Dziękuję wszystkim za komentarze, radują one bardzo moje serce :) !
Rozamunda - Twoje słowa: "I byłaby z niego dupa, a nie czarny charakter" szczerze mnie ubawiły :D. Ale oczywiście nie można odmówić Ci racji.
Nessi - miło zobaczyć, że ktoś wraca do tego co się napisało, a sam fakt, że uzupełniłaś swoje przemyślenia o kolejny komentarz był dla mnie bardzo miłą niespodzianką :). Mnie też nurtowało to, że w książce nie ma nic o planie awaryjnym, a w sytuacji szpiegowania taka beztroska wydawała mi się nie potrzebą brawurą ze strony Snape'a. W końcu jest tylko człowiekiem, czyż nie? I mógł popełnić błąd/zostać zdemaskowanym nie ze swojej winy/coś innego mogło pójść nie tak/etc.
Red Furry Demon - cieszy mnie, że historia pozytywnie Cię zaskoczyła, mam nadzieję, że utrzymam brak blogaskowych "naleciałości" :) .
Sizzu - Voldemort po prostu nie uważa Pottera za kogoś kim warto się przejmować. On nie doszedł jeszcze do momentu w którym rozwinęła mu się jakaś więź z chłopakiem - co nie znaczy, że to się w przyszłości jeszcze nie zmieni ;).
Może to zobrazuję, aby można się było lepiej wczuć w moją wizję tymczasowych relacji HP/LV: kiedyś Czarny Pan skupiał się tylko na tym, aby Pottera uśmiercić. Traktował go jak taką wkurzającą, natrętną muchę, za którą lata się z łapką, opcjonalnie z kapciem, a to muszysko i tak się wymyka i nawet trafione dalej bzyczy, nie chcąc uparcie sczeznąć. I nagle się okazuje, że Tom nie może tej wkurzającej muchy zabić, może co najwyżej złapać ją w słoik i pomęczyć, ale nie zabić! Ale mucha, nawet bardzo bardzo cenna, dalej pozostanie dla Riddle'a tylko brudną muchą. To dlaczego ma nie pozwolić pobawić się innym w wyrywanie jej nóżek? Byleby tylko przeżyła te zabawy, to jedyny warunek.
Mam nadzieję, że dostatecznie obrazowo przestawiłam to, jak na daną chwilę akcji mało obchodzi Voldemorta osoba Harry'ego :D. Podkreślam - to opis na DANĄ CHWILĘ. A akcja, jak wiadomo, będzie szła do przodu więc i ich relacja będzie ewoluować :). Z resztą, to już się powoli zmienia...
Wszystkim gościom natomiast odpowiem zbiorowo (polecam podpisywanie się kiedy nie posiada się konta na ff, wtedy mogłabym odpowiadać imiennie na pytania). Padło pytanie czemu Voldemort przeszedł "make over" - przyczyna banalna i wspomniana będzie ona krótko gdzieś w przyszłości (razem z kwestią czemu nadal ma czerwone oczy). Kolejny komentujący gościu, cieszę się, że uważasz zachowanie Harry'ego za IC :). Staram się tak prowadzić jego postać, aby nie była to postać która tylko nosi imię i nazwisko Pottera a z postacią z książki nie ma dużo wspólnego. Cieszę się więc, że uważasz, że mi się to udaje!
Zapraszam do lektury kolejnego rozdziału!
(rozdział niebetowany)
Rozdział VIII
Ron Weasley pod wieloma względami był całkiem przeciętny – nie był ani tak mądry i oczytany jak Hermiona ani tak odważny i bezinteresowny jak Harry. W Hogwarcie radził sobie całkiem dobrze, ale nie błyszczał w żadnym z wykładanych tam przedmiotów.
Właściwie, to jedyną rzeczą w której był uważany za naprawdę dobrego były szachy. Potrafił ograć praktycznie każdego z Wieży Gryffindoru, a swoimi zdolnościami przewyższył już nawet Charliego, który to pierwszy zainteresował go tą grą, a trzeba przyznać, że jego najstarszy brat był bardzo utalentowanym graczem. W głębi serca Ron był z siebie dumny, ale nie uważał, aby jego smykałka do szachów była tym, co jeszcze kiedyś przyda mu się jakoś szczególnie w życiu. To mało prawdopodobne by kiedykolwiek więcej powtórzył partię szachów w której byłby jedną z figur, jak miało to miejsce przy przygodzie z kamieniem filozoficznym.
