- 9 -
Zapadał już wieczór, kiedy załoga „Kangurzycy" dostrzegła średniej wielkości wysepkę położoną gdzieś pośrodku wód pola ryżowego. Ponieważ nikomu nie uśmiechało się przeprawianie się przez nieznane wody po ciemku, jednogłośnie postanowiono wylądować i spędzić noc na wysepce.
Załoganci szybko i sprawnie wyładowali się na ląd i wciągnęli łódkę na porośnięty rzadką trawą brzeg. Następnie zrobili szybki rekonesans i znaleźli dość wygodne miejsce na rozbicie obozu – osłonięte rozłożystymi drzewami, wyściełany gęstszą niż na brzegu, wysoką trawą, z zapasem chrustu walającym się tu i ówdzie. Szybko też oddziałek nazbierał drewna na opał i rozłożył wojskowe koce dookoła miejsca na ognisko, wygrzebanego bagnetem. Następnie Królik, posiadający rozliczne utajone talenta, ułożył część chrustu w tzw. „wigwam", podsypał prochem z jednego ze swoich nabojów po czym skrzesał iskrę, uderzając o siebie dwoma bagnetami. Niebawem też ognisko wesoło trzaskało, ogrzewając siedzących dookoła wojaków.
– Świetna robota, Króliku – pochwalił kompana sierżant. – Teraz jeszcze sake nam zrób, to będziemy zupełnie szczęśliwi.
– Się robi, sierżancie – odparł na to saper z szelmowskim uśmiechem. Jednym z owych ukrytych talentów Królika było sporządzanie wysokoprocentowego alkoholu z praktycznie wszystkiego i to w zupełnie niewiadomy sposób. Do wojskowej legendy przeszedł siedemdziesięcioprocentowy bimber z dwóch łusek po pociskach kaliber .44 magnum, połowy rzemyka od zegarka i szczypty kocimiętki dla poprawy smaku. Tamtego dnia w jednostce panowała wyjątkowo luźna atmosfera, a niektórzy z wówczas pijących do dziś mieli problemy z wątrobą.
Tak więc i tym razem Królik, tak jak zwykle w takich wypadkach, udał się na stronę, by przygotować napitek bez świadków, w sobie tylko znany sposób. Komandosi wiedzieli tylko tyle, że Królik wziął ze sobą pustą piersiówkę Kubusia, hełm wypełniony niełuskanym ryżem, bagnet i jeden z ostatnich ładunków wybuchowych, jakie pozostały mu w zapasie. A po jakichś dziesięciu minutach wrócił wyszczerzony od ucha do ucha, z piersiówką pełną mocnego alkoholu.
– No, to teraz możemy obozować! – uradował się Tygrys. – Daj łykolca, długouchy!
Zaraz też piersiówka poszła w obieg i nawet María Esperánza golnęła nieco. Natychmiast też pożałowała tej decyzji, ale było już jakby za późno.
– Rany, Królik, co w tym kurde jest! – zawołała, gdy już jako–tako odzyskała głos.
– Tajemnica – odparował Królik, ponownie wyszczerzając się w szerokim uśmiechu.
– Nie rozumiem, jak wy możecie to pić.
– Ot, komandoskie życie. Nie takie rzeczy się jadło i nie takie się piło.
– Nie chcę wiedzieć – mruknęła na to zrezygnowana Orle Pióro.
Prosiaczek wstał z koca, wznosząc piersiówkę do góry nieco teatralnym gestem.
– Za Sowę! Niech odnajdzie szczęście w Krainie Wiecznego Napierdalania Wietnamców! – to powiedziawszy, łyknął solidną dawkę królikowej sake.
– Za Sowę! – podchwyciła reszta oddziału, kolejno pociągając z piersiówki. Zaraz też opanował ich melancholijny nastrój, który uwydatnił się we wspominkach o ich zmarłym towarzyszu broni.
– Pamiętam jedną akcję w Kambodży – zaczął Tygrys. – Szło beznadziejnie, wszystko się sypało, nie było gorzały... Sytuacja beznadziejna, pozostawało tylko wezwać wsparcie. Ale niestety, radiostacja Sowy była w kawałkach, rozwalona jakimiś odłamkami, a sam Sowa ranny w nogę. I wiecie co ten wariat zrobił?
– Co zrobił? – spytał Prosiaczek, który podczas tamtej akcji miał zadanie w innym punkcie teatru działań, podobnie jak i reszta oddziału, działano bowiem w parach.
– Nic nie zrobił! I za to go podziwiam. Wszyscy inni pewnie próbowaliby jakiegoś heroicznego idiotyzmu i wpakowali się pod wrogi ogień. A on przyczaił się w okopie i zaczekał, aż wrogowi skończy się amunicja. Wtedy ich wszystkich załatwiliśmy.
– Jakież to głęboko filozoficzne... – pokiwał w zamyśleniu głową Kubuś, sącząc powolny łyczek sake.
