.8.

- Podróżowałaś z Doktorem.

- To nie znaczy, że potrafię pilotować TARDIS.

- Wciąż miałaś klucz.

- I wpuściłam was do środka, prawda? Ty też stałeś za sterami i miałam wrażenie, że wiesz, co robisz. Dlaczego to ja mam być wszystkiemu winna?

- Wiedziałem co robię!

- Ja też!

- Ale nie pamiętam dlaczego to robiłem!

- Ja też!

- Wszyscy próbujecie być tacy mądrzy – powiedział Mickey wchodząc pomiędzy Jacka i Marthę. – Ale żadne z was tak naprawdę nie ma pojęcia, co się wtedy stało. Rose powiedziała kiedyś, że Doktor jest... eemm... jakby... jakby częścią tego statku, a kiedy Doktor był zepsuty... to znaczy chory... nie rozumieliśmy mowy Sycoraxian, chociaż ona powinna tłumaczyć przez cały czas... w naszych głowach. Zabierzcie Doktora, a TARDIS jest tylko drewnianą budką... Ciut większą w środku niż na zewnątrz. Ale tylko budką.

- Rose udało się wrócić na Stację Gier. – Jack z trudem oderwał rozogniony wzrok od twarzy równie podekscytowanej Marthy. – O ile wiem, wbrew woli Doktora. A więc pilotowała TARDIS. Jak to zrobiła?

- Rose... – Mickey zawahał się ledwo dostrzegalnie. – Rose zajrzała do serca TARDIS. Poprosiła TARDIS, żeby zabrała ją do Doktora.

- Ja proszę o to już od dwudziestu czterech godzin – sarknęła Martha. – Proszę, grożę, błagam i zaklinam. Chwilami żebrzę.

Wszyscy troje obejrzeli się na błękitną budkę policyjną tkwiącą pośrodku podziemnej hali w Osi Torchwood. Budka stała sobie niewinnie, skryta w półcieniach, brzęcząc cichutko tuż ponad progiem słyszalności.

- Może wszyscy przesadzamy.

Jack odwrócił się w stronę Gwen, stojącej nieco dalej, ze skanerem wycelowanym w TARDIS.

- Może przesadzamy – powtórzyła Gwen. – Może nic mu się nie stało. Może znalazł zwłoki tego mężczyzny i postanowił zabawić się w detektywa. A teraz zastanawia się, gdzie podział się jego statek.

- Nie przesadzamy. – Jack wcisnął ręce w kieszenie spodni, okręcił się na pięcie i pomaszerował w stronę wyjścia z sali tak szybko, że pozostali musieli niemal biec, by dotrzymać mu kroku.

- Czy Ianto ma już jakieś poszlaki?

- Ślady obcego DNA. Nie mamy go w bazie danych – wydyszała Gwen. – Rany są szarpane, pazury, może kły. Albo obca broń, nie oparta na metalu, a na związkach biologicznych.

- Jak co, jak drewniany nóż? – spytał Mickey niepewnie.

- Albo kościany – odparła Gwen. – W każdym razie nie wykonany z żadnego znanego nam metalu. Ale ja stawiam na pazury. Mimo to...

- Nie przesadzamy – powtórzył Jack wkraczając do głównej hali Osi, z centralnym filarem lustrzanej rzeźby podtrzymującym wysoki pułap. – Mamy opuszczony statek i zwłoki. Mamy ślady obcego DNA. I coś jeszcze.

- Co?

- Pozwoli pani do mojego biura, Panno Jones. I ty, Mickey.

- A co z nami? – Ianto wychylił się zza swoich ekranów. – My nie pozwolimy do biura?

Jack spojrzał na niego wymownie.

- Nie – mruknął Ianto. – Pewnie nie. Torchwood zdjęto z listy zaproszonych.

Gwen znacząco uniosła brwi.

- Cholerne kółko Podróżników w Czasie i Przestrzeni – syknęła. – Elita.

- Przynajmniej wiesz, jak się czują twoi byli koledzy z pracy – spokojnie podsumował Ianto.

- Ale to my tkwiliśmy tutaj zamrożeni w pęcherzu czasu z celującym do nas Dalekiem – Gwen wzruszyła ramionami. – Zawsze zamrożeni w pęcherzu czasu... Jack!

- Dobrze, chodźcie – Jack przechylił się przez balustradę. – Równie dobrze możecie do nas dołączyć. To i tak przestaje być tajemnicą.

- Co? – spytała Gwen, ale Ianto pędził już w stronę biura Jacka.

- Co przestaje być tajemnicą? – powtórzyła wchodząc do biura. Jack stojący za swoim zgraconym biurkiem, oparty obiema rękoma o jego blat, podniósł na nią zmęczone spojrzenie.

- Donna Noble – powiedział cicho. Martha i Mickey poruszyli się niespokojnie, Martha zaplotła ramiona na piersi.