W szachach wszystko było klarowne: na szachownicy ustawia się figury i jedyne co trzeba zrobić, aby wygrać, to starać się przewidzieć ruch przeciwnika oraz zaplanować odpowiednią do niego taktykę. Dla Rona to brzmiało jak czysta przyjemność, a lepszy od szachów był tylko quidditch.
Tymczasem w prawdziwym życiu nic nie było oczywiste. Nie było czarno-białej planszy. Nie było figur, a przewidywać trzeba nie tylko następny ruch wroga, ale także to, czym jest „figura", którą ma się zamiar posłużyć. Zazwyczaj zaś większość z nich można nazwać jedną wielką niewiadomą.
Ron nie umiał grać z niewidocznymi pionkami.
Nigdy nie był specjalnie spostrzegawczy. Nie umiał prawidłowo odczytywać niedomówień, czy subtelnych znaków wysyłanych przez innych, przez co często umykało mu drugie dno sytuacji.
Między innymi jego krótkowzroczność była powodem tego, dlaczego nigdy nie zaufał Snape'owi. Kiedyś podczas kłótni z Hermioną o to po której stronie tak naprawdę był ich profesor, dziewczyna powiedziała, że skoro Dumbledore mu zaufał, to widać miał ku temu powód, nawet jeśli nie raczył przedstawić go osobiście Ronowi. Chłopak obraził się za ten ironiczny przytyk, ale zdania jak zwykle nie zmienił.
Teraz sytuacja wyglądała odrobinę inaczej. Każdy się martwił, ale to jak zachowywał się ich profesor było wręcz niepokojące. Zamiast wrednego nietoperza z lochów, Snape przypominał gradową chmurę – na spotkaniach Zakonu był posępniejszy niż zwykle, co już samo w sobie było nie lada wyczynem, i jakby nie obecny duchem. Zaprzestał również swojej ulubionej rozrywki, jaką było rzucanie sarkastycznych uwag i obrażanie każdego gryfona (nie ważne – byłego, czy nadal uczącego się) znajdującego się w zasięgu jego wzroku. Mężczyzna zrobił się bardziej poważny i milczący, ale jego rozwścieczony wzrok, którym wodził czasem za Dumbledorem lub Lupinem zdradzał, że tak naprawdę nie był spokojny. Gdyby Ron nie wiedział lepiej, to pomyślałby, że Snape również martwi się o Harry'ego. Przynajmniej tak twierdziła Hermiona. Ale to przecież całkiem niemożliwe, myślał Ron, przecież on jest zimnym draniem bez serca! Harry na pewno by się ze mną zgodził, zapewniał sam siebie w chwilach wątpliwości.
Ale Harry'ego nie było.
Był więźniem Ten-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać.
Ron czuł, jak na samą myśl o tym wnętrzności skręcają mu się w ciężki supeł i coś ściska za krtań, nie dając możliwości wzięcia głębszego oddechu. Powiedzieć, że martwił się o przyjaciela to jedno wielkie niedomówienie, bo on po prostu odchodził momentami od zmysłów ze zmartwienia. Musiał się jednak jakoś trzymać, był to winny innym, którzy również kochali jego przyjaciela.
Musiał być silny ze względu na Hermionę, która od kilku dni nie tknęła nawet palcem żadnej książki.
Musiał mieć nadzieję ze względu na Ginny, która wydawała się ją już kompletnie stracić i całymi dniami przesiadywała zamknięta w swoim pokoju, odmawiając widzenia się z kimkolwiek.
Musiał być pełen wiary w odnalezienie Harry'ego ze względu na swoją mamę, która zachowywała się podobnie jak wtedy, gdy Percy się od nich odwrócił, z tą różnicą, że płakała jakby częściej i bardziej otwarcie.
Nikt nie mówił tego głośno, ale wszyscy powoli tracili nadzieję, że kiedykolwiek jeszcze ujrzą Harry'ego. Szpiegowanie Snape'a nie wnosiło nic nowego do sprawy. Działanie Zakonu również nie dawało żadnych rezultatów. Dyrektor był nieuchwytny, a jeśli przybywał na zebrania, to wydawał się być starszy o co najmniej dekadę.
