.11.
Doktor, dysząc ciężko, uniósł głowę, by spojrzeć na istotę, która pojawiła się w jego celi. Nieco wyższa od przeciętnego człowieka, otoczona powłoką przypominającą chitynowe pancerze owadów, poruszała się ze zwodniczą powolnością. Zwodniczą, ponieważ kiedy Doktor spróbował ją zaatakować chwilę wcześniej, jedna z kończyn istoty odrzuciła go na ścianę z siłą, która wytłoczyła resztkę powietrza z jego płuc. Uderzył potylicą w plastimetalową ścianę, na moment niemal tracąc przytomność. Próbował się podnieść, ale ręce i nogi nie chciały go słuchać. Nigdy nie był silny fizycznie, a po wielu dniach, cóż, nazwijmy to po imieniu – po wielu dniach tortur – siły wystarczało mu ledwie na uniesienie głowy.
- Nie znam cię – wydyszał. – Nie wiem nawet, kim jesteś.
- To dlatego, że się zmieniłem – odpowiedział owadzi przybysz. – Ty też się zmieniłeś od naszego ostatniego spotkania. Nie podejrzewałem cię o próżność, ale widać się myliłem. Ładniutka buzia dla ładniutkiej towarzyszki. I gdzie jest teraz twoja Róża? Zaginęła za murem innego ogrodu, na innym świecie, w innej rzeczywistości.
Przykucnął obok Doktora, mierząc go spojrzeniem ludzkich oczu w owadziej twarzy. Oczy były stare, powleczone bielmem.
- Która to twoja inkarnacja, co? – spytał. – Dziesiąta? Och, ta twoja regeneracja. Jakże mnie ciekawi.
Doktor zacisnął wargi. Ta istota od wielu dni igrała z jego życiem, doprowadzając go na sam skraj regeneracji, zadając rany i cierpienie, pozbawiając wody i pożywienia, światła i powietrza, podając leki i trucizny, bawiąc się jego kosztem. W długim życiu Doktora nie brakowało żadnej z tych rzeczy, ale dawno już nie czuł się bezbronnym więźniem. Nigdy nie był ofiarą. Może za wyjątkiem czasów, gdy… Nieważne.
Najgorsze było to, że nikt nie mógł mu pomóc. W beznadziejnych sytuacjach zawsze mógł liczyć na pomoc ludzi, lub innych, nawet przelotnie napotkanych istot. Rose, rozbijająca na atomy armię imperatora Daleków; Mickey, w odpowiednim momencie posługujący się telefonem komórkowym; Ian Chesterton ryzykujący życiem w azteckich tunelach; Martha wędrująca przez spopielone ziemie pod rządami Władcy; nawet K9, poświęcający dla niego metalowe istnienie. A teraz Doktor był sam.
Sam, za wyjątkiem...
- Po prostu powiedz mi, kim jesteś – powtórzył. – Skoro spotkaliśmy się w przeszłości, powiedz kiedy?
- Sto lat temu. Za trzy lata. Wczoraj. Jaka to różnica, Władco Czasu?
- Będę mógł cię nazwać.
- Ach! – Istota zaśmiała się nieprzyjemnie. – Jakie to ważne. Nadawanie imion. Oswajanie cieni.
Nachyliła się nad Doktorem.
- Jesteś przewidywalny. Nazwałeś się Doktorem, badaczem, ponieważ boisz się niewiedzy, ignorancji i ciemności. Nazwałeś się inżynieram, ponieważ wierzysz, że wszystko można naprawić.
Wyprostowała się ponownie, wysoka i nieco straszna, ze starymi, ludzkimi oczyma wyglądającymi z obcego oblicza.
- Ja nie nadałem sobie imienia, zostałem nazwany przez rodziców, ale uznałem, że nazwali mnie słusznie. Pierwszy. Pierwszy stworzony. Pierwszy wygnany. Pierwszy ukarany niewspółmienie do swojej winy.
Przez dłuższą chwilę Doktor patrzył na istotę szeroko otwartymi oczyma.
