.17.
Pozostało tylko powiedzieć „Żegnaj."
Mickey czujnie obserwował Doktora. Rana w jego piersi zagoiła się w rekordowym tempie (oczywiście Mickey nie miał pojęcia, jakie tempo miałoby być rekordowym w odniesieniu do Władcy Czasu, ale i tak uważał, że trzy dni spędzone w łóżku nie są zbyt wysoką ceną za serce przeszyte na wskroś ostrą wypustką chitynowego odnóża; nawet jeśli ma się dwa serca). Doktor nadal był bardzo słaby i chorobliwie blady. Pod oczami miał cienie. Szedł do Lodowni powoli, z wysiłkiem, lewe ramię trzymał blisko ciała, chroniąc świeżo zabliźnioną ranę.
- Jesteś pewien, że nie chcesz zostać na dłużej, Doktorze?
- Absolutnie. – Doktor potrząsnął głową. – Znasz mnie. Nie potrafię ustać w miejscu. A tym bardziej uleżeć.
- Jack mnie zastrzeli, kiedy się dowie – jęknął Mickey.
- Nie trafi, jeśli będziesz robił szybkie uniki.
- Ha-ha, bardzo zabawne! I nie myśl sobie, że między nami wszystko w porządku. Porozmawiamy sobie kiedyś na ten temat.
- Na jaki...?
- Zaczynacie podróżować w czasie i przestrzeni, i ani się obejrzysz, a zapominacie, żeby się odezwać, albo zajrzeć. Wiem, wszystko tutaj jest takie zwyczajne, takie pospolite. Ale, Doktorze, to jest dom.
- Nie mój.
- Tak, wmawiaj to sobie. – Mickey wykrzywił usta. – Masz tu rodzinę i to jest twój dom.
- Nie... nie jestem specjalnie domowy... ani rodzinny – słabo odpowiedział Doktor.
- Pewnie. – Mickey szedł korytarzem, nie oglądając się na Doktora. – Wiesz co, gadasz bzdury. I tyle. Myślisz, że ja nie wiem, jak to jest, ale ja wiem. Ja wiem. Cała różnica pomiędzy nami polega na tym, że ja nie uciekam. To znaczy raz uciekłem, kiedy zostałem w świecie Pete'a, ale już tego nie robię. To może nie jest moja prawdziwa rodzina, ani mój prawdziwy dom, ale zamierzam się go trzymać.
- To znaczy, że mam częściej dzwonić?
- To znaczy, że masz w ogóle dzwonić – zaśmiał się Mickey. – I... znajdź sobie kogoś, co? Bo w pojedynkę jesteś zupełnie do niczego.
Doktor zatrzymał się na moment, opierając się ręką o ścianę. Mickey obejrzał się zaniepokojony i dostrzegł, że Doktor patrzy na niego dziwnie, z namysłem.
- Co?
- Chcesz lecieć ze mną? – spytał Doktor. Przez chwilę Mickey rozważał tę propozycję. Potem pokręcił głową.
- Nie. Bez urazy. Ale nie. – Westchnął głęboko. – Znów wylądujesz na jakiejś planecie i natychmiast zacznie się bieganina, ratowanie całego świata i różne takie. Ale to nie będzie mój świat. Może Rose potrafiła to pojąć, ale ja nie potrafię. Te czasy i miejsca... Nie są moje. Nie mogę martwić się o to wszystko... i walczyć o to wszystko... kiedy mam tyle roboty tutaj, na Ziemi.
Doktor posłał mu krzywy uśmieszek.
- Rozumiem... Acha, i...eeem... nie mów nikomu, że ci to zaproponowałem, co?
- Jeśli ty nie powiesz, że ci odmówiłem.
- Mickey Smith, obrońca Ziemi – powiedział Doktor. Mickey już zaczął się krzywić, gotowy wystąpić z ostrą ripostą, kiedy dostrzegł ile w słowach Doktora było ciepła i podziwu. Wzruszył niepewnie ramionami.