- Coś się stało z Donną? Też zaginęła? Co się stało? – Gwen przysunęła sobie krzesło i usiadła po drugiej stronie biurka. – Jaka to tajemnica?

- Donna Noble przez krótki czas dzieliła świadomość Władcy Czasu – powiedział Jack. – W tym samym procesie, dzięki któremu powstał Drugi Doktor, Donna otrzymała wiedzę przekraczającą możliwości ludzkiego mózgu. Donna Noble ocaliła wszechświat. DoktorDonna.

Przez chwilę panowała cisza.

- To w ogóle możliwe? – odezwał się w końcu Ianto.

- Najwyraźniej nie do końca. – Jack przesunął dłonią po twarzy i usiadł ciężko za biurkiem. – Ludzki mózg nie może podołać takiej wiedzy. Donna nie mogła zachować tej świadomości... i przeżyć. Doktor usunął wszystkie jej wspomnienia; Donna nie może pamiętać o nim, o ich podróżach, o tym, co stało się na Tyglu. Nie może pamiętać, kim się stała, dzięki Doktorowi. Jeśli sobie przypomni, choćby na chwilę, jej umysł spłonie. Jeśli sobie przypomni – umrze.

- To jest... straszne – powiedziała Gwen po długiej chwili ciszy. – Nie rozumiem połowy z tego co powiedziałeś, ale to... to jest... okropne...

- Jak on mógł...? – zaczął Ianto.

- To było jedyne rozwiązanie. Jedyne wyjście. Jedyny sposób, żeby ją ocalić.

- Wolałbym umrzeć. To gorsze... To jak... jak Alzheimer. Gdybym miał zapomnieć o tobie...

Ianto zarumienił się nagle, a Gwen uśmiechnęła się do niego współczująco.

Jack odetchnął głęboko, sięgnął do szuflady biurka i wyciągnął z niej kołonotatnik w plastikowej obwolucie w wielkie, różowe i żółte kwiaty.

- Martho, myślę, że to wyda ci się znajome – powiedział.

- Hmm?

Jack pchnął notatnik po blacie biurka. Z wyrazem zaskoczenia na twarzy Martha podniosła go i zaczęła kartkować. Mickey, Gwen i Ianto przyglądali się z napięciem, jak twarz Marthy zaczęła się zmieniać. Jej oczy rozwarły się szeroko, rumieniec zabarwił czekoladowe policzki. Po chwili wypuściła głośno wstrzymywany oddech.

- O Boże – powiedziała cichutko. – O mój Boże.

- Co to jest? – spytał Mickey.

- Ten notatnik należy do Donny. Przysłał go nam Wilfred, jej dziadek. Słusznie zaniepokojony. Zapisywała w nim swoje sny.

- Dziennik snów? – powtórzył Ianto.

Martha opuściła notatnik na blat biutka, tak, że wszyscy mogli zobaczyć, w kręgu światła rzucanym przez stojącą lampę, eleganckie, przejrzyste pismo Donny. I wyrysowaną pośrodku strony, pomiędzy linijkami tekstu, niebieską budkę policyjną.

- Widziałaś już coś podobnego – powiedział Jack.

- Tak. – Martha przewróciła kilka kolejnych stron. Wybuchający wuklan. Stworzenie trzymające w dłoni kulę – z oczyma pokolorowanymi czerwonym flamastrem. Soniczny śrubokręt. Rzędy bibliotecznych regałów skryte w cieniu wyrysowanych długopisem linii. Znaki, jakie pojawiały się na monitorze TARDIS. Rdzeń statku, kryształowa kolumna. Twarz Doktora. Twarze Doktora. Powtarzane wciąż i wciąż, na kolejnych stronach.

- Tak. Widziałam coś podobnego. Kiedy Doktor użył Łuku Kameleona, aby ukryć się przed Rodziną Krwi. Zapomniał, że jest Władcą Czasu, przeprogramował swoje ciało i mózg, stając się człowiekiem. Ale miał sny. Prowadził dziennik snów. Taki sam dziennik.

- To znaczy, że ona sobie przypomina? – zaniepokoił się Mickey.

- To były tylko sny – zaprotestowała Martha. – Nie wierzył w nie. Uważał, że to wytwory nadpobudliwej wyobraźni. Nie chciał w nie uwierzyć nawet, kiedy miał dowody na wyciągnięcie ręki. Dopiero otwarcie zegarka...

- Donna nie użyła Łuku Kameleona – przerwał Jack. – I nie uważa tych snów za wytwory nadpobudliwej wyobraźni. Wilfred twierdzi, że jest skonsternowana i przerażona. Myśli, że traci zmysły.

- O, Boże – wyszeptała Gwen.

- Może stracić więcej, niż tylko zmysły – dodał Jack.