
- Służko, posłuchaj mnie uważnie. Nie chcę abyś kiedykolwiek znowu to zrobiła, rozumiesz? Wcale nie byłem wtedy spokojny, byłem otumaniony, a to różnica. Nie chcę się tak znowu czuć. Nie podawaj mi więcej żadnych narkotycznych eliksirów.
- Ale bez tego panicz Harry będzie czuł ból!
To było niezwykłe – skrzatka podniosła na niego głos, nawet nie zmieniając przy tym obojętnego wyrazu twarzy. Mimo tego jej oczy pierwszy raz nie były puste: widniał w nich strach.
Harry dopiero wtedy zrozumiał jej postępowanie.
Ta żałośnie wyglądająca istota, aby przetrwać w tym potwornym miejscu, musiała wypracować sprawny mechanizm obronny. Stłumiła więc wszelkie emocje, co pozwalało jej jakoś funkcjonować, mimo ogromu fizycznego cierpienia, jakie zadawali jej mieszkańcy dworu. Tylko mury obojętności i to swoiste „nie czucie" pozwalało jej pozostać przy zdrowych zmysłach. Taki sposób zdawał egzamin w jej przypadku, więc uznała, że również dla Harry'ego będzie lepiej jeśli i on nie będzie odczuwał emocji. Służka wiedziała o ogromie czekającego go tu bólu i postanowiła mu pomóc. To dlatego podawała mu ten zmodyfikowany eliksir, który działał podobnie jak jej mechanizm obronny: odgradzał od uczuć, niwelując szanse na emocjonalne zranienie.
Musiał jej jakoś delikatnie wytłumaczyć, że nie życzy sobie takiej ochrony. Wstał z łóżka i uklęknął przed skrzatką.
- Służko, masz rację, będę przez to cierpiał. Ale w pewien sposób tak powinno być. Mam… wspomnienia, ekhm… wiele wspomnień, które niosą ze sobą ból. Ale dużo gorsze byłoby to jakbym nie wiedział, dlaczego mam go czuć. A ja muszę o tym pamiętać. Rozumiesz?
- Nie, paniczu.
- Jakby ci to wytłumaczyć… Hmm… M-miałem kogoś bliskiego, wiesz? I s-straciłem go niedawno… - Musiał przełknąć gulę, która nagle pojawiła mu się w gardle. Oto pierwszy raz od wydarzeń w Departamencie Tajemnic mówił głośno o Syriuszu. – I on o-odszedł niedawno. A o-on był dla mnie bardzo ważny, więc myśl o nim… o tym co się stało… o tym co ja… – Przerwał na chwilę, biorąc głębszy oddech, aby się opanować. Mówienie o chrzestnym było dużo trudniejsze niż przypuszczał. – Zrozum Służko, jeśli nie będę czuł bólu z powodu tej straty, kiedy nie będę nawet wiedział, że powinienem to czuć… To tak jakbym o nim zapomniał, wiesz? A ja nie chce o nim zapomnieć. Ani o nim, ani o nikim innym kogo straciłem.
Przed oczami stanęły mu twarze rodziców, Cedrika Diggory'ego i Syriusza. Wspomnienie każdego z nich powodowało, że serce ściskało mu się w inny sposób, ale mimo to nie chciał o nich zapomnieć. Nigdy. Zatopienie się w słodkiej niewiedzy nie przynosiło na dłuższą metę niczego dobrego.
- Twój eliksir sprawił, że prawie zapomniałem. A ja tego nie chcę, więc obiecaj mi proszę, że już nigdy nie zrobisz czegoś takiego. Proszę cię Służko, to dla mnie bardzo ważne!
Zapatrzone w niego stworzenie otwierało i zamykało na przemian usta w niemym szoku, zanim zdołało wykrztusić:
- Panicz prosi o coś mnie? Domowego skrzata?
- Tak. – Uśmiechnął się do niej z trudem. – Wiesz co, mam przyjaciela skrzata, nazywa się Zgredek. Szkoda, że nie możesz go poznać. Myślę, że byś go polubiła.
