Witajcie! Nie ma usprawiedliwienia na tak długą przerwę. Nie ma też sensu przepraszanie, ani składanie kolejnych obietnic, co do terminów dalszych rozdziałów. Za to ma jak najbardziej sens wracanie tutaj. Dziękuję wszystkim za prywatne wiadomości i komentarze z wyrażoną nadzieją na kontynuację. To nie tak, że zapomniałam, albo porzuciłam swoje opowiadanie. W życiu po prostu nie zawsze możemy robić, to co lubimy, niestety.

Rozdział raczej krótki i w większości składający się z przemyśleń, ale od czegoś trzeba zacząć, a ja powoli wracam do gry.

(Rozdział niebetowany)


Rozdział XI cz. 1

Zimno i ciemność napierały na niego z każdej strony. Mąciły zmysły, nie pozwalając skupić się na czymkolwiek. Oddychał z trudem, nie mogąc zapanować nad lękiem. Nie wiedział gdzie był i co się działo wokół, a jedynym pewnikiem na tej szalonej karuzeli zmysłów, był dławiący go strach. Sam nie wiedział, co było bardziej przerażające - ciemność pełzająca po jego skórze i wywołująca dreszcze, czy też zimno nie pozwalające niczego dostrzec .

Gdyby mógł choć odrobinę się skupić, szybko dostrzegłby bezsens tych odczuć, ale Harry pogubił się w świecie własnych zmysłów.

Tak trudno było mu wziąć głębszy oddech. Drżącymi rękami próbował złapać się czegokolwiek wśród tej duszącej nicości, która napierała na niego z każdej strony. Nie był jednak w stanie niczego pochwycić, jego drżące palce ślizgały się bezradnie po nieznanej powierzchni.

Spadał właśnie wśród roztrzaskanego świata, gdy zdał sobie sprawę, że nie był sam.

Coś mokrego musnęło mu czoło. Szarpnął bezradnie głową, ale niechciany dotyk nie ustawał. Harry spanikował. Jak ktokolwiek mógł go dotykać, jeśli spadał? Czy ten ktoś spadał razem z nim? Czy to oznaczało, że gdyby dosięgnął dna tej nicości, to ten ktoś spadłby wprost na niego, pozbawiając go resztki z trudem złapanego oddechu?

Harry znów utonął we własnym strachu.


Służka po raz kolejny zwilżyła zwitek materiału w zimnej wodzie. Starannie wykręciła szmatkę nad metalową miseczką, jednocześnie przyglądając się dyskretnie przeklinającemu cicho mężczyźnie. Machał on krótką różdżką nad jej paniczem, ale chłopiec za bardzo wiercił się w przemoczonej od potu pościeli, by zaklęcie skanujące mogło dać rzetelny wynik. Skrzatka po raz ostatni wykręciła prowizoryczny kompres i dotknęła delikatnie czoła chłopca.

Harry skrzywił się, jakby sprawiała mu tym ból. Szarpnął się gwałtownie, wywołując tym samym kolejne zdenerwowane sapnięcie starszego czarodzieja.

- Za cholerę nie ustalę, jaką dawkę eliksiru powinien dostać ten przeklęty smarkacz, jeśli dalej będzie się tak wiercił - warknął mag, przerywając czar. - Żeby choć przez chwilę się nie ruszał!

Służka milczała. W duchu stwierdziła, że przy tak dużej gorączce, jaką miał chłopak, żadna dawka eliksiru przeciwgorączkowego nie powinna mu zaszkodzić. Chłopiec wiercił się niespokojnie w pościeli, od czasu do czasu majacząc coś niewyraźnie. Skrzatka podejrzewała, że to wszystko wina świeżej rany, która z nieznanych jej przyczyn, goiła się bardzo opornie. Nie chciała jednak przeszkadzać zajmującemu się teraz Harry'm czarodziejowi, dlatego ograniczała się tylko do cichej pomocy, co chwilę zmieniając kompres na czole chorego.

Rozkoszowała się przy tym obecnością dawno nie widzianego mężczyzny. Pierwszego czarodzieja, który dał jej nadzieję, że ludzie nie są najokrutniejszymi istotami na świecie. Skrzatka w gruncie rzeczy myślała o sobie, jako o szczęściarze. Najpierw spotkała jego, a potem, gdy Czarny Pan odebrał jej możliwość służenia temu niezwykłemu czarodziejowi, los pozwolił jej opiekować się paniczem Harry'm. Dawało to aż dwóch czarodziejów, którzy byli dla niej dobrzy, choć każdy na swój własny sposób.

Młodszy okazał jej niezwykły szacunek i nadał sens temu pustemu wcześniej słowu, lecz Służka starała się nie przyzwyczajać zbytnio do takiego traktowania. Chyba nikt lepiej od niej nie znał goryczy nieprzewidywalności losu.

Dobroć Harry'ego była nawet większa niż dobroć tego drugiego, ale jednak… Jednak to starszy z jej ludzkich dobroczyńców był bliższy jej sercu.

On był pierwszy.

On pierwszy potraktował Służkę, jak istotę myślącą. Był pierwszym, który mówił do niej coś więcej niż tylko rozkazy. Był też jedynym z gości przybyłych do Czarnego Dworu, który wydawał się być zadowolony, gdy mu usługiwała i był przy tym na tyle pobłażliwy, że przymykał oko na drobne błędy. Kiedyś podała mu niesłodką herbatę, a on kazał jej jedynie przynieść sobie cukier. Nie wspomniał przy tym ani słowa o karze. Ten wydawałoby się, że nic nie znaczący incydent był dla zmaltretowanej wtedy skrzatki bardzo ważnym gestem. Odrobiną litości, której akurat wtedy najbardziej potrzebowała.

I gdyby nie spotkała w swoim życiu panicza Harry'ego, to żyłaby w przekonaniu, że jedynym dobrym czarodziejem na świecie był pan Peter Pettigrew. A tak wiedziała, że było ich aż dwóch – dwóch czarodziei innych niż reszta magicznego świata.

Służka czuła, że była wielką szczęściarą, jak na domowego skrzata.