Red Furry Demon - jeszcze przez chwilę pozostaniemy przy losach Zakonu.
Lizo - dziękuję ci bardzo za tak rozbudowany komentarz. Bardzo mi miło, że postanowiłaś podsumować moje opowiadanie i cieszy mnie przeogromnie, że zyskało ono tak pozytywną opinię w Twoich oczach! :)
PC DVD - poruszyłaś/eś ważną kwestię. Dumbledore jest geniuszem, ale nawet geniusze bywają omylni. Nikt tak naprawdę nie badał nigdy horkruksów, wiec jego przypuszczenia są czysto akademickie. A czy są poprawne? Merlin jeden wie.
Drogi gościu - dziękuję! Służka nadal będzie stałym elementem fabuły, dlatego cieszę się, że ją pozytywnie odbierasz. Tym bardziej, gdy piszesz, że zazwyczaj nie lubisz OC :) .
Zapraszam na kolejny rozdział!
(rozdział niebetowany)
Rozdział IX
Hermiona, Ginny i Ron siedzieli w małym, ale elegancko urządzonym pokoiku, wydzielonym jako sypialnia dla dziewcząt w nowej Kwaterze Głównej Zakonu Feniksa, którą stanowiła letnia posiadłość profesor McGonagall. Było już późno w nocy, ale nikt nie miał ochoty na sen. Żadne z nich nie przerywało też ciężkiej, przytłaczającej ciszy, jaka pomiędzy nimi zawisła. Skrzypnięcie otwieranych drzwi sprawiło, że wszyscy jednocześnie podnieśli głowy. Do pokoju weszli bliźniacy. Obaj mieli zmarszczone brwi i nietęgie miny.
- Dowiedzieliście się czegoś więcej? – zapytała z nadzieją Hermiona, ale zaraz oklapła na nowo, gdy Fred pokręcił przecząco głową.
- Nic nowego w sprawie Harry'ego – zarymował smętnie George, siadając z impetem na łóżku koło siostry. Fred poszedł w jego ślady, zajmując miejsce po prawej stronie Ginny.
- Na dole zostały już tylko mama i profesor McGonagall. Wiecie, próbują się wzajemnie pocieszyć. – Fred skrzywił się, jakby to co robiły jego matka i była nauczycielka było czymś niestosownym.
- Taaa, jakby już postawiły na nim krzyżyk – dodał z podobną miną George.
- Nie mogą! – krzyknął oburzony Ron, czerwieniejąc gwałtownie na twarzy.
- Ron, idioto… – syknął George, pochylając się w jego stronę.
- …chcesz, aby nas rozesłali do łóżek?! – dokończył drugi bliźniak.
Hermiona położyła uspokajająco dłoń na ramieniu chłopaka, który prychnął z irytacją, ale posłusznie zniżył głos, gdy ponownie przemówił:
- Po prostu nie mogę pojąć, że wszyscy tak od razu uwierzyli Snape'owi. Snape'owi! Skąd do diabła pewność, że on nie próbuje pogrążyć Harry'ego?!
- Ron, przecież McGongall też widziała wspomnienia Snape'a. Ona również potwierdziła, że Harry z własnej woli nie chciał wrócić z profesorem. Mimo, że usłyszał o świstokliku to… - chłopak przerwał jednak swojej przyjaciółce w połowie zdania:
- To mogła być podróbka!
- Ron, nie da się tak łatwo podrobić wspomnienia, a przynajmniej nie tak, aby zostało to niezauważone – fuknęła urażona gryfonka.
- Wspomnienie może być i prawdziwe – zaczął z namysłem Fred – ale nie koniecznie musi przedstawiać, to co było na nim widać.
- Przecież nikt tak naprawdę nie wie, co się działo z Harry'm przez te jedenaście dni. Może… - Fred zawiesił na chwilę głos.
- Może wydarzyło się coś ważnego coś, co sprawiło, że Harry nie może wrócić. Coś o czym ani my ani Snape nie ma zielonego pojęcia – dokończył jego myśl George, a Fred pokiwał głową z entuzjazmem.
- Ale to bez sensu – westchnęła Hermiona, skubiąc nerwowo róg swetra. – Nawet jeśli coś się tam wydarzyło, a COŚ wydarzyło się na pewno, to dlaczego niby miałby nie móc wrócić? Skoro miał niepowtarzalną okazję?
- Może to dlatego, że walczy? No wiecie, z Sami-Wiecie-Kim? – zapytał z nadzieją w głosie Ronald, a jego aż oczy rozbłysły na tą myśl.
- Sądzisz, że stałby tak sobie spokojnie, gdyby jednocześnie z nim walczył? – Granger popatrzyła na niego z niedowierzaniem. – Przecież Snape mówił, że nie był niczym skrępowany!
- No to może wymyślił jakiś inny sposób! Nie wiem, omamił Sami-Wiecie-Kogo, czy coś. Przecież to jest Harry, on zawsze daje radę – rudzielec nie dał się zbić z tropu.
