- 4 -

Potężna eksplozja rozdarła nocną ciszę.

Mały oddział komandosów przypuścił wściekły szturm na obóz Wietnamczyków, wykorzystując przewagę zaskoczenia i zamieszanie spowodowane eksplozją. Zanim Wietnamczycy zdążyli choćby pomyśleć, dwaj strażnicy leżeli już martwi, skoszeni seriami z broni maszynowej Kubusia i Prosiaczka. Niedługo potem eksplodowała druga mina, po przeciwnej stronie obozu. Ten ładunek znajdował się bliżej prostych, drewnianych chat niż pierwszy, skutkiem czego spowodował większe straty – ognisty podmuch zmiótł jakąś lichą chatynkę. Musiał się w niej znajdować pewien zapas amunicji, gdyż tuż po chwili następna eksplozja targnęła nocą.

Kiedy na tyłach obozu rozległ się trzeci wybuch, Kubuś z Prosiaczkiem dopadli już do obozu i rozpoczęli masakrę. Przykucnęli pod ścianami rozpadających się chatek, rażąc ogniem nadbiegających wrogów. Ci potrzebowali dłuższej chwili żeby w ogóle zorientować się w kierunku, z którego nadciągał przeciwnik – wielka w tym zasługa Królika.

Ten zaś, wespół z Sową, już pędził w dół zbocza, skręcając lekko w bok, żeby zaatakować od trochę innej strony niż Kubuś z Prosiaczkiem. Dobrego zamieszania nigdy dość. Niebawem też wpadli między prowizoryczne zabudowania, kosząc Wietnamczyków seriami ze swoich M–16. A te nie pozostawiały żadnych wątpliwości, kto tutaj jest górą.

Kłapouchy obserwował to wszystko przez lunetkę swojej snajperki. Pilnie wypatrywał, czy jego towarzyszom nie zagraża żadne niebezpieczeństwo nadciągające ze strony, w którą akurat nie mogli spojrzeć. Kilka razy paru nieszczęśliwców zaplątało mu się pod celownik, ale w ogólnym rozrachunku Kłapouchy nie miał zbyt wiele do roboty. To znaczy, miałby znacznie obfitszy plon, gdyby polował na własną rękę, ale jego rozkaz był jasny – osłaniać kumpli. Tak więc osłaniał.

W obozie trwała krwawa rzeź. Wietnamczycy padali jak deszcz w porze monsunowej, krew spływała po udeptanej ziemi. Słychać było tylko krzyki mordowanych i huki wystrzałów.

– Żryjcie ołów, jebane żółtki!!! – wrzeszczał Prosiaczek, kosząc swoim Vulcanem na lewo i prawo. – Za Stumilowy Las, kutasy!!!

Kubuś kucając opierał się o ścianę chatki, strzelając krótkimi celnymi seriami ze swojego M–60. Co chwila od jego kul padało w fontannie krwi jakieś żółte ciało.

Niedługo potem oddział złożony z Królika i Sowy zrównał się ze swoimi kolegami, nadchodząc od boku. Bez słowa zwarli się w grupę, każdy pilnując swojej strony teatru działań, i w ten sposób posuwali się przez obóz, metodycznie oczyszczając go z pozostałych przy życiu Wietnamczyków.

Cała akcja trwała trochę ponad pięć minut. Po tym czasie w obozie zapadła martwa cisza, której nie przerywały nawet skrzeki padlinożerców. Żywiące się trupami czarne ptaki uciekły wystraszone kanonadą, ale jeszcze zdążą na ucztę. Zawsze zdążają.

– Oddział, zbiórka! – zawołał sierżant Kubuś. – Meldować!

– Królik w porządku!

– Prosiaczek w porządku!

– Sowa w porządku!

– Świetnie. Sowo, idź po Kłapouchego.

– Tak jest! – rzucił krótko Sowa i oddalił się w stronę miejsca, w którym zaczaił się snajper.

– Królik, Prosiak – rozdzielamy się, szukamy Tygrysa. Kto znajdzie go pierwszy, niech krzyczy. Prosiak, sprawdź tamtą część obozu – Kubuś machnął ręką w stronę, w której miała miejsce pierwsza eksplozja – Królik sprawdzi przeciwległą, ja biorę środek. Rozejść się!

– Tak jest! – zawołali Królik i Prosiaczek równocześnie. W następnej chwili już ich nie było.

Szybkie oględziny obozu nie wykazały niczego niezwykłego – czyli dokładnie tak, jak powinno być. Za to w jednej z chat bliżej środka Kubuś dość szybko znalazł Tygrysa, przywiązanego do jakiejś metalowej konstrukcji, całego w sińcach i krwi. Wnet zawołał Królika i Prosiaczka. Razem z nimi przyszli też Sowa i Kłapouchy, którzy akurat odnaleźli się z Królikiem, gdy wracali ze stanowiska snajperskiego.

– Tygrys! – zawołał Królik, dopadając do ledwo przytomnego przyjaciela. – Ja pierdolę, Tygrys, co oni ci zrobili?!

– ....ólik...? – szepnął cicho Tygrys, po czym zaniósł się kaszlem. Splunął krwią.

– Spokojnie, przede wszystkim go uwolnijmy – rozkazał Kubuś. – Pogadamy potem.

Królik z Kubusiem ostrożnie odwiązali Tygrysa, delikatnie odginając stalowy drut, który wrzynał mu się w ciało, po czym ułożyli go na rozpadającej się pryczy w rogu pokoju. Królik zrolował swój mundur i podłożył przyjacielowi pod głowę. Ten westchnął ciężko, ale z wyraźną ulgą, że jest wśród towarzyszy.

– Mów, Tygrysie, co się z tobą działo? – zapytał z troską w głosie, kucając obok nędznej pryczy.

– Złapali mnie... po tym jak zjechałem ze zbocza – wyszeptał Tygrys, jakby był zbyt wycieńczony żeby mówić głośno. – Wzięli tutaj, przywiązali... – skrzywił się. – Nie było to przyjemne...

– Wypytywali cię? – spytał rzeczowo sierżant Kubuś.

– Tak... – Tygrys słabo kiwnął głową.

– O co pytali?

– Nie wiem, pytali po wietnamsku...

– A to chuje! – zmełł przekleństwo Prosiaczek.

– Ale była jeszcze... – Tygrysem targnął kaszel – ...była jeszcze jakaś kobieta... Ją też wypytywali...

– Co się z nią stało?

– Zabrali ją... zanim się zjawiliście... nie wiem co z nią zrobili...

Kubuś zamyślił się nad wypadkami ostatnich minut.

– Dobra, przede wszystkim niech Sowa powiadomi generała o sytuacji. Tygrys musi odpocząć, zaczekamy tutaj parę chwil żeby nabrał nieco sił. Królik i Prosiak – warta przed chatą, Kłapouchy na dach, wypatrywać czy nic się nie dzieje. Wykonać.

Odpowiedzią było zbiorowe „tak jest!", po czym wszyscy rozeszli się na Jak zwykle zresztą w takich przypadkach.