Materiał koronkowej firanki, na której kurczowo zaczepiał palce, zaczynał być już nieprzyjemnie wilgotny. Strzepnął dłonią z odrazą i natychmiast wytarł ją w spodnie, drugą kładąc parę centymetrów niżej od poprzedniego miejsca.

Pocił się. Ciężko było mu to przyznać, ale naprawdę się pocił. Pocił się ze zdenerwowania, może trochę z niepokoju, uważnie przyglądając się światu po drugiej stronie szyby. Uściślając, on znajdował się po tej właściwej jako właściciel i domownik, spoglądając z bezpiecznej strefy na swojego prześladowcę.

Ten uśmiech, który w jego opinii był najgorszą możliwą rzeczą, jaka kiedykolwiek pojawiła się na twarzy Kiyoshiego, stał się jego nowym koszmarem. Wczoraj trzasnął mu drzwiami przed nosem z nadzieją, że to zniechęci go wystarczająco i już więcej nie odważy się stanąć w tym samym miejscu...

... ale jednak, stał. Sterczał pod jego domem już drugi kwadrans i czekał, aż w końcu opuści swoją twierdzę i wyjdzie do szkoły. Kiyoshi zachowywał się tak, jakby nagle zostali dobrymi znajomymi i to takimi, którzy codziennie chadzają we dwójkę do szkoły, jadają razem lunch, grają w gry...

Przyjaciółmi.

Hanamiya poczuł dreszcz obrzydzenia i gwałtownie pokręcił głową, wytrząsając z niej tą okropną myśl. Jak wielkim kretynem trzeba być, żeby lgnąć do tak niebezpiecznej osoby jak on? Niekiedy nie mógł wyzbyć się wrażenia, iż Kiyoshi był po prostu zatwardziałym masochistą poszukującym nowych doznań i właśnie dlatego uczepił się go jak rzep psiego ogona. Pragnąc kolejnej, połamanej kończyny.

Zmarszczył gniewnie brwi i mamrocząc pod nosem coś o skretyniałych szatynach, nieświadomie przybliżył nos do okna, mrużąc oczy. Kiyoshi był w mundurku Seirin... czy on nie powinien mieć teraz lekcji? Klubowych zajęć? Czegokolwiek?

Przylgnął plecami do ściany i uchylił jeszcze odrobinę firankę; nie mylił się, Kiyoshi nawet na chwilę nie zmienił wyrazu i wciąż stał z tym samym sztucznym uśmiechem, wręcz przytwierdzonym do jego twarzy i rozglądał się na boki, jakby oczekiwał w każdej chwili ujrzeć go obok siebie.

Czekał, aż razem pójdą do szkoły. Jak przyjaciele.

- Niedoczekanie... - wycedził Hanamiya, mocniej zaciskając pięść na firance.

Szybko zmienił zdanie. Kiedy z siódmej zrobiła się ósma i jego tramwaj odjeżdżał za kilka minut, nagle ogarnęło go przerażenie.

- ... No przecież mama mnie zabije, jeśli znowu nie pójdę do szkoły...* - jęknął, z wyrazem bliskim paniki zerkając na zegarek. Co prawda miał tylko zajęcia klubowe, ale czuł się zobowiązany.

Może nie wyglądał na takiego, ale był bardzo związany ze swoją rodzicielką. Fumiko Hanamiya pracowała w Tokijskim szpitalu jako pielęgniarka i mimo solidnego obciążenia obowiązkami oraz bycia jedynym żywicielem rodziny, znajdowała czas dla swojego syna i potrafiła o niego zadbać.

Dzięki niej codziennie czekało na niego śniadanie i czyste, wyprasowane ubrania, które przyjmował z prawdziwą wdzięcznością, a nie jak inni synowie krzykiem, żeby "matka się od nich odczepiła i przestała zaglądać w każdy kąt pokoju".

Swoje wybryki umiejętnie przed nią tuszował i tak samo było w tym wypadku; wolał nie niepokoić jej jakimiś bzdurami.

- Heja, Hanamiya!

... Usłyszał chwilę później, kiedy po przełknięciu dumy w końcu zdecydował się wychylić ze swojego domostwa. Kiyoshi natychmiast popędził w stronę drzwi i jego wielki łeb z nieprzystrzyżonymi, brązowymi kłakami, nachylił się do szpary w drzwiach, usiłując w nią zajrzeć. Hanamiya przepędził go wściekłym spojrzeniem i krótkim ciosem po łapie, kiedy ten spróbował otworzyć je jeszcze szerzej.