- Czarodzieje nigdy się z nami nie przyjaźnią, paniczu. To niedorzeczne, paniczu. – Mała służąca pokręciła stanowczo głową, nie mogąc najwyraźniej uwierzyć w jego słowa.
- No cóż, ja się przyjaźnię. Moja przyjaciółka również.
Pomyślał z dumą o Hermionie, która z takim zaangażowaniem prowadziła swoją WESZ, czując jednocześnie nieznośne ukłucie tęsknoty za dawnym życiem.
Służka przez kilka minut stała bez ruchu. W ciszy, błądząc wzrokiem gdzieś nad jego ramieniem, analizowała dopiero co usłyszane słowa. Harry nie ruszył się z miejsca, mimo tego, że czuł jak cierpły mu już nogi. Kiedy w końcu na niego spojrzała, w jej zdrowym oku odbijało się całe morze niedowierzania i coś na kształt nieśmiałego podziwu.
Skłoniła nisko głowę przed chłopcem.
- Panicz Harry jest naprawdę niezwykłym czarodziejem. Służka spełni prośbę panicza, skoro taka jest jego wola. Panicz zaczeka, Służka zaraz przyniesie nowy posiłek.
Po czym zniknęła z charakterystycznym pyknięciem. Harry był bardzo zadowolony z takiego obrotu sprawy. Naprawdę nie miał ochoty zostać znowu bezmyślną kukiełką, kierującą się tylko fizycznymi potrzebami.
Po około pięciu minutach skrzatka była z powrotem, niosąc tacę z nowym śniadaniem. Początkowo łypnął nieufnie na całkiem niewinnie wyglądającą owsiankę oraz grzanki z miodem. Dopiero gdy skrzatka, wracając do swojego wypranego z emocji głosu, zaproponowała, że jako pierwsza spróbuje każdej z potraw, przełamał się i kręcąc odmownie głową, nabrał kopiastą łyżkę ciepłej potrawy. Wpakował ją sobie pośpiesznie do ust, uświadamiając sobie, jak bardzo był głodny. Po skończonym posiłku skrzatka bez słowa aportowała się z pustymi naczyniami, a Harry pozwolił sobie na chwilę relaksu, układając się wygodnie na miękkich poduszkach swojego ogromnego łoża.
Kiedy tak leżał, naszła go niechciana refleksja, że chyba nadszedł czas skonfrontowania się z tym co powiedział Służce. Od czasu przybycia do Czarnego Dworu swoje myśli (kiedy był w ogóle świadomy) kierował głownie na postać Dumbledora i Riddla. To na byciu horkruksem i wiążącymi się z tym faktem konsekwencjami skupiał całą swoją uwagę. Pozostawiony sam sobie z brutalną rzeczywistością, podjął nieodwracalną w skutkach decyzję. Magiczny traktat związał go, wytrącając mu jednocześnie z ręki jedyny pomysł na walkę. Nie żałował obietnicy danej szkarłatnookiej gadzinie, bo dzięki temu przyrzeczeniu bliscy mu ludzie byli bezpieczni. Jedynym czego naprawdę żałował był fakt, że oznacza to niemożliwość podjęcia walki.
Bezsilny gryfon? Poddający się Harry? Te słowa wykluczały się na wzajem!
Zasłonił twarz przedramieniem, próbując odgrodzić się jakoś od nieprzychylnej rzeczywistości. Na Merlina, co mógł w tym momencie zrobić? Nie miał pola do działania, a cichy głosik w jego głowie podpowiadał, że coś na pewno dało się zrobić tylko on, Harry, jest za mało sprytny, aby do tego dojść. Co na jego miejscu zrobiłaby Hermiona? Na pewno znalazłaby jakąś lukę w słowach Riddla, która pomogłaby w obejściu postanowień przysięgi. Wtedy Ron użyłby swojego strategicznego zmysłu i opracował prosty plan działania. Ich trójka jakoś poradziłaby sobie z tym problemem. Harry nie miał co prawda pojęcia jak miałoby wyglądać wyjścia z takiej sytuacji, ale był przekonany, że z pomocą przyjaciół dałby radę coś wymyśleć. Udałoby się im tak jak zawsze. Poprawka, zganił się w myślach, raczej jak dotąd…
Niespodziewanie ten sam cichy głosik zapytał: a co zrobiłby Syriusz na twoim miejscu?