- Tak... Tak myślę... Tak – mruknął. – No, to chodźmy już, miejmy to za sobą.
Otworzył przed Doktorem drzwi Lodowni. Po drugiej ich stronie, z rękoma wspartymi o biodra i przekrzywioną lekko głową czekał na nich Jack Harkness. Mickey cofnął się o pół kroku.
- A nie mówiłem? – jęknął. – Teraz mnie zastrzeli.
- Najwyżej trzasnę cię w ucho – poprawił go Jack.
– A więc szukasz towarzysza podróży, Doktorze – zwrócił się do stojącego za Mickey'em mężczyzny. Doktor uniósł brwi. Jack opuścił ręce i wzruszył lekko ramionami. – Głos strasznie się niesie w tych korytarzach.
- Nie szukam towarzysza podróży – odpowiedział Doktor.
- Delikatnie dajesz mi do zrozumienia, że nie jesteś zainteresowany? – zaśmiał się Jack.
- Delikatnie? – odpowiedział natychmiast Doktor, a Mickey zachichotał cicho.
- Przynajmniej nie uciekasz już na mój widok – pocieszył sam siebie Harkness.
- Wnioskuję, że to nie jest częsta reakcja?
- Hmm, dzięki bogu póki co, najczęściej to ja jestem ściganym.
- I łudź się dalej – mruknął Mickey.
- Ty przyciągasz kłopty i ja przyciągam kłopoty – powiedział Doktor, uśmiechając się blado do Jacka. – Dwie przyciągające kłopoty anomalie na pokładzie ostatniej TARDIS we wszechświecie? To nie może się dobrze zakończyć.
- Mam Torchwood, wiesz? – odparł Jack. – Mam moją ekipę. Nie mogę ich zostawić. Muszę zająć się tym tutaj „obrońcą Ziemi." (Mickey natychmiast uskoczył przed Jackiem, próbującym zamknąć go w uścisku). I nie jestem anomalią. Przyszedłeś pożegnać się z Donną?
Doktor zawahał się na moment.
- Pożegnać? Nie, pożegnać. To nie brzmi, jak powinno: „Pożegnać." Nie, musi być jakieś inne słowo, jakieś inne...
- Rozstać się? – podpowiedział Mickey. Minę miał poważną, twarz dziwnie ściągniętą. Wyciągnął rękę i lekko poklepał Doktora po rękawie marynarki.
Jack cofnął się o krok, pozwalając Dotorowi wejść do wnętrza Lodowni. Sarkofag Donny stał w jej centralnym miejscu – wielka, poobijana skrzynia przypominająca sklepową zamrażarkę, co nie byłoby takim bezsensownym porównaniem gdyby nie stopień komplikacji tej unikatowej maszynerii. Kiedy Doktor podszedł bliżej, zobaczył Donnę przez oszronioną taflę szkła – leżała bez ruchu, bez oddechu, biała niczym marmur, w aureoli ognistych włosów, oplątana przewodami i rurkami – cyberpunkowa Śpiąca Królewna w szklanej trumnie, oczekująca na przybycie księcia z futurystycznej bajki. Tyle, że w życiu Donny Noble nie było książąt ani bajek. Jedyna niezwykła opowieść, zapoczątkowana tak prozaicznie, wyborem kierunku u wylotu ulicy, okazała się koszmarem, który pozbawił ją wspomnień, normalności, być może życia.
Donna Noble, która ocaliła wszystkie wszechświaty.
Donna Noble, która ocaliła Doktora, oooch na tyle sposobów i tyle razy.
Donna Noble leżała tutaj w lodowej trumnie, czekając wbrew wszelkiej nadziei na pocałunek życia.
Doktor zachwiał się na nogach i musiał oprzeć o wieko sarkofagu. Było tak zimne, że zabolały go dłonie. Jack natychmiast złapał go pod rękę, ale Doktor odepchnął go rozdrażniony.