- Czego ty do cholery chcesz?! - zapytał ze złością, niemalże wychodząc z domu. Tyle wystarczyło, żeby przełamał jego obronę; Hanamiya cofnął się zaskoczony i w sekundę pożałował drzwi, sprytnie przytrzymanych przez Kiyoshiego nogą. Mógł po prostu otworzyć okno.

Szatyn uśmiechnął się do niego promiennie i jakby od niechcenia podparł pięścią framugę, kilkanaście centymetrów nad jego głową. W tym wydaniu Kiyoshi zyskał plus dziesięć do "dresiarza", co tylko dodatkowo go poirytowało.

- Pomyślałem, że po szkole mógłbyś zaprosić mnie na herbatkę czy coś...

- Spieprzaj stąd... - zniżył groźnie głos, łypiąc na niego spode łba. - ... inaczej wgniotę ci nos w czaszkę, ty jebany prześladowco!

Groźba licha, bo Kiyoshi nawet nie mrugnął dając mu kolejny, ekspresowy wykład o przyjaźni i potrzebie zawierania nowych znajomości. Temat, który dla Hanamiyi był najdrażliwszą rzeczą na świecie.

- Przyjaźń jest dla nieudaczników, którzy muszą dobierać się w grupy, żeby razem mieć jakąkolwiek wartość... - wywarczał, dusząc w sobie chęć naplucia mu prosto w oko. - Idź się integrować z koleżkami z Seirinu!

Nieoczekiwanie z twarzy Kiyoshiego zniknął uśmiech, a pojawiło się coś na kształt przygnębienia; dziwnie oklapł, ściągnął brwi, a usta wygięły się w lekką podkówkę. Czyżby jakimś cudem trafił w czuły punkt?

- Nie mogę, wyjechali.

- Więc czemu nie jesteś z nimi? - zainteresował się, starając się nie brzmieć na zbytnio zaskoczonego. Z tego co zdążył zauważyć, Seirin było bardzo zgrane i w ich naturze nie leżała chamska rywalizacja o "ostatnie ciasteczko"; albo jedzą wszyscy, albo nie je nikt. Nie rozumiał takich ludzi.

Kiyoshi wywrócił lekko oczami i poskrobał się po brodzie, próbując coś sobie przypomnieć. Trwało to rozsądną chwilę, po której uderzył pięścią w otwartą dłoń, a jego twarz cudownie pojaśniała.

- Powiedzieli, że mają mnie dosyć... więc wypchnęli mnie z autokaru i zostawili.

Wyobrażona sytuacja wydała mu się tak absurdalnie zabawna, że aż parsknął śmiechem, zgarniając od niego kolejne posmutniałe spojrzenie. Jakaż to była miła odmiana od tych ciągłych, obrzydliwie radosnych wyszczerzy.

- Heh... nie dziwię im się - dodał, wykrzywiając usta w drwiącym uśmiechu.

- Powiedzieli, że muszę odpocząć i się zregenerować po ostatnich meczach - zwierzył mu się. - Ale strasznie się nudzęęę...

- Strasznie się nudzęęę! - przedrzeźnił jego ton, patrząc na niego z politowaniem. - Nudzisz się? To znajdź sobie jakieś konstruktywne zajęcie, a mnie zostaw w spokoju - brutalnie zepchnął go łokciem ze swojej drogi. - Nie mam czasu ani chęci się z tobą użerać. Dostaję już mdłości na sam twój widok, więc oszczędź mi bólu i się wynoś.

W tym momencie nie widział wyrazu jego twarzy, ale był pewien, że te słowa zabolały go. Może i minimalnie, ale jednak zabolały. Bo choć Kiyoshi był twardy z zewnątrz, to w środku był wrażliwą kluchą i takie słowa od strony "przyjaciela" musiały boleć.

Korzystając z okazji, wyminął go szybko i z cichym rechotem rzucił się biegiem na tramwaj, który właśnie podjechał pod przystanek. Był w samą porę, pojawił się wprost idealnie, żeby go stamtąd zabrać.

Spojrzał za siebie, chcąc po raz ostatni po rozkoszować się jego zdębiałą miną i nieszczęśliwie zamarł, widząc machające do niego ramię; usta Kiyoshiego na powrót rozciągały się w szerokim uśmiechu, dając mu do zrozumienia, jak szybko potrafił regenerować się z takich drobnych złośliwości.

- Przyjdę na trening!

Hanamiya pokazał mu fakasa i wszedł do maszyny, wściekle rzucając się na wolne siedzisko. Przyjaciele? Wolałby już, żeby go coś zeżarło niż miałby utworzyć jakąś bliższą więź z tym przygłupem.