Teraz, kiedy Dung został zamordowany, a Grimmauld Place przestało być bezpiecznym miejscem, to Nora była punktem centralnym w którym zbierali się członkowie Zakonu. Początkowa determinacja Rona, aby być jak najbliżej nich, osłabła wraz z upływem czasu, kiedy stało się jasne, że nie wiedzą oni więcej o losie Harry'ego niż on sam. Mimo oczywistego kręcenia się w kółku, dalej uparcie zwoływali swoje zebrania, jednak bliżej im było do stypy, niż do obrad czynnej grupy oporu. Powodowało to wszystko, że w i tak zawsze zatłoczonej Norze nie dało się czasem znaleźć nawet metra kwadratowego przestrzeni na własność.
Z tego powodu Ron zaczął wymykać się z domu. Wiedział, że tak naprawdę to zwyczajnie tchórzył i wcale nie był z tego dumny. Ale i tak dalej to robił, bo nie wytrzymywał już czasem tej grobowej atmosfery w domu, nie kiedy sam ledwie wytrzymywał z własnym strachem o los swojego najlepszego przyjaciela. I dlatego właśnie wykradał się wieczorami, aby polatać po okolicy na miotle. Byle z dala od widoku poszarzałych twarzy, zapłakanych oczu i zaciśniętych bezradnie pięści.
Do latania używał starej miotły Charlie'go. Ze względu na to, że miała już ona swoje lata, nie była w stanie rozwijać jakiś rewelacyjnych prędkości, ale to Ronowi nie przeszkadzało. Zdążył nawet wypracować swojego rodzaju schemat w lataniu. Najpierw sprawdzał jak wiele potrafi znieść ta poczciwa Zamiataczka nr 6, zanim zacznie protestować i zrobi się niebezpiecznie narowista. Zdarzało się nie raz, że przy takich akrobacjach wywinął w powietrzu fikołka, kończąc go nieplanowanym lądowaniem na trawie, z obtartymi do krwi łokciami i dłońmi. Zdawało się jednak, że to kompletnie mu nie przeszkadzało. Przynajmniej w momentach, kiedy sprawdzał, czy wszystkie kości i zęby miał nadal na swoim miejscu nie myślał o niczym, chociaż przez chwilę. Ale zaraz przychodziło mu do głowy, że Harry na pewno przeżywał w niewoli większy ból niż głupie obtarcie naskórka. Potem natomiast wyrzucał sobie użycie słowa „na pewno" i starał się sam siebie przekonać, że Harry to silna bestia i nie da się tak łatwo. Wykaraskał się z tylu groźnych, pozornie beznadziejnych sytuacji, przetrwa i to. Na pewno.
Poobijany Ron zawsze znowu wsiadał na miotłę i zmęczony, już na spokojnie, pozwalał sobie dryfować nad okolicznymi łąkami. Na koniec robił rundkę wokół granic rodzinnej posiadłości i wracał piechotą do domu. Cieszył się w duchu, że Nora leży bardzo daleko od jakichkolwiek mugolskich siedzib. Nie musiał się dzięki temu dodatkowo martwić, czy nikt niechciany go przypadkiem nie dostrzegł. Nie obchodziło go też, czy ktoś z rodziny go zauważy. W obliczu aktualnych zmartwień, strach o to czy zostanie wyśmiany przez bliźniaków wydawał się być czymś śmiesznym, niewartym uwagi.
Powtarzalność powyższych czynności dawała mu tak potrzebną w tym przygnębiającym czasie, namiastkę poczucia panowania nad sytuacją.
Dzisiejszego wieczoru Ron również wymknął się z domu, aby spróbować uciszyć emocje i myśli lataniem. Słońce chyliło się już ku zachodowi. Nieznośny upał, który nawiedzał Anglię od początku lipca, zdawał się odrobinę zelżeć, dając wytchnienie zmęczonym gorącem ludziom. Czuło się to szczególnie w taki wietrzny dzień jak dzisiaj, gdy przyjemnie chłodne podmuchy uderzały chłopca w plecy podczas lotu. Zdawało mu się przez to, że stara, wysłużona miotła jego brata lata szybciej niż zazwyczaj.
Rudzielec właśnie unosił się leniwie jakieś trzy stopy nad ziemią, bezmyślnie obserwując szpiczaka buszującego w kwiatach koniczyny w poszukiwaniu pożywienia. Kiedy zwierzątko nagle zamarło, a potem w popłochu uciekło, zdziwiony zmarszczył brwi. Parę sekund później, zza jego pleców dało się słyszeć głośne nawoływanie:
- Ron…! Rooon...!