- Powiedziała, że świat jest pęknięty? – spytał sucho. – Że adaptacje przenikają przez szczeliny?
Harkness niepewnie skinął głową.
- Mówiła mnóstwo dziwnych rzeczy – rzucił.
– W sumie gadała dokładnie tak jak ty – dodał Mickey.
- Coś się wydarzyło – powiedział Doktor z namysłem. – Coś się wydarzyło, a ona to wyczuła. Adam wspomniał o osunięciu czasu, o trzech sekundach anomalii, dzięki którym znalazł się w przeszłości. A Donna odpowiadała na pytania, zanim je zadaliście. To są echa, Jack. To są fale jakiegoś wydarzenia, i muszę je zlokalizować zanim będzie za późno.
Jack chciał najwyraźniej coś powiedzieć, ale po zastanowieniu skinął tylko głową. Mickey przestąpił z nogi na nogę, złożył ręce, zatarł je, a potem wetknął głęboko w kieszenie. Otworzył usta i zamknął je. Znów je otworzył, i znów nie zdobył się na to, by cokolwiek z siebie wydobyć. Doktor spojrzał na niego, unosząc brwi.
- Co?
- Nic.
- Widzę, że coś, Mickey.
- Nic... To znaczy... Nic. – Mickey zagryzł wargi. – Ale... Znów to robisz, Doktorze. Zawsze tak robisz. Zawsze. Po prostu odchodzisz. Jak od Rose...
- Mickey, nie... – W głosie Doktora nagle pojawiło się mnóstwo bólu.
- Ale to prawda! Wybierasz jakieś władcoczasowe wyjście ewakuacyjne i ani się waż zaprzeczać! Wyczarowujesz ludzkiego bliźniaka? Wszystko dla niej? A co z tobą, w takim razie?
- Ze mną wszystko w porządku. – Doktor uśmiechnął się słabo, ale Mickey zdenerwowany uniósł głos niemal do krzyku.
- Nie! Powiesz, że wszystko w porządku, i wsiądziesz do tej swojej budki i znów zrobisz coś cholernie głupiego, bo tak naprawdę to nic nie jest w porządku, a ty już najmniej ze wszystkiego. Pożegnałeś się z nami i wskoczyłeś do TARDIS tylko po to, by dać się zabić!
Doktor odetchnął ciężko.
- Przyzwyczaiłem się do samotności – powiedział. – Przywykłem do tego, że tracę ludzi, że się z nimi rozstaję, że ich porzucam, albo patrzę jak się starzeją i umierają. Jestem Władcą Czasu, Mickey. Kosmitą.
- Tak, a my jesteśmy durnymi małpami! – odparował natychmiast Mickey. – I co z tego? Przynajmniej nie odgrywamy komedii. Nie udajemy, że cały wszechświat opiera się nam na ramionach, bo wszechświat nie opiera się na niczyich, cholernych, ramionach, i ty nie jesteś żadnym wyjątkiem, i może ci być ciężko, kiedy ktoś, kogo bardzo polubiłeś, leży zamrożony, a ty nie możesz jej ocalić, tak jak ona ocaliła ciebie, i oczywiście zmieniasz temat, i udajesz, że masz tyle roboty, te wszystkie szczeliny i anomalie, a tak naprawdę chcesz się tylko wymknąć i znów...
- Mickey, zamknij się – cicho poradził Jack.
Przez dłuższą chwilę Doktor stał bez ruchu, patrząc przez grube szkło sarkofagu na spokojną twarz Donny. Potem poruszył ramionami i zatopił ręce w kieszeniach spodni.
- Taaa – mruknął. – To ja już tego...
- W sumie lepiej... – odmruknął zażenowany Mickey.
- To mi przypomina, że mam coś dla ciebie – uratował ich obu Harkness. Zanurzył się w cieniu za sarkofagiem, a kiedy ponownie się wyprostował, w rękach miał jasnobeżowy, miękki płaszcz. – To nie jest oryginał, ale jak na podróbkę jest doskonały.