- Ron, omamić czy okłamać to można Filcha, bo to półgłówek, albo Binnsa, bo on i tak nie słucha co się do niego mówi. Sami-Wiecie-Kto nie da się tak łatwo wystrychnąć na dudka – zauważył rozsądnie George.
- Poza tym Harry nie ma ze sobą różdżki, więc opcja z walczeniem też odpada – Fred pokręcił bezradnie głową. Drugi z bliźniaków wzruszył ramionami, najwyraźniej zgadzając się z bratem.
Ron patrzył na nich z niedowierzaniem.
- Wy też spisujecie go na straty? Jak mama? Odbiło wam? To przecież Harry!
- Ron, nikt go nie spisuje na straty, po prostu nie rozumiemy co się tam dzieje i to nas doprowadza do takich, a nie innych wniosków – Hermiona starała się być cierpliwą i mówić spokojnie. W jej głosie słychać było jednak irytację i wielkie zmęczenie całą tą sytuacją. – Harry zamiast uciec ze Snapem, z własnej woli został u boku Tego-Którego-Imienia-Nie-Można-Wymawiać. Jest tam już tyle czasu, do tego jest bez różdżki, a ciągle żyje. To wszystko jest bardzo dziwne.
- Ale nie sądzicie chyba, że on naprawdę jest po jego stronie?! On sugerował, że go torturował! Tak mówił ten tłusty nietoperz! I kazał jeszcze innym go przekląć! Tak się chyba nie robi z sojusznikami, co? – Ron ze złością wstał i zaczął krążyć nerwowo od ściany do ściany, niczym rozdrażnione zwierzę.
- Harry nie jest jego sojusznikiem. Nikt nic takiego nigdy nie powiedział – w głosie Freda zabrzmiały twarde tony.
- Taaa, to ostatnia osoba która by do niego przystąpiła – dodał George, prostując się nagle. – Bo prędzej piekło zamarznie…
- …niż Harry Potter przystąpi do Ciemnej Strony.
Ku zaskoczeniu wszystkich, to nie Fred wypowiedział ostatnie słowa, tylko Ginny, która dotąd nie odezwała się ani słowem podczas dyskusji. Teraz zaś podniosła głowę i znowu przemówiła:
- Musimy wierzyć w Harry'ego, bez względu na to jak dwuznacznie będzie wyglądała sytuacja. Nawet gdy niektórzy będą wątpić, to i tak musimy wierzyć. – W tym momencie spojrzała nadspodziewanie ostro na Hermionę, która zarumieniła się i już otwierała usta, aby coś powiedzieć, ale Ginny ją ubiegła, spokojnie kontynuując. – Może Sami-Wiecie-Kto zaaranżował tą sytuację specjalnie w taki sposób, żeby zasiać w nas niepokój, osłabić? Abyśmy się podzielili i poszczuli sobą nawzajem?
- To całkiem w jego stylu, nie? – podchwycił ideę Ron.
Wszyscy zgodnie potaknęli. Tak, Sam-Wiesz-Kto był pierwszym który chciałby, aby reszta świata zwątpiła w Harry'ego, pomyśleli zgodnie. Weasleyowie podebatowali jeszcze chwilę w podobnym tonie, ale nie zbliżyli się ani o krok rozwikłania zagadki zachowania ich przyjaciela. Po chwili, bliźniacy zasugerowali, że nic już i tak konkretnego o tej godzinie nie wymyślą i trzeba już iść spać. Zgarnęli niechętnego Rona i we trójkę udali się na spoczynek do przydzielonego ich trójce pokoju.
Hermiona zamknęła za nimi drzwi. Oparła się na chwilę o nie plecami, odchylając głowę do tyłu i przymykając lekko opuchnięte powieki. Była zmęczona, skołowana i przestraszona. Dopiero po jakimś czasie otworzyła niechętnie oczy i odsunęła się od jasnego drewna drzwi. W tym czasie Ginny zdążyła już się przebrać i położyć do usytuowanego pod oknem łóżka. Leżała odwrócona plecami do swojej towarzyszki, a Hermiona na ten widok poczuła nieprzyjemne ukłucie w sercu. Bez słowa przebrała się w nocą koszulkę i położyła do drugiego łóżka, stojącego bliżej wyjścia. Kiedy tylko jej głowa dotknęła poduszki, jak na zawołanie w pokoju pogasły wszystkie światła.
Granger kręciła się niespokojnie, zaniepokojona milczeniem współlokatorki. Dobrze słyszała jej oddech, co znaczyło, że dziewczyna jeszcze nie spała. Po tak wielu nocach spędzonych wspólnie w pokoju w Norze, Hermiona znała oddech Ginny na pamięć – kiedy spała, oddychała tak cichutko, że starszej dziewczynie wydawało się czasem wręcz, że była w pomieszczeniu sama. Teraz zaś słyszała wyraźnie, jak po drugiej stronie sypialni rudowłosa oddycha głęboko i spokojnie, tak jak zwykle robią to osoby pogrążone we śnie. Świadomość tego niewinnego kłamstwa sprawiała jej zaskakująco dużą przykrość.