Myśl o chrzestny była nieznośna, ale powstrzymał się od zepchnięcia jej w głąb świadomości, tak jak to dotąd czynił. Musiał zmierzyć się z tym ogromnym poczuciem winy, które go przygniatało.
Pogrążył się we wspomnieniach. Znowu był w Sali Śmierci. Widział Syriusza wpadającego za zasłonę, słyszał śmiech jego zabójczyni. Od samej myśli o tym czuł, jakby ktoś wyrwał mu serce gołymi rękami i rzucił na pożarcie testralom. On przybył go obronić, przyszedł bez wahania, idąc prosto na śmierć. Bezmyślną i niepotrzebną śmierć, którą zgotował mu jego własny chrześniak.
Harry próbował przez chwilę zrzucić winę na Mistrza Eliksirów. W końcu nie poleciałby do Ministerstwa, gdyby ten oślizgły drań go nie wykpił zamiast pomóc. Złość na Snape'a nie trwała jednak długo. Pewna myśl sprowadziła go na ziemię, ukrócając te dziecinne pretensje: gdyby przykładał się bardziej do lekcji oklumencji, które serwował mu Snape, to nie musiałby nikogo prosić o pomoc dla Łapy, bo ta cholerna wizja nigdy nie znalazłaby się w jego umyśle. Nie, jakkolwiek podle by się nie zachował Snape na wieść o rzekomym porwaniu, Harry musi pamiętać czyja to tak naprawdę wina. Mimo, że to nie on trzymał różdżkę ani nie o intonował zaklęcie, to i tak, to on, Harry był mordercą.
- Syriuszu… P-przepraszam Łapo, tak strasznie cię przepraszam, tak bardzo mi p-przykro…
Chciał wypowiedzieć na głos wszystko, co dręczyło go od czasu walki w Ministerstwie Magii. Chociaż Syriusz Black miał tego nigdy nie usłyszeć, choć wypowiedzenie tych słów na głos wcale nie zmniejszało obezwładniającego poczucia winy (a wręcz zdawało się je potęgować), mimo to Harry uparcie powtarzał przeprosiny, przyciskając mokrą od łez twarz do miękkiej poduszki.
Kiedy nie miał już czym płakać, a przez zaciśnięte gardło nie chciał przejść już ani jeden pełen udręki wyraz, chłopiec przeturlał się na plecy, oddychając spokojniej i patrząc na znienawidzony czarny baldachim. Widział go codziennie otwierając oczy. Ciężki, wiszący wysoko materiał przypomniał mu o mugolskim powiedzeniu, jak to czarne chmury zbierają się nad czyjąś głową.
Czarna tkanina i ciemne drzewo belek na których się rozpościerała, opadając w dół miękkimi falami. Czarny dywan, szafka, pościel – każdy z tych przedmiotów kpił sobie z niego, przypominając mu o Syriuszu samym swoim kolorem. Nawet pomalowane na szaro ściany. Czy gdyby Łapa nie przeleciał przez ten przeklęty łuk i Harry mógłby złapać w ramiona jego martwe ciało, to czy jego oczy o szarych tęczówkach przyjęłyby taką właśnie wyblakłą barwę, jak mają te ściany? Chłopiec wymierzył sobie lekki policzek dla otrząśnięcia się z takich niedorzecznych myśli, dochodząc do niepokojącego wniosku, że zaczyna bredzić.
Przeniósł wzrok z powrotem na czarny aksamit nad sobą. Pozwolił myślom płynąc swobodnie, mając nadzieję, że rozwiązanie problemu samo niespodziewanie wpadnie mu do głowy.
Co on zrobiłby na jego miejscu?