Przestraszony obrócił się na miotle tak gwałtownie, że aż spadł z niej, obijając sobie boleśnie dolną część ciała. Zaklął szpetnie i kuśtykając pospieszył w kierunku prędko zbliżającej się Hermiony. Dziewczyna biegła najszybciej jak mogła, a w jej rozwianych włosach tańczyły promyki zachodzącego słońca. Na tak uroczy obrazek, zadurzonemu w niej po uszy Ronowi mogłyby zmięknąć kolana, gdyby nie wyraz przerażenia, malujący się na jej twarzy.
- Co się stało?! – zapytał ostro Ron, kiedy w końcu dopadła do niego, dysząc ciężko z wysiłku.
- M-musisz natychmiast wracać do N-ory – ostatnie słowo Hermiona wykaszlała, w duchu zaś postanowiła, że musi poważnie wziąć się za swoją kondycję, bo w tak niepewnych czasach była to bardzo przydatna rzecz.
- Czemy? Co się stało?! Czy… - Zdjęty niepokojem o bezpieczeństwo rodziny spojrzał w stronę domu, ale byli za daleko, aby mógł zobaczyć czy coś się tam wydarzyło. Wyrwał się szybko do przodu, jednocześnie ciągnąc za sobą brązowowłosą za rękę. – Mów co się dzieje!
- Spokojnie, nikt nie zaatakował, nic się jeszcze złego nie stało – uspokoiła go szybko Hermiona, widząc jak jej nagle pojawienie się przestraszyło chłopaka. – Ale i tak musimy się pośpieszyć! Kinglsey, profesor McGonagall i profesor Snape przybyli właśnie do Nory i nakazali jej ewakuację…
- Co? Dlaczego niby…
- Snape został zdemaskowany jako szpieg. Zdążył się jednak dowiedzieć, że Sam-Wiesz-Kto szperał w głowie Harry'emu i dzięki temu poznał lokalizację twojego domu…
Ron zatrzymał się tak gwałtownie, że dziewczyna wpadła na niego, uderzając nosem w jego plecy.
- Ron, uważaj jak…
- Harry żyje?!
Granger uśmiechnęła się, ale nawet Ron ze swoim niskim poziomem empatii zauważył, że był to wymuszony uśmiech.
- Tak, Harry żyje. Jest cały i zdrowy… - jej ton też nie brzmiał radośnie, pomimo tego, że właśnie mówiła coś z czego bezwzględnie trzeba było się cieszyć.
Ron zmierzył ją uważnym spojrzeniem. Wznowił marsz i ścisnął mocniej jej dłoń, którą cały czas nie wypuszczał ze swojej.
- Opowiedz mi co wiesz.
- Och Ron… - i opowiedziała mu wszystko co udało jej się podsłuchać.
Dyrektor nie tracił swojego cennego czasu na uczestniczenie w ewakuacji Nory. Miał praktycznie od początku porwania świadomość, że Voldemort może wejść w posiadanie wspomnień Harry'ego. Jeśli nie dzięki ich połączeniu, to na pewno zdążył już wcześniej zastosować odpowiednie metody siłowe, aby dowiedzieć się wszystkiego co pragnął. Ktoś mógłby zapytać, dlaczego zatem dyrektor nie zarządził wcześniej przewiezienia Weasleyów w jakieś bezpieczne miejsce? Opowiedz była w gruncie rzeczy bardzo prosta – Albus Dumbledore nie miał czasu na zajmowanie się błahostkami, nie kiedy ziemia paliła mu się pod stopami. Nie znaczyło to jednak, że był bezdusznym draniem. Zastosował dodatkowe środki ochrony dla Nory, ale zrobił to tak dyskretnie, że jej mieszkańcy nie mieli pojęcia, że ich czary rzucone na dom zostały wzmocnione.