- Ginny? – wyszeptała w ciemność, ale odpowiedział jej tylko dźwięk miarowych wdechów i wydechów.
- Ginewro, ja wiem, kiedy naprawdę śpisz, a kiedy tylko udajesz – zauważyła odrobinę podniesionym tonem, ale zaraz zreflektowała się i dodała już znacznie ciszej: - Wiem, że teraz nie śpisz.
- Jak będziesz dalej gadać, to nigdy nie zasnę. – Do uszu Hermiony doszło niewyraźnie burknięcie, tak jakby jej rozmówczyni zakrywała sobie usta rąbkiem kołdry lub wciskała głowę w poduszkę.
- Po prostu chciałabym pogadać… - zaczęła niepewnie starsza gryfonka, ale zamilkła, speszona brakiem jakiejkolwiek reakcji na próby podjęcia rozmowy.
Sekundy niekomfortowej ciszy zmieniły się w minuty ciężkiego milczenia.
- Ginny… jesteś na mnie zła? – Hermiona przełamała się w końcu i zadała wprost dręczące ją pytanie. Pamiętała ostry jak brzytwa, chłodny wzrok młodszej koleżanki i jej nietaktowne zasugerowanie, że nie wierzy w Harry'ego.
Dziewczyna zagryzła wargi i wpatrywała się w odwróconą do niej tyłem szczupłą sylwetkę. Nie ponowiła pytania, była na to mimo wszystko zbyt dumna. Poza tym, ta niema odpowiedz mówiła więcej niż gdyby jej przyjaciółka usiadła i rzuciła jej oskarżenia, patrząc prosto w oczy. I choć tłumaczyła sobie zachowanie Ginny nerwami, to nie mogła jednak nic na to poradzić, że zachowanie przyjaciółki ją głęboko uraziło.
Tylko nie była pewna czy bardziej oburzył ją sam fakt zasugerowania czegoś takiego, czy bardziej to, że jej głęboko skrywane dotąd obawy zostały jej rzucone prosto w twarz.
Ale czy to nie naturalne w zaistniałej sytuacji, że była przestraszona i różne myśli błądziły jej po głowie?
Czy miała jednak jakiekolwiek prawo wątpić w Harry'ego? Szczególnie, gdy kochała go jak młodszego brata, którego nigdy nie danej jej był mieć?
Granger długo przyglądała się plecom swojej dotychczasowej przyjaciółki, mając nadzieję, że rudowłosa da jakiś znak, że mimo wszystko chociaż spróbują porozmawiać. Nie chciała zostać tak głupio odtrącona za swoje wątpliwości, nie przez Ginny, którą od zawsze darzyła szczerą sympatią.
Boję się, stwierdziła w myślach, owijając się ciaśniej wykrochmaloną kołdrą. Skrzywiła się mimowolnie na jej nieprzyjemną sztywność. Pokręciła się chwilę, próbując znaleźć wygodniejszą pozycję, ale zaraz wróciła do niewesołych rozmyślań.
Boję się moich własnych myśli. Chciałabym z kimś o tym pogadać. Z kimś kto nie będzie mną pogardzał za moje obiekcje, pomyślała ponuro Granger, wtulając głowę w śnieżnobiałą poduszkę.
Głośny oddech cichł miarowo, aż w końcu stał się trudny do wychwycenia z takiej odległości. Naprawdę zasnęła, pomyślała smutno Hermiona, czując, że jej sen nie będzie dany jeszcze przez długi czas.
Leżała, analizując w myślach wszystkie wydarzenia dzisiejszego dnia, odtwarzając każde podsłuchane słowo. Oczywiście, nie wpuszczono ich do kuchni, gdzie obradowali dorośli. Nikt też im nic nie chciał powiedzieć, ponad to, że Harry był cały i zdrowy, ale nie mógł uciec z Czarnego Dworu ze Snape'm. Hermiona wraz z rodzeństwem Weasleyów dowiedziała się wszystkiego dzięki Uszom Dalekiego Zasięgu. Jakimś cudem, być może przez całe zamieszanie i te niewiarygodne nowiny przyniesione przez Snape'a, żaden z członków Zakonu nie pomyślał o podsłuchujących dzieciakach i nie wyciszył drzwi ani nie rzucił na kuchnię żadnego zaklęcia prywatności. Dzięki temu zszokowani gryfoni mogli dogłębnie poznać sytuację.
Harry mógłby być już tu z nimi, bezpieczny, otoczony przyjaciółmi, a mimo to wybrał pozostanie w Czarnym Dworze. Z Tym-Którego-Imienia-Nie-Można-Wymawiać. Każdym to wstrząsnęło. Usłyszane nowiny nie mieściły się w ich zdolnościach pojmowania. Z tego powodu młodzi Weasleyowie od razu założyli, że coś więcej musi za tym stać. Pchani instynktowną reakcją obronną na wątpliwości, przyjęli, że ich przyjaciel ma jakiś plan. Każdy z nich mówił przed chwilą takim pewnym głosem o tym, że on się nie podda. Mimo niepokoju i niepewności, w ich sercach wiara w Pottera była silniejsza niż cokolwiek innego.