W końcu sam był w sytuacji, zdawałoby się, bez wyjścia, kiedy wtrącono go do Azkabanu, a jednak znalazł drogę ucieczki z najpilniej strzeżonego więzienia czarodziejów. Potter nie mógł stąd uciec, bo wiążący go kontrakt przewidywał śmierć piętnastu osób jeśli zostanie zabity, a za murami Czarnego Dworu nie czekało go nic innego niż śmierć. Zdenerwowany bezowocnością swoich przemyśleń stwierdził, że musi inaczej się do tego zabrać. Ciągle jednak prześladowała go jedna myśl.
Co zrobiłby Syriusz?
Black był jednym z czterech Huncwotów, naczelnych psotników Hogwartu, którzy potrafili niepostrzeżenie spłatać figla dosłownie każdemu. Coś jak cień uśmiechu przemknął chłopakowi przez usta. Tak, jego ojciec i pozostali Huncwoci byli mistrzami dywersji i biada była temu kogo uznawali za aktualnego wroga. Pamiętał jak Hermiona użyła kiedyś tego słowa podczas rozmowy na szkolnym dziedzińcu. Ron zapytał jej wtedy, co to właściwie znaczy, a dziewczyna kręcąc głową na jego ubogi zasób słownictwa, wyjaśniła ogólnikowo, że dywersja to taki sabotaż z ukrycia. Dotąd Harry nie był pewny, czy Ron poważnie nie wiedział też co to jest sabotaż, czy po prostu z premedytacją drażnił ich przyjaciółkę. Pozwolił wspomnieniu z dawnego życia odpłynąć, skupiając uwagę na jednym słowie.
Dywersja.
Podstępne działanie na tyłach wroga.
Co zrobiłby Syriusz?
Zacisnął pięści na pościeli, mnąc ją. Łapa nigdy by się nie poddał, pomimo przeszkód pozornie nie do pokonania. Jeśli nie dałoby się walczyć otwarcie to i tak nie odpuściłby, atakując wroga z zupełnie innej strony, osaczając od tyłu. Jeden z mistrzów dywersji.
Harry też nie chciał się poddać, chciał walczyć jak jego chrzestny, do samego końca, nawet jeśli sytuacja była beznadziejna. Nie podniesie ręki na swoje życie ani nie może zaatakować Riddla, bo po pierwsze nie ma czym, a po drugie magiczna przysięga może odebrać to jako świadome narażenie życia. Nie mógł więc pokonać Voldemorta wprost.
Co zrobiłby Łapa na jego miejscu?
Odpowiedz była tak prosta, że Harry w pierwszym momencie nie wiedział jakim cudem nie wpadł na to wcześniej.
Syriusz zastosowałby dywersje. A Harry jako pierworodny syn Rogacza, chrześniak Łapy i uczeń Lunatyka wiedział, po prostu wiedział, że on też może być skuteczny na tym polu walki. Zaatakuje wroga od tyłu. A co stanowi zaplecze militarne Czarnego Pana?
Śmierciożercy.
Nic co przyrzekał nie obejmowało sługusów Riddla, nie musiał się więc ograniczać. Nie wiedział właściwie jak miałby się dobrać im do skóry, poza tym podejrzewał, że walka w Departamencie Tajemnic z Zakonem Feniksa musiała znacznie uszczuplić grono śmierciożerców, jednak nie był naiwny. Może i połowa Wewnętrznego Kręgu aktualnie gniła w Azkabanie, ale Riddle nie osiągnąłby takiej władzy, jaką miał w czasie pierwszej wojny, mając za plecami tylko garstkę oddanych mu ludzi.
Był bez różdżki, zamknięty na cztery spusty, pilnowany przez szaloną skrzatkę – nie było mowy żeby mógłby coś zrobić konkretnego, ale wbrew pozorom to go już nie zniechęcało.
Cierpliwości, nakazał sam sobie, nie od razu Azkaban zbudowano.
Ułożył się wygodniej w pościeli, zamykając lekko opuchnięte od płaczu powieki, pierwszy raz od dawna dosyć spokojny. Nie wiedział jak może walczyć, ale wiedział przynajmniej, że coś może zrobić. Nie był bez szans.
