- 6 -
Wietnamski obóz pod Biên Hòa cuchnął. Komandosi nie wiedzieli jakim cudem Wietnamczycy byli w stanie to wytrzymać. Nawet zdrajca Kłapouchy wyglądał, jakby się zaraz miał porzygać. W sumie to zasłużył sobie.
W obozie Kubuś z towarzyszami zostali zamknięci w cuchnącej chacie z klepiskiem zamiast podłogi, pilnowanej przez dwójkę żołdaków stojących przed drzwiami. Całe to miejsce bynajmniej nie nastrajało pozytywnie.
– No, to tak ogólnie rzecz biorąc, chuj – filozoficznie podsumował zajście Prosiaczek. – Jesteśmy udupieni.
– Nie dajmy się ponieść czarnym myślom – odparł na to Kubuś. – Z każdej sytuacji jest jakieś wyjście.
– A jakie jest z tej?
– Na pewno jakieś. Czekamy i obserwujemy, a okazja się trafi.
Przez chwilę panowała cisza, przerywana tylko pokrzykiwaniami Wietnamczyków zza cienkich, przegniłych ścian chatynki. A potem trafiła się okazja.
Rozpoczęło się od kolejnego wietnamskiego okrzyku – tym razem głośniejszego niż inne i jakby zatrwożonego. Zaraz potem nastąpiło głuche „TRZASK!", potem „ŁUP!" a potem cała seria najrozmaitszych „BUM!", „BĘC!", „PRASK", „BRZDĘK!", „ŁUBUDU!" i temu podobnych.
Przy którymś „TRZASK!" wyleciały drzwi do chatynki, w której więziono towarzyszy broni, a konkretniej wlecieli przez nie obaj strażnicy, wywalając drzwi swoimi osobami. Kubuś z przyjaciółmi zdziwieni wyjrzeli na zewnątrz, by zorientować się w zaistniałej sytuacji.
Ta była cokolwiek osobliwa. Przez środek obozu bezceremonialnie szło dwóch dziwnych mężczyzn, metodycznie łojąc wszystkich Wietnamczyków na swojej drodze. A zaznaczyć trzeba, że ich droga wiodła od jednego Wietnamczyka do drugiego. Mężczyźni wyglądali osobliwie – jeden niski, w hełmie ze skrzydłami, drugi gruby w pasiastych spodniach. Zmasakrowali żołnierzy Vietcongu po czym poszli dalej, jakby nigdy nic.
– Okej... – Królik podrapał się po głowie między słuchami, niczego nie rozumiejąc. – Nie wiem o co chodzi, ale nieważne. Spadajmy stąd.
Reszta oddziału tylko pokiwała głowami, wciąż jeszcze nie mogąc pozbyć się min wyrażających bezbrzeżne zdumienie. Dość głupich min, nawiasem mówiąc. Ale ponieważ nie zapowiadało się, żeby rozwikłali tę zagadkę, zrobili najlepszą rzecz jaką zrobić mogli – czyli czym prędzej sobie poszli.
Już wychodzili z obozu, kiedy dostrzegli jakąś kobietę. Tygrys momentalnie ją rozpoznał.
– To ona! Ta kobieta, którą trzymali w obozie, który rozwaliliście! – zawołał.
Kobieta, usłyszawszy Tygrysa, obróciła się w stronę oddziału. Zlustrowała ich spojrzeniem po czym podeszła, najwyraźniej rozpoznawszy Tygrysa.
– Witajcie, żołnierze. Jestem María Esperánza Orle Pióro, eskimoski szpieg. Zostałam pojmana przez Wietnamczyków podczas akcji inwigilacyjnej. W uwięzieniu spotkałam waszego towarzysza – wskazała drobną, zmysłową dłonią na Tygrysa.
– Eee, tego... Bardzo nam miło – wydukał Królik, uchyliwszy kurtuazyjnie hełmu. – To jest sierżant Kubuś, nasz dowódca. Nasz przyjaciel, którego miałaś okazję poznać, to Tygrys. Ten mały czarny to Prosiaczek, a ja jestem Królik.
– Miło mi – odparła grzecznie María. – Ale lepiej stąd spierdalajmy, zanim oni wszyscy dojdą do zmysłów.
Zespołowi nie było potrzeby dwa razy powtarzać. Momentalnie wzięli zadki w troki i tyle ich było.
