- 7 -

Urocze motylki wesoło fruwały nad zieloną polanką, przez którą przyjemnie szemrając płynął bystry potok, niosący wodę pięknej, lazurowej barwy. Zewsząd dobiegało ćwierkotanie ptaków, szum wiatru między drzewami i inne uspokajające odgłosy natury. Ciepłe słoneczko miło świeciło, po błękitnym niebie płynęło kilka śnieżnobiałych puchatych obłoczków. Ogólne wrażenie psuł tylko stos wietnamskich trupów, leżący na samym środku polanki.

– No! – rzucił nieskomplikowanie Prosiaczek, zdmuchując dym z sześciu luf swojego wiernego Vulcana.

– Hmm... Trochę mi się to nie podoba – odparł mu na to sierżant Kubuś, zmieniając magazynek w swoim M–60. – Coś za dużo tych pułapek jak na mój gust.

– Co chcesz, jesteśmy w Wietnamie, no nie? – Królik wzruszył ramionami. – Tutaj praktycznie za każdym krzakiem siedzą jakieś żółtki.

– A może to robota tego skurwiela, Kłapouchego? – wyraził przypuszczenie Tygrys.

– Możliwe – przytaknął Kubuś. – Ale na chwilę obecną nie zmienia to wiele naszej sytuacji.

– A jaka jest nasza sytuacja, tak właściwie? – María Esperánza Orle Pióro podrapała się za uchem.

– Jest taka, że jesteśmy zasadniczo udupieni. A żeby się oddupić, musimy przespacerować się na południowy wschód do Vũng Tàu i mieć nadzieję, że tam złapiemy jakiś transport na Cù Lao Thu.

– No to chodźmy – Orle Pióro widać nie lubiła tracić czasu.

Oddział wyruszył w drogę, zostawiając za sobą pozostałości po wietnamskich kolegach po fachu. Szli tak jakiś czas, raczej dłuższy niż krótszy, umilając sobie czas rozmową na różne lekkie tematy, jak na przykład wzrost ceny ropy na światowym rynku, zasadność teorii jaskini Platona lub też wpływ ogólnej teorii względności Einsteina na rozwój nowych technologii kosmicznych i wynikających z tego nowych programów NASA. A kiedy już ustalili, że pierwsze osiedla na Marsie powstaną jeszcze za życia ich wnuków, ich myśli wróciły na nieco bliższe im tory.

– Powiedz, María, jak zostałaś szpiegiem? – spytał Tygrys.

– Och, to proste – María wzruszyła ramionami. – Mój ojciec był hydraulikiem w Laosie, moja matka miała krzywe nogi, więc logicznym było że zostanę szpiegiem.

– No tak – cały oddział pokiwał głowami, ze zrozumieniem dla rodzinnej tradycji.

– A jak trafiłaś z Eskimoslandu do Wietnamu? – pytał dalej Tygrys.

– Ależ nie, nigdy nie byłam w Eskimoslandzie. Urodziłam się w Tadżykistanie, wychowałam w Irlandii a potem zamieszkałam i zaczęłam pracować w Timbuktu. Logiczne więc, że jestem w Wietnamie – María ponownie wzruszyła ramionami. Oddział ponownie pokiwał głowami, uznając potęgę logiki. Nie mieli już więcej pytań.

– A ja urodziłem się i wychowałem w Brooklynie – rzucił niedbale Prosiak. – Hardkor był niezły.

– Czarnuchy zapinały cię w zadek? – zaciekawiła się Orle Pióro.

– Nie nie, to ja tutaj jestem czarny, ja zapinam – sprostował pospiesznie Prosiaczek. – Tak ogólnie był hardkor. Najbardziej, jak graliśmy z białymi w kulki. Zawsze jakiegoś trupa wynieśli.

– No to fajne miałeś dzieciństwo, Prosiak.

– Oj tak, bardzo miło je wspominam. Zabawnie było, jak się nieraz z chłopakami uchlaliśmy. Raz urżnęliśmy się na plaży, nocą. Do dzisiaj nie znaleźliśmy dwóch kumpli, którzy wtedy z nami pili.

– A jak trafiłeś do wojska?

– Miałem prosty wybór. Albo mnie przecwelą w pierdlu, albo mnie przecwelą w woju. Z dwojga złego, w woju więcej swobody i lepszy sprzęt.

– A czemu miałeś iść do pierdla? – spytała María zaskoczona.

– Och, to jak odrą czy świnką. Każdy czarnuch z Brooklynu musi trafić do pierdla albo do woja.

– No tak – teraz na Maríę przyszła pora, by pochylić czoła przed logiczną argumentacją.

– Dość pogaduszek – przerwał im sierżant Kubuś. – Zbliżamy się do kolejnego pola ryżowego; zachowajmy ostrożność.

Odpowiedziało mu nieme kiwnięcie czterech głów. Oddział, trzymając nerwy napięte i mając oczy dookoła głowy, dotarł na granicę lasu, za którą rozciągała się wielka przestrzeń pola ryżowego.