- 8 -

Jak powszechnie wiadomo, pola ryżowe zalane są wodą, tak że zbierający plony chłopi brodzą w niej po łydki. Jednakże to pole było inne. To było wręcz jezioro, w którym ktoś miał fantazję posadzić ryż. Chociaż jeżeli spojrzeć na olbrzymie rozmiary rosnących tutaj roślin, mogło się to wydać niegłupie – takie bydlackie roślinki musiały żłopać bardzo dużo wody. No i pewnie tutejsze grunty były jakieś dopalone.

Oddziałek zatrzymał się na brzegu jeziorka, omywanego przez spokojne fale. Akwen był całkiem spory – przeciwległy brzeg majaczył niewyraźnie gdzieś na horyzoncie.

– Ja cie nie mogę! – Tygrys wyraził swoje uznanie dla widoku. – Ładny kawałek kałuży, no nie ma wacka na prowincji!

– Ja się tam zastanawiam, jak oni ten ryż zbierają – odparował Królik.

– Spójrzcie tam – mruknęła María Esperánza, wskazując głową małą zatoczkę. W tejże zatoczce kiwała się na wodzie solidna łódka, przywiązana grubym powrozem do jakiegoś palika wbitego w brzeg.

– No, to by nam rozwiązywało kwestię dotarcia na drugi brzeg – skwitował znalezisko Prosiaczek. To co, okrętujemy się?

Kubuś zastanowił się chwilkę.

– Wygląda na to, że nie mamy lepszej możliwości. Bieganie dookoła potrwa cokolwiek długo.

– No to wszyscy na pokład! – zawołał Prosiak i nie czekając wskoczył do łodzi.

– Słusznie gada – kiwnął głową Tygrys, by następnie podążyć w ślady kompana. A za nim do łodzi władowała się reszta kompanii.

Prosiaczek i Tygrys zajęli miejsca przy burtach. Pióra wioseł zanurzyły się w spokojnej tafli wody, czekając tylko na stanowcze, acz delikatne pociągnięcie, które wprawi pojazd w ruch poprzez jezioro. W tym czasie María z Królikiem zajęli miejsca na dziobie, zaś Kubuś ulokował się przy sterze. Królik nożem odciął mocującą łódź linę i niebawem łódź HAWS „Kangurzyca", ochrzczona tak gdzieś między piątą a dziesiątą minutą rejsu, zmąciła spokojne wody ryżowego pola.

Rejs przebiegał spokojnie, łódź prowadziła się jak należy a woda była spokojna. Królik postanowił wykorzystać nadarzającą się okazję i nazbierać największego ryżu, jaki świat widział. Pole było bardzo zasobne, więc szło mu sprawnie i wkrótce każdy wolny skrawek przestrzeni w swoim plecaku, kieszeniach munduru a nawet pustych magazynkach miał załadowany po brzegi. Po powrocie do domu szykowała się suta wyżerka w stylu dalekoazjatyckim.

– Nie powiem, idzie nam nieźle – stwierdził z zadowoleniem Prosiak, mężnie wiosłując i wdychając pełną piersią wilgotne powietrze. Uroku tej przejażdżce dodawał lekki wietrzyk, który wiał od sterburty.

– Może nawet trochę zbyt nieźle – nie krył sceptycyzmu sierżant Kubuś. Jako dowódca zawsze musiał spodziewać się najgorszego, żeby w krytycznym momencie być przygotowanym.

– Nie dramatyzuj, Kubuś – odparł na to Tygrys, który już całkiem wrócił do pełni sił i zdrowia. – Co nam niby może przeszkodzić na takim sporym jeziorku?

W tym właśnie momencie, jakby tylko na to czekając, woda dookoła łódki eksplodowała. Spokojna dotąd tafla zawrzała, a z zimnych czeluści wysunęła się niezliczona ilość bluźnierczych, oślizgłych macek, które schwyciły łódkę, uniemożliwiając jej dalszą wędrówkę po zdradzieckich wodach jeziora.

– No to przejebane – stwierdził filozoficznie Prosiaczek.

W ślad za mackami z jeziora wynurzył się wielki, plugawy łeb, niepodobny do niczego z tego świata – było to coś między ludzką głową, czerepem bestii i oślizgłym łbem ryby. Cokolwiek to było, było ohydne i bluźniercze.

Szkliste, rybie ślepia zlustrowały załogantów „Kangurzycy", po czym rozległ się dobiegający nie wiadomo skąd plugawy głos topielca.

– A co to kurwa ma być? Płyniecie sobie przez moje jezioro i ani „dzień dobry" ani nic?

Oddział ze Stumilowego Lasu popatrzył po sobie z wyjątkowo głupimi minami.

– Eeee... – zaczął dyplomatycznie Kubuś, jako dowódca, najstarszy stopniem itepe.

– „Eee" ci rzopsko, misiek! – odparł stwór. – Płacić myto, albo kurde zeżrę!

– A, hm, tego... Czego sobie Wielmożny Pan życzy, tak w sumie...? – kontynuował sierżant możliwie dziarsko i beztrosko.

Stwór podrapał się macką po łysym łbie.

– Macie tam coś mocniejszego może? Od tego całego ryżu to mi się już rzygać chce.

Dzielni wojacy odetchnęli z widoczną ulgą. A następnie spojrzeli znacząco na swojego dowódcę

– Dobra, dobra, aluzju poniał – burknął sierżant, po czym wydobył sławetną piersiówkę i podał ją stworowi. Ten chwycił ją w mackę, odszpuntował i wylał sobie zawartość do swej bluźnierczej paszczęki. Następnie czknął lekko, uśmiechnął się głupio i zwrócił puste naczynie.

– Dzięki, chłopaki, tego mi było trzeba. No, to , wracam się fthagać – zabełkotał z letka stwór, po czym z cichym "plum" zniknął pod powierzchnią wody, która wnet się na powrót uspokoiła.

Oddziałek przez parę dłuższych chwil gapił się głupio to na wodę, to na siebie. W końcu jako pierwszy język w gębie odzyskał Prosiaczek.

– Powie mi ktoś, co to kurwa w sumie było niby?

– Cokolwiek to jest – odparł Tygrys – lubi nasz miód.

– Nawet bardzo lubi – mruknął Kubuś. – Wychlał wszystko co tam jeszcze było, nie zostawił nam ani kropelki.

– Znam Anię Kropelkę – wtrąciła nieśmiało Orle Pióro, ale nikt nie zwrócił na nią uwagi. A nawet jeśli zwrócił, to i tak ją zignorował.

– Dobra, nie ma co tutaj czasu mitrężyć. Tygrys, Prosiak – wiosłować dalej. Królik – jak tylko wylądujemy, zrobisz z tego ryżu sake, bo tak o suchym pysku to się nie da. Wykonać!

– Tak jest! – zakrzyknął gromko oddział, po czym łódka ruszyła w dalszą drogę ku przeciwległemu brzegowi pola ryżowego.