- 5 -
Była godzina szósta rano, kiedy oddział ze Stumilowego Lasu zostawił za sobą pozostałość po wietnamskim obozie. Generał Krzyś, po zapoznaniu się z sytuacją, nakazał oddziałowi przedostać się na południe, na pola ryżowe w okolicy Phú Cuong. Stamtąd podejmie ich helikopter, który zabierze ich do bazy na wyspie Cù Lao Thu, a stamtąd już wrócą prosto do domu.
Ze względu na stan Tygrysa oddziałek posuwał się bez pośpiechu, ale z należytą ostrożnością. W tym dziwnym kraju nigdy nic nie wiadomo. Trzeba stale mieć oczy dookoła głowy, jeżeli nie chce się jej stracić.
– Jak tam, Tygrysie, dochodzisz do siebie? – spytał troskliwie Królik, który razem z Sową pomagali iść rannemu kamratowi.
– Jasne, jestem już prawie starym dobrym sobą – uśmiechnął się Tygrys zawadiacko, choć niewyraźnie. Wciąż jeszcze był w kiepskim stanie. Niemniej wyglądał już nieco lepiej, na co pewien wpływ miała sławetna piersiówka wysokoprocentowego miodu. Jakiś cudem komandosi wciąż jeszcze jej nie osuszyli.
– Pieprzone żółtki same sobie zasłużyły na siekaninę, jaką im sprawiliśmy – warknął Prosiaczek, po czym splunął siarczyście.
– Heh, pięknie ich załatwiliście – pochwalił kolegów Tygrys. – Szkoda że nie widzieliście jaką mieli minę, kiedy się wszystko zaczęło!
– Żałujemy, że ty widziałeś – wtrącił Kłapouchy, który ani na moment nie pozwalał sobie na rozluźnienie dyscypliny i bacznie lustrował teren, ze szczególnym uwzględnieniem punktów, w których mogliby się zaczaić wrodzy snajperzy. Ot, zboczenie zawodowe.
– Właśnie – kiwnął głową Kubuś. – No ale cię koniec końców wyciągnęliśmy, a wszystko dobre i tak dalej. A teraz skupmy się na dotarciu na tamte pola ryżowe. Mamy kawałek do przejścia, a Tygrys za szybko kulasami przebierać nie może, tak więc nie ma co dodatkowo mitrężyć czasu.
Dalsza droga przebiegała w miarę spokojnie, chociaż raczej powoli i dość monotonnie. Jedynym urozmaiceniem, na jakie się natknęli, był wrak jakiegoś śmigłowca oraz powieszone za nogi i obdarte ze skóry zwłoki jego pasażerów. Scena jak z jakiegoś filmu.
Maszerowali dość długo, ale w końcu dotarli na rozległe pola ryżowe na północ od Phú Cuong. W tym czasie Tygrysowi się wydatnie poprawiło, choć jeszcze widać było że ciepłe łóżko i solidne posiłki bynajmniej by mu nie zaszkodziły. Docierając na granicę pola, wywołali przez radio bazę na Cù Lao Thu i zamówili transport, podając swoje współrzędne. Teraz pozostawało już tylko czekać.
Czas potrzebny na dotarcie helikoptera umiliła weteranom gawęda, piersiówka oraz zapas szlugów, niekoniecznie w tej właśnie kolejności. W końcu wreszcie dał się słyszeć łopot łopat wirnika, a parę chwil potem w zasięgu wzroku pojawił się ciężki wojskowy Hind.
– Dobra, żołnierze, szykujcie się. Spadamy z tej dziury – zaordynował sierżant Kubuś. Parę chwil później oddział opuścił zasłonę drzew i wysunął się na pole ryżowe, aby pokazać się pilotowi Hinda. Ten niebawem ich dostrzegł i obrał właściwy kurs, aby podjąć ekipę.
Nie upłynęło pięć sekund, kiedy helikopter eksplodował, a płonące szczątki runęły z nieba na podmokły grunt.
Żołnierze przez chwilę po prostu stali tam i gapili się, nie rozumiejąc. Z odrętwienia wyrwał ich dźwięk przeładowywanego karabinu i dobrze im znany, zawsze chłodny, spokojny i opanowany głos Kłapouchego:
– Rączki do góry, chłopaki, grzecznie i powoli.
Towarzysze popatrzyli na Kłapouchego z niedowierzaniem.
– Kłapouch, co ci? – wybąkał Tygrys.
– Ty tego nie zrozumiesz. A teraz łapy do góry i żadnych gwałtownych ruchów.
Nikt nie zdążył mu na to odpowiedzieć, gdyż w tej właśnie chwili z lasu wyszedł liczny oddział Wietnamczyków, natychmiast biorąc ich na cel. Byli w pułapce i nie mogli nic na to poradzić.
– Kłapouchy, ty skurwysynu! – wrzasnął pan Sowa, po czym zapominając o swoim groźnym położeniu rzucił się na snajpera z nienawiścią w oczach. Kłapouchy tylko chwycił mocniej broń i pociągnął za spust. Rozległ się huk wystrzału i Sowa z głuchym plaśnięciem upadł na ziemię, obficie brocząc z dużej rany w piersi. Krew spływała po mundurze, by zmieszać się z wodą pokrywającą całe pole.
– Sowo! – krzyknął Kubuś, chcąc dopaść do konającego przyjaciela, ale wciąż jeszcze dymiąca lufa karabinu Kłapouchego uniemożliwiła mu ten zamiar. Kubuś stał więc tam tylko, patrząc jak Sowa wykrwawia się na śmierć. Niedługo też było po wszystkim.
Sierżant zdołał tylko posłać snajperowi nienawistne spojrzenie, kiedy dopadli do nich Wietnamczycy, rozbroili i mocno związali, by następnie pogonić ich przez podmokłe pola w niewiadomym kierunku. Kłapouchy szedł razem z żołnierzami Vietcongu, ale jakby się trochę na uboczu.
Wietnamczycy razem ze swoimi jeńcami wyruszyli na południowy wschód, w kierunku Biên Hòa. Tymczasem na niebie gromadziły się czarne chmury, doskonale akompaniując nastrojom komandosów ze Stumilowego Lasu.