Starzec nie wierzył po prostu, że znajdują się oni w jakimś konkretnym niebezpieczeństwie. Lord Voldemort miał w tej chwili ważniejsze zmartwienia, niż eksterminacja zdrajców krwi. Nie dość, że musiał sobie poradzić z poważnym uszczupleniem grona swoich najbardziej zaufanych śmierciożerców, to jednocześnie był zmuszony do sprawdzenia bezpieczeństwa wszystkich swoich horkruksów, a jak przewidywał Albus, nie było to zajęcia na które wystarczyło poświęcić jedno popołudnie. Poza tym wiedział dobrze, że Jasna Strona nie śpi, dlatego musiał też wymyślić coś co ich zajmie na jakiś czas. Nieszczęśliwym zrządzeniem losu ofiarą jego knowań padł najbardziej strachliwy i najmniej poinformowany o sprawach Zakonu Mundungus. Jego bezsensowne morderstwo miało za zadanie wprowadzić zamieszanie w Zakonie i sprawić, aby skupili się oni na poprawie swoich zabezpieczeń, zamiast na przeszkadzaniu Czarnemu Panu. Na bardziej zaawansowane działania przeciw Zakonowi nie miał jednak ani ludzi ani czasu.
Poniekąd plan ten przysłużył się też liderowi Jasnej Strony, bo to przykre zdarzenie ograniczyło ilość oficjalnych narad członków Zakonu Feniksa, którzy postanowili być bardziej ostrożni, tym bardziej, że teraz Kwatera Główna został dom w którym mieszkali niepełnoletni czarodzieje. Z resztą, te praktycznie codzienne spotkania i tak nie niosły ze sobą nic sensownego. Albus nie chcąc, aby morale jego towarzyszy spadło, a przede wszystkim nie mogąc pozwolić, aby zarządzono pod jego nieobecność jakąś pochopną decyzję, która naraziłoby całą ich organizację na zdemaskowanie, musiał być na większości tych spotkań. Ich ograniczenie było więc dla niego korzystną sytuacją – mógł spokojnie skupić się na poszukiwaniu pewnej osoby. Była to postać bardzo istotna dla dalszych losów wojny, a być może wręcz kluczowa, jeżeli chodzi o zyskanie przewagi.
Wraz z odkryciem przez Voldemorta, że Harry Potter jest jego nieplanowanym horkruksem, Dumbledore stracił za jednym zamachem prawie wszystkie asy z rękawa. Po pierwsze utracił przewagę jaką dawała mu niewiedza Riddle'a, co do tego ile zostało odkryte w sprawie jego pozornej nieśmiertelności. Przeciwnik zakładający, że jego wróg jest pogrążony w niewiedzy traci na swojej czujności. Bardzo na rękę było mu więc utrzymanie Toma w przeświadczeniu, że jest on od niego sprytniejszy.
Starzec miał bolesną świadomość, że popełnił duży błąd, ujawniając pochopnie, że wie o części obcej duszy ukrywającej się w chłopcu. Jednak w tamtym momencie próba jego szybkiego uśmiercenia wydawała się być najsłuszniejszą z możliwych decyzji. Nie był co prawda pewny, czy jego domysły są w stu procentach słuszne, ale był głęboko przekonany, że Harry po raz kolejny byłby w stanie przeżyć śmiercionośną klątwę. Ufał w swoje przypuszczenia, że jedyną żywą istotą jaka zostałaby zabita, byłaby tylko ta pasożytnicza cząstka duszy. Zawsze pozostawał cień niepewności, ale kiedy Albus zrozumiał sens połączenia występujący między chłopcem a czarnoksiężnikiem, powziął taką, a nie inną decyzję i miał zamiar wziąć za nią pełną odpowiedzialność. Nie sądził jednak, że sytuacja zmusi go tak szybko do ujawnienia swoich zamiarów względem Harry'ego.
Po drugie – Riddle nie był głupi i na pewno zmienił już miejsce ukrycia swoich horkruksów. Wraz ze zmianą miejsca ich położenia, w łeb brały wszystkie przypuszczenia Albusa. A skoro jedno z nich okazało się prawidłowe, to zakładał, że inne jego domysły co do lokalizacji okruchów duszy Voldemorta mogły również być prawdziwe.
Tak, Dumbledore był pewny, że Czarny Pan nie ograniczył się tylko do jednego plugawego, mrocznego rytuału. Zakładał, że było ich co najmniej trzy, chociaż nie wykluczał też większej ilości. Miał mimo to nadzieję, że nawet Riddle nie był aż tak lekkomyślny, aby się tak okaleczać. Nie miał jednak co do tego całkowitej pewności, bo i szaleństwem jest pokładać nadzieję w rozsądku psychopaty.