Zatopiony w myślach nie usłyszał skrzypienia zawiasów ani kroków zbliżających się w stronę łóżka. Kiedy poczuł ciepły oddech na policzku, zdziwił się trochę, że Służka zachowuje się tak poufale, ale zdążył się już co nieco oswoić z jej dziwactwami. A teraz gdy miał już najlichszy chociaż zarys planu walki, czuł się wyjątkowo wyrozumiały, nawet dla jej cudactw.
Odwrócił głowę w stronę skrzatki i otworzył oczy, mając na końcu języka pytanie, czy to już naprawdę pora obiadu, bo nie odczuł w ogóle upływu czasu. Głos uwiązł mu w gardle, kiedy zamiast błękitu ujrzał nad sobą czerwone tęczówki.
- Podajesz mi siebie jak na tacy, mój drogi horkruksie. Czy nikt nigdy nie mówił ci o czymś takim jak czujność?
Nie był zdolny do wykrztuszenia choćby słowa. Bliskość pochylonego nad nim Lorda Voldemorta sparaliżowała go. To przeszywające spojrzenie obezwładniało tak samo, jak wzrok węża, kiedy hipnotyzuje bezbronną ofiarę. Zaraz zostanę zjedzony, przebiegło mu przez myśl.
Blada dłoń zbliżyła się do jego twarzy. Opuszki palców zahaczyły przypadkowo o grzbiet nosa, kiedy Riddle sięgał do blizny w kształcie błyskawicy. Dopiero to muśnięcie wybudził go z tej dziwnej niemocy i kierowany paniką spróbował szarpnąć głowę do tyłu, jak najdalej od niechcianego dotyku, ale jedyne co spowodował tym ruchem, to wtulenie się głębiej w miękką pościel i iskierki złości w oczach mężczyzny. Dłoń wplątała się w jego włosy, zaciskają się boleśnie na czarnych kosmykach. Został brutalnie zmuszony do podniesienia się do pozycji siedzącej. Wyrywał się, próbował oswobodzić, ale był trzymany zbyt mocno. Po raz kolejny został zaskoczony fizyczną siłą swojego antagonisty.
Po chwili szamotanina skończyła się tym, że chłopak klęczał zasapany na łóżku, a Riddle patrzył na niego z tym swoim pełnym wyższości, kpiącym uśmieszkiem, nadal jedną ręką przytrzymując go za włosy, a drugą celując w niego różdżką.
- Spodziewałem się lepszego refleksu po najlepszym szukającym Hogwartu. –Zielone oczy rozszerzyły się w szoku. Voldemort nawiązujący do jego pozycji w drużynie quidditcha? Merlinie, świat się kończy! – A teraz udasz się ze mną.
Zmusił opierającego się chłopaka do wstania i zaciągnął go pod drzwi.
- Czekaj, gdzie ty mnie wleczesz?! Puszczaj, puszczaj do cholery moje włosy!
Wyszli na ciemny korytarz, kiedy nagle Harry został brutalnie popchnięty na ścianę. Aż jęknął, gdy jego potylica uderzyła z głuchym dźwiękiem o szary kamień.
- Sprawdzam tylko, ile prawdy było w twoich przechwałkach o domniemanej, gryfońskiej odwadze. Chociaż póki co mam wrażenie, że raczej pomyliłeś męstwo z głupotą, chłopczyku.
- Co ty pieprzysz?! – warknął ze złością. Riddle przychodzi, wywleka go siłą z łóżka, rzuca o ścianę, a potem obraża i to wszystko bez choćby jednego cruciatusa jak dotąd. Harry był tym całkowicie zdezorientowany.
- Chodź za mną – powiedział tylko, po czym po prostu się odwrócił i nie zaszczycając chłopaka nawet spojrzeniem, ruszył wzdłuż korytarza.
Harry przez kilka sekund stał bez ruchu, po czym puścił się biegiem za oddalającą się sylwetką. Był zły na siebie, że bez słowa protestu wykonał rzucone mu polecenie, ale jednocześnie zżerała go ciekawość. Riddle pierwszy raz tak się zachowywał. To było jednocześnie intrygujące i wzbudzające niepokój.
- Dokąd idziemy? – zapytał ostrożnie, kiedy zrównali się krokiem.
- Czyż nie polecałeś mi swojego towarzystwa, jako alternatywy dla żałosnych ścierw kulących się na mój widok?
Oszołomiony Harry kiwnął bezwiednie głową, nie zauważając rzuconego mu uważnego spojrzenia.
- Dzisiaj nadszedł odpowiedni czas, aby skorzystać z twojej zuchwałej propozycji, mój mały horkruksie. A oto i jesteśmy na miejscu. Myślę, że już nas oczekują. Nałóż kaptur i ukryj twarz chłopcze, dodajmy temu spotkaniu szczyptę tajemniczości.
Stali przed solidnymi, drewnianymi drzwiami. Przez chwilę mierzyli się nawzajem wzrokiem. Harry kalkulował, czy opłaca się wykonać to polecenie. Serce tłukło mu się w piersiach, jak schwytany w dłonie szukającego złoty znicz. Domyślał się jakie towarzystwo oczekuje ich za drzwiami i nie mógł wprost uwierzyć własnemu fartowi. Czyżby szczęście w końcu raczyło się do niego uśmiechnąć? Mógł swoje zamiary wprowadzić w życie tak szybko?
Przełknął dyskretnie ślinę i bez słowa protestu założył kaptur. Nie odzywał się początkowo ani słowem, obawiając się, że głos zdradzi jego podniecenie całą tą sytuacją, i Riddle zacznie coś podejrzewać. Musiał jak najdłużej wytrwać w roli butnego bachora, bo to właśnie taka bezczelna postawa zaprowadziła go pod te ciężkie, mahoniowe drzwi.
- Nie boję się ciebie to myślisz, że przestraszą mnie twoje pieski? – Uniósł dumnie zakapturzoną głowę, patrząc sztywno przed siebie. Nie widział okrutnego uśmieszku błąkającego się po wargach stojącego obok mężczyzny. Lord Voldemort nachylił się nad jego uchem, szepcząc:
- Pamiętaj, mój drogi, że psy wyczuwają ludzki strach i nie reagują na niego zbyt dobrze. A tym które za chwilę spotkasz, bliżej jest raczej do watahy wilków niż do salonowych piesków…
Harry skrzywił się mimowolnie. Dreszcz niepokoju przebiegł mu po kręgosłupie, ale nie było już odwrotu. Drzwi otworzyły się przed nimi bezszelestne, ukazując dobrze znany mu pokój. Zachwiał się nieznacznie, kiedy zdał sobie sprawę, że jest to to samo pomieszczenie, które nie raz widział w krwawych, sennych majakach. Sala w której Czarny Pan i jego ludzie zazwyczaj torturowali swoje bezbronne ofiary. Ale nie byli tutaj sami – zgodnie ze słowami Riddla, już na nich czekano.
Zauważył, że półokrąg składający się z około dziesięciu postaci w czarnych pelerynach i maskach zafalował nieznacznie, kiedy razem przekroczyli próg. Ucichły wszelkie rozmowy. Potter z twarzą ukrytą w cieniu kaptura patrzył na najwierniejszych popleczników Czarnego Pana.
W tym momencie nie był już taki pewny, czy jego plan z dywersją wobec śmierciożerców, to taki świetny pomysł, jak początkowo zakładał.
Hej, hej! Tęskniliście? Ktokolwiek, cokolwiek? *rozgląda się z nadzieją wokoło, nadstawiając uszka*
A już tak bardziej na poważnie. Wielu autorów prosi o dodawanie komentarzy, bo komentarze karmią wenę - nigdy ich nie rozumiałam, póki sama nie zaczęłam publikować swoich pomysłów przelanych na klawiaturę. Wiecie jakiego one dają kopa do pisania? :)