- Adam – powiedział wreszcie, bardzo cicho, niemal szeptem.
Istota ze świstem wciągnęła powietrze.
- Brawo! A więc pamiętasz. Geocomtex. Podziemna baza Henry'ego van Stattena, Utach, rok 2012. Adam Mitchell.
- Zmieniłeś się – rzucił Doktor ostrożnie. – Naprawdę się zmieniłeś. Nooo, może nie całkiem, w każdym razie nie na lepsze.
- To? – Istota, która była kiedyś młodym, bystrym pracownikiem amerykańskiego multimilionera, wykonała gest, jakby prezentowała nowy i szykowny element odzienia. – To tylko kostium. Fizyczna powłoka, która nie zużywa się tak szybko jak ordynarne, ludzkie ciało. W pewnym sensie przypominam teraz ciebie, Doktorze – zmieniam kostiumy, aby oszukać śmierć. Żyję już tak długo, tak bardzo długo...
- Twoje oczy... – wtrącił Doktor - ...są stare.
- Minęło wiele lat.
- Ale jak to możliwe? – Doktor otrząsnął się z oszołomienia. Oparł się plecami o ścianę, a potem z wysiłkiem dźwignął się na nogi, i ruszył dookoła rozmówcy, zakładając ręce za plecy, wyciągając chudą szyję i wlepiając w badawcze spojrzenie w owadzią twarz Adama. Założyłby na nos okulary, gdyby nie fakt, że zostały mu odebrane wraz z sonicznym śrubokrętem i całą resztą niezbędnych gadżetów wypełniających zazwyczaj jego kieszenie. – Zostawiłem cię w domu, w roku 2012, miałeś siedzieć cicho i nie robić zamieszania...
- Nie zostawiłeś mnie w domu. Nie usprawiedliwiaj się, nie udawaj dobrotliwego wujaszka – wybuchnął Adam, odpychając go z powrotem na ścianę. – Wyrzuciłeś mnie jak śmieć. Popełniłem jeden błąd; nie chciałem zrobić nic złego; byłem tylko ciekawy. Byłem młody. Ty nie popełniasz błędów, co, Doktorze?
Doktor uniósł rękę i zwichrzył zmatowiałe, splątane włosy.
- Najwyraźniej jednak popełniam.
- Wyrzuciłeś mnie. Użyłeś mnie i wyrzuciłeś. Wiedziałeś, że moje życie równie dobrze mogło się skończyć; miałem w czole cholerny terminal komputerowy; moja głowa otwierała się na pstryknięcie palcami, można było zobaczyć mój mózg. Jak niby miałem żyć? Jak wyobrażałaś sobie moje, cholerne, życie? Jak miałem żyć?!
- Cicho? – bąknął Doktor.
Adam roześmiał się gorzko; nieludzkim, piskliwym śmiechem owadziej formy.
- Cicho?! Moja matka wpadła w histerię, kiedy to zobaczyła. Nigdy nie doszła do siebie. Mój ojciec wydał mnie w ręce władz. Nawet na mnie nie spojrzał. Nie próbował słuchać. Straciłem wszystko, w jednej chwili, dlatego, że ty przeszedłeś przez moje życie, ja straciłem wszystko.
Doktor wycofał się pod ścianę. Jego chwilowe ożywienie przygasło, wszelki kolor odpłynął ze znieruchomiałej nagle twarzy, do oczu wkradła się ciemność. Patrzył wprost na Adama, zaciskając wargi w białą kreskę.
- Byłem poddawany badaniom, przy których te moje testy na tobie są śmieszną igraszką. Istnieją inne organizacje niż Torchwood, czy UNIT. Mają wielkie, podziemne więzienia, ogromne instytucje badawcze, podziemne laboratoria. Przez rok, przez cały rok, poddawano mnie testom, próbom, zabiegom medycznym, torturom – mówił Adam gorączkowo. – Zamieniono mnie w monstrum Frankensteina. Nie pozostał chyba jeden fragment mojego ciała, którego nie przecinałyby blizny. Nie było takiego rodzaju bólu, którego by mi nie zadano. Cokolwiek mówiłem, jakkolwiek próbowałem się bronić, nikt mi nie wierzył.