- Płaszcz 1.2? – uśmiechnął się Doktor.
- Żeby nie było, że masz wyłączność na sporządzanie kopii.
- Dzięki.
- A jeśli chodzi o tego... Adama – Harkness zmarszczył brwi. – Jak myślisz, kim oni są? Ci Władcy?
- Cóż... Kiedy spotkałem go za pierwszym razem, był tam Dalek. – Doktor założył płaszcz i spoglądał po sobie, obracając się to w jedną, to w drugą stronę; znów przybrał lekceważący ton. – Adam zdobył całą swoją wiedzę na pokładzie Tygla. Więc możemy chyba bezpiecznie założyć, że Dalekowie są w to jakoś zamieszani.
- Nie wydajesz się tym bardzo zmartwiony?
- To w sumie jakby nieuniknione, nie sądzisz. Musiałbym być ślepy, głuchy i głupi, żeby pomyśleć, że się ich pozbyłem. Nigdy się ich nie pozbędę. Próbowałem wszystkiego, Jack, przepisałem na nowo ich historię, zabiłem ich wszystkich, a mimo to wrócili. Więc, tak, myślę, że to mogą być oni. I myślę, że znów się spotkamy. I znów będziemy walczyć. Ale nie dzisiaj. Dziś mam inne zmartwienia. Inne zajęcia. Nie mam czasu, żeby przejmować się podłymi, cholernymi, kosmicznymi pieprzniczkami.
- Nie, naprawdę, nie – uśmiechnął się Jack.
- Muszę powiązać luźne wątki. – Doktor odgarnął połę płaszcza i wyjął z kieszeni marynarki małe, poobijane urządzenie, u dołu przyozdobione trzema kolistymi szczotkami, u góry zwieńczone soczewkowatym otworem. – Jedna tania sztuczka. To nie powinno zająć zbyt wiele czasu.
- Tania sztuczka? – powtórzył Jack bez zrozumienia. Doktor puścił do niego oczko.
- Cela 7B. Środy i piątki.
- Co to jest? – zapytał Mickey.
- Małe, sprytne urządzenie – odpowiedział Doktor. – Mały mechaniczny zamiatacz pokładu. Odkurzacz. Większy w środku niż na zewnątrz.
Po raz ostatni spojrzał na Donnę, śpiącą spokojnie w swojej kryształowej trumnie. Podrzucił odkurzacz, złapał go w locie i długimi krokami ruszył w kierunku korytarza.
- Czas nie jest linią prostą, wiodącą od przyczyny do skutku, z przeszłości w przyszłość – powiedział już w marszu. – Czas jest nie tylko przeszły i przyszły, dokonany i niedokonany, teraźniejszy, ciągły i prosty. Czas może być nieprzeszły, i zaprzyszły, i niedokońcateraźniejszy. Jeśli wie się jak, można biegać po jego liniach, przecinać je i naginać do woli. I ja zamierzam to wykorzystać. Jedna tania sztuczka. A potem jedna bardzo, bardzo droga.
Mickey i Jack popatrzyli po sobie za jego plecami.
KONIEC ODCINKA PIERWSZEGO
W NASTĘPNYM ODCINKU
SZTUKA NIEPAMIĘCI
- Nie mogę tego rozgryźć. – Doktor przeczesuje palcami włosy. – Nie rozumiem.
- Och, nie poddawaj się tak łatwo – mówi Donna.
- Łatwo?! To ma być łatwo?!
***
Ood Theta stoi naprzeciw Doktora w wyludnionym korytarzu.
- Oooch – mówi Doktor zaskoczony i zasmucony. – Nie mów mi, że nic się nie zmieniło. Nic a nic? Nadal musicie... służyć?
***
Ood Kappa rozmawia z Thetą.