– Oj tak... – zawtórował mu Prosiaczek.
Królik odebrał piersiówkę od Kubusia, pociągnął łyk. A potem wylał nieco alkoholu w ogień.
– Dla ciebie, stary!
Ogień, pod wpływem wysokoprocentowej sake, buchnął acetylenowobłękitnym żarem, oświetlając twarze skupionych wokół ognia dziwaczną poświatą. Jednakże błękitny płomień, zamiast zniknąć po paru chwilach na rzecz swojego zwyczajowego, czerwonopomarańczowego kuzyna, wzbił się wyżej, zaczął falować i drgać, by w końcu ułożyć się w kształt postaci. Dobrze im znanej postaci.
– Ja pierdolę! – zakrzyknął Prosiaczek, podrywając się z miejsca. – Sowa, jak żywy!
– Cześć, chłopaki – rzuciła zjawa Sowy. – Dzięki za łyczek czegoś mocniejszego. Tutaj, po Drugiej Stronie, to nie byle rarytas.
– Sowa, to ty? – zapytał głupio Tygrys, przecierając oczy.
– Jak to możliwe? – zawtórował mu Królik.
– Zdziwilibyście się, czego się człowiek uczy po śmierci. Ale moim zdaniem nie ma się co spieszyć do tej wiedzy.
– Jak ci tam jest, po tej Drugiej Stronie? – spytał Kubuś.
– A jakoś leci, tylko strasznie tu duszno. No i bimbru nie mamy.
– Sowo, czy wiesz dlaczego Kłapouchy cię zastrzelił? – Orle Pióro zdroworozsądkowo przeszła do najistotniejszego zagadnienia.
– Cóż, ciężko to wyjaśnić wam, śmiertelnym, kiedy już się jest po Drugiej Stronie. Najbliższa wyjaśnieniu rzecz to byłaby „Marsylianka" rapowana wspak.
– Przyznaj się, że zwyczajnie nie wiesz.
– Ech, no dobra, przejrzałaś mnie. Pojęcia nie mam o co mu poszło. Ale tak było bardziej kryptycznie.
– Że jak niby? – zdziwiła się María.
– Och, to takie popularne zaświatowe słówko. Nie przejmujcie się zbytnio.
Tygrys pokręcił głową z niesmakiem.
– Śmierć wyraźnie mu się na rozum rzuciła.
– Hej, postawiłbyś się na moim miejscu! Śmierć to wbrew pozorom nie byle co.
– Dziękuję, nie spieszy mi się.
Błękitny ogień zafalował, kiedy zjawa Sowy wzruszyła ramionami.
– Twoja sprawa, Tygrysie. No ale dobra, jak tam sobie uważasz w sumie.
Sierżant Kubuś podszedł bliżej ognia i spojrzał zjawie w oczy.
– Jesteś w stanie udzielić nam jakichś przydatnych wskazówek odnośnie naszej obecnej sytuacji? – spytał.
– Hmm... – mruknął Sowa. – Na waszym miejscu uważałbym na to pole ryżowe, ma bardzo dziwną aurę.
– To już sami zauważyliśmy – rzucił półgębkiem Prosiaczek.
– A poza tym? – Kubuś dalej drążył temat.
– A poza tym, to chuj wie.
– Bardzo żeś nam pomógł – Królik skwitował kwaśno tę wymianę zdań.
– No sory, bycie martwym to nie taka prosta sprawa. No ale dobra, my tu gadu–gadu, a mnie się mana kończy. Muszę spadać. Tymczasem, chłopaki! – rzucił Sowa na pożegnanie, po czym zniknął w błękitnym rozbłysku. W następnej chwili ognień wrócił do swojej zwyczajowej, pomarańczowoczerwonej normy.
– No, to tyle by było jeżeli chodzi o zdarzenia nadprzyrodzone na dzień dzisiejszy – skwitowała całość Orle Pióro. – Możemy już iść spać?
Oddziałek chętnie przytaknął temu pomysłowi. Wszak trudy całego dnia solidnie ich wymęczyły. Komandosi szybko zajęli strategiczne pozycje dookoła ogniska, otuleni kocami i z czasem nad wysepkę wzbiło się zbiorowe chrapanie.
Jedynie sierżant Kubuś nie mógł zasnąć. Wciąż rozmyślał o zjawie Sowy, która ukazała im się w ognisku. Myślał i myślał, ale nic z tego nie wychodziło. Próbował zatem zająć myśli swoją ulubioną książką, brawurową powieścią przygodowo–filozoficzną „Tako rzecze i zara tu sra" Weillera Rotta, ale nie potrafił się skupić na lekturze. Schował zatem książkę do plecaka, przewrócił się na bok, twarzą do ognia i leżał tak, aż w końcu po dłuższym czasie ogarnął go w końcu sen.
