- 3 -
Gdy tylko ostatnie promyki słońca skryły się za wietnamskim horyzontem, oddział komandosów ze Stumilowego Lasu wyruszył w drogę. Zakamuflowani naciętymi gałęziami, z twarzami pomalowanymi w ochronne wzory i przemieszczający się z najwyższą ostrożnością, stanowili ciężki do wypatrzenia cel. W tym upatrywali swoją szansę.
Musieli nadłożyć solidny kawał drogi, aby obejść obóz Wietnamczyków dookoła i dostać się do niego z drugiej strony. Mieli do przejścia około pięciu mil w pełnym skupieniu a noc nie stawała się krótsza – nic więc dziwnego, że nie mitrężyli czasu na zbędne pogaduszki. Każdy z nich wiedział co ma robić i robił to najlepiej jak potrafił. Czyli idealnie, bowiem na nic poniżej perfekcji nie było ich stać. Nie, jeżeli chcieli przeżyć tę akcję i jeszcze kiedyś wrócić do Stumilowego Lasu.
Oddział posuwał się powoli. Komandosi dokładnie sprawdzali teren przed sobą, zanim zrobili krok, uważnie rozglądali się w poszukiwaniu miejsc, z których mogłyby obserwować ich wietnamskie oczy. Jak do tej pory szło gładko, ale zawsze należy spodziewać się najgorszego.
Mieli szczęście, najgorsze nie nadeszło. Przynajmniej jeszcze nie. Ale jeszcze wiele się mogło wydarzyć.
Dochodziła godzina trzecia nad ranem, kiedy oddział dotarł w końcu do obranego punktu przeznaczenia. Żołnierze przyczaili się w bezpiecznej odległości od obozu Wietnamczyków, udając rosnące sobie przypadkiem krzaczki, i rozpoczęli obserwację.
– Nie widzę zbyt wielu strażników – szepnął Kłapouchy, który miał najlepszy wzrok z całej grupy. W końcu nie bez kozery był snajperem.
– Czają się, jak nic – warknął Królik, który dobrze pamiętał jakie przywitanie zgotowała im ta „garstka" żółtków.
– To jaki jest plan, Kubusiu? – spytał naturalnie zakamuflowany przez noc Prosiaczek.
– Hmmm... – sierżant Kubuś namyślił się przez chwilę. – Dobra, rozdział pozycji. Kłapouchy, zaczaisz się gdzieś w okolicy, będziesz snajperował z krzaka.
– Tak jest!
– Króliku, ty się zajmiesz rozmieszczeniem ładunków wybuchowych dookoła obozu, w strategicznych punktach. Zdetonowane w odpowiedniej chwili wprowadzą trochę zamieszania, co powinno nam pomóc.
– Tak jest!
– Ja i Prosiak stanowimy główny oddział uderzeniowy, Sowa i Królik stanowią wsparcie.
– Tak jest! – odparli Sowa i Królik unisono.
Kubuś krótko kiwnął głową.
– Zatem do dzieła. Królik, idź minować. Kłapouch, osłaniaj go. Reszta czeka.
– Tak jest!
Kłapouchy przesunął się kilka metrów żeby poprawić swoje pole widzenia i zarazem celność. Zaraz potem Królik pomknął chyłkiem w stronę wietnamskiego obozu. Jego zadanie było trudne – rozłożyć ładunki wybuchowe dookoła obozu. Musiał bardzo uważać, żeby nie dać się zauważyć – w przeciwnym wypadku pozostawało liczyć na refleks i celne oko Kłapouchego. Najbardziej niebezpieczny był odcinek po przeciwległej stronie obozu, gdzie Królik nie mógł liczyć na wsparcie snajpera, ale udało mu się przemknąć niepostrzeżenie. Chociaż ze dwa razy niewiele brakowało.
Trochę ponad godzinę później Królik był z powrotem w punkcie zbornym. Jego plecak z materiałami wybuchowymi był prawie pusty, za to w mroku groźnie lśniły trzy detonatory.
– Melduję wykonanie zadania, panie sierżancie – sapnął Królik, stanąwszy w końcu przed Kubusiem.
– Świetnie – Kubuś klepnął towarzysza w ramię, po czym spojrzał na podświetlany cyferblat swojego zegarka. – Jest godzina 0407, zaczynamy akcję o 0430. Wtedy będzie już się trochę rozjaśni i Kłapouchy będzie w stanie coś zdziałać, a jednocześnie będzie na tyle ciemno, żebyśmy mogli wykorzystać zaskoczenie. A zaskoczenie dadzą nam miny Królika. Króliku...?
– Tak jest. Rozlokowałem trzy ładunki, po prawej, lewej i z tyłu obozu, patrząc z naszej pozycji. Znajdują się w różnej odległości od granicy obozu, co było wymuszone warunkami.
– Dziękuję, Króliku. Zdetonujesz ładunki w kolejności lewy–prawy–tylny, w odstępach półminutowych. Jednocześnie z pierwszą eksplozją ja i Prosiaczek przypuszczamy szturm; ty i Sowa ruszacie równocześnie z ostatnim wybuchem. Kłapouchy siedzi na miejscu i nas skutecznie osłania. Pytania?
Sierżantowi odpowiedziała cisza. Jak zwykle zresztą.
– W porządku. W takim razie mamy 20 minut na odpoczynek. Wykorzystajmy je dobrze.
To powiedziawszy, sięgnął po swoją piersiówkę, która znów poszła w obieg.