Dziewczyna pomyślała, że to więcej niż pewne, że jutro Ron zaleje ją potokiem kolejnych teorii, jednej bzdurniejszej niż druga, o tym jak to Harry został, aby osłabić od środka siły Sami-Wiecie-Kogo. Albo wymyśli inny idiotyzm, myślała z irytacją.
Hermiona zagryzła wargi. Ona też chciała być tak pełna wiary jak oni. Nie potrafiła jednakże być tak beztrosko naiwna, nie w tym przypadku.
A co jeśli Harry nie kłamał? Co jeśli to już NAPRAWDĘ nie jest jego świat? Bo odkrył COŚ i wszystko się zmieniło? I z tą wiedzą, nic już nigdy nie będzie takie samo?
Kolejne pytania rozbrzmiewały w jej umyśle, nie pozwalały spokojnie zasnąć.
Hermiona Granger była bardzo inteligentną czarownicą. Po incydencie z panem Weasleyem i przekonaniem jej zielonookiego przyjaciela, że to on zaatakował tatę Rona, podjęła się dodatkowego projektu, mającego na celu wyjaśnienia tajemnicy tego niby-opętania, które opętaniem nigdy nie było. Wtedy też zawiodła się sromotnie na zbiorach hogwardzkiej biblioteki. Nie znalazła przyczyny zjawiska, którego ofiarą padł Harry. To jej jednak nie zniechęciło i szukała dalej. Systematycznie przerabiała każdą pozycję o więziach i magicznych połączeniach, która tylko trafiła w jej ręce. Załatwiła sobie nawet przepustkę do Zakazanego Działu, zgłębiając naturę mrocznych, odciśniętych siłą powiązaniach możliwych do uzyskania między dwoma czarodziejami.
Nikogo nie poinformowała o swoich poszukiwaniach, podobnie jak będąc na trzecim roku, nikomu nie mówiła o tym, że rozwikłała tajemnicę Lupina. To był jej własny projekt, a jego wynikami chciała podzielić się z innymi, kiedy już dowie się czegoś konkretnego. Nikt, kto zna jej miłość do książek nie zdziwiłby się jednej, czy dwóm nadprogramowym pozycjom przyniesionym z biblioteki. Była w końcu najsławniejszym molem książkowym Hogwartu.
Hermiona mimo całej swojej inteligencji, nie mogła się jednak domyśleć, że księga której tak usilnie, choć nieświadomie poszukiwała, została przed wielu laty skonfiskowana przez Albusa Dumbledora, aby żaden uczeń już nigdy nie zapoznał się z jednym z najbardziej plugawych czarno-magicznych obrzędów jakie istniały w magicznym świecie.
Kto wie, może gdyby Hermiona miała jednak dostęp do tej konkretnej pozycji, to szybko odkryłaby brudny sekret Czarnego Pana? O jego jedynym ludzkim horkruksie? Może, biorąc pod uwagę jej domyślność, wysnute przez nią wnioski rzuciłyby nowe światło na relację Harry-Voldemort. Może zadziwiłaby Dumbledora spostrzeżeniami jakich on w ogóle nie brał pod uwagę, gdy analizował aktualną sytuację Pottera?
Dyrektor nie miał jednak w zwyczaju bez przyczyny dzielić się tak potężnymi sekretami. Dlatego panna Granger leżała teraz nie śpiąc i snując własne, niewesołe przypuszczenia, mając tylko te informacje jakie mogła zebrać w bibliotece. Nie mniej, nawet nie wiedząc nic o horkruksach, snuła niebezpiecznie bliskie prawdy przypuszczenia, co do tego co się działo, a o czym nie zdawali sobie jeszcze spawy ani Czarny Pan ani Harry Potter.
Severus Snape deportował się w cieniu rzucanym przez stary i potężny, lecz uschnięty dąb. Drzewo to było uwieńczeniem ślepego zaułka, stanowiącego zakończenie ulicy Spinner's End. Dalej był już tylko wydeptany pas zieleni, ciągnący się aż do brzegów zaśmieconej rzeki, nieopodal której stał stary młyn ze strzelistym, czarnym kominem. Dąb idealnie wkomponowywał się w ponury klimat tego miejsca. Martwe, powyginane konary, jakby na przekór losowi, zamiast zwisać smętnie, wzbijały się wysoko w niebo, przypominając swoim wyglądem zdrewniałe, rozpostarte szpony. Zza poczerniałych gałęzi prześwitywał momentami pyzaty księżyc, którego od pełni dzieliły tylko dwie noce. Srebrzysta poświata, nieśmiało przebijająca się od czasu do czasu zza sunących powoli chmur, nie była w stanie dostatecznie oświetlić zaniedbanej okolicy. Dodatkowo, nieciekawa opinia o mieszkańcach tej ulicy, sprawiała, że nikt z własnej woli nie chciałby zapuścić się na nocny spacer akurat w te regiony. Idealne warunki dla kogoś pojawiającego się za pomocą magii i chcącemu pozostać niezauważonym.