Doktor milczał ponuro.
- Ocalił mnie czysty przypadek – ciągnał Adam. – Nawet nie wiem, co to było. Podejrzewam, że jeden niedowarzony eksperyment instytucji, w której mnie akurat więziono. Osunięcie czasu, trzy sekundy szczeliny temporalnej... Wylądowałem w roku 1996, gdzie przynajmniej nikt o mnie nie wiedział. Żyłem sobie spokojnie pośród innych bezdomnych wariatów, wdzięczny za drobne dobrodziejstwo anonimowości, i żyłbym tak pewnie aż do samotnej i gorzkiej śmierci, gdyby w... powiedzmy, że w ubiegłym roku, dla zachowania ciągłości temporalnej, bo przecież obaj wiemy, że czas nie jest bynajmniej linearny; a więc gdyby w ubiegłym roku nie uprowadzili mnie Dalekowie. Trafiłem na pokład ich statku, tego „Tygla", a ponieważ miałem już wówczas stopień naukowy w ukrywaniu się i zacieraniu śladów... cóż... Ukryłem się. Zatarłem ślady.
Podszedł do Doktora, napierając na niego chitynową piersią. W starych źrenicach jarzyła się nienawiść.
- Porzuciłeś mnie, Doktorze. Zniszczyłeś wszystkie dane, jakie udało mi się przesłać z Satelity Pięć. Ale zapomniałeś o jednym. Mogę połączyć się z komputerem. Z każdym komputerem. Nie z tymi ziemskimi maszynami z dwudziestego pierwszego wieku, ale kiedy runęły ściany wszechświatów, ściany wymiarów i czasu...
- „Tygiel" – powiedział Doktor.
Adam roześmiał się ponownie.
- Nareszcie znalazłem kompatybilny komputer. Znalazłem sposób, na zachowanie informacji. Wszystko tam było. Wszystko. Transmaty. Skok czasowy. Technologia temporalna. Twoja historia. Przyszłość i przeszłość. Dość informacji, by udać się we własną podróż. Wciąż gromadząc wiedzę. Wciąż szukając ciebie.
Powoli, powoli, Doktor zamknął oczy.
- Ale dokądkolwiek się nie udałem, zawsze byłem sam, zawsze byłem dziwadłem. Zawsze coś mi zgrażało. Zniszczyłeś mi życie, Doktorze, a ja zamierzam odpłacić ci tym samym – dokończył Adam.
Zapadła cisza. Doktor milczał, stojąc pod ścianą, z opuszczonymi powiekami i rękoma zwisającymi bezwładnie wzdłuż ciała.
- Nic nie powiesz? – warknął wreszcie Adam.
- Twoje oczy są takie stare – wyszeptał Doktor. – I nadal chcesz tylko niszczyć? Widziałeś czas, widziałeś, jak wszystko się kończy, jak mija. I nadal chcesz niszczyć. Miałem rację, kiedy wyrzuciłem cię z TARDIS. Podróżuję tylko z najlepszymi, powiedziałem. A ty nie jesteś...
Uderzenie wycisnęło mu powietrze z płuc. Chitynowe wypustki na odnóżu Adama głęboko rozcięły skórę na wysokości splotu słonecznego. Osunął się pod ścianą, rozpaczliwie szukając rękoma czegoś, czego mógłby się uchwycić.
- Zabiorę ci tajemnicę regeneracji – wyrzucił Adam, nachylając się nad nim. – Zabiorę ci ostatni okruch energii. Zabiorę wszystkie wspomnienia i tajemnice. A kiedy pozbawię cię tego wszystkiego, oddam cię moim Władcom.
Zadrżał nagle i zniknął w głuchej implozji transmaty.
- Władcom? – wydyszał Doktor w stronę kupki pyłu, jaka pozostała na podłodze po gwałtownej reakcji teleportu. – Jakim Władcom? Jakim Władcom?!