Z ulgą przyjmował fakt, że pewien zniszczony już horkruks spoczywał bezpiecznie w jednej ze skrytek w jego gabinecie. Najszybciej jak to tylko było możliwe po wydarzeniach w Ministerstwie, udał się bowiem do odkrytego przez niego miejsca ukrycia jednego z horkruksów. Wyprawa ta miała wyglądać zupełnie inaczej, być lepiej zaplanowana i przede wszystkim nie być wywołana tak nagłym zwrotem w układzie sił na wojnie, ale sytuacja zmusiła go do szybkiej reakcji. Kiedy dotarł na miejsce, złamał zabezpieczenia Czarnego Pana i zobaczył w czym ukrył on odłamek swojej duszy, to w pierwszym odruchu, chciał wsunąć pierścień Gautów na palec, nie przejmując się tym, że może być on przeklęty. Na szczęście wraz z porwaniem Harry'ego, starzec stał się o wiele ostrożniejszy w podejmowanych przez siebie decyzjach. Gdyby nie to, najprawdopodobniej byłby od dziewięciu dni martwy. Kto wtedy ocaliłby magiczną Brytanię przed Voldemortem?
Czarodziejski świat stracił dopiero co swoją ikonę, symbol wolności, a takie rzeczy nigdy nie kończyły się dobrze. Harry mógł być przez ostatni rok wiele razy mieszany z błotem przez Rite Sketeer, czy matactwa Korneliusza, ale mimo tego w umysłach sporej części czarodziejów wciąż pozostawał ikoną zwycięstwa nad Czarnym Panem. Odebranie im tego w kogo podświadomie wierzyli mogło spowodować wielkie straty moralne, szczególnie teraz, gdy czarodziejski świat odkrył, że Lord Voldemort naprawdę powrócił zza grobu. Dumbledore wiedział, że jest jedynym, który może go teraz powstrzymać i nie mówił tego przez pychę. Tak po prostu naprawdę było.
Na całym świecie poza nim, był tylko jeden człowiek, który wiedział o horkruksach Czarnego Pana, a przynajmniej na pewno domyślał się ich istnienia. W tym momencie dyrektor, chwilę po zakończeniu rozmowy z Severusem, udawał się do kryjówki tej osoby, tknięty złym przeczuciem. Co prawda odnalazł go dopiero przedwczoraj i wtedy był on cały i zdrów, poza tym miał naprawdę niezłe uroki ochronne rzucone na miejsce swojego pobytu, ale jednak Albus się niepokoił. Ten uparty jegomość nie dość, że nie zgodził się na wyjawienie tak istotnych dla losów wojny informacji, to dodatkowo odmówił udania się z nim do Hogwartu. Wyrzucił go bezceremonialnie z domu, sarkając ze złością, że nie wierzy w żadną protekcję z jego strony, skoro nie potrafił upilnować nawet swojego Złotego Chłopca. Nic nie dały logiczne argumenty, że porwanie miało miejsce w Ministerstwie Magii, czyli de fakto właśnie poza bezpiecznymi murami Hogwartu. Mężczyzna nie chciał go słuchać i zatrzasną mu drzwi przed nosem.
Albus musiał wtedy odejść z pustymi rękami. Mimo iż mógł, nie chciał używać siły, bowiem przez to mógłby nigdy już nie uzyskać pożądanych przez siebie informacji, będących teraz na wagę złota. Poza tym nie mógł, nawet ze swoją pozycją w magicznej hierarchii, działać poza prawem. Czynna napaść na czarodzieja nie byłaby więc najlepszym pomysłem, nawet jeśli chodziło o większe dobro.
Teraz, po aportowaniu się w pogrążającej się właśnie w mroku, sennej wioski, Dumbledore podążał szybko wzdłuż jej głównej ulicy, ignorując zaciekawione spojrzenia mijających go dwóch nastolatek, które wyraźnie zdziwił, a może i nieco przestraszył jego niecodzienny strój, sądząc po tym, jak obie zgodnie przyspieszyły kroku. Kiedy ucichły głosy oddalających się dziewcząt, ciszę przerywało już tylko cykanie świerszczy i niesione przez echo, odległe szczekanie psów. Wszędzie wokół panował kojący spokój. Zapadał właśnie całkiem zwykły, letni wieczór w małej, odludnej wiosce. Mimo to Albusa nie opuszczał wewnętrzny, bliżej nieokreślony niepokój, kiedy przechodził przez frontową bramę przed małym, kamiennym domkiem – celem swojej pospiesznej podróży. Miał jednak wciąż nadzieję, że się mylił.