- Ludzie zakończyli swoją pieśń. Zostaliśmy tylko my dwaj.
***
Donna w powłóczystej sukience i z włosami posplatanymi w warkocze, z mieczem w wyciągniętych rękach, stoi nad brzegiem jeziora, naprzeciwko dwóch chłopców.
- Co się gapisz, krewetko? Bierzesz miecz, czy nie, nie będę tutaj stała do nocy.
***
Doktor stoi przed grupką przerażonych ludzi.
- To nie jest realne – mówi z naciskiem.
- Zapomnij o tym – odpowiada jeden z ludzi. – Musisz grać, albo to wypali ci mózg. Nawet nie próbuj sobie przypomnieć. Wspomnienia są niebezpieczne. Wspomnienia cię zabiją.
***
Doktor pędzi przez gęsty las, a za nim z okropnym łomotem tratowanych krzaków i drzew pędzi coś, czego nie widać. Doktor potyka się i upada w leśne poszycie. Włosy zlepione ma potem, dyszy ciężko. Z przerażeniem patrzy w górę...
***
- I ty! – Doktor oskarżycielsko wyciąga palec w stronę Donny, siedzącej na sofie w swobodnej pozie i ze zblazowaną miną. – Nie masz prawa tutaj być!
I W DALSZYCH ODCINKACH
WIRTUALNEGO SEZONU PIĄTEGO:
- To jest, normalnie, magia! No nie? Magia! Donna Noble, obywatelka Ziemi, z Chiswick, Londyn, w EDENIE!
Sposób w jaki zaakcentowała ostatnie słowo sugerował, że faktycznie znalazła się w raju.
- Mmm... – powiedział Doktor.
***
- Jesteśmy w Średniowieczu! – odkrzyknął.
- Bo trzeba ją było porządniej zaparkować – zakpiła Donna.
- Co?!
- TARDIS.
- Co?!
***
Lodownia zadrżała, ściana, w której utkwiła wcześniej TARDIS zarysowała się siecią pęknięć. Martha słyszała eksplozje dobiegające z głównej sali Osi, mieszczącej Manipulator Szczeliny. Lampy ponad jej głową rozjarzyły się, jakby docierał do nich prąd o zbyt wysokim napięciu i natężeniu. Jedna po drugiej, żarówki zaczęły pękać, rozsiewając iskry i stopniowo pogrążając Lodownię w półmroku świateł awaryjnych.
- Nie! – wrzasnął Jack.
- Tak! – odwrzasnął Doktor.
***
- To jest kostka Rubika! Prawdziwa, oryginalna kostka Rubika!
- Taaa. – Donna otuliła się szczelniej kożuchem i zatupała nogami. – A ja jestem kostką lodu. Znowu!
***
Oczy Donny w świetle kaganka, zrobiły się wielkie i lśniące. Zza okna, z wstawionymi w nie malutkimi, nieprzejrzystymi szybkami, dobiegały krzyki, płacz, rżenie koni, łomot młotków, zabijających deskami kolejne drzwi, bicie dzownów i głosy obwoływaczy „Wynieście swoich zmarłych!".
***
- Wszyscy na panią czekają, Generale.
Kobieta siedząca w wielkiej, białej komnacie, z oknami wychodzącymi na miasto, na pasmo gór w oddali, pod ciemniejącym niebem o barwie wypalonego oranżu, odwróciła się od lustra i powoli wstała z krzesła. Poprawiła ułożenie fałd długiej, lśniącej sukni, ozdobionej wysokim, sztywnym kołnierzem, podtrzymującym kunsztownie upięte, ogniście rude włosy.
- Och, nie, proszę, tylko nie „Generale" – powiedziała. – Donna. Po prostu Donna.
***
- Co ty zrobiłeś, Doktorze? – z nagłym zrozumieniem w głosie zapytał Jack. – Co zrobiłeś?
***
- Kurczę – powiedziała niepewnie Donna. – Ale miałam sen!