- ...Czy ja ci już nie mówiłem, że nie masz prawa przychodzić na moje treningi? Czy ty naprawdę jesteś tak tępy, że przez ten twój twardy czerep nie docierają do mózgu żadne bodźce?!

Popołudniowy trening upływał dość przyjemnie... do czasu aż nie pojawił się ten ćwok i nie zepsuł wszystkim zabawy. Cały zadyszany, roztrzepany i mokry, świeżo po truchciku do placówki, oddalonej parę kilometrów od domu Hanamiyi, miał czelność przekroczyć mury Kirisaki Daiichi i zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią, zjawić się na jego treningu. Właśnie teraz, kiedy udało mu się pozbierać po porannym szoku.

Hanamiya przez cały ranek chodził jak na szpilkach. Był nerwowy, często obracał się za siebie, wrzeszczał na wszystkich bez wyjawienia konkretnego powodu i zachowywał się tak dziwnie, że reszta drużyny zaczynała poważnie się o niego zamartwiać, doradzając wizytę u szkolnej pielęgniarki. Męczył się długie godziny, ale szczęśliwie minęło mu do południa. Minęło, ale już niestety wróciło.

- Nie słyszałeś... - zawarczał, widząc że Kiyoshi po przywitaniu się z całą salą, zerka łakomie w kierunku ławki z ich zapasami i ostentacyjnie oblizuje wargi. - Co właśnie powiedziałem?!

Wrzasnął na niego jeszcze kilka razy, bezskutecznie usiłując zwrócić na siebie uwagę. Kiyoshi na spokojnie pozwolił sobie skorzystać z ich ręczniczków i lodowatej wody, zanim wyjawił powód swojej wizyty:

- Chciałem tylko popatrzyć na twoje metody. Nigdy nie przypuszczałem, że zostaniesz kapitanem i trenerem jednocześnie - powiedział potulnie, na co Hanamiya zmarszczył gniewnie brwi i wywrócił oczami. - Nie będę przeszkadzał, usiądę sobie z boku i będę patrzył - dodał, na potwierdzenie swoich słów siadając na jednej z ławek dla rezerwowych.

- Zaczynasz działać mi na nerwy. - zasyczał Makoto, jednocześnie wiedząc, że nie pozbędzie się go tak łatwo. Westchnął. - Popatrzysz i zaraz sobie pójdziesz, zrozumiano?

Kiyoshi gorączkowo pokiwał głową i zakołysał kolanami jak niecierpliwe dziecko, wyczekujące dobrej rozrywki. Hanamiya posłał mu spojrzenie zarezerwowane dla czubków i prychnął, wbijając wzrok w notes. Głośno zazgrzytał zębami, prawie łamiąc długopis w palcach. Jak miał się teraz skupić?

- Hanamiya, co to ma znaczyć..? - zapytał przyciszonym tonem Furuhashi, kiwając głową na ławki. - Dlaczego on tutaj jest?

- Zróbcie po dziesięć okrążeń w obie strony, a następnie przejdźcie do skoków z dwutaktu - odrzekł sucho, ignorując jego pytanie. - Już! - popędził ich, dla wzmocnieniu efektu dmuchając w gwizdek.

Nie było nic niezwykłego w tym, że reszta drużyny nieufnie traktowała nowego przybysza pamiętając o tym, że był nim ten, którego okaleczyli niespełna dwa lata temu. Kiyoshi wszedł do jaskini pełnej lwów i zachowywał się co najmniej tak, jakby to on sam był jednym z nich. To by tłumaczyło kompletny brak jakiejkolwiek reakcji, odpowiedniej dla kogoś, kto stanął naprzeciw swoich dawnych oprawców.

- Jest po prostu tępy... - mruknął pod nosem Hanamiya, kreśląc przypadkowe szlaczki na marginesie.

Skłamałby twierdząc, że nie jest nawet odrobinę zaciekawiony tym fenomenem. Co sprawiało, że ta tępota zdawała się wzrastać z każdym ich kolejnym spotkaniem? Według wierzeń niektórych "Seririnowców" Kiyoshi był naprawdę cwany i Hanamiya niechętnie musiał mu przyznać parę punktów w tej kategorii. Krył swoje prawdziwe ja za uśmiechniętą maską, prowokując złość i karmiąc tą obrzydliwą słodyczą niechęć do siebie, podczas gdy tak naprawdę wcale nie był taki dobroduszny.