Snape ze zmęczenia ledwie trzymał się na nogach. Wypity w pokoju dyrektora eliksir leczniczy był już tylko wspomnieniem, poza tym nigdy nie działał długofalowo na skutki zaklęcia cruciatus. Obolałe mięśnie protestowały przeciw każdemu ruchowi. Musiały wytrzymać jednak jeszcze jeden, ostatni wysiłek i Snape w końcu będzie mógł udać się na konieczny do regeneracji sił odpoczynek.
Rokrocznie na czas wakacyjnej przerwy mężczyzna przenosił się z Hogwartu do swojego rodzinnego domu. W tym roku został mu odgórnie przydzielony przymusowy lokator - Peter Pettigrew. Obecność tej godnej pożałowania kreatury była dla Mistrza Eliksirów jedną z ostatnich rzeczy jakie pragnął, jednak rozkaz Czarnego Pana był niepodważalny. Nie wiedział co prawda, dlaczego Riddle pozbywa się Glizdogona z Czarnego Dworu. Zakładał słusznie, że musi to mieć jakiś związek z porwaniem Pottera. Nie widział jednak sensu takiego rozwiązania. Pettigrew był nikim, żałosną marionetkę, zbyt przerażoną, by w czymkolwiek świadomie zaszkodzić. Mimo to został odesłany i aż do dzisiaj służył Severusowi, jako namiastka domowego skrzata.
Teraz, po jakże spektakularnym zdemaskowaniu, Snape musiał pozbyć się z mieszkania niechcianego nabytku. Kiedy Snape, po ewakuacji Nory i zdaniu relacji ze swojego pobytu w Czarnym Dworze przed członkami Zakonu, udał się powtórnie do gabinetu dyrektora, dowiedział się od portretów, że Dumbledore nadal nie wrócił ze swojej tajemniczej wyprawy. Severus wściekł się, że ten zramolały starzec wykazał się krańcową nieodpowiedzialnością, beztrosko opuszczając Hogwart i wyruszając Merlin wie gdzie i w jakim celu. Był zdenerwowany i osłabiony wydarzeniami minionego dnia, przez co jego osąd sytuacji mógł ulec pewnemu zaburzeniu. Nie pomagała też wściekłość na starca, utrzymująca się ciągle od czasu porwania bachora. Dlatego, gdy okazało się, że Dumbledore był poza zasięgiem, postanowił wbrew wszelkiej logice samemu udać się na Spinner's End, aby rozprawić się z Glizdogonem. Zakładał bowiem, że kto jak kto, ale ten bezużyteczny tchórz będzie ostatnią osobą, której losem będzie przejmował się Czarny Pan.
Severus nie martwił się o to, że w jego mieszkaniu może czekać na niego pułapka, bo żaden z nałożonych na dom alarmów nie został jak dotąd aktywowany. Ze względu na delikatną naturę misji szpiega, Mistrz Eliksirów nie mógł zabezpieczyć swojego domu standardowymi zaklęciami ochronnymi. Zwykłe magiczne bariery miały za zadanie nie pozwolić żadnemu intruzowi dostać się do nałożonego nimi domu. To było ich podstawowe zadanie. Jednocześnie jednak wychwytywały i sprawdzały każde zakazane zaklęcie, jakie zostało użyte w ich obrębie. W przypadku wizyty wręcz przesiąkniętego czarną magią Lorda Voldemorta, zabezpieczenia mogłyby wszcząć niechciany alarm. Musząc udawać wiernego sługę, ale jednocześnie ceniąc sobie swoje bezpieczeństwo, Severus decydował się na zmodyfikowaną wersję ochronnego czaru. Zamiast na skanowaniu rodzaju władanej przez nieproszonego gościa magii, czary te opierały się na odczytywaniu intencji osoby przekraczającej próg jego domu. Oznaczało to, że nikt mający wobec niego mordercze zamiary nie wszedłby do mieszkania bez jego wiedzy.
Bariery pozostawały nietknięte.
Nie oznaczało to jednak, że Severus zachowywał się nieostrożnie. Zakradał się do mieszkania, pozostając czujny. Używając odpowiedniego zaklęcia sprawdził, czy w mieszkaniu nie znajduje się żadna ludzka istota. Negatywny wynik szczerze go zdziwił. Wykonał jeszcze kilka dodatkowych uroków, ale dom wydawał się być pusty i względnie bezpieczny.
Severus przeszedł przez frontowe drzwi i zamknął je powoli, opierając się o sfatygowane drewno plecami i wytężając każdy ze zmysłów do sondowania ukrytego wciąż w mroku pomieszczenia. Czarodziej miał wrażenie, że w powietrzu wciąż unosi się ledwo wyczuwalny już zapach obcej, destrukcyjnej magii. Jego uśpiona dotąd intuicja podpowiadała mu, że powinien jak najszybciej się stąd aportować. Czym prędzej uciekać, nie oglądając się za siebie. Było to irracjonalne odczucie, bo ktokolwiek tu był (a Snape domyślał się kto złożył mu wizytę) już dawno opuścił to miejsce, razem ze swoim małym, plugawym sługą.
- Lumos – wyszeptał Snape, zbyt wyczerpany, by rzucić niewerbalne zaklęcie.
Jego oczom ukazał się zrujnowany salon. Po podłodze walały się dziesiątki książek, wcześniej pieczołowicie poustawianych na pokrywających każdy skrawek ściany regałach. Na środku podłogi leżał rozbity żyrandol. Osmolone ślady na drewnianej podłodze i stopiony, rozbryzgany wokół wosk wskazywał na wystąpienie mini pożaru, który został prawie natychmiast ugaszony.
Tak jakby Czarnemu Panu nie było na rękę zniszczenie tego miejsca.
Snape z pewnym żalem patrzył na rozbebeszone książki. Niektóre pozbawione były okładek, z walającymi się wszędzie pojedynczymi kartkami, porozrywane i pomięte. U jego stóp leżały smutne resztki cennych woluminów. Minął je bez słowa, odsuwając od siebie bzdurne sentymenty. Przeciął salon i podszedł do tajnego przejścia, prowadzącego do dalszych części domu, teraz doskonale wyeksponowanego. Brakowało aż połowy regału, który stanowił ukryte drzwi. Pchnął go delikatnie i przyświecając sobie różdżką, udał się krętymi schodami na górę, do swojej sypialni, przekonany, że wie co tam zobaczy.
I nie pomylił się.
Również to pomieszczenie nosiło ślady czyjejś furii. Zniszczone łóżko obsypane było w całości pierzem z rozerwanych poduszek. Obok drzwi leżało połamane krzesło, wyglądające tak, jakby ktoś cisnął nim z całej siły o ścianę. Podłogę zaśmiecały jego osobiste notatki dotyczące ulepszeń kilku rodzajów eliksirów. Kiedyś posegregowane i pokryte jego drobnym, schludnym pismem pergaminy, teraz leżały podarte i zaplamione atramentem. Zapisane na nich uwagi były nie do odczytania. Zmarnowane tygodnie jego ciężkiej pracy.
Severus zarejestrował te wszystkie fakty bez większego zainteresowania. Jego uwagę skupiła się bowiem na ważniejszych problemach. Po pierwsze, zauważył puste półki przeszklonego regału, w którym trzymał pod kluczem uważone eliksiry. Zrabowano wszystkie gotowe mikstury oraz cały zapas ingrediencji. Drugą, dużo istotniejszą rzeczą był zdarty ze ściany gobelin, ukazujący jego tajną skrytkę – mugolski, wbudowany w ścianę sejf, na który nałożył potężne czary, mające za zadania chronić umieszczona w nim myślodsiewnię.
Teraz skrytka była pusta.
Snape zaklął cicho pod nosem. Podszedł do opróżnionej kryjówki, na wszelki wypadek niczego nie dotykając. Poza myślodsiewnią zniknęły także buteleczki z kilkoma istotnymi dla niego wspomnieniami. Severus nie przetrzymywał nigdzie wspomnień, mogących zawierać obciążające go dowody. Skradzione fiolki zawierały raczej wspomnienia, które można nazwać bardzo osobistymi. Mężczyzna nie miał pojęcia jak mogą się one przydać Czarnemu Panu.
Nie chciał zwlekać ani chwili dłużej. Spróbował się aportować, ale już zaczynając robić obrót poczuł, że coś jest bardzo nie tak. Przez sekundę powietrze wokół niego zamigotało od iskier pobudzonej, napierającej znikąd mrocznej magii. To spowodowało rozproszenie, które w panice próbował naprawić, z całych sił koncentrując myśli z powrotem na Hogwarcie, aby nie ulec przypadkiem rozszczepieniu. Spóźnił się jednak o ułamek sekundy. Jego ciało w połowie teleportacji wybuchło nieoczekiwanie gwałtowną falą bólu, a świadomość zgasła, jak zdmuchnięty płomień świecy.
- Enervate!
Snape otworzył z trudem oczy, próbując skupić wzrok na pochylającej się nad nim, rozmazanej postaci.
- Dzięki ci Merlinie! – rozpoznał zatroskany głos pani Pomfrey. – Już się bałam, że nigdy się nie wybudzisz, Severusie. Po tylu próbach… Cii, nie próbuj nic mówić. Wciąż jesteś bardzo osłabiony!
- Co mi się stało? – zapytał mężczyzna schrypniętym głosem, kompletnie ignorując zalecenia pielęgniarki. Kobieta fuknęła rozłoszczona, ale Snape skupił całą swoją uwagę na kolejnej pochylającej się nad nim postaci. Zza przesłaniającej mu wzrok mgły z trudem rozpoznał twarz Dumbledora.
- Severusie, mój drogi chłopcze, cieszę się, że znowu tu z nami jesteś – głos dyrektora, pomimo wyraźnie brzmiącej w nim ulgi, był bardzo poważny. – Byłeś przez dłuższy czas nieprzytomny. Zareagowałeś dopiero na trzecie z rzędu enervate, co samo w sobie już jest dużym wyczynem.
- Co mi było, Albusie? – Severus ponowił swoje pytanie, próbując jednocześnie podnieść dłoń i przetrzeć wciąż odmawiające współpracy oczy, ale poczuł, że jego ręce nie chcą podjąć współpracy z resztą ciała. Uniósł głowę i zamrugawszy skupił na nich swój wciąż mętny wzrok.
Jego dłonie i ramiona owinięte były grubą warstwą bandaży. Nie mógł ich unieść, aby się im dobrze przyjrzeć, bo wydawały się być ciężkie jak z ołowiu.
- Pojawiłeś się nagle w moim gabinecie, lądując nieprzytomny na środku komnaty. Byłeś rozszczepiony. Poppy z trudem pozbierała cię do jednego kawałka. Co ostatnie pamiętasz, Severusie?
- Aportację ze Spinner's End, ale coś poszło nie tak. Kiedy zacząłem się aportować poczułem nacisk magii. I ból. Więcej nie pamiętam.
Dyrektor pokiwał w zadumie głową.
- Musiano zastawić na ciebie pułapkę. Klątwa została tak rzucona, by być aktywowaną jedynie w przypadku próby teleportacji. Muszę z żalem przyznać, że to dość sprytne posunięcie. Dosyć nieszablonowe, przez co trudniejsze do wykrycia.
- O jakiej klątwie mówimy?
Starzec milczał przez chwilę, po czym westchnął i odwrócił się do wciąż stojącej przy nich pielęgniarce.
- Poppy, czy byłabyś tak uprzejma, zostawić nas na minutkę samych?
Kobieta skinęła głową i rzucając ostatnie, oceniające spojrzenie swojemu pacjentowi, wyszła do swojego gabinetu, wcześniej zaciągając wokół nich parawan, aby dać im jeszcze więcej prywatności. Dopiero wtedy Severus zdał sobie sprawę, że znajduje się w Skrzydle Szpitalnym.
- Chcę udać się do swoich komnat – warknął zirytowany. Nie miał ochoty przebywać na łasce nadopiekuńczej magomedyczki.
- Obawiam się mój chłopcze, że na razie jest to niemożliwe.
- Nie widzę powodu, aby tu przebywać. Powiesz mi w końcu, jaką klątwą zostałem trafiony?
- Nie jestem tego do końca pewien. Mogę jednak z całą pewnością założyć, że było to skomplikowane zaklęcie o dokładnie ukierunkowanym działaniu. Jego działanie musiało cię zdekoncentrować podczas teleportacji, prawda? – Widząc jak mężczyzna potakuje, dyrektor odchrząknął i kontynuował:
- Przybyłeś do mojego gabinetu rozszczepiony. Byłeś pozbawiony dużej części mięśni z obu ramion, niewiele lepiej miała się twoja lewa noga. To były jednak mniej ważne rany. Najbardziej ucierpiały twoje ręce. Nie będę owijać w bawełnę Severusie – były w fatalnym stanie. Wydaje mi się, że podstawowym celem tej klątwy było pozbawienie cię nerwów w obu dłoniach.
Snape słysząc to pobladł. Na krańcach jego świadomości zaczęła kiełkować pewna niepokojąca myśl. Z ledwością skupił się na dalszych słowach swojego mentora.
- Zapewne dobrze wiesz, że magiczne odtworzenie nerwów jest czynnością bardzo trudną w porównaniu z rekonstrukcją kości czy mięśni. Czasami wręcz niemożliwą. Przykro mi Severusie, zrobiliśmy z Poppy naprawdę wszystko na co było nas stać.
Dyrektorowi serce ściskało się na widok wyrazu oczu swojego podwładnego. Jego nauczyciel eliksirów, zawsze opanowany i chłodny, patrzył teraz na niego dzikim wzrokiem człowieka, który został postawiony przed nieodwracalnym w skutkach faktem.
- Moje dłonie... – jego głos był tak cichy, że Albus musiał się niżej pochylić, aby go dobrze usłyszeć. – One nigdy już nie będą do końca sprawne?
- Tak bardzo mi przykro mój chłopcze.
Pomarszczona dłoń zacisnęła się we współczującym geście na ramieniu mężczyzny. Snape zdawał się tego nie zauważać.
- A moje oczy?
Dumbledore zmarszczył brwi, a jego zaniepokojone spojrzenie powędrowało do rozszerzonych onyksowych tęczówek. Chciał o coś zapytać, ale Severus nie dał mu dojść do słowa, mówiąc podniesionym głosem:
- Albusie, ja cię prawie nie widzę. To nie tylko dłonie... Nerwy w moich oczach też zostały zaatakowane!
W tym momencie ze swojego gabinetu wyszła Pomfey, zwabiona podniesionym głosem swojego rekonwalescenta. Starszy z mężczyzn bez zwłoki zapoznał ją z nowym problemem, jakim było pogorszenie wzroku profesora. Pielęgniarka bez zwłoki zabrała się do pracy. Po półgodzinie rzucania czarów skanujących, podawania eliksirów i nerwowego oczekiwania na wyniki, okazało się, że wzrok Snape'a został nieodwracalnie uszkodzony. Szkody wywołane przez zaklęcie były mniejsze niż w przypadku dłoni, ale to nie pocieszało mężczyzny. Zaklęcia skanujące wykazały również zaburzenia w działaniu zmysłu węchu. To zdawało się przelać czarę goryczy. Mistrz Eliksirów zaczął wrzeszczeć, że chce udać się do Świętego Munga, do prawdziwych specjalistów, a nie być nieudolnie leczonym przez „szarlatana bez podstawowej wiedzy i z marnymi umiejętnościami". Swoimi oskarżeniami doprowadził szanowną matronę prawie na skraj płaczu. Dyrektor stanowczo wyprosił roztrzęsioną pielęgniarkę z pomieszczenia, zamknął za nią drzwi i wyciszył Skrzydło Szpitalne, pozwalając rozszalałemu pacjentowi krzyczeć do woli. Po chwili pozbawiony sił mężczyzna opadł na poduszki i wbił wzrok w rozmazujący mu się przed oczami sufit. Oddychał ciężko, próbując opanować dławiącą go wciąż furię. Po chwili wściekłość zastopiła obezwładniające poczucie klęski.
- Czarny Pan nigdy nie wybacza zdrady – zaczął nagle mówić przepełnionym goryczą głosem. – Mógł mi z nieznanych przyczyn darować życie, ale pozbawił mnie tego czego kocham. Zemsta idealna.
- Po pewnym czasie będziesz w stanie na tyle operować dłońmi, by być w stanie wrócić do warzenia eliksirów, Severusie, jestem tego pewny – zapewnił go poważnie dyrektor. Cierpki uśmiech wykrzywił na moment cienkie wargi młodszego mężczyzny, zanim kontynuował:
- Cóż z tego, że będę mógł sporządzać eliksiry, skoro przez moje kalectwo, będą one na takim poziomie jak pomyje Longbottoma?
- Myślę, że snujesz najczarniejszy ze scenariuszy…
- To nie jest czarnowidztwo, Dumbledore. Jestem Mistrzem Eliksirów. Jak na Merlina będąc na wpół ślepym mam poprawnie rozpoznać odpowiednią barwę mikstury? Jak te niechcące współpracować palce mają odmierzyć dokładnie wyważoną szczyptę proszku? Albo idealnie pokroić składniki? Moje dłonie prawdopodobnie przez miesiące nie będą nawet w stanie poprawnie utrzymać widelca! Kiedyś potrafiłem wyczuć po samym zapachu Pottera ukrywającego się pod peleryną niewidką, a teraz nie wiem czy zauważę ciśnięcia we mnie łajnobombą! To nie jest najczarniejszy ze scenariuszy, to tylko… suche fakty.
Dumbledore słuchał ze smutkiem gorzkiej tyrady, nie mogąc z pełną szczerością zaprzeczyć ani jednemu z przytoczonych słów.
- Pozbawił mnie zmysłów, a one są podstawą mojej pracy. To tak jakby odebrał mi jedyną rzecz która dawała mi satysfakcję. Moja wiedza o eliksirach bez możliwości praktyki staje się bezwartościowa. Poza tym, jestem podwójnie bezużyteczny dla Zakonu. Nie mogę nawet unieść swojej różdżki. Przez długi czas będę uzależniony od ochronny innych. To gorsze niż avada między oczy. On z premedytacją uśmiercił mnie za życia
Bezdenne czarne źrenice wyglądały, jak dwie wyschnięte studnie. Puste, pozbawione nadzieli, nie widzące dla siebie przyszłości.
- Voldemort zemścił się na tobie okrutnie. Nie ma słów, aby wyrazić mój smutek…
- Gdzie byłeś? – Snape przerwał mu w połowie zdania. Jego głos był bardzo zmęczony, jak gdyby ostatni wybuch pozbawił go wszelkich sił. – Przyszedłem do ciebie, poprosić abyś udał się ze mną na Spinner's End. Zastałem gabinet pustym. Gdzie byłeś, Dumbledorze?
Gdyby Severus uparcie nie odmawiał założenia przygotowanych dla niego okularów, zauważyłby, jak pod wpływem tego pytania, dyrektor garbi ramiona, a jego twarz wygląda na dziesięć lat starszą.
- Byłem na przesłuchaniu w Biurze Aurorów.
Snape mruga zaskoczony. Nie spodziewał się takiej odpowiedzi.
- Dlaczego?
- Musiałem złożyć zeznania. Zeznania w sprawie odnalezienia przeze mnie ciała Horacego Slughorna.
Autorka uprzejmie prosi o nie bicie jej po głowie za poniszczenie Severusa *chowa się ze strachu pod łóżkiem*.