Gdyby naciągnąć kilka faktów, byłby niezłym sadystą.

Hanamiya ocknął się z rozmyślań i zamrugał, niepewnie zerkając kątem oka w stronę ławy. Pochłonięty myślami nawet nie zauważył, że Kiyoshi nie ma najmniejszego zamiaru mu przeszkadzać, zgodnie z obietnicą obserwując trening w ciszy i skupieniu.

Mimo agresywnej gry, jaką zwykle prezentowało Kirisaki Daiichi, Hanamiya okazał się być znakomitym taktykiem. Zręcznie operował zawodnikami, jak marionetkami, posłusznymi jego woli. Gdy chciał, żeby były potulne, były potulne, kiedy okrutne, były okrutne. Ubolewał nad tymi zdolnościami i nad drugą metodą, będącą tą przodującą w rozgrywkach międzyszkolnych. Kiyoshi zdecydowanie jej nie pochwalał, jednak sama możliwość zobaczenia go w akcji była wystarczająca.

Korzystając z chwili nieuwagi zawodników na sali, w pewnym momencie po prostu zniknął z ławki, wprawiając Hanamiyę w zakłopotanie. Oderwany od obowiązków i zamiast traktować to zniknięcie jako dar od boga, rozglądał się zdezorientowany, w myślach porównując go do owada, który z mrugnięciem dał dyla i teraz mógł znajdować się dosłownie wszędzie.

Znalazł go pośród drugiego składu, gdzie beztrosko lawirował pomiędzy zawodnikami. W pierwszej chwili miał ochotę do niego podejść i po prostu opieprzyć z góry na dół, lecz zamarł w pół kroku, widząc jak dobrze dogadywał się z innymi zawodnikami. Podawał, wykonywał wsady i przybijał sobie piątki z resztą dowodząc, że tą krótką grą bardzo szybko zdobył ich uznanie i zaufanie.

- Nieźle się rusza, mimo tej nogi... - mruknął, zanim zdążył się ugryźć w język. Ta myśl, niechciana i niepotrzebna, mimowolnie wypełniła mu głowę, odtwarzana raz po razie. I wzbudziła w nim taką wściekłość, że miał ochotę wbiec w ścianę. Skomplementował go? On?

Purpura zalała jego twarz, żołądek ścisnął się niemiłosiernie, a płuca zaczęły domagać się tlenu. Swoistą wisienką na torcie był Kiyoshi, który wypatrzył go z końca sali i machał do niego, niewątpliwie uśmiechając się szeroko. Przełykając mdłości i skupiając się na wzbierającej się żądzy mordu, Hanamiya przemaszerował w jego kierunku, po drodze zagarniając parę rzeczy.

- Wypierdzielaj w podskokach albo zgłoszę, że przebywasz na terenie innej szkoły zamiast być w swojej! - zawołał ze złością, ciskając w niego butelką po napoju izotonicznym. Kiyoshi odchylił się do tyłu i zręcznie ją przechwycił, nim zdążyła uderzyć go prosto w czoło. Ostrożnie położył ją na ziemi i potruchtał do niego.

- No już, już... - zamruczał, niby uspokajająco klepiąc go po głowie i ramieniu. - Do zobaczenia jutro!

Hanamiya momentalnie spurpurowiał, chwilowo spetryfikowany ciepłem, eksplodującym w miejscach w których go dotknął. Minęła rozsądna chwila, zanim w końcu zdołał cokolwiek z siebie wydusić.

- Ani mi się waż więcej pokazywać tej swojej brwiastej gęby! - wrzasnął za nim, ignorując zaciekawione spojrzenia reszty drużyny i niedyskretną wymianę szeptów pomiędzy nimi.

- Twoja też jest brwiasta - zauważył ze śmiechem i czmychnął w stronę wyjścia. Hanamiya rzucił w niego swoim butem mając nadzieję, że trafi go prosto w ten głupi łeb. Pechowo chybił o włos i Kiyoshi zniknął za drzwiami, wraz ze swoim irytującym uśmiechem.

- Dlaczego po prostu nie wyrzuciłeś go wcześniej? - zapytał Hara, po czym głośno strzelił balonem z gumy do żucia.

- Sam nie wiem...- burknął krótko, opadając na ławkę. Zauważył, że pozostała trójka również wydawała się zainteresowana odpowiedzą, ale czuł się tak wypruty z sił, że nie miał ochoty nawet poruszać tego tematu.

Do zobaczenia jutro!

Jutro? Po takiej zapowiedzi i dzisiejszym dniu już wiedział, że kolejny będzie jego ostatnim.